IDIOTKA [11/11] [+18]
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

IDIOTKA [11/11] [+18]

No i ostatni z odgrzewanych fikow + nowych na razie //ort. niet, wen odlecial z bocianami na zime .
I znow mi zjadlo polskie znaki



1.
Lipcowe słońce nie torturowało koszmarnym żarem, raczej rozpieszczało, kusiło… Senne, piątkowe popołudnie z perspektywą na spokojny wieczór i jeszcze lepszy weekend. Żadnych pacjentów, żadnych badań, żadnego użerania się z bandą ptasich móżdżków… Mmmm… czy to nie cudowne? Leniwy, długi, ciepły weekend… Może jakaś knajpka ze stolikami wystawionymi na zewnątrz? I dziewczęta o bosych stopach otulonych jedynie w leciutkie sandałki, w niemiłosiernie krótkich sukienkach. Idą, jakby płynęły, kołyszą zachęcająco biodrami. Letni wiatr tańczy w ich ciemnych, lekko falujących włosach, niebieskie oczy patrzą z…
Choroba, z czym? No nie ważne. Patrzą i tyle.
I nie muszą być niebieskie.
Włosy, jasny gwint, też mogą być blond!
I żadnych wielkich tyłkówwykrzyknik
Tfu!… Won z mojej głowy…
No.
Letnie popołudnie, dziewczęta, co tam jeszcze było?...
Choroba, co ludzie robią w piękne, piątkowe, letnie wieczory? Koszą trawnik, nudzą się, siedzą w pubie, grają w pokera, zadręczają przyjaciół?.. Wilson. Ciekawe co Wilson porabia w piątkowy, letni wieczór? Nieeee… Zdecydowanie dziewczęta są lepsze…
- Doktor House?
Obejrzał się, nie przestając szykować się do wyjścia. W drzwiach stała…. O matko… W letniej, nieprzyzwoicie prześwitującej sukience z odsłoniętymi ramionami, w sandałka na niebotycznie wysokich obcasach, o bosych stopach, na ręce lekko zabrzęczały cieniutkie bransoletki, gdy odgarnęła włosy z twarzy… woooowww…
- Doktor House? – powtórzyła uprzejmie, ale z lekkim zniecierpliwieniem.
- Yeeessss?
- Nazywam się Ann Hills, jestem nową asystentką doktor Cuddy. Prosiła, bym przed wyjściem do domu oddała to panu – położyła na biurku pokaźną kopertę i odwróciwszy się na pięcie wyszła, mijając w drzwiach wchodzących Foremana i Wilsona. Sukienka zatańczyła wokół jej smukłych nóg, jasne włosy, gęste, błyszczące, sięgały jej ledwo do ucha… O matko… Wyszedł na korytarz i odprowadził ją wzrokiem do windy, poczekał aż wsiadła. Dopiero po chwili zorientował się, że Wilson i Foreman robią to samo. Spojrzał na nich z niechęcią:
- Zamknijcie usta, chłopcy. Macie do mnie jakąś sprawę?
- Nie – pierwszy ocknął się Wilson – wychodzimy do domu, idziesz?
- Jasne… - Spojrzał przeciągle na windę. – Znacie ją?
- Tylko ze słyszenia… - Czyżby w głosie Foremana zabrzmiał żal?
- No... – Wilson westchnął, jakby też z żalem? – Podobno to jakaś córka kogoś..
Kpiący uśmieszek wypłynął na usta House’a, przyjrzał się Wilsonowi uważniej:
- Córka kogoś? Niesamowite, Wilson…
- Przestań. – Wilson podszedł do windy i nacisnął przycisk. – Cuddy mówiła, że to córka jej przyjaciółki, czy też może jej matki, to znaczy matki przyjaciółki…
- Zaczynasz się plątać w zeznaniach, przyjacielu… - House nie mógł sobie darować domyślnego uśmieszku – kulawa nie jest, to widać, nie wygląda też na ciężko chorą.. Co jest Wilson, czyżby…
- Sam się pośliniłeś, wytrzyj sobie brodę, House. – Wilson nie zamierzał był dłużny.
- Ciekawe… - mruknął House, wracając do gabinetu.
Nie miał imienin, urodzin, nie zbliżały się święta, a tu proszę, prezencik... Wysoka, ponętna blondynka o piwnych oczach….
Wrócił do siebie po plecak i zauważył na biurku pozostawioną kopertę. Cholera, znowu Cuddy, koperta... Czy ta kobieta nie może dać mu świętego spokoju? Ma weekend przed sobą, nie zamierza myśleć o pracy, w żadnym wypadku! Długi, spokojny weekend, pierwszy od…. Od nie wiadomo kiedy! Bez pracy, pacjentów, a przede wszystkim bez Cuddy! Ciągle tylko ona i ona, cholera! Wszędzie jej pełno, niedługo otworzy szafę, a tam Cuddy… Choć prawdę mówiąc? W szafie też można by… Wyobraźnia natychmiast podsunęła mu widok: jej włosy rozsypane na jego poduszce… pochyla się nad nią nad ranem, budzi, ona zaspana wtula się… Cholera! Szlag by to trafił! Dosyć!
Nie otworzy, powie, że wyszedł i zapomniał o kopercie, ot co. Pewnie to nic ważnego. Jakby było ważne, Cuddy dałaby mu ją do ręki i osobiście przypilnowała, by zajrzał. Albo przynajmniej by zadzwoniła, grożąc dożywociem w przychodni. To na pewno nic ważnego. Poza tym jest weekend. Zamierzał nic nie robić: tv, monstery, siatkówka kobiet i morze procentów w płynie, i zero Cuddy... Ekstra!
Dlaczego nie przyszła?..
2.
Cholera, wziął kopertę i zdążył wsiąść do tej samej windy, co Wilson i Foreman. Onkolog wskazał wzrokiem na rękę House’a.
- Co dostałeś?
- Nie wiem – House wykrzywił usta. Trzymając kopertę dwoma palcami za narożnik, z obrzydzeniem podniósł do góry – pewnie jak zwykle przysłała mi swoje romantyczne wypociny.- Powąchał kopertę – Znowu wyperfumowała. Błe..
- Nie sprawdzisz, co to?
- Po co? Zawsze to samo: House, jesteś wspaniały, House, jesteś cudowny, czekam, tęsknię… Ile można? – Wzruszył lekceważąco ramionami. – Sami wiecie jak to jest…. – Spojrzał na nich spode łba. – A! Nie wiecie. No tak… Ale i tak wychodzi na jedno: House, jesteś niezastąpiony…
- …w przychodni.. – Wtrącił Wilson, dzielnie znosząc mordercze spojrzenie przyjaciela. Wysiadając z windy, uśmiechnął się krzywo. - Lepiej zajrzyj do środka, pewnie nie miała komu wcisnąć tej konfrencji ….
- Miłego weekendu, doktorze House! – Foreman roześmiał się głośno wychodząc ze szpitala.

Zatrzymał się w holu, z podejrzliwością oglądając kopertę. Konferencja? Jaka, do diabła, konferencja? Zwariowała? Przecież wie, że nienawidzi konferencji, chyba jeszcze bardziej niż przychodni… Cholera. Podszedł do recepcji, laskę i torbę położył na ladzie, pielęgniarki nawet nie zwróciły uwagi, że porozpychał ich dokumenty, dalej paplały o czymś zawzięcie. Wyjął z koperty pokaźny plik kartek.

„House,
w kopercie masz zaproszenie, tematykę i plan konferencji, samolot masz o 21.00, bilety też są w kopercie. Przepraszam, że tak w ostatniej chwili, ale to przypadek awaryjny, ja nie mogę jechać. To tylko 4 dni, sorry.
Miłego weekendu - L.C.

P.S.
To polecenie służbowe, oczywiście.”

Znieruchomiał już po pierwszych słowach, teraz mało go coś nie trafiło. Polecenie służbowe? Konferencja?! Co za wiedźma! I jeszcze „miłego weekendu”?! Pogrywa z nim? Z nim?! Nie miała odwagi powiedzieć mu to prosto w oczy, tylko przesyła liścik?! Liścik?wykrzyknik
- Gdzie jest Cuddy? – wysyczał przez zęby do dwóch chichoczących w recepcji pielęgniarek. Żadna nawet nie uniosła głowy i nadal szeptały coś sobie na ucho. – Gdzie Cuddy? – powtórzył głośniej. Ponieważ nadal nie dostał odpowiedzi, podniósł swoją laskę i całej siły uderzył w blat recepcji. Podskoczyły obie przestraszone i spojrzały na niego. – Przestańcie rżeń, jak klacze w rui! Cuddy?! Taka mała, z wielkim tyłkiem, co to myśli!…
- A, doktor Cuddy – obie pielęgniarki znów zachichotały i spojrzały na siebie porozumiewawczo – Jeszcze chyba nie wyszła, powinna być u siebie.
- Aha! – wymamrotał wściekle, chowając papiery do koperty. – Porozmawiamy sobie!

Zobaczył ją przez szklane drzwi, jak siedziała na fotelu za biurkiem, przodem do okna. Bawiła się ołówkiem, uderzając nim o wargi w zamyśleniu, głowę odchyliła na oparcie. Powinna już dawno wyjść, na co czekała?
Otworzył drzwi z rozmachem, wtargnął pełen wściekłości i z całej siły trzasnął kopertą o biurko. Podskoczyła gwałtownie na fotelu, wyrwana z zamyślenia.
- A, House.. – Jakby wróciła z innego świata. Wyglądała na nieobecną. – Co ty tu jeszcze robisz? Samolot masz za… - spojrzała na zegarek - ..za niecałe 5 godzin!
- Czy ty naprawdę myślałaś, - wysyczał wściekle – że ten numer przejdzie? Miałaś ty lecieć i nagle za pięć dwunasta mnie ten zaszczyt kopnął?! Ja mam wolny weekend, kobieto! Nie mam zamiaru marnować go na jakiś dziki spęd idiotów…
- House, - przerwała mu miękko, wstała i podeszła do niego, dotknęła lekko jego ramienia, parząc mu w oczy łagodnie – ja naprawdę nie mogę… Proszę…
Zamilkł zaskoczony, czy przed nim stoi Cuddy? Owszem, znajome ciepło spod jej ręki i znajoma reakcja jego ciała na nią, jej znajomy zapach i te oczy… Ale obowiązkowa pani dyrektor w ostatniej chwili rezygnuje z konferencji i wciskając ją jemu nie walczy, nie straszy, tylko… prosi? Przed chwilę było to jeszcze polecenie służbowe, a teraz?... Ciężko wzdychając, opuścił ramiona.
- Co się dzieje? – warknął już tylko z rozpędu – ktoś w końcu odpowiedział na twoje ogłoszenie na www.ostatniaszansadesperatki.com i nie możesz stracić takiej okazji?
- Jasne – przynajmniej udało mu się wywołać cień uśmiechu na jej twarzy – podpisał się „Kulawy Dupek”…. House, - znów spoważniała – to ważna konferencja, a ja nie mogę jechać… Z godzinę temu zadzwoniła moja przyjaciółka, że dziś przylatuje…
- O nie! To ja mam się tłuc przez pół kontynentu, bo ty chcesz się urwać na jakieś babskie ploteczki?! – Nie mógł uwierzyć w to, co słyszał, Cuddy przedkłada prywatę na obowiązek?!
- To nie tak, House, - dlaczego ona gładzi jego ramię? Delikatnie przesuwa palcami, aż do jego dłoni, w końcu zaplata jego palce ze swoimi? Czy ona nie wie, że to może być niebezpieczne? – Płakała i nie chciała nic powiedzieć przez telefon. Znam ją, coś poważnego musiało się stać i jest już w drodze do mnie… Ostatnio mówiła, że ma sporo problemów i to dużych… To moja przyjaciółka… Jest dla mnie jak siostra… - cholera, to błagalne spojrzenie, jej kciuk gładzący jego dłoń...
- Cuddy, chcesz mi zmarnować mój jedyny wolny weekend – zabrał jej swoją rękę, jej dotyk coś robił niedobrego z nim samym – Nie ma nic za darmo..
- Wiem, wiem – westchnęła z ulgą – przychodnia…
- Przychodnia przez miesiąc, nie! Dwa miesiące, zero kretyńskich spędów przynajmniej przez pół roku i wyłączam komórkę. – Spojrzał na nią z wyczekiwaniem, po chwili ponaglił. – Więc?
- Ok., ok.., ale nie wyłączaj komórki…
- Wyłączam! Nie będziesz mi co pięć minut dzwoniła i sprawdzała czy czegoś nie schrzaniłem, trochę zaufania, kobieto!
Uśmiechnęła się tym swoim słodkim uśmiechem i… przytuliła się do niego! Odskoczył jak oparzony, patrząc na nią z udawanym przerażeniem.
- Łapy przy sobie, ty niewyżyta ladacznico!.. Ten numer omówimy przy kolejnych negocjacjach…
- Dziękuję, Greg – spojrzała z wdzięcznością – nie masz pojęcia, jak to dla mnie ważne..
- Jejeje… - warknął na pokaz, kierując się do drzwi – mogłem zażądać trzech miesięcy…

3.
I tyle zostało z twoich postanowień, idioto! Nie będę myślał, nie będę czuł… Jasne! Wystarczyło, że popatrzyła tymi swoimi smutnymi oczami, już zmiękłeś… Cholera! Manipulatorka! Nie szantażowała, nie przykupywała, tylko… Nabrałeś się na jakieś głaskanie, kretynie! Nigdy więcej!! Żadnego dotykania, żadnego proszenia, żadnego… w ogóle nic!
Niespodziankę to miał dopiero w samolocie, kiedy przyjrzał się dokumentom z koperty, wrobiła go nie tylko w wyjazd, ale i wykład dla tej bandy niedouczonych idiotów! Oczywiście, że dał radę, ale to nie o to chodzi, prawda? Wyrolowała go na całej linii… Poza tym wykład i ta cała konferencja okazały się nie tak upierdliwe, jak ciągłe unikanie telefonów od niej. Co z tego, że wyłączył komórkę, co chwila był wzywany do telefonu: a to do recepcji, a to do biura organizacyjnego, już myślał, że pewna sekretarka uwiesi się na nim i zaciągnie na siłę, by oddzwonił do Cuddy! Musiał przyznać, że mocno się napracował, by przez cztery dni ani razu nie odebrać wiadomości i ani razu nie oddzwonić. To też w końcu jest jakaś satysfakcja… To nie koniec zabawy, pani dyrektor! Jesteś mi winna więcej, niż dwa miesiące wolne od przychodni!
Spodziewał się, że jak w środę wczesnym popołudniemm łaskawie pojawi się pracy, to natknie się na nią zaraz za progiem szpitala i usłyszy standardowe „Spóźniłeś się!”. Nie było jej, dobry znak, widać to będzie szczęśliwy dzień…
- Dzień dobry kochane dzieci, tatuś wrócił z delegacji – w pokoju lekarskim był nadkomplet, bo zastał tam obie swoje ekipy i na dodatek Wilsona – rozumiem, że tęskniliście niezmiernie? Trudno, podziękujcie za to mamusi. Foreman, zrób mi kawę, ja zaraz wrócę, muszę iść kogoś zamordować.
Rzucił plecak w kąt i miał zamiar wyjść, by dorwać tę wredna jędzę, ale zastanowiło go milczenie zespołu. Wymowne?
- Co jest? – zatrzymał się z ręką na drzwiach – nie cieszycie się? A gdzie kwiaty, orkiestra i czerwony dywan?
- Wyłączyłeś komórkę – Cameron w końcu się odezwała.
- Oczywiście, byłem na konferencji. – podkreślił dobitnie. Sięgnął do kieszeni po telefon, cholera, nadal był wyłączony. - A co, nie dawaliście sobie rady beze mnie? Nic nowego…– Włączył aparat, po chwili odezwały się jeden po drugim komunikaty nadchodzących sms-ów i nieodebranych połączeń – Ho, ho, ho! Tęsknota musiała was dobijać, mam nadzieję, że ją też… Cuddy u siebie?
- Nie, - Wilson wziął ze stołu teczkę pacjenta i wepchnął mu do ręki – przyjrzyj się temu.
Widząc, że House chce się wymigać, przytrzymał teczkę w jego ręce i spojrzał z powagą. – Teraz.
Może to mina Wilsona i zdecydowanie, z jakim domagał się konsultacji, a może milczenie pozostałych, wziął w końcu teczkę niechętnie i podniósł wzrok na Wilsona.
- Ale to nie jest teczka Cuddy? – Zajrzał na pierwszą stronę i odetchnął – nie... Już myślałem, - ciągnął po chwili zdecydowanie weselszym tonem - że leży gdzieś zdana na moją łaskę i niełaskę, bo macie takie miny… Zaraz? To nasza pacjentka? Z takimi wynikami nie powinna już żyć, powtórzyliście badania?
- Nie żyje, zmarła cztery godziny temu… - Foreman podszedł do Hous’e – wiemy, że zrobiliśmy wszystko, co możliwe, ale chcemy, żebyś ty to przeczytał…
- I powiedział, że nic nie schrzaniliście? Nie pozwie was, nie żyje! – spojrzał na nich wszystkich po kolei. Widząc ich miny, usiadł przy stole i zaczął czytać akta. Mruczał coś od czasu do czasu pod nosem, sprawdzał każdą pozycję, w końcu znów na nich spojrzał. – Z bólem muszę przyznać, że nie widzę tu żadnych zaniedbań, ta idiotka mogła zgłosić się wcześniej, przynajmniej pół roku!
- Ona nie żyje! – Cameron podniosła głos.
- Ludzie umierają! – Odpowiedział tym samym tonem – szczególnie jak chodzą z bombą zegarową w głowie i nic z tym nie robią! No, koniec tych czułości, Foreman, co z tą kawą?
- House – Wilson usiadł na krześle – to była przyjaciółka Cuddy, przyleciała w piątek wieczorem…
Zamarł. Cholera… Cholera! „To moja przyjaciółka… Jest dla mnie jak siostra…”. Jeszcze raz zajrzał do teczki i w końcu rzucił ją na stół.
- Z czymś takim nie miała żadnych szans! – Przetarł twarz dłońmi. – Gdzie ona jest?
- W kostnicy – Wilson nieco się zdziwił – chcesz ją obejrzeć?
- Nie ta! Pytam, gdzie jest Cuddy!
- Odwiozłem ją do domu, - Wilson ciężko westchnął – chciała być sama, ale jest w nienajlepszym stanie…
- A w jakim ma być, do cholery? – Wydarł się na nich, jakby to oni byli temu wszystkiemu winni.- Idioci!
Chwycił swój plecak i wypadł z pokoju bez pożegnania.

4.
Stał pod drzwiami jej domu, zastanawiając się, czy naprawdę powinien tu być. Nigdy nie miał z tym problemu, robił co chciał i kiedy chciał. Ale teraz?.. Jeszcze parę godzin temu miał zamiar dorwać swoją panią dyrektor i zrobić jej awanturę wszechczasów, odegrać się za to, że go wrobiła w wykład, za to, że jej uległ, za to że ciągle nękała go swoimi telefonami… Cholera.. Wyłączona komórka! Dzwoniła do niego tyle razy, a on cieszył się jak kretyn, że udało mu się z nią nie porozmawiać… Pięknie…
Otworzyła mu drzwi bosa, potargana, ubrana w jakiś wielki podkoszulek. Spojrzała na niego jak zbity pies i bez słowa cofnęła się do środka, zostawiając otwarte drzwi. Wszedł, niepewny co ma zrobić.
- Jak się czujesz? Wyglądasz jak zombi.. – A podobno miał wysokie IQ?
Wzruszyła tylko ramionami i ciężko usiadła na kanapie, podwijając pod siebie nogi. Koc, którym wcześniej była przykryta, odsunęła w kąt, wzięła tylko poduszkę i objęła ją ramionami.
- Niepotrzebnie przyszedłeś – wychrypiała po chwili. – chcę być sama.
- Tak, wiem, Wilson mi mówił. – Niezdarnie dokuśtykał do niej i niepewnie położył rękę na jej ramieniu – ale wiem, że wszyscy kłamią..
- Naprawdę chcę być sama, wszystko w porządku. – Nawet na niego nie patrzyła – nie płaczę, nie obwiniam nikogo, wiem, że była w stanie beznadziejnym, że teraz już nie cierpi… - głos jej się załamał. Z ciężkim westchnieniem usiadł obok niej i objął ramionami. Próbowała się odsunąć.
- To nic nie da, House – jęknęła ze łzami w głosie – niczego nie zmieni.
- Ech, kobieto małej wiary.. – Wyszeptał przygarniając ją mocniej do siebie, pogłaskał po włosach ja małe dziecko. – Obejmij mnie. Nie musisz być zawsze silna, wszystkiego tłumić. Wiem, że kochałaś ją jak siostrę…
Przylgnęła do niego, spazm rozpaczy wyrwał się jej z gardła, rozszlochała się, jak nigdy dotąd. Wtuliła się w jego ramiona i wylewała razem ze łzami cały napięcie ostatnich dni, swój ból, swój żal… O to, że nie wiedziała nic o chorobie przyjaciółki, o to, że nie mogła jej uratować, o to, że już było za późno, o to, że go nie było, gdy była tak bardzo potrzebny, o to, że... O wszystko.
Nie wiedział ile czasu siedzieli w ten sposób, słońce już dawno zaszło, w końcu jej szloch był co raz cichszy, co raz mniej spazmatyczny, aż w końcu uspokoiła się. On tylko gładził ją po włosach i kołysał w ramionach, aż zmęczona płaczem, wtulona w niego usnęła,. Miał zamiar wyjść, jak tylko się uspokoiła, ale bał się ruszyć: przylgnęła do niego rozpaczliwie, oplotła ramionami, nie miał sumienia jej budzić. Sięgnął tylko po koc leżący na końcu kanapy i otulił ich oboje. Może jutro będzie tak ścierpnięty, że nie będzie mógł chodzić, ale dziś…

5.
Miała piękny sen.. Taki… rozkoszny… Ona i on…. Leżeli razem, ciasno przytuleni… Taki spokój ją ogarnął, taka błogość... Nareszcie miała go dla siebie, cały był jej, tylko jej… Poddawała się jego delikatnym pocałunkom, jego rękom na jej piersiach, błądzącym jakby od niechcenia, jego subtelnym pieszczotom … Odpowiadała mu tym samym, szukała jego ust, jego całego… Tak bardzo za tym tęskniła…. Tętno co raz bardziej przyspieszało… ręka sama wślizgnęła się pod jego t-shirt, opuszkami palców tworzyła rysunki na jego piersiach, podbrzuszu…. Powoli, zmysłowo, powędrowała niżej, znalazła… Och…. Tak…. Czekał na nią… Oddech co raz szybszy…. co raz śmielej, co raz odważniej, chciała...
Zaczęło do niej docierać, że to chyba jednak nie sen? Naprawdę leżała przytulona do niego, naprawdę tulił ją do siebie, naprawdę jego ręce pieściły ją rozkosznie, a jej ręka… ?! Co ona robi? To nie sen, to się dzieje naprawdę… Chciała cofnąć rękę, ale poczuła tylko jak on przykrył ją swoją dłonią, wręcz ponaglił i wymamrotał niecierpliwie przez zaciśnięte zęby:
- Nie przerywaj, nie możesz… O tak…
Jeszcze chciała się odsunąć, ale parzący oddech błądzący po jej szyi, ręce wędrujące w najbardziej intymnych miejscach… poddawała się temu bezwolnie, nie miała wpływu na własne odczucia, na własne ciało… Porywała ją fala doznań, na jakie czekała, o jakich marzyła, o jakich śniła po nocach… Rozsunął jej uda, chwycił łapczywie za biodra, przygarnął do siebie jeszcze bliżej, i jeszcze…
- Chcę być w tobie… Teraz… Proszę… - Łapiąc ciężko oddech, szeptał prosto w jej usta.
Wplotła palce w jego włosy i przywarła ustami do jego szyi. Fala gorąca ją obezwładniła, nie myślała już o niczym, otworzyła się na niego… Wypełnił ją sobą gwałtownie, zachłannie… O tak, tak… Jeszcze…
Niekontrolowany jęk…
Świat przestał istnieć…
Ukojenie…
Pozostały tylko ich oddechy, jeszcze przez chwilę przyspieszone… jeszcze serce galopowało przez chwilę…
Cisza…
Chciała coś powiedzieć, ale on wstał i ubrał się.
- Śpij. – przykrył ją kocem.
Słyszała jeszcze tylko stukot jego laski i trzaśnięcie drzwiami.

6.
Wilson przyszedł do pracy dość wcześnie, nie spał spokojnie, w końcu stwierdził, że na siłę, to i tak się nie uda. Martwił go stan psychiczny Lisy, przez te cztery dni przeszła piekło i przegrała. Wszyscy walczyli o jej przyjaciółkę, ale z góry wiadomo było, że to przegrana walka, za późno się zgłosiła. Świadomość tego, że nic nie można było zrobić, bezsilność i rozpacz dobijały ją… Miał tylko nadzieję, że ten skurczybyk pojechał wczoraj do niej, że nie została sama… Cholera, kawy zabrakło, House pewnie ma u siebie zapas. Wszedł do pokoju lekarskiego, pewien, że u nich nikogo jeszcze nie ma i nastawił ekspress.
- Dla mnie też jedną zrób. – dobiegł go głos z przyległego pokoju.
- Jezu, House! – Podskoczył przestraszony, mało nie rozsypując kawy z otwartego pojemnika.
- Zaraz „Jezus”, wystarczy samo „House” – wszedł opierając się ciężko na lasce, po drodze łykając tabletki. – Spać nie mogłeś?
- Ja? – Wilson nie posiadał się ze zdumienia. – Co ty tu robisz? Spałeś tutaj? Myślałem, że pojechałeś wczoraj do Cuddy?
- Tja… Pojechałem. – Usiadł przy biurku i przetarła twarz dłońmi. – co tą kawą?
- No i…? – Ponaglił Wilson, nie mogąc doczekać się jakichkolwiek informacji.
- I mam kaca… - wzrokiem gdzieś uciekł w bok.
- Upiliście się wczoraj? – Wilson postawił na stole dwa kubki z parującą kawą – Chryste… Może to i dobrze?.. Jak ona się czuje?
- Nie mam pojęcia, – wzruszył ramionami. – i chyba nie chcę wiedzieć..
- House, wiem, że masz poczucie winy…
- Wiesz? – poderwał gwałtownie głowę i spojrzał z zaciekawieniem na przyjaciela. Ten cmoknął zniecierpliwiony.
- Nawet gdybyś nie wyłączył komórki, nawet gdybyś był tu na miejscu, niczego byś nie zmienił! Ona przyjechała w takim stanie, że zastanawiam się jak udało się jej to zrobić! Nie możesz się winić za coś, na co nie miałeś wpływu!
- Skończyłeś? Już mi lepiej. – Westchnął teatralnie. – Całe szczęście, że udało mi się dziś z tobą porozmawiać.
- House?
- ….
- House?! O czym mi nie powiedziałeś? – Wilson miał ochotę potrząsnąć przyjacielem, który gapił się w sufit, udając, że nic nie słyszy. Nagle jakaś myśl przemknęła mu przez głowę. – Pojechałeś do niej wczoraj, tak?
- …
- Cholera, House! Ona nie może cię obwiniać, przecież wiesz o tym!.. – Zamilkł i gwałtownie wypuścił powietrze. - To nie o to chodzi, tak? Co zrobiłeś?
- Idę się wykąpać i przebrać, na razie Wilson. – Podniósł się ciężko i zaczął sobie szykować zmianę ubrania, dobrze, że zawsze ma gabinecie odpowiedni zapas.
- House! – Wilson wyrwał mu z ręki czysty t-shirt. – Dlaczego masz kaca?
- Kac, to kac, nic nowego. Daj spokój, – usiłował zabrać koszulkę z rąk Wilsona. Szarpnął raz i drugi, ale Wilson trzymał mocno i widać było, że nie popuści. W końcu wrzasnął – Ok., przeleciałem ją, zadowolony?!
Zwolnienie uchwytu przez Wilsona spowodowało, że siłą rozpędu uderzył plecami o ścianę. Zachwiał się, ale utrzymał równowagę, pozbierał resztę rzeczy na zmianę i nie patrząc na przyjaciela, chciał wyjść.
- Nie tak szybko, kolego. - Wilsonem mocno wstrząsnęła ta wiadomość. – Jak to „przeleciałeś”?!
- Normalnie, narysować ci? – Próbował wyminąć onkologa, ale ten twardo tarasował mu drogę. W końcu wybuchnął – Sama zaczęła! Cholera, to ona mnie przeleciała! Rozumiesz?! A ja, jak ostatni idiota… Zejdź mi z drogi, Wilson, nie żartuję!

7.
Stał pod letnim prysznicem i zamierzał zmyć z siebie to wszystko. Naprawdę czuł się jak ostatni idiota… Nie wiedział czy bardziej ma się wściekać na nią, że doprowadziła do takiej sytuacji, czy raczej na siebie, że dał się wmanewrować. Że po raz kolejny zostało mu udowodnione, jaki ta kobieta na wpływ na niego… Owszem, ciągle wyobrażał sobie, jakby to było, chciał tego, ale… Zaskoczyła go, cholera! To nie on kontrolował sytuację. Zanim się zorientował, jej ręce były wszędzie, takie ciekawskie, taki zachłanne, takie… Chryste Panie!.. Odkręcił zimną wodę i stanął bez ruchu, oparty rękoma o ścianę. Wydawało jej się zapewne, że może z nim wszystko, tak? Że jest jak bezwolna marionetka, wzięła go na smycz i wytresuje? Niedoczekanie… Zbyt mocno cenił sobie niezależność, by zostać zabaweczką jakiejś…, jakiejś… Do diabła, niczyją zabaweczką nie będzie! Może i faktycznie przy niej miękną mu kolana, ale nie da się…, nie da… To wszystko kwestia psychiki, wytrenowania czy czegoś tam… Zmuszał się już do tylu rzeczy, że nie uleganie Cuddy nie powinno stanowić większego problemu. Przynajmniej kiedyś, jak już mocno to potrenuje… Jak udowodni jej, że ona nic dla niego nie znaczy, że nie ma na niego aż takiego wpływu, jakby sobie wyobrażała. I jak sobie to udowodni…
Wyszedł spod prysznica i zaczął się wycierać szorstkim ręcznikiem. Cholera, i tak nie uniknie tej rozmowy… TEJ rozmowy. Trzeba tylko tak to rozegrać, by raz na zawsze odechciało jej się… Tłumaczenie nic nie da, prawda? Wyjdzie na idiotę. Jak zawsze zresztą.. Cholera.. Zacznie patrzeć na niego tymi swoimi oczętami, dotknie… Nie, teraz jest najodpowiedniejszy moment, póki wszystko się w nim gotuje, pójdzie i jej wygarnie. Niech wie! Nie może z tym czekać, bo jak sobie przypomni te oczy, te jej ręce… jej zapach… Cholera, do diabła, szlag by to trafiłwykrzyknik! Wilson!

8.
Wilson nie miał wolnego dnia. Stan młodej pacjentki nie rokował wielkich nadziei, choć robił, co mógł. Rak bywa jednak bezlitosny i nie interesuje go ani młody wiek chorego, ani jego nadzieje, ani nic… Onkolog umiał rozmawiać z beznadziejnie chorymi pacjentami i ich rodzinami w taki sposób, by złe informacje nie były tym, co ich dobiją ostatecznie, ale lata praktyki nie uodporniły Wilsona na czyjś ból, czyjeś cierpienie, czyjąś śmierć. Choć może powinny?
Na pewno jednak powinny uodpornić go na niespodziewane wizyty przyjaciela, dla którego nie liczyło się nic, oprócz tego, co akurat zaprzątało jego uwagę. A tym razem jednak musiało go to mocno gryźć, i dobrze, bo gdy tylko odnalazł Wilsona w jego gabinecie, bez słowa uwalił się ciężko na jego kanapę i do tej pory milczał. To było jakieś pół godziny wcześniej, czyli wystarczająco dużo miał czasu, by wyrzucić z siebie coś, co go dręczy. Wprawdzie Wilson zdążył się i zdziwić, i zaniepokoić w międzyczasie, ale twardo udawał, że nie interesuje go nic, oprócz dokumentacji, którą właśnie uzupełniał.
W końcu nie wytrzymał i ciężko westchnął zrezygnowany.
- Postanowiłeś spędzić swój pracowity dzień w moim gabinecie? Trzeba było przynieść koc i wino, zrobilibyśmy sobie piknik na dywanie….
Nic. House nadal leżał i gapił się w sufit. Miał ze sobą swoją świętą piłeczkę i cały czas ją podrzucał.
- House? Umarł ktoś?! – miał ochotę nim potrząsnąć - House!!
- Nie krzycz na mnie, bo się zestresuję i będę się jąkał – Cisnął piłeczką o ścianę i już jej nie złapał. Przetarł twarz dłońmi i założył je sobie za głowę.
- Jak dobrze znasz Cuddy, co?
- No jak to? – Wilson uniósł brwi w zdziwieniu.
- No tak to. Jak dobrze znasz Cuddy?
- Znów cię zmolestowała, House? – Do tego człowiek trzeba mieć dużo cierpliwości, rzadko kiedy można było nadążyć za jego pokręconymi pomysłami. – A może ku twojej radości uciekła z naszym zramolałym księgowym? Wywaliła cię z roboty czy zgłosiła się na wycieczkę w kosmos?
- To byłby pryszcz…
Wilson oczekiwał na dokończenie zdania, w końcu zrezygnował. Zbyt dobrze znał House’a, nie powie nic, czego nie chce powiedzieć.
- Nie chcesz, to nie mów. Siedź sobie na kanapie, mam jeszcze z godzinę roboty. Tylko jak będziesz wychodził zgaś światło.
- Zwariowała…
- Jednak księgowy – Onkolog pochylił się nad dokumentacją.
- Wiesz, że nie raz mówiłem jej, że ma wielkie cycki i jeszcze większy tyłek…
- Oooo… Nie tylko ja to wiem, cały szpital jest informowany na bieżąco o twoich seksualnych frustracjach. – Stwierdził z przekąsem, nie przerywając pisania.
- Zaraz frustracjach! - przewrócił oczami - Wiesz, że ona chyba musiała w to uwierzyć? – Wilson ostrożnie uniósł głowę i podejrzliwie przyjrzał się przyjacielowi. Ten jednak tego nie zauważył i ciągnął dalej. – W to, że niby mi się podoba? Że ciągle o niej myślę, że nie daje mi spokoju, że za nią latam?
- A nie latasz? I nie myślisz?
- Jasne… – Spojrzał z politowaniem – Czasami po prostu się nudzę, a przy niej przynajmniej… Lubię jak się wścieka, robi jej się wtedy taka śmieszna zmarszczka…
- Jasne! I dla tej zmarszczki łazisz za nią jak pies, odganiasz od niej każdego faceta, mówisz, że jest seksowna…
- Komu podobałby się taki wielki tyłek?! I nie łażę za nią. – Znów ciężko westchnął – Nie myślałem, że ona… zrobi mi coś takiego… - ostatnie słowa wymamrotał, nie patrząc na Wilsona.
Onkolog już od dłuższej chwili porzucił wypełnianie dokumentacji, teraz wyprostował się na fotelu i z uwagą przyjrzał przyjacielowi. Idiota – pomyślał – naprawdę idiota!
- House, załóżmy, że masz rację i rzeczywiście Cuddy uwiodła cię wbrew twojej woli…
- Spałem! – wybuchnął House. – Zanim się… Cholera..
- Serio? Spałeś u Cuddy? Biedaczek, tak się dać wmanewrować… Widać, że dobrze cię zna.. – Wilson powoli zaczynał się dobrze bawić. – Naprawdę tak ci z tym źle? Przecież wszyscy wiedzą, że lecisz na nią od dawna i sam się z tym nie kryjesz, więc na co narzekasz?
- Właściwie, to nie chodzi o to… No wiesz. – House potarł dłonią swój kark. – Nie narzekam na sam fakt, tylko idiota mógłby. Wiesz co ja myślę, Wilson?
- A myślisz? – Powątpiewanie w głosie onkologa było aż nadto widoczne.
- Ja myślę, że ona to sobie uknuła…, Że wymyśliła sobie, że w ten sposób będzie miała mnie w garści, chciała mi udowodni, że może ze mną zrobić wszystko…
- A nie może? – Wilson najwyraźniej lubił drażnić lwa. - House, nie wierzę, że ona?...
- Ja też.. Takie kobiety nie zakochują się w takich jak ja, rozumiesz? – Brwi Wilsona podskoczyły wysoko, do samej góry. House wspomniał o miłości?! Jest gorzej, albo może raczej lepiej, niż to z początku wyglądało. - A jeżeli któraś już jest idiotką, to na krótko! Cholera!! – Spojrzał bezradnie na Wilsona - Co mam jej powiedzieć?wykrzyknik
- Że też ją kochasz, będzie najprościej - ze spokojem zaczął chować dokumenty, i tak już dziś nic nie zrobi. – Albo, że jest skończoną idiotką i ma sobie to wybić z głowy..
- Zwariowałeś?! Wiesz, jak by to się mogło skończyć?!
- W pierwszym przypadku „żyli długo i szczęśliwie?” – Co raz trudniej było mu utrzymać powagę, chyba jeszcze nie widział House’a tak zdezorientowanego. – W drugim zapewniłbyś sobie wieloletnią rozrywkę. Dopiero mógłbyś sobie na niej poużywać. Dlaczego to tym razem taki problem?
- Jakie żyli długo i szczęśliwie?! Jakie poużywać?! Mózg ci się rozpłaszczył?! Czy ja wyglądam na idiotę, Wilson?!
Ten przyjrzał mu się ze spokojem:
- No, teraz prawdę mówiąc…
- To już bym wolał wyrwać tę jej gorącą asystentkę, niż jakieś tam…
Onkolog nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Usiłował się powstrzymać, ale nie wychodziło mu to najlepiej. W końcu opadł na fotel i śmiał się otwarcie.
- Co w tym jest wesołego, do diabła?! Co cię tak śmieszy?! Nie mogę lecieć na asystentkę, a na Cuddy mogę?
- Ty, House. Jesteś niesamowity! – nie mógł się powstrzymać, śmiał się i ocierał łzy – Wszystkich wyzywasz od idiotów, ale czasami spójrz na siebie. Kompletny kretyn.
House zamarł, zaskoczony zachowaniem się przyjaciela. Jak on mógł?!
- Posłuchaj, geniuszu – Wilson w końcu z trudem opanował śmiech i pochylił się nad biurkiem. – Posłuchaj, co ty mówisz! Cały czas dajesz wszem i wobec do zrozumienia, że jedyne, o czym marzysz, to Cuddy i, jak to pięknie ujmujesz, jej wielki tyłek. A jak już w końcu spełniło się, to panikujesz. O ile jest tak, jak mówisz i to ona cię uwiodła, to teraz piłeczka jest po twojej stronie boiska. Dorośnij, House! Zwiąż się z Cuddy lub udawaj, że ona nie istnieje, ale zachowuj się racjonalnie!.. Rany, co ja mówię, ty i racjonalność… Ech, chłopie. Jedynym pożytkiem z tego jest fakt, że wygrałem zakład! – znów się roześmiał zadowolony, ale zaraz zamilkł widząc minę House’a.
- Zakład? Zakład?! – House nie wiedział czy udusić padalca teraz, czy dopiero jak go wypatroszy.
- Przecież wiesz, że cały czas idą o was zakłady. – Wilson udawał, że nie bardzo się przejął groźbą w oczach przyjaciela.
- To, że są zakłady, to jedno, wisi mi to, ale kiedy mówisz, że wygrałeś oznacza, że wypaplałeś wszystkim naokoło, tak?!
- E, zaraz wszystkim… - chyba to nie był dobry moment na takie informacje.
House powoli podszedł do Wilsona, delikatnie strzepnął niewidoczny pyłek z jego klapy i zaglądając w oczy, zapytał z jadowitym uśmieszkiem.
- Czy istnieje zakład pod tytułem „Czy Wilson doczeka następnego weekendu”? Bo ja bym w to wszedł. – Oczekiwał, że przyjaciel przynajmniej się speszy, ale ten, ku jego zdziwieniu uśmiechnął się przekornie, równie delikatnie zdjął ręce House’a ze swojej marynarki i wygładził klapy.
- Nie, ale jest zakład pod tytułem „Kiedy Dupek zrozumie, że jest Dupkiem”. Jeszcze jest drugi „Kogo przeleci asystentka Ann”. Możesz się załapać na oba – szkoda, że nie mógł zrobić zdjęcia miny House’a.
- Wiesz, że to niezły pomysł?! – warknął tylko w odpowiedzi.
- House! A mówią, że taki genialny analityk z ciebie, że zauważysz każdy szczegół, każdy symptom... Spójrz w lustro… - Wilson znów zaczął chichotać i nie przestał nawet wtedy, gdy House wychodząc, trzasnął wściekle drzwiami.

9.
Chwycił za klamkę, by, jak to miał w zwyczaju, wtargnąć do gabinetu Cuddy bez pukania, gdy drzwi się otworzyły:
- Doktorze House?
Spojrzał z aprobatą i uśmiechnął się, jak mógłby zapomnieć o kimś takim?
- Ann, tak? Dobrze pamiętam?
Wyszła z gabinetu Cuddy, zamykając za sobą drzwi. Zanim usiadła za swoim biurkiem, zdążył zauważyć, że dziś miała na sobie cieniutkie, letnie spodnie i mocno wydekoltowany top bez rękawów. I niebotycznie wysokie obcasy. I czerwony lakier na paznokciach stóp. I pachniała czymś odurzającym… Nieźle – ocenił w duchu taksując ją wzrokiem. Wprawdzie zbyt wysoka, zbyt wyzywająca, i w ogóle „zbyt”, ale…
- Nowa asystentka Cuddy… - Niby sobie przypomniał. - Mogę wejść?
- Niestety panie doktorze, pani dyrektor nie ma. – Spojrzała na niego bez uśmiechu.
- Jak to, nie ma? - Mina mu zrzedła. Chciał to już mieć za sobą! Usiłował zajrzeć do gabinetu, ale żaluzje były zaciągnięte. – Dlaczego wszystko jest pozasłaniane?
- Widocznie po tym, co ją spotkało, pani dyrektor chciałaby mieć chwile prywatności, czy to dziwne, doktorze? – Jej wzrok go przewiercał na wylot.
- W pracy? – Warknął zaskoczony jej nieprzychylnym wzrokiem. Niemożliwe, by Cuddy zwierzyła się z ich wspólnej nocy swojej asystentce! – Prywatność może mieć w domu, ale nie w pracy. Tu ludzie umierają….
Zły nie wiadomo o co, w końcu otworzył drzwi i nie wchodząc do środka, rozejrzał podejrzliwie. Normalnie. No, prawie… Na stoliku przy sofie stał przepiękny bukiet kwiatów, kolorowych, delikatnych… Kwiaty?
- Ładne kwiaty…. To gdzie jest pani dyrektor? – Zapytał z prawie szczerym uśmiechem zamykając drzwi. Tylko ktoś, kto nie znał Housa, mógł wziąć ten uśmiech za dobrą monetę.
- Wyszła przed chwilą. Chyba musiała coś ustalić z doktorem White’m. Nie wiem, kiedy wróci, chyba nie powinien pan czekać.
- Tak, chętnie zaczekam – Udał, że nie zrozumiał, co ona taka nadęta? – I jak ci się u nas pracuje?
- Dziękuję, to dopiero kilka dni.
- Na pierwszej linii frontu, u drzwi pani dyrektor, dajesz radę?
- Skąd to zainteresowanie, doktorze? – Podniosła głowę znad dokumentów i spojrzała na niego uważnie. – Czy ma pan jakieś zastrzeżenia do mojej pracy? O ile wiem, nie było pana przez te kilka dni?
- Jasne, - uśmiechnął się ujmująco – nie bierz tego do siebie, po prostu jestem wścibski. Miły miałaś weekend?
- Tak, dziękuję – spojrzała ze zdziwieniem. – Byłam u moich rodziców, a pan doktorze?
- Ja nie.
- Co, nie?
- Nie byłem u twoich rodziców.
Zamarła zaskoczona, po chwili zamknęła usta, przymrużyła oczy i zdecydowanie podeszła do Housa. Stanęła naprawdę blisko, a że była wysoka, bez problemu patrzyła mu prosto w oczy bez uśmiechu:
- Kiedy przyjmowałam się tu do pracy, proponowano mi specjalny dodatek za uciążliwe warunki, ostrzegano mnie przed panem doktorze. Podobno lubi pan pogrywać z ludźmi, ale mnie to nie bawi. Nie śmieszy i jest żałosne… Może pan próbować, ale ostrzegam: nie tak łatwo zbić mnie z pantałyku…… Napije się pan kawy, doktorze? – Zapytała po chwili z nieszczerym uśmiechem, kierując się do expressu.
- Nie dziękuję, - Przywołał na usta nieśmiały, przepraszający uśmiech, jakby jej słowa go speszyły. O naiwności. – Kawę wolałbym wypić wieczorem, w jakimś zaciszu, w miłym towarzystwie... Nastrojowa muzyka, świece… - przechylił lekko głowę i czekał.
Obdarzyła go czarującym uśmiechem, ale nic nie odpowiedziała. Pochylił się więc w jej kierunku.
- Co ty na to?
- Oczywiście, doktorze. – nadal uśmiechała się słodko. – Nastrojowa muzyka, świece, wino… Uhmmm…. Komu by się to nie podobało?…. – Głośno się śmiejąc, poklepała go po ręce – Powodzenia, musi mi pan jutro opowiedzieć jak było…

Wracając do swojego gabinetu, uśmiechał się sam do siebie, szkoda, że nie widział własnej miny! Co raz bardziej podoba mu się Ann, zdecydowanie co raz bardziej… Będzie się nadawała! Zupełne przeciwieństwo Cuddy… I… Być może lekarstwo, żeby przestał ciągle o niej myśleć?... Co jest lepszego niż klin klinem?.. Cuddy wreszcie zrozumie, że to był zwykły…
Po drodze natknął się na Cuddy z White’m. Jak zwykle nienagannie ubrana, perfekcyjny makijaż, profesjonalizm w pełni. Jakby nic się nie stało, cholera!! Uciekła wzrokiem w bok, udając wielkie zainteresowanie słowami swojego rozmówcy, jemu tylko skinęła głową z daleka. Ach tak?... Jak sobie życzysz, możemy to tak rozegrać…
- Ładne kwiaty, White, dobrze ci idzie – zawołał z daleka i uniósł kciuk do góry. Udał, że nie zauważył ich zaskoczonych min i poszedł dalej.

10.
Myślał, że skoro dał się wrobić w konferencję, skoro nie zrobił awantury ani nie wywinął żadnego numeru, może spokojnie spędzić resztę dnia na oglądaniu swojego serialu. Ekipa siedziała tuż obok w pokoju lekarskim, a on spokojnie włączył TV w swoim gabinecie. Spokój… A guzik, dopadła go zanim dobrze się rozsiadł:
- House, możesz?... – Rzuciła krótkie spojrzenie na ekipę siedzącą za szklaną ścianą.
- Nie! - Uciął krótko.
- House!
- Nie!
Podeszła do TV i wyłączyła. Spojrzała na niego groźnie.
- Masz jeszcze godzinę dyżuru na dole!
- Jest lato. – Burknął gniewnie oburzony, nie wiadomo czy bardziej tym, że udawała, jakby nic się nie stało, czy tym, że mimo wszystko kazała mu iść do przychodni. Naprawdę nic się nie zmieniło?! – Kto latem choruje? Alergicy do alergologa, reszta symuluje!
- Nie, House, tym razem nie będziemy pogrywać. Zbieraj po prostu swoje dupsko i zanieś je do przychodni!
- Cuddy. – Pochylił się w jej kierunku - czy ktoś ci już dzisiaj mówił, że jesteś bez serca, zła kobieto? Nie znudziło ci się jeszcze to marudzenie? House to, House tamto. O co ci chodzi? Wmanewrowałaś mnie w konferencję, w samolocie dowiedziałem się, że również w wykład, nawet nie pofatygowałaś się, by zrobić to osobiście, tylko przysłałaś tę swoją Ann. Choć nie powinienem narzekać, bo widok twojej asystentki sam w sobie jest nagrodą.
Przy pomocy laski znów włączył telewizor i rozsiadł się wygodnie. Udawał, że nie zauważył nagłego milczenia Cuddy, po chwili jednak nie wytrzymał, musiał na nią spojrzeć. Pytająco, rzecz jasna. Dawno nie widział jej tak zdziwionej, a raczej.. zszokowanej... I dobrze! Niech wie!
- Podoba ci się moja asystentka, House? – Wykrztusiła wreszcie cicho.
- Zdziwiona? – Znów wlepił wzrok w telewizor – nie powinnaś. Kiedy zatrudniasz piękną młodą kobietę, nie oczekuj, że normalny mężczyzna jej nie zauważy. Skąd ją wzięłaś?
- To córka zmarłej przyjaciółki mojej matki, znałam ją lata temu - odparła odruchowo – House, zależy mi, by czuła się tu dobrze, ale ona…
- Mówisz, masz. Pomogę ci z całego serca – uśmiechnął się lubieżnie, nie odwracając wzroku od telewizora. – Niezła jest… Zrobię wszystko, by czuła się… hmm… dobrze..
- House, nie!
- Co ci chodzi, Cuddy?! – Sam nie wiedział, dlaczego stracił cierpliwość. Wstał i oparł się o biurko i z udawanym spokojem ciągnął dalej – Myślisz, że nie mogę? Że nie powinienem zapraszać twojej asystentki? Bo tylko dziwki umiem zamawiać?! A może teraz ty będziesz się wtrącać w moje życie prywatne?! Jesteś zazdrosna?! Oczywiście, że jesteśwykrzyknik Jeszcze jej nie zaprosiłem, a ty mi już rzucasz się do gardła! Masz takie prawo, bo?...
- House! - Aż się zapowietrzyła z oburzenia i podniosła głos. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale znów rzuciła okiem na towarzystwo w sąsiednim pokoju, zacisnęła usta i wyszła rozgniewana.

?le to rozegrał, bardzo źle…
Na końcu sam nie wiedział o co mu chodziło, a przecież chciał tylko dać jej do zrozumienia, że..
Musi to zacząć inaczej rozgrywać, musi jej udowodnić, że ma własne życie i że nie ma w nim miejsca na nią…
Cholera, kto komu miał co udowadniać?
Humor mu powrócił, gdy przypomniał sobie minę Cuddy, jak tylko wspomniał o randce z Ann, ha! Miejmy nadzieję, że w końcu do niej dotrze, że nie udało się jej go złapać! Jak ostatni głupek dawał się nabierać na te piękne oczy, seksowne biodra,… a ona? Pewnie się świetnie bawiła jego kosztem, manipulatorka.

- House?! – Wilson wszedł do gabinetu przyjaciela – możemy pogadać?
- Przygotowałeś kolejne kazanie czy analizę psychologiczną – spojrzał bykiem, bo wcale nie miał ochoty na żadne rozmowy. Powinien raczej w spokoju napawać się swoim zwycięstwem. Musiał przyznać sam sobie, plan był świetny! Phi, nawet nie musiał się wysilać by zapraszać blond piękność na jakąś tam randkę, już samo wspomnienie jej imienia wystarczyło… - Przykro mi, czas do domu, do jutra.
- Jeszcze masz przynajmniej godzinę, House. Nie sądzę, żeby Cuddy…
- Co Cuddy?! Cztery dni byłem na jakiejś pieprzonej konferencji, prosto stamtąd przyleciałem do pracy, nie mogę mieć nawet jednego dnia wolnego? Jednej godziny?!
Wilson stał bez słowa i przyglądał się uważnie przyjacielowi.
- Nie wygląda to najlepiej, House…. Co ci siedzi w tym zakutym łbie?
- Podsłuchiwałeś?
- Nie, ale widziałem, jak Cuddy stąd wybiegła. Po tym co między wami zaszło…
- Nic nie zaszło, rozumiesz, nic! – Biedny Wilson, zawsze musiał zbierać baty za nie swoje przewinienia. Ale co on na to mógł, że lubił tego idiotę i aż żal było patrzeć…
- Jesteś pewien, że Cuddy też tak uważa?
- Powinna! Trochę ją poniosło, jak wyznałem, że mi się Ann spodobała… - przyznał po chwili.
Wilson zaniemówił. Wydawało się nawet, że… parsknął śmiechem? House spojrzał na niego bardzo podejrzliwie.
- No i gdzie kazanie?
- House, - Wilson uśmiechał się już otwarcie. – Naprawdę chciałeś nastraszyć Cuddy, że będziesz teraz biegał za Ann?
- A co? Zostałem przypisany do Cuddy?
- Ale Ann? House…
- No co, sam się na nią gapiłeś, nie mówiąc o Foremnie. Nie może być?! I co się tak szczerzysz..
- House, naprawdę myślisz, że to podziała na Cuddy? – Czy onkologowi wypada tak rechotać? W obliczu tragedii przyjaciela? - Wiem, że cię nie było ostatnio i widać masz duże braki w wiedzy. Jak pojawiła się Ann, wystartowała do niej prawie cała męska część personelu, chyba nawet jakiś pacjent chciał się załapać.. Sprzątaczka miała dyżur pod jej drzwiami i co chwila myła obślinioną podłogę. W końcu Ann przerwała tę pielgrzymkę, wyszła do poczekalni i wrzasnęła, że jak jeszcze jeden facet pojawi się na horyzoncie, to mu jaja wyrwie przez gardło. A na koniec słodko poinformowała, że ma dziewczynę i nie zamierza zmieniać orientacji dla jakichś brudnych, napalonych samców!
House znieruchomiał zszokowany, cholera, a taki miał świetny plan! Chwycił gwałtownie swoją laskę i pełen gniewu wykuśtykał z gabinetu.


11.

Dopadł ją w jej biurze. Pochylona nad dokumentami coś przeglądała, notowała… Myśli, że go przechytrzyła? Wpadła w samouwielbienie, że tak się sam wyrolował?! Cholera! Zapomniał, że wiedza jest podstawą negocjacji? Chyba, że z góry zakłada się spaloną pozycję. Niech to szlag…
Otworzył drzwi do gabinetu Cuddy, ale zatrzymał się i spojrzał na Ann, gestem nakazał jej wyjść, natychmiast. Chciała zaprotestować, ale widząc jego minę, wyszła do recepcji, trzaskając drzwiami. Zamknął za sobą drugie drzwi. Dość głośno i zdecydowanie.
- O ci chodzi, Cuddy! – Zawarczał pochylony nad jej biurkiem. Cholera, sam nie wiedział, co go tu przywlokło, co chciał jej powiedzieć.
- Czy ty przed chwilą wyrzuciłeś moją asystentkę, House? – Jej spokój był więcej, niż wkurzający. – Nie masz tu takiej władzy. Nawet, jak ci się udało przelecieć swoją szefową… Wykorzystując jej chwilę słabości, nawiasem mówiąc. Nie oznacza to jednak niczego – podniosła się z fotela i okrążyła biurko. Stanęła naprzeciwko niego, z założonymi rękoma. – Nie oznacza to żadnych zmian, House! Nie masz z tego powodu ulg w przyjmowaniu pacjentów, nie masz z tego powodu żadnych przywilejów. Czy ci się to podoba czy nie. - W miarę jak mówiła, House robił co raz większe oczy. To niesamowite! Ona jest… Ona jest!...
- To ja ciebie przeleciałem?! Ja?! Obudziłem się z twoją ręką w moim rozporku! Oooo… Podobało ci się to, chciałaś więcej i więcej! Całowałaś mnie, zachęcałaś, nie miałaś żadnych oporów! Sama zaczęłaś, do cholery!
- Czyżby? Biedny, pokrzywdzony Greg, jak mi przykro… - opuściła ręce i chciała wrócić na swój fotel. – Myślę, że ta rozmowa nie ma sensu.
Chwycił ją mocno za łokieć, obrócił do siebie i trzymał.
- Chyba jednak musimy sobie parę rzeczy wyjaśnić, Cuddy… - wysyczał.
Spojrzała na jego rękę, trzymająca jej łokieć.
- W ten sposób na pewno nie, House. – Gdy ją puścił, podeszła na swoje miejsce i zaczęła zbierać dokumenty. – Myślę, że już powiedziałeś wszystko. Wszystko jasne…
- O nie, pani dyrektor! Nie wyjaśniliśmy sobie niczego! Myślałaś, że ci się uda? Że w ten sposób będziesz miała nade mną władzę? Że jak zaciągniesz mnie do łóżka, to potem będę jadł ci z ręki? Że jak zamiast za gardło, będziesz mnie trzymać za…
- To są zbyt prostackie zagrania, House. Nawet jak na ciebie… – Nadal usiłowała nie tracić spokoju, ale to było niemożliwe, nie przy nim. Zaczęła podnosił głos i w końcu wybuchła. – To twoje ręce mnie obudziły! Twoje ręce i pocałunki! Niby przypadkiem zabłądziły gdzie nie trzeba, tak? A jak w końcu się obudziłam i chciałam przerwać, to….
- Jasne! Wiedziałaś kiedy przerwać! Kolejne zagranie!... Żebym cię prosił, żebym cię błagał, tak?!
- Po co to wszystko, House?! Wiedziałam, że nic między nami nie ma prawa się zmienić, wiedziałam! - Ciągnęła co raz głośniej, co raz zapalczywiej. - Ślinisz się na mój widok już od dawna, gapisz się na mój dekolt i tyłek, robisz niedwuznaczne uwagi i propozycje, a jak w końcu ci się udało wepchnąć mi do łóżka, to obarczasz mnie swoimi wyrzutami sumienia?wykrzyknik Miałeś chcicę, House, a ja byłam pod rękąwykrzyknik To wszystko!! – Już sama nie panowała nad słowami. Zgarnęła jakieś przypadkowe teczki i zamierzała wyjść.
- Nie miałem żadnej chcicy! – Udało mu się ją dopaść przy drugich drzwiach, uderzył je ręką i zatrzasnął jej przed nosem.
- Więc dlaczego, House, do cholery!! – Nie była mu dłużna w sile głosu. – Miałeś dzień dobroci dla zwierząt i postanowiłeś zrobić dobry uczynek?! A teraz będziesz się na mnie odgrywał, za to, że nic nie idzie po twojej myśli? Dlatego?!
Szarpnęła drzwiami i wreszcie udało się jej wyjść. Oddalała się bardzo szybko, gonił ją gniewny stukot jej obcasów. Mimo że w przychodni byli pacjenci, w recepcji pielęgniarki, była absolutna cisza, a ona jakby nie widziała, że wszyscy zamarli w niemym oczekiwaniu. Doszła już do drzwi na hol…
- Bo cię kocham, idiotko!wykrzyknik – Wybuchnął, wściekły jak wszyscy diabli.
Nie usłyszał zbiorowego westchnienia ulgi, widział tylko ją, nie istniało nic innego. Zatrzymała się, zamarła, obróciła powoli. Gdyby mogła, ukręciłaby mu ten głupi łeb przy samym tyłku.
- To już nikogo nie śmieszy, House. – Wysyczała ze złością, rzuciła dokumenty na ladę recepcji. Podchodziła powoli, sztywna z wściekłości. – Nikogo już nie bawią twoje kretyńskie dowcipy!
Stał kompletnie zszokowany, oszołomiony tym, co przed chwilą wykrzyczał.
Jezu, to nie może być prawdą…
Czuł jak oblewa go paraliżująca fala gorąca…
To niemożliwe…
Zatrzymała się tuż przed nim z zaciśniętymi pięściami, wbijając w niego wściekłe spojrzenie. Stał jak zamurowany, oparty ciężko na lasce wstrzymał oddech i czekał, aż go uderzy. Całym sobą czuł, że miała na to ochotę, sam nie wiedział, co ją jeszcze powstrzymywało. Wpatrywali się sobie w oczy z takim napięciem, jakby prowadzili wojnę na skalę światową.
W końcu się poruszyła, chciała się odwrócić, ale upuścił laskę i objął ją ramionami. Szarpnęła się jeszcze wściekła, byle tylko się wyrwać, uwolnić… Nie wiedział, co go opętało, nie myślał już racjonalnie, nie pozwoli jej na to…. Chryste…. Przygarnął ją jeszcze bardziej do siebie, przytrzymał głowę dłońmi…. Jej oczy… takie szare, gniewne… Przywarł do jej ust nieprzytomnie,… zachłannie... Upajał się jej smakiem, jej istnieniem… Czuł jak łagodnieje pod jego dotykiem… Odpowiedziała pocałunkiem…. Jej ręce otuliły jego twarz… Przylgnęła do niego zachłannie…
Z trudem oderwał się od niej, oparł głowę o jej czoło i patrzył głęboko w oczy. Gdy w końcu ujrzał w nich odpowiedź, westchnął z ulgą i uśmiechnął się ostrożnie.
- Bo cię kocham, idiotko… – powtórzył miękko.


KONIEC



Autor postu otrzymał pochwałę.

_________________




Codziennie budzę się piękniejsza, ale dziś to już chyba
przesadziłam...

PostWysłany: Sob 1:29, 03 Sty 2009
lizbona
Diabetolog
Diabetolog



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 8

Posty: 1682

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

To zdecydowanie mój ulubiony z pośród ficków jakie napisałaś Wink
Mam go wydrukowanego i leży sobie w podręczniku do matmy... bo jak zaczyna mi się nudzić to do niego wracam..

Z niecierpliwością czekam na coś nowego Wink

Wenie Lizbony wróćwykrzyknik
*krzyczy*



PostWysłany: Sob 1:35, 03 Sty 2009
Arroch
Jeździec Apokalipsy



Dołączył: 20 Gru 2008
Pochwał: 11

Posty: 7916

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Lizbona, uwielbiam tego fika tak, że czytam to po raz kolejny i jeszcze nie mogę się tym nasycić Very Happy. Jak to, straciłas Wena?! Namierzyć go? *pyta, zacierając rączki* Twisted Evil



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Sob 15:32, 03 Sty 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Lizbono genialne!
Czytam tego fika setny raz i nadal go tak samo uwielbiam, a może jeszcze bardziej Smile Czekam na kolejny fik Smile
Pozdrawiam :*



_________________
Marilyn
"Jeśli reguł moralności nie nosisz w sercu, nie znajdziesz ich w książkach..."
"... miłość po prostu jest. Bez definicji. Kochaj i nie żądaj zbyt wiele. Po prostu kochaj.."-
Paulo Coelho
"Miłość prawdziwa zaczyna się wtedy, gdy niczego w zamian nie oczekujesz..."-Antoine de Saint-Exupéry

PostWysłany: Sob 15:36, 03 Sty 2009
minnie
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 24 Gru 2008

Posty: 62

Miasto: Szczecin
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

zdecydowanie jeden z najlepszych twoich fików Very Happy Very Happy (a może najlpeszy zapytajnik Smile * nie wierzę ,że wena cię opuściła Smile



_________________
Aby coś docenić trzeba to stracić...


Baner & Avek by Ewel
_________________

PostWysłany: Sob 18:10, 03 Sty 2009
Arystokratka
Lekarz rodzinny
Lekarz rodzinny



Dołączył: 28 Gru 2008

Posty: 335

Miasto: Międzyrzec Podl.
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Arystokratka napisał:
zdecydowanie jeden z najlepszych twoich fików Very Happy Very Happy (a może najlpeszy zapytajnik Smile * nie wierzę ,że wena cię opuściła Smile

Poszedł w diabły.
Bo to "on" był.
Niewierny.... Evil or Very Mad



_________________




Codziennie budzę się piękniejsza, ale dziś to już chyba
przesadziłam...

PostWysłany: Sob 19:13, 03 Sty 2009
lizbona
Diabetolog
Diabetolog



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 8

Posty: 1682

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Lizbona, czy ty też masz sesję?


lizbona napisał:
Poszedł w diabły.
Bo to "on" był.
Niewierny....


Ja wiem, że "oni" to wredne typy, czasami.
Niektórzy wracają skruszeni, proszą o przebaczenie i chcą znów wejść nam pod kołdrę.
Proszę, daj mu szansę. Ten twój "on" może kręci się gdzieś koło ciebie i szepcze: jestem, wykorzystaj mnie, napisz, napisz i podziel sie tym z innymi.

Och, gdybym ja umiała pisać tak jak ty, to ........



_________________
ikonka od woźnego rocket queen

FUS - Frakcja Uaktywnionych Seksoholików

PostWysłany: Sob 1:19, 24 Sty 2009
Lupus
Kot Domowy



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 5

Posty: 3179

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Izabello - lejesz miód na me serce Very Happy
Jak tylko jakiś wen się pojawi, to go niegodziwie wykorzystam i oczywiście wrzucę tu małe co nieco Smile
Sesji nie mam - na szczęście - mam na głowie natomiast rozliczenia ubiegłoroczne (wcale nie księgowe), sprawozdania, podsumowania i gonienie ludzi, by w końcu dali mi wszystkie materiały. Czasami odnoszę wrażenie, że uzsykanie danych od moich współpracowników jest o wiele trudniejsze, niż przygotowanie samych sprawozdań Smile
Terminy napięte do granic możliwości, ale mam nadzieję, że do połowy lutego jakoś się wyrobię i zacznę oddychać normalnie.
Dzięki, że wierzysz we mnie przytul



_________________




Codziennie budzę się piękniejsza, ale dziś to już chyba
przesadziłam...

PostWysłany: Sob 10:53, 24 Sty 2009
lizbona
Diabetolog
Diabetolog



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 8

Posty: 1682

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

opowiadanie jest po prostu super
a do niedawna myślałam że to tylko ja oszalałam na punkcie Housa
no ale to było zanim znalazłam tą stronkę Razz
pozdrawiam wszystkich
fanów a raczej wszystkie fanki Embarassed



PostWysłany: Nie 16:55, 25 Sty 2009
Marta111
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 23 Sty 2009

Posty: 7

Miasto: Poznań
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

To jush hyba setny raz kiedy czytam tfoją pracem z bijomcym sercem. Asz jest mi trudno pisadź!



_________________

"Rise and rise again until lambs become lions"

PostWysłany: Wto 18:59, 21 Kwi 2009
matrixa1
Dermatolog
Dermatolog



Dołączył: 21 Lut 2009
Pochwał: 6

Posty: 942

Miasto: Legionowo
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

O Jezusicku... buja w obłokach

Liz, wiesz, że kocham Twoje fiki. Ten byl równie piękny jak wszystkie pozostałe.
Kocham to, że zawsze jest dobre zakończenie.
Kocham tę czułość i ciepło, które z nich bije.
Kocham to, że bohaterowie są jak wyjęci z serialu.
Kocham poczucie humoru.

Kłaniam sie do samej ziemi, gratuluję z całego serca.
Idę przeczytać jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze... może się nauczę na pamieć.

Kolejny raz dziękuję za piękne emocje.



PostWysłany: Sro 21:24, 22 Kwi 2009
Sarusia
Patomorfolog
Patomorfolog



Dołączył: 08 Kwi 2009
Pochwał: 14

Posty: 846

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Bardzo mi się podobało, kiedy zarzucisz czymś nowym??

Fajny pomysł i wykonanie!

Jednak trochę literówek się znalazło i to co przykuło moje oczęta "coraz" a nie "co raz"



_________________
Toaroraptorus vel Szpon Sprawiedliwości
Bywają rozstania niezależne od dwojga.Bolesne bo żadne go nie chce.

PostWysłany: Sro 21:56, 15 Lip 2009
ToAr
(prze)Biegły Rewident
(prze)Biegły Rewident



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 63

Posty: 11255

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Naprawdę ciekawy tekst. Od wszystkich pozostałych, wyróżnia się nietypowym sposobem narracji, przez co tak bardzo zwrócił moją uwagę. House-gawędziarz to całkiem fajny pomysł, podobnie jak fabuła opowiadania. Do samego końca trzymałaś mnie w niepewności (nie sądziłam, że Ann okaże się łasa na kobiece wdzięki Mr. Green )

Dodano 1 minut temu:

ToAr napisał:
Jednak trochę literówek się znalazło i to co przykuło moje oczęta "coraz" a nie "co raz"
"Coraz" i "co raz" to dwa różne słowa. Przynajmniej tak jest napisane w każdym porządnym słowniku języka polskiego.



PostWysłany: Czw 20:10, 16 Lip 2009
chocolate
Designer Miesiąca
Designer Miesiąca



Dołączył: 20 Maj 2009
Pochwał: 7

Posty: 462

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

ToAr napisał:
kiedy zarzucisz czymś nowym??


No właśnie...?

Liz, pogłaskaj, ucałuj i ogólnie dopieść od nas swojego Wena, bo mnie go bardzo brakuje Sad



PostWysłany: Czw 20:34, 16 Lip 2009
Sarusia
Patomorfolog
Patomorfolog



Dołączył: 08 Kwi 2009
Pochwał: 14

Posty: 846

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Kochani moi - sama bym chciała coś skrobnąć, nie wiem czy koniecznie "hałsowo", ale lato nie umiem jednej rzeczy: pisać na raty. A czasu nie mam NAPRAWDĘ, więc nie ma szans by mnie naszło. Ostatnio i tak chodzą mi po łbie raczej ckliwe harlquinowate wzdychulce, a i tak nie mam kiedy usiąść i pomyśleć.
Przede wszystkim dziękuję Wam bardzo, że ktoś jeszcze zagląda do tych staroci i że o mnie pamiętacie przytul



_________________




Codziennie budzę się piękniejsza, ale dziś to już chyba
przesadziłam...

PostWysłany: Czw 22:04, 16 Lip 2009
lizbona
Diabetolog
Diabetolog



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 8

Posty: 1682

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.12027 sekund, Zapytań SQL: 14