Girldad [3/3, Z]

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Hameron
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Girldad [3/3, Z]




Cytat:
Hej :*. To mój Hameronkowy debiut, więc za wszelkie błędy z góry przepraszam Smile. Po prostu ostatnio często myślałam, że chciałabym napisać taki fik... Pozdrawiam was ciepło i życzę miłej lektury Very Happy...



Jeden mocny akord muzyki. Jedno uderzenie piłeczką o ścianę. Dwa szybkie szarpnięcia za struny gitary i dwa uderzenia.

Pacjent był od tygodnia w śpiączce, a on wciąż nie miał diagnozy. Najlepsze w tym wszystkim było to, że nic nie wskazywało, że w ogóle będzie ją miał.

Leżał na podłodze z słuchawkami na uszach. Ogłuszająca muzyka paradoksalnie pomagała mu się skupić. Szeroko otwarte, chabrowe oczy nagle zauważyły coś dziwnego. Wyrazy na tablicy zaczęły zmieniać kolejność, układać całkiem nowe zdania, choć nie nazwę tajemniczej choroby. Uniósł wysoko brwi. Przecież nie wziął więcej Vicodinu niż zwykle… Prawdę mówiąc, od dzisiejszego ranka połknął tylko dwie tabletki i nie pił żadnych podejrzanych kaw od Wilsona.

W pewnym momencie kilka czarnych literek wykazało więcej twórczej inwencji: oczyściły białą, matową powierzchnię z „rywali”, zostając same na polu bitwy. Patrzyły na niego. Mógł przysiąc, że na niego patrzyły! Zuchwałe, ciemne oczka odpowiadały spojrzeniem na spojrzenie. Co więcej, rzucały wyzwanie.

„NIGDY SIĘ ODE MNIE NIE UWOLNISZ”, ogłosiły.

Ciało lekarza przeszył impuls strachu.

„NIGDY NIE UWOLNISZ SIĘ OD SWOJEGO TATUSIA…”

- Nie żyjesz! Do cholery, ty nie żyjesz!! – ochrypły krzyk wypełnił pomieszczanie. To był naprawdę jego głos? Pełen dziecięcego, bolesnego przerażenia?

__


- House? Mój Boże, House, co z tobą?! – Cameron wpatrywała się w stojącego przed nią, bladego diagnostę. Patrzył gdzieś ponad jej ramieniem. Niebieskie oczy jeszcze nigdy nie były tak puste, wpół rozchylone usta tak nieme…

Dopiero co rozmawiali o nieuzupełnionych kartach pacjentów, a on nagle się wyłączył. Bez powodu, zupełnie jakby ktoś zgasił w jego umyśle światło. Pogrążony w ciemnościach, bezradnie usiłował uciec… Zadrżała. Niedbale związane blond włosy rozsypały się na ramiona, zakrywając biały kitel i beżową, zapinaną pod szyję bluzkę.

- House! Co ci jest?! – Cameron potrząsnęła byłym szefem. Jeszcze chwila i spanikuje. W końcu spojrzał na nią, jakby właśnie wybudzony z transu. Odetchnęła.
- Nnie wiem… - mruknął półprzytomnie. Przeciągnął ręką po twarzy. – Widocznie zanudziłaś mnie tak, że zasnąłem na posterunku – przekrzywił przekornie głowę.
- W takim razie powinni mnie opatentować jako lek na bezsenność – wzruszyła ramionami, nie zamierzając jednocześnie oddawać pola. Wszystko było już w porządku, ale… wciąż czuła się nieswojo, mając w pamięci zdarzenie sprzed minuty, ten widok… Najlepiej będzie, jeśli sobie stąd pójdzie. To już nie są jej sprawy. – Przemyśl moją propozycję i daj mi znać. A ja wracam na ostry dyżur. Niektórzy muszą pracować, żeby zachować równowagę w przyrodzie. – powiedziała złośliwie. House od miesiąca nie miał żadnego nowego przypadku, a od przychodni skutecznie się wymigiwał.
- Al Kaida mogłaby cię wykorzystać. Cam, mam pewną… - Greg urwał, unosząc głowę. Przeszklone ściany czasem bywały bardzo przydatne. – Nadciąga Cuddy – mruknął konspiracyjnym szeptem, jakby właśnie informował o „nie”spodziewanym tsunami. – Bądź moim piorunochronem – zniżył głos jeszcze bardziej, dodatkowo nadając mu melodramatyczne brzmienie. Jednocześnie spojrzał dziewczynie całkiem poważnie w oczy. A 5 sekund później szara marynarka, jeansy i adidasy zaszurały na równie szarej wykładzinie i zniknęły pod biurkiem. Oszołomiona Cameron została porzucona na pastwę rozwścieczonej Lisy Cuddy.
- Gdzie jest ten pajacowaty kretyn? – wycedziła administratorka, stając w drzwiach. Cameron odgarnęła włosy i spróbowała przybrać nonszalancki wygląd.
- 10 minut temu wyszedł szukać Wilsona – odparła najswobodniej, jak tylko umiała. Cuddy rozejrzała się nieufnie po pustym gabinecie i w końcu zatrzymała wzrok na młodej lekarce.
- Trochę to dziwne, bo Wilson pojechał do domu przed godziną. A ty co tu robisz? – zapytała podejrzliwie. House musiał się jej czymś nieźle narazić, bo szaroniebieskie oczy pałały chęcią zemsty. W Cameron wyzwoliło to irracjonalny odruch obrony Grega. Jak za dawnych lat…
- No to będzie miał trudności z jego znalezieniem. A mnie zostawił, żebym uzupełniła mu karty pacjentów, chociaż wie, że i tak mam problemy z wygospodarowaniem wolnego czasu. – Allison niezadowolonym ruchem dłoni wskazała zgrabną piramidkę niewypełnionych akt. Cuddy skinęła głową i westchnęła ciężko, opierając się o chłodną taflę drzwi. Cienie na jej twarzy wskazywały na parę zarwanych nocy.
- Straciliśmy przez niego sponsora. Trzeciego w ciągu tego tygodnia. – jęknęła cicho i odeszła.

Cameron odprowadziła ją współczującym wzrokiem. A następnie zaczerpnęła powietrza i zajrzała z dezaprobatą pod biurko… napotykając przerażenie w czystej postaci. House, skulony pod ścianą, cały „chodził”. Wyglądało, jakby był w agonii. Jakby zobaczył ducha, coś, co nie miało prawa wstać z grobu i zaistnieć w realnym świecie…
- Greg… - Cameron odebrało zdolność ruchu. Czy kiedykolwiek widziała go w takim stanie? Nie, nigdy. Nawet na detoksie był sobą. A tu… a tu po prostu ukrywało się małe, śmiertelnie wystraszone dziecko…

Wstrząsnął się, wracając do rzeczywistości. „Mam urojenia… zwykłe urojenia… albo zasnąłem… albo TYLKO zasnąłem” powtarzał w myślach. Zmusił się do uśmiechu.
- Poszła?
- Tak. Coś ty zrobił ze sponsorem?
- Oddałem szpitalowi przysługę. Kto chciałby współpracować z gburem bez poczucia humoru. – burknął, gramoląc się z trudnością spod biurka. Chora noga wyraźnie podjęła walkę o całkowite mu tego uniemożliwienie. Allison wyciągnęła rękę, chcąc mu pomóc. House spojrzał na nią jak na jakiś pozaziemski bonus.
- Co to?
- Ręka? – pokręciła głową ze zdziwieniem. House uśmiechnął się szeroko.
- Nie jesteś pewna, co do nazwy tego „czegoś” i ja mam to dotykać?! – spytał całkiem logicznie. Cameron prychnęła.
- Mam zabrać to „coś”?
- To „coś” może być przydatne. Zachowujesz się jak tamten przyszły-niedoszły sponsor. – chwycił ją mocno za dłoń i wyczołgał się na otwartą przestrzeń. Wstał już samodzielnie, laska leżała na krześle.
- Masz u mnie dług - rzuciła Cameron, idąc ku drzwiom. Miała do zrobienia parę nudnych badań paru nudnym pacjentom pokiereszowanym nudnymi nożami do ciast.
- Za zabawę w chowanego? Cuddy szukała, ja się chowałem, a ty kryłaś. – House pokuśtykał do kurtki, pogrzebał w kieszeniach i wyjął Vicodin. Prawie pusty. Zaklął.
- Tak, za zabawę w chowanego. Mógłbyś wreszcie wydorośleć. – powiedziała, odwracając się do niego twarzą. Spoważniał.
- Pokochałaś niepoważnego „mnie”, a nie dorosłą wersję.
- Odkochałam też. Poza tym nie wiem, po co do tego wracamy: jestem z Chase’em.
- Jesteś z Chase’em – przyznał. – Ale udowodnij, że już mnie nie kochasz. Umów się ze mną…


Ostatnio zmieniony przez amandi dnia Wto 18:00, 17 Lut 2009, w całości zmieniany 2 razy



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Nie 14:22, 18 Sty 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Bądź moim piorunochronem

hahaha Mistrzostwo
Świetny fick, czytałam z otwartą buzią Very Happy I ten początek... Czegoś tam się domyślam, ale pewnie to będą złe domysły Wink. Cała wypowiedź Grega na końcu jest super. ,,Umów się ze mną"



_________________

,,People say: 'What do you think of people that only talk to you or like you because you're in Green Day?'
And I say: 'Well, I AM Green Day. That is me... that is my life.'"

PostWysłany: Nie 15:00, 18 Sty 2009
Salamandra
Psychologiczny Iluzjonista
Psychologiczny Iluzjonista



Dołączył: 27 Gru 2008
Pochwał: 19

Posty: 7968

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

dobre... fajny fik... taki inny z kontaktami poza ziemskimi^^

podoba mi się czekam na dalszą część...

*wysyła wenę*



_________________
FUS forever

sis - Sevir :**

... i dopiero wtedy stało się światło

"you are still terribly afraid to be hurt, your imaginary sadism shows that. so afraid to be hurt that you want to take the lead and hurt first." "Only with you, eternity wouldn't be boring."

PostWysłany: Nie 15:05, 18 Sty 2009
Caellion
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 15

Posty: 5591

Miasto: Bełchatów/łódź
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

*łapie wenę* Very Happy cieszę się, że wam się podoba :*:*... wymyślałam go w nocy Wink.

Salamandra, skąd wiesz, że złe domysły Wink? Chociaż ja właściwie mam tylko parę punktów dalszego ciągu Very Happy. Ten początek mnie przesladował, domagając się napisania Laughing. Piorunochron i randka z zaskoczenia dziękują :*:*:*

Caellion, dzięki :*:*, pomyslałam, że jak włączę w to ukochanego tatę Grega Laughing, będzie oryginalnie i tajemniczo Wink. W końcu duchy mogą np., wepchnąć kogoś pod samochód Laughing..

Pozdrawiam SmileSmileSmile, cd. będzie niedługo, myślałam już nad nim w nocy Very Happy



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Nie 15:39, 18 Sty 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Mam nadzieję, że tą częścią Was nie rozczaruję, że nie wyszła zbyt melodramatyczna i nie-hałsowa Wink, bo pisałam ją po przeczytaniu dwóch romansów historycznych ze szczyptą niebezpiecznej akcji Very Happy. W każdym razie, gorące uściski, dziękuję za miłe głosy :* i zapraszam do czytania Very Happy:



To nie było rozsądne. Gorzej, to nie było uczciwe! Powinna była mu odmówić, ale… podjęła wyzwanie rzucone prowokującym, kpiącym uśmieszkiem na jego męskich, cynicznych wargach. Jutro w „Złotej Róży”. Stwierdził, że ta nazwa do niej pasuje. Tam miało się wszystko wyjaśnić. Ale co? I w jaki sposób? Tego już nie wyjawił, każąc jej myśleć… nawet tutaj, o wpół do trzeciej w nocy… Sadystyczny manipulator, podsumowała go trafnie.

Jęknęła, przewracając się na bok. Satynowa kołdra z cichym szelestem opadła, odsłaniając drżące z zimna ramiona. Leżący obok Chase wymruczał coś niewyraźnie i przerzucił przez nią rękę. Cameron mimowolnie stęknęła. Ciemne oczy rozbłysły czułością i wzbierającym się poczuciem winy, kiedy na spojrzała na swojego chłopaka. Zaglądający przez uchylone okno księżyc roztaczał wokół Chase’a jakąś magiczną poświatę. Allison westchnęła i przeczesała palcami złocistomiodowe włosy, rozsypane w nieładzie na poduszce. Przecież do niczego nie doszło, pomyślała, i nie dojdzie. Nie ma sensu wracać do przeszłości. Wyciągnęła jedną dłoń i przeciągnęła nią po gładkim policzku Chase’a. Poruszył się i bezwiednie uśmiechnął. Odpowiedziała tym samym, obejmując go. Zasnęła… Ale przez całą noc we śnie prześladowały ją ironicznie poważne, niebieskie oczy…

***

- Wilson! Widzę, że wyjątkowo nie trzymasz na kolanach żadnego uciekiniera z celi śmierci? – rzucił House, wsadzając głowę przez drzwi gabinetu wyżej wymienionego. Siedzący za biurkiem onkolog nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, ciągle wypisując tę samą receptę. Bordowy długopis nawet nie zadrżał w jego dłoni. Brwi nieprzyzwyczajonego do tego House’a podjechały do góry. – Zrobiłem coś?

Zero reakcji. Jimmy widocznie postanowił ignorować natarczywego diagnostę.
- Pan Kici-Kici się gniewa? – zadrwił Greg. Przynajmniej tym wywołał jakiś efekt. Wilson wstał, najwidoczniej z zamiarem opuszczenia gabinetu. House poczuł się dziwnie nieswojo. Gorączkowo przeszukiwał pamięć, próbując znaleźć jakiś wyjątkowo podły czyn, którym podpadł przyjacielowi. Nic. Pustka. W każdym razie nic takiego, co by zasłużyło na Wielkie Milczenie. Kto jak kto, ale Wilson nie darowałby sobie wygłoszenia umoralniającego kazania. Może więc w ogóle nie chodziło tu o diagnostę?

- Hector zde… nie żyje? – zaryzykował House, zastępując drogę onkologowi. Stali tak przez chwilę w półotwartych drzwiach. House nie spuszczał z przyjaciela wzroku, tymczasem te wprost przeciwnie: nawet go nie podniósł.
- Dowiem się w końcu, o co chodzi?! – Greg uderzył laską w podłogę. Ta sytuacja na pewno nie była normalna. – A może wstąpiłeś do zakonu – jeśli przyjmują Żydów – i złożyłeś wieczyste śluby milczenia?! Albo któraś z twoich niezliczonych eks- żon postanowiła się wreszcie zemścić i wyrwała ci język?! Jeśli nie chcesz, żebym ja też wyrwał ci pewną rzecz, powiedz coś wreszcie, do cholery! – House’a ogarnęło dojmujące zimno, zupełnie jakby w pokoju otworzono na raz wszystkie okna i powstał porządny przeciąg. Wilson zawrócił, podchodząc znów do biurka. Chwycił kartkę i napisał na niej parę słów. Następnie wyciągnął ją w stronę diagnosty, cały czas stojąc ze spuszczoną głową.
- Przestań – powiedział cicho Greg, usiłując spojrzeć mu w oczy. – To nie jest już zabawne…

W odpowiedzi Jimmy tylko potrząsnął kartką. House nieufnie wziął ją z jego ręki i przeczytał.

„WAKACJE JESZCZE NIE DOBIEGŁY KOŃCA, GREGORY. SAM TO SPROWOKOWAŁEŚ, PAMIĘTASZ?”.

House zesztywniał. Jego własne ciało było teraz pewnym rodzajem pułapki, z której nie umiał odnaleźć wyjścia… Zrozumiał, kto naprawdę przed nim stoi. Dwa miesiące bez nawet jednego słowa za wykrzyczenie mu w twarz, że nie jest jego ojcem… Niebieskie oczy buntowniczego nastolatka spotkały się z twardym, żołnierskim wzrokiem Johna House’a…

---

- Panie doktorze? Słyszy mnie pan? – niemłoda już kobieta we wzorzystej, jaskrawo-pomarańczowej bluzce od paru dobrych minut usiłowała nawiązać kontakt z badającym ją lekarzem. Wyraźnie się wzdrygnął, jakby dźgnięty rozgrzanym do czerwoności szpikulcem. Lazurowe oczy wreszcie nie tylko patrzyły na pacjentkę, ale ją zobaczyły.
- Przepraszam… Stawiałem diagnozę – skłamał szybko. Od kilku dni nie był sobą. Te… „wizje” powtarzały się coraz częściej, powracając nawet wtedy, gdy był aktywny i skupiony. Co gorsze, nie dość, że były coraz bardziej realne, to za każdym razem trudniej mu było „wrócić”…
- Zauważyłam – stwierdziła kąśliwie kobieta. House obrzucił ją nieprzyjaznym spojrzeniem.
- Dobrze, że zauważyła pani chociaż to – wycedził – Bo tego, że nieświadomie drżą pani dłonie, już nie. Ani tego, że coraz trudniej jest pani zapiąć bluzkę, czy nalać sobie kawy. Na siebie jest znacznie łatwiej, prawda? – wskazał najpierw wiszące krzywo ubranie, a następnie ciemnobrunatną plamę na jej rękawie. Kobieta wpatrywała się w niego, przestraszona. – Ma pani początki Parkinsona. Dla pewności zlecę testy – warknął, wypisując jej skierowanie. Potem pogrzebał w kieszeni marynarki i wyjął Vicodin, połykając za jednym zamachem 4 tabletki. Chwycił laskę i – przerzucając na nią prawie cały ciężar ciała – wyszedł, zostawiając oszołomioną i zdruzgotaną pacjentkę samą.

Za drzwiami House oparł głowę o zimną, chropowatą ścianę. Oddychał ciężko. Czyżby zaczynał tracić zarówno zmysły jak i kontakt z prawdziwym światem? Nie jest dobrze… Jest cholernie źle!

***

Cameron stała przed lustrem, przymierzając srebrną, szykowną sukienkę. Włosy upięła w kok, zostawiając jedynie parę luźnych pasm dla podkreślenia subtelnych rysów twarzy.

Uśmiechnęła się z zadowoleniem do swojego odbicia i sięgnęła po delikatny błyszczyk. Głos za nią sprawił, że podskoczyła, malując policzek zamiast wargi.
- Wychodzisz? – zapytał od niechcenia Chase, stając za swoją dziewczyną. Jej serce przyspieszyło rytm uderzeń.
- Tak – odparła, próbując zyskać czas na wymyślenie sensownego wytłumaczenia. – Cuddy jest zajęta sprawami związanymi z adopcją, więc poprosiła mnie, żebym zastąpiła ją podczas rozmowy ze sponsorami.

Głos Cameron zabrzmiał naturalnie i przekonywująco. Chase sprawiał wrażenie, jakby jej uwierzył.
- Na pewno sobie poradzisz. Olśnisz ich wszystkich, więc przestań martwić się na zapas – źle odczytał niepokój szalejący w jej oczach. Przytulił ją od tyłu, kołysząc.
- Mam taką nadzieję – wyswobodziła się z jego objęć i ruszyła w stronę wieszaka. – A teraz wybacz, muszę już iść, jeśli nie chcę mieć wejścia w wielkim, spóźnionym stylu na to nudne, służbowe spotkanie. – założyła beżowy płaszcz i wyszła, pieczołowicie zamykając za sobą drzwi. Chase odczekał 10 minut, wziął kurtkę i również opuścił mieszkanie…

***

- I oto Dzwoneczek stawiła się na wezwanie Piotrusia Pana – tymi słowami przywitał ją House, szarmancko pomagając zdjąć jej okrycie. A potem zaprowadził Cameron do stolika w samym rogu przyciemnionej sali. Usiedli. Byli w jednej z najbardziej ekskluzywnych restauracji w New Jersey. Wielki, kryształowy żyrandol stanowił symbol panującego tu luksusu. Cameron wolała nie patrzeć na ceny w menu, które właśnie wręczył im kelner. Nie otwierając, odłożyła od razu kartę na bok.
- Powiesz mi wreszcie, co tu robimy? - szepnęła w stronę House’a. Nie mogła oprzeć się myśli, że to tylko przedstawienie, którego diagnosta jest reżyserem. Jego zachowanie do niego nie pasowało. Był… zbyt miły. Na razie ją zignorował.
- Dla mnie średnio wysmażony stek, a dla tej pani zimne plasterki kurczaka podane z chrupiącą, soczystą sałatą. Co do wina, poproszę półwytrawne, ale markę niech pan wybierze sam. – mrugnął do kelnera i go odprawił. Greg świetnie wyglądał w białej koszuli rozluźnionej pod szyją i czarnych, wyprasowanych w kant spodniach. Elegancko, ale na luzie.
- Mówiłaś coś, kochanie? – spytał słodko, spoglądając na nią. Cameron zaczynała podejrzewać, że on po prostu chciał zabawić się jej kosztem. Ciemne oczy zalśniły tłumionym gniewem.
- Nie masz żadnego prawa mnie tak nazywać – powiedziała chłodno, wytrzymując jego rozbawione spojrzenie. – Co chcesz przez to udowodnić? Nie kocham cię.
- Kociątku przez jedną noc wyrosły pazurki… Jesteś pewna, że mnie nie kochasz? Tu miało się wszystko wyjaśnić. – zapytał podchwytliwie, biorąc ją za rękę. Szybko cofnęła dłoń. Tak, House zdecydowanie nie był sobą.
- Tak. A poza tym kociątko też potrafi się bronić, jeśli jest dręczone.
- To dlaczego tu przyszłaś?

A więc to o to chodziło. Samym przyjściem do „Złotej Róży” miała pokazać, że cały czas jest na jego skinięcie… Cameron patrzyła na uśmiechniętego House’a i powstrzymywała się, by nie dać mu w twarz. Czyli to była tylko gra, zwykła gra, mająca na celu jej ośmieszenie… Ciekawe, o ile założył się z Wilsonem, że ta naiwna romantyczka przyjdzie. Teraz wiedziała już jedno: nienawidzi go.

„Znaki” dawane przez Grega złożyła w pasującą jej, błędną całość. Poderwała się od stolika. Sekundę później usłyszała stukot laski i House chwycił ją mocno za ramię, okręcając Cameron tak, że czuła na sobie jego gorący oddech. Patrzyła na niego z furią w oczach.
- To po co tu przyszłaś? Chase cię głodzi? – ponowił uparcie pytanie. Ściskał silnie jej ramię. Syknęła z bólu i zmusiła go, by ją puścił.
- Bo myślałam, że jesteś inny. Ale najwidoczniej to była pomyłka. Każdy dochodzi do takiego wniosku, przebywając z tobą zbyt długo. Jeśli ktoś ma obawy, że jest uzależniony od komedii romantycznych, powinien poznać ciebie – warknęła.
- Spokojnie, przy ludziach chyba mi nie wydrapiesz oczu – zażartował – Szkoda by ich było… może pożyczyłbym ci jedno? Twoje chyba się popsuły – stwierdził z troską.
- Dlaczego? – jej pierś falowała szybko. Była zdenerwowana. Greg wysunął rękę i uniósł wyżej jej podbródek. Patrzyli sobie teraz prosto w oczy.
- Czy skończyłbym martwy w rynsztoku, gdybym cię teraz pocałował? – zapytał przekornie. Cameron wiedziała, że powinna czuć złość, oburzenie… cokolwiek. A tymczasem poczuła jedynie przeszywające jej ciało dreszcze podniecenia.
- Nie? – uparcie drążył temat. Laska dotknęła delikatnie jej uda. Otworzył usta, chcąc powiedzieć coś jeszcze. I w tym momencie zamarł.

Do restauracji wojskowym, energicznym krokiem wmaszerował wysoki, barczysty mężczyzna. Zręcznie krążył między stolikami, mimo że siwe włosy wskazywały, że szczyty możliwości ma już dawno za sobą. House bezwiednie podążał za nim wzrokiem aż do chwili, kiedy ten mężczyzna usiadł przy ich stoliku. I spojrzał na niego.

Cameron znowu ten sam strach - co za pierwszym razem, gdy ujrzała go w takim stanie – zdławił za gardło. Widziała, jak Greg zaczyna się trząść i nic nie mogła zrobić. Zerknęła tam, gdzie on. Czyli na puste krzesło. Chwyciła go za rękę, próbując dodać otuchy i rozejrzała się, szukając pomocy. I wtedy zobaczyła stojącego za szyją młodego chłopaka. Znajomego młodego chłopaka. Obserwował ich zapewne od dłuższej chwili… Cameron poczuła gorący rumieniec wstydu na twarzy, gdy Chase omiótł ich zbolałym, wściekłym wzrokiem i odszedł.

Każdy widzi własne upiory…



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Pon 20:26, 19 Sty 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Piękne *patrzy rozanielonym wzrokiem w monitor* Już nie mogę się doczekać, aż się to wszystko wyjaśni, noo!



_________________

,,People say: 'What do you think of people that only talk to you or like you because you're in Green Day?'
And I say: 'Well, I AM Green Day. That is me... that is my life.'"

PostWysłany: Pon 20:37, 19 Sty 2009
Salamandra
Psychologiczny Iluzjonista
Psychologiczny Iluzjonista



Dołączył: 27 Gru 2008
Pochwał: 19

Posty: 7968

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ciekawe... i nadal dziwne... oraz zgadzam się z żoną^^



_________________
FUS forever

sis - Sevir :**

... i dopiero wtedy stało się światło

"you are still terribly afraid to be hurt, your imaginary sadism shows that. so afraid to be hurt that you want to take the lead and hurt first." "Only with you, eternity wouldn't be boring."

PostWysłany: Pon 21:06, 19 Sty 2009
Caellion
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 15

Posty: 5591

Miasto: Bełchatów/łódź
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Przepraszam, bardzo, baaardzo przepraszam Sad, że kazałam Wam tak długo czekać ..... Wybaczycie Wink? Po prostu byłam na bakier z moim Wenem, ale teraz trochę dał się ułagodzić Very Happy.. No i miałam egzaminy próbne :/... Dziękuję za tyle miłych głosów, za to, że ten fik Wam się spodobał :* . Mam nadzieję, że ostatnia (niestety, ale to było pomyślane jako trylogia ) część Was nie rozczaruje, choć jest trochę zakręcona . Ściskam Was mocno, całuję i życzę miłej lektury Very Happy.......


- Chase? … Chase, otwórz … Słyszysz mnie? Chase!! – Cameron uderzyła zaciśniętą dłonią w zamknięte przed nią drzwi. Po drugiej stronie nikt się nie odezwał. Nie słyszała żadnych kroków, szurania krzesła ani nawet dźwięku włączonego telewizora. Obojętna cisza zranionej dumy.

Cameron nabrała powietrza, próbując zachować względny spokój. Co zresztą nie było wcale łatwe, zważając na to, że przechodzący obok ludzie przyglądali się jej ciekawie. Nie macie własnego życia?!, wykrzyczała do nich w myślach, Własnych problemów?! Czy dziewczyna stojąca na wycieraczce przed swoim domem, nie mogąca się doprosić o wpuszczenie jej do środka, zasługuje na obrzucanie jej wścibskimi, pełnymi wyższości spojrzeniami? Wątpię!

Jeszcze przed chwilą wszystko było takie łatwe. A przynajmniej znacznie prostsze… Była w restauracji z House’em, próbującym wszelkimi sposobami sprowokować ją do wyznania… Wyznania czego?, pomyślała z goryczą. A potem wszystko nagle zwaliło jej się na głowę. Jego tajemniczy, obezwładniający strach, kiedy patrzył na puste krzesło za nimi; stojący za szybą Chase, wysnuwający w gniewie błędne wnioski… Jej uporządkowany świat, który właśnie drżał w posadach i wszystko wskazywało na to, że za chwilę runie, grzebiąc ją w gruzach.
- Robert… - wyszeptała bezwiednie, zrezygnowana. Jednocześnie ktoś szarpnął za klamkę i uderzył z rozmachem drzwiami o ścianę. Podskoczyła, zaskoczona, stając twarzą w twarz ze wściekłym, rozczarowanym Chase’em.
- No proszę, kogo my tu mamy? - zadrwił, zupełnie nie w swoim stylu. Jego oczy były teraz zimne, choć wciąż bolesne. Cameron jeszcze nigdy nie czuła się tak winna. Właśnie dlatego obawiała się prawdziwego związku i tak długo odtrącała Chase’a. A kiedy w końcu wyraziła na to zgodę, wyraziła też zgodę na szybszy lub późniejszy rozpad, odrzucenie i potępienie. Jak powiedziała na samym początku Cuddy „To nie Chase będzie cierpieć…”. – House odkrył charytatywną potrzebę dofinansowywania szpitala?
- Nie – odparła spokojnie, spoglądając na stojącego na progu Chase’a w bordowym swetrze i morderczym nastroju. Przekrzykiwanie się nic tu nie da. Jeśli jemu na niej naprawdę zależy, będzie musiał ją wysłuchać i zrozumieć. A jeśli nie… - Okłamałam cię. Spotkałam się z House’em, bo mnie o to prosił. Nie powiedziałam ci prawdy, bo nie chciałam właśnie takiej twojej reakcji. Nie wiem, co zobaczyłeś, ale nic między nami nie zaszło. House jest na coś chory i muszę mu pomóc. Nie uwiesiłam mu się na szyi i nie wyznałam miłości, jeśli o to ci chodzi.
- Okłamałaś mnie… - powtórzył Chase, patrząc twardo na Cameron. – Musisz mu pomóc… Umówiłaś się z nim za moimi plecami, bo jest chory. A ja na pewno byłbym zły, bo udzielasz konsultacji diagnostycznej… - mówił z coraz większym naciskiem na poszczególne wyrazy. Cameron ucieszyła się w duchu, że już nie palą kobiet na stosach, bo Chase z pewnością zrobiłby wszystko, by była jedną z nich. Niektórzy przechodnie bez skrępowania już stawali i na bezczelnego przysłuchiwali się kłótni pary. Pary? – Przykro mi, Cam. Myślałem, że byłaś ze mną szczęśliwa… Ale teraz wychodzi na to, że teraz House będzie musiał ci pomóc.
- Mi też jest przykro… - Allison zacisnęła zęby, powstrzymując się z całej siły, by nie zacząć krzyczeć albo płakać… Zrobiła krok do tyłu, wytrzymując chłodne spojrzenie swojego byłego chłopaka i… odeszła. Zbiegła szybko ze schodków i wypadła na chodnik. Jeden z gapiów uprzejmie zszedł jej z drogi. Przystanęła gwałtownie i wycedziła, omiatając wściekłym wzrokiem cały tłumek;
- Za obejrzenie przedstawienia należy się 50 dolarów… A dla szczególnie zachwyconych widzów promocyjne miejsce w piekle…

Uciekła, odprowadzana współczującymi pomrukami „widzów”. Drzwi od jej domu zatrzasnęły się raz na zawsze…

***

- Odpieprz się – mruknął prawie przyjaźnie House do jednej z długiego ciągu ustawionych przed nim szklanek. Część była napełniona do połowy, ale większość straszyła pustką. Po namyśle House wziął trzecią z lewej do ręki, zamachnął się i rzucił. Naczynie przeleciało przez pokój, po czym roztrzaskało się u wojskowych, ciężkich butów jego ojca, nie czyniąc mu zresztą najmniejszej szkody. John spojrzał z szyderczym uśmiechem na syna.
- Wciąż myślisz, że trafisz tym we mnie?
- A ty wciąż myślisz, że masz nade mną władzę?
- Skąd – odparł z ironią John House – Przecież to nie z nie mojego powodu siedzisz na tej brudnej kanapie i zapijasz się na śmierć.
- Dokładnie. Wprost nie mogę się doczekać, kiedy do ciebie dołączę. – warknął Greg, mimo wszystko nie podnosząc wbitego w szklanki wzroku. Był w tym samym ubraniu, w którym poszedł na „randkę” z Cameron, a wrócił ze swoim ojcem, zamiast z zakochaną w nim dziewczyną. Nawet nie miał pojęcia, gdzie ona jest. – Właściwie, to… dlaczego cię widzę?
- Dobre pytanie. Może ty wcale mnie nie widzisz. – odparł z całkowitym spokojem John. House gwałtownie uniósł głowę. Nikogo nie było.
- To jakim sposobem stoisz naprzeciwko mnie? – spytał z niedowierzaniem. Jak przez mgłę dostrzegał kontury barczystej postaci ojca. Przy dostatecznym wysiłku mógł nawet rozróżnić poszczególne odznaki na jego mundurze.
- Mnie tu nie ma, Greg. Jestem tylko w twojej głowie. Widzisz mnie, bo stałeś się mną. – mgła zniknęła, ukazując twarz mężczyzny. Obezwładniające przerażenie znowu zawładnęło diagnostą. Zobaczył siebie.

***

Cameron szła nerwowo ulicą, podbiegając co parę kroków. Nawet nie wiedziała, dokąd zmierza – po prostu parła przed siebie, nie patrząc na boki, ani tym bardziej się nie oglądając. Bo nie było na co. Jej dotychczasowe życie wisiało na naderwanym włosku… Będzie dobrze, zobaczysz… Zawsze jest dobrze… To ty ustalasz zasady, nie Chase… on nie może cię rzucić! To tylko zwykła kłótnia, będzie dobrze…, powtarzała w myślach. Próbowała się przekonać, że aktualna sytuacja jest tylko zmyśleniem gorących, wściekłych emocji, że kiedy oboje ochłoną… wszystko będzie po staremu…
- Ale nie będzie! – wrzasnęła ze złością do przechodzącego obok mężczyzny. Korpulentny, lekko łysawy jegomość po sześćdziesiątce popatrzył na nią, zgorszony. Zaczerwieniła się i odwróciła, prawie wpadając na jakieś drzwi. Była przed domem House’a…

Stała przez chwilę nieruchomo, starając się uporządkować rozbiegane myśli. Po chwili odetchnęła głębiej i weszła do środka. W końcu to House był katalizatorem jej lawiny. Musi ją teraz wyciągnąć. Złote cyferki na zielonych drzwiach – mieszkanie 221B. Uniosła rękę, chcąc nacisnąć dzwonek. Jednak nie nacisnęła.

Z wewnątrz dobiegały dwa głosy: jeden przyciszony, spokojny, raczej na pewno nienależący do House’a; drugi charakterystycznie zachrypnięty, z trudem powstrzymujący wybuch gniewu. Cameron zawahała się. Nie była na to przygotowana. Nie mogła teraz – ot tak – wparować i zażądać zadośćuczynienia. Wparować nie, pomyślała, ale wejść tak.

Położyła dłoń na klamce. Drzwi były otwarte, co nie stanowiło zaskoczenia, skoro lekarz miał gościa. Przywołała na twarz jeden ze swoich uprzejmo-słodkich uśmiechów i zajrzała do środka.

House był sam. Siedział na kanapie, zaciskając pięści i wpatrując się z lodowatą furią w ścianę. Ściana raczej w niczym mu nie zawiniła, więc sytuacja była z deka dziwna. Cameron odkaszlnęła, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Nie podziałało. Greg odezwał się, ale nie do niej.
- Już nigdy więcej mnie nie uderzysz… - wycedził, wstając. Allison poczuła znajome ukłucie strachu.
- Siadaj, Gregory. SIADAJ!

Cameron zasłoniła usta ręką, by nie krzyknąć. Obcy głos nie pochodził od żadnej trzeciej osoby w tym pokoju. Ten głos… glos starszego, stanowczego mężczyzny… wydobywał się z ust House’a! Cameron na chwilę straciła głowę. Nie, nie, NIE!, błagała w myślach, rozglądając się rozpaczliwie, To się nie dzieje naprawdę! Weszła dalej, zamykając za sobą cicho drzwi. Nie spuszczając oczu z miotającego się w transie Grega, spróbowała do niego podejść, niezauważona. Beżowy płaszczyk zawadził o puszkę z piwem. Spadła z łoskotem ze schodka. Cameron zaklęła, czekając na jakiś krzyk, złorzeczenie, drwinę, odzyskanie świadomości przez swojego byłego szefa. Nic, żadnej reakcji. Całkowicie już zamknięty w swoim świecie, krążył między oknem a kanapą, rozmawiając z Johnem House’em. Ojcem, który istniał wyłącznie w jego głowie, stworzony przez chora, wyczerpaną wyobraźnię. Śmierć Amber, po długim czasie w końcu dopełniła przyduszonego gdzieś na dnie duszy nieszczęścia. Osamotnienie, odcięcie od ludzi i normalnego życia skumulowało się i wreszcie dało o sobie znać. Chorobą. Stworzeniem czegoś… a raczej kogoś, kto by uosabiał całe zło, którego doświadczył i którego stał się przyczyną…

House zawrócił gwałtownie i sięgnął po nóż z obłąkaną pasją w niebieskich oczach. Cameron jęknęła i zasłoniła dłońmi twarz. Sekundę później, mniej opanowana, a bardziej zdeterminowana, rzuciła się na House’a, przewracając go.
- Nic nie zrobiłem! Ja NIC NIE ZROBIŁEM!! Nie masz prawa! – Allison przytrzymywała mu ręce i jednocześnie dokonywała cudów, by zadzwonić na pogotowie.
- Wszystko będzie dobrze, Greg… - powiedziała coś, w co sama nie wierzyła. A jednak on uwierzył. Wyczerpane, zastraszone dziecko uczepiło się kurczowo tej myśli i odpłynęło… House stracił przytomność. Głowa z fantazyjnie rozwichrzonymi, ciemnymi włosami poleciała mu bezwładnie na bok.
- Pogotowie psychiatryczne, słucham? – oznajmiła służbowo słuchawka.


- MIESIĄC PÓŹNIEJ –

Młoda dziewczyna w eleganckich, szarych spodniach i czerwonej tunice, doskonale współgrającej z miodowym odcieniem jej włosów, weszła do przytłaczającego swym ogromem białego więzienia. Rozejrzała się, zmieszana, i podeszła do mocno umalowanej lalki z serii Barbie Recepcjonistka.
- Przepraszam, w której sali leży Gregory House? – zapytała cicho. Upudrowana laleczka kazała jej iść korytarzem prosto, później dwa razy skręcić w prawo i na lewo będą drzwi z napisem – o ironio – 221. Cameron podziękowała sztucznie i ruszyła we wskazanym kierunku. Rozmowę z kierownikiem renomowanego ośrodka odbyła przed dwoma tygodniami, ale wciąż ją dobrze pamiętała. House na początku miał epizody paniki, będące pierwszym objawem ostrego, postępującego rozdwojenia osobowości. W jego życiu musiało zdarzyć się coś, co pociągnęło za sobą cały ten nagromadzony przez lata łańcuch cierpień i przeniesienia winy na siebie. Allison skrzywiła się, słysząc głośne stukanie swoich obcasów. W panującej tu ciszy przybierały rozmiary wystrzałów. Przekręciła dany jej przez Barbie klucz w drzwiach 221 i weszła.

House leżał przywiązany do łóżka pasami bezpieczeństwa. Skrępowane nadgarstki drgały spazmatycznie. Ubrany na biało wtapiał się niepostrzeżenie w salę, jakby go tu po prostu nie było. Bo go nie było – zamiast uznanego, ciętego diagnosty więziony był anonimowy schizofrenik, przytłoczony ciężarem nierozumiejącego go świata i traumatycznego dzieciństwa… Intensywnie niebieskie, rozbiegane oczy nie zauważyły jej obecności. Poczuła się jak tamtego dnia, kiedy uratowała go przed sobą samym. Ale czy trafił do miejsca, gdzie uratują go do końca?

- House?.. Pamiętasz mnie? – Cameron przysiadła na łóżku, dotykając nieśmiało jego dłoni. Gwałtownie wyprostował palce. Aż do bólu. Przygryzła wargę, by się nie rozpłakać. Jej życie powoli wracało do normy. Nie była już z Chase’em, ale – mimo obaw – niebo nie spadło na ziemię, a trawa nie zmieniła koloru z tego powodu. Wręcz przeciwnie, Cameron nareszcie była wolna i mogła szukać szczęścia. I je znalazła. Bezbronne, spętane, potrzebujące… - Będę na ciebie czekać…

House poruszył bezgłośnie ustami. Wreszcie nieruchome spojrzenie wbił w sufit. Pusty wzrok, bez emocji, uczuć, otępiony lekami…
- Co powiedziałeś? – nachyliła się ku niemu.
- Powiedziałem, że oczywiście, że będziesz czekać! – powtórzył głośno House. Cameron odskoczyła, zaskoczona i przestraszona. Spoglądała na całkiem przytomnego diagnostę, krztuszącego się ze śmiechu. – Będziesz czekać, ponieważ, jak to już kiedyś autorytatywnie stwierdziłem, ale nikt nie chciał mnie słuchać… ponieważ mnie kochasz, a ja cię potrzebuję…



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Wto 17:58, 17 Lut 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

wow niezły ten fik, taki......nietypowy, ale dla hameronek chyba nie zbyt hepi end.



_________________


Moje siostrzyczki Nemezis i Sevir i nasza mamuta Maagda
Mój prywatny, jedyny i niezastąpiony kaloryferek Alan
Moja prywatna pisarka zÓych dobranocek, po których nikt nie zaśnie - Guśka

PostWysłany: Wto 18:59, 17 Lut 2009
nimfka
Nietoperek
Nietoperek



Dołączył: 13 Sty 2009
Pochwał: 30

Posty: 11393

Miasto: HouseLand
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

happy może i nie do końca, ale będą razem (niezależnie w jakim sensie) więc hameronkowy end ^^

fik mi się podobał... specyficzny i inny, ale świetny...



_________________
FUS forever

sis - Sevir :**

... i dopiero wtedy stało się światło

"you are still terribly afraid to be hurt, your imaginary sadism shows that. so afraid to be hurt that you want to take the lead and hurt first." "Only with you, eternity wouldn't be boring."

PostWysłany: Sro 12:06, 18 Lut 2009
Caellion
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 15

Posty: 5591

Miasto: Bełchatów/łódź
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dziękuję :* Very Happy.. Właśnie chciałam, żeby był taki... zakręcony ^^. Cieszę się, że przypadł wam do gustu Mr. Green ... A co do hameronkowego zakończenia..... chce ktoś epilog? Twisted Evil



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Sob 23:33, 21 Lut 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

bardzo podoba mi się pomysł, ficka swietnie sie czyta, ciekawy, orginalny, dobrze napisany Smile co do zakończenia to faktycznie nie zbyt satysfakcjonujące dla hameronków, a wydaje mi sie ze w tym kontekscie mozna by je jakoś wstawic, ale Twoja wizja Twój pomysł...i tak jest bardzo dobry Wink



PostWysłany: Pią 21:26, 14 Sie 2009
sinaj
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 02 Maj 2009
Użytkownik zbanowany
Pochwał: 35
Ostrzeżeń: 1

Posty: 3975

Miasto: Legnica/Radom
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Hameron Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.09558 sekund, Zapytań SQL: 14