Run, baby, run! [3/3, Z]

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Run, baby, run! [3/3, Z]



Cytat:
w nagłym przypływie weny postanowiłam popełnić coś lżejszego Wink. miłej lektury i buziaki dla wszystkich czytających Very Happy


Zerknął przez okno, na bawiącego się na zewnątrz psa.

I wtedy zobaczył JĄ.

Przecinała trawnik szybkim krokiem, wyraźnie mając zamiar udusić każdą osobę, która otworzyłaby jej drzwi. Udusić, a potem pokroić i smażyć w skwierczącym tłuszczu.

Pokręcił głową z dezaprobatą. Kiedy ostatnio spoglądał w szklaną kulę, dostrzegł tam zdecydowany zakaz podchodzenia do drzwi, a co dopiero naciskania klamki. Mimo wszystko wziął głęboki oddech i odepchnął się gwałtownie od pianina. Cisza momentalnie wypełniła dom, a kobieta przystanęła niezdecydowana na ganku i przygryzła wargę.

Nie była wybitnie piękna, ale coś w tych bystrych, zielonych oczach, zadartym, piegowatym nosie i długich, prostych włosach, urzekało. A przynajmniej urzekało jego. Z ociąganiem wstał z krzesła i podszedł ostrożnie do okna. Nie chciał, żeby go zauważyła, ale z drugiej strony był jej ciekawy. Nie widział Very od co najmniej pięciu miesięcy. Nie, żeby się jakoś specjalnie stęsknił, ale...
- House! Wiem, że tam jesteś, ty imbecylu!

Gwałtownie się wyprostował, przylegając do ściany. Ściągnął brwi. Z kim przestajesz, takim się stajesz, pomyślał z umiarkowaną satysfakcją. Nie, raczej w ogóle nie był stęskniony. Po chwili rozległ się głuchy łomot i jeszcze cieńszy od poprzedniego krzyk, prawdopodobnie z nadmiaru emocji.
- Jeśli myślisz, że ta idiotycznie prześwitująca firanka mogłaby cię ukryć, to chyba jeszcze mnie nie znasz!

Chciałbym. Ewentualnie możesz podać mi numer do gwiazdki życzeń.”

House przeciągnął dłonią po twarzy, próbując przybrać najobojętniejszą minę, na jaką było go stać. Wysunął się z cienia i uśmiechnął słodko na widok jej wściekłego grymasu. A potem uchylił lekko okiennicę i odwrzasnął Verze to, co przed chwilą odpowiedział jej w myślach. Spurpurowiała, sprawiając wrażenie bliskiej wybuchu.

- Edward. Cię. Ściga. – wycedziła powoli, jakby napawając się smakiem każdego wyrazu. Potrząsnęła włosami, pozwalając, by wymknęły się spod niedbale umocowanej zapinki i opadły błyszczącą w słońcu falą, okrywając całe plecy. House mimowolnie otworzył usta, ale bynajmniej nie z powodu przyziemnego zachwytu. Edward go ścigał. No tak, jasne, przecież właśnie dlatego wyjechał z New Jersey do Miami, zarejestrował się pod nazwiskiem tak popularnym, że aż podejrzanym i zerwał wszystkie kontakty. Ach, no i zabrał Hectora na osłodę. Jeśli można było nazwać tak burdel, który codziennie rano ten pies robił w jego domu. Więc, co do Edwarda, Vera nie powiedziała mu niczego nowego.
- Cholera, nie chciałem, żeby płakał co noc w poduszkę po moim zniknięciu – odparł dziewczynie nonszalancko, otwierając okiennice na maksymalną szerokość. Zrobiła wielkie oczy.
- Mam wejść przez okno? – zapytała, zdumiona. Brwi zniknęły jej pod brązową grzywką. House zatkał dłonią usta, krztusząc się ze śmiechu. Minutę później pokręcił przecząco głową, co miało mniej więcej oznaczać: „Nie, w ogóle masz nie wchodzić”.
- Ciesz się z samego zaszczytu audiencji – prychnął. Vera uśmiechnęła się blado i w tym samym momencie dotarło do niej, dlaczego jeszcze godzinę wcześniej miała ochotę podłożyć pod ten dom dynamit. Zupełnie tak, jakby chmury przesłoniły słońce, zacisnęła usta w wąską linię. Cofnęła się od drzwi i energicznie podeszła do stoicko spokojnego House’a. Nie, nie powinien być taki spokojny. Do jasnej cholery, w tej chwili powinien z paniką w tych swoich niebieskich oczach wrzucać kolejne ubrania do walizki! Czy on nie zdawał sobie sprawy z grożącego mu niebezpieczeństwa?!
- Ty cholerny kretynie. Edward był u Lisy. Groził jej. Kazał cię wydać – wyszeptała, kładąc nacisk na każde słowo. Po jej twarzy przemknął cień, kiedy to mówiła. Wbiła wzrok w czubki swoich eleganckich szpilek. Milczeli. W końcu, zaniepokojona brakiem jakiejkolwiek reakcji, nawet cichego przekleństwa, podniosła głowę, chcąc rzucić mu oskarżycielskie spojrzenie. Przecież to przez niego zarówno ona, jak i Cuddy, Wilson czy nawet jego zespół narażony był na... Nawet nie chciała myśleć, na co! Popatrzyła w puste okno. Greg zniknął.
- Przecież ona nic nie wie! – wybuchnął ktoś równocześnie z trzaskiem zamykanych drzwi. House stał parę kroków za Verą, oddychając znacznie szybciej, niż powinien. Przyjrzała mu się uważnie. Chorobliwy blask w oczach; cienie pod nimi, których pół roku temu nie było; pomięta koszula z jakąś wielką, mleczno czekoladową plamą z przodu; poszarpane jeansy i obgryziona laska. Wiedziała, że House sobie nie radzi, odcięty od wszystkiego, co znał. Śniący w nocy o ludziach robiącym krzywdę jego bliskim. Jednak wiedziała również, że ostatnie, czego by chciał, to pomoc. Szczególnie od niej. Nie po tym, co kiedyś zrobiła.
- Nie wie, nie wie – powtórzyła złośliwie, przedrzeźniając go. – Myślisz, że go to obchodzi? Że jej uwierzy? – Na jego twarzy pojawił się grymas bólu, ale momentalnie to w sobie zdusił i przybrał na powrót odpowiednią do sytuacji minę. Postukał nerwowo laską w ziemię.
- Nie lubię cię. Zawsze, jak przychodzisz, przynosisz złe wieści – zmusił się do żartu.
- Posłańców się nie bije – rozłożyła ręce i postąpiła krok do tyłu. Na ulicy miała zaparkowane srebrne volvo. Wystarczyło jedno jego słowo....
- Co z nią? – zapytał cicho, świdrując ją wzrokiem. W pierwszej chwili go nie usłyszała i musiała poprosić, żeby powtórzył. – Czy on... coś jej zrobił. Cuddy.
- Nie, nie... – odparła z wahaniem. House wypuścił powietrze. Wzruszył ramionami, nie chcąc, żeby poznała, jaką sprawiło mu to ulgę. Vera upewniła się, że postąpiła słusznie, nie mówiąc mu całej prawdy. – Może zdemolował jej trochę mieszkanie, ale to chyba tyle...
- Właściciel sklepu z meblami durzy się w niej od pół roku, więc raczej nie będzie miała kłopotów z posadzeniem na nowej kanapie swojego tyłka.

Vera przestępowała z nogi na nogę. House zmrużył oczy, przyglądając się jej podejrzliwie. Coś przed nim ukrywała. Coś ważnego, skoro zwykle była bardzo dobrą aktorką. Chodziło o Edwarda? O... Cuddy? O kogoś jeszcze? O nią? O sobie już nie myślał. O niego chodziło od samego początku... To wszystko było przez niego! Uderzył ze złością laską w ścianę budynku. Posypał się tynk.
- Jedziemy – skinął głową, podejmując decyzję. Jakby próbował sam siebie zapewnić, że to dobre wyjście.
- Jedziemy? – kobieta podniosła głowę, przez chwilę nic nie rozumiejąc. Jej oczy przybrały tajemniczy odcień w pierwszych promieniach zachodzącego słońca. House warknął.
- Boże drogi, było mi powiedzieć, że wolisz laryngologa od diagnosty. Tak, jedziemy. Wracamy. – dodał. Jęknęła.


Ostatnio zmieniony przez amandi dnia Pią 12:21, 24 Kwi 2009, w całości zmieniany 2 razy



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Sro 15:43, 08 Kwi 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Cytat:
w nagłym przypływie weny postanowiłam popełnić coś lżejszego

I bardzo dobrze! Czyta się naprawdę szybko i lekko, a to już ponad połowa sukcesu Smile

Strasznie spodobały mi się opisy. Może nie znam się na tym (czyt. na pewno się nie znam), ale każde słowo tak plastycznie odzwierciedla to, co miałaś na myśli, że bez problemu można wyobrazić sobie każdy szczegół.
Oto przykład ----> "Brwi zniknęły jej pod brązową grzywką."
To zdanie chyba spodobało mi się najbardziej Wink

Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na kolejne dwa fragmenty, które muszą(!) pojawić się jak najprędzej Wink :*



_________________
Każdy błąd kobiety jest winą mężczyzny.

PostWysłany: Sro 17:25, 08 Kwi 2009
LicenceToKill
Pulmonolog
Pulmonolog



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 11

Posty: 1292

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Edward. Cię. Ściga.

Za. Dużo. Twilightu. I to srebrne volvo... xD

Ale no nic. Bardzo zgrabnie ci to wyszło, chociaż to połączenie jest niebezpieczne. Czekam na (może wampirze) zakończenie ^^


Ostatnio zmieniony przez Pinky dnia Czw 9:10, 09 Kwi 2009, w całości zmieniany 1 raz



_________________
Potrzebujesz bety? Pisz śmiało na gg:)

PostWysłany: Sro 20:57, 08 Kwi 2009
Pinky
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 18 Mar 2009
Pochwał: 1

Posty: 150

Miasto: okolice Cze-wy
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Licence, dzięki, skarbie, już za chwilę wrzucam kolejny odcinek Very Happy, mam nadzieję, że ci się spodoba Wink. Cieszę się, że czyta się lekko, bo "Dreams..." robił się przyciężki Laughing ze swoją mroczną atmosferą tak, że nawet ja już zaczynałam mieć jej dość. Opisy dziękują Very Happy, ja też i wyściskuję cię mocarnie i ślę buziaki :*********

Pinky
"Twilightu", a raczej "Breaking Dawn" Wink, niestety będzie więcej Laughing, bo muszę to odreagować Wink. Ciekawe, czy przypadkiem ten fick nie zmieni się w crossover Mr. Green . Dziękuję :******, zastanawiam się właśnie, czy z Edzia robić humana czy wampira Wink

Dodano 3 minut temu:

Jechali w milczeniu. Vera co jakiś czas nerwowo dociskała – i natychmiast puszczała, wystraszona zwiększaną prędkością - pedał gazu, powodując „kangurze skoki” samochodu. Jak House mógł chcieć tam wracać?! Zresztą, wątpiła, żeby chciał. To była konieczność, decyzja podjęta wbrew woli i zdrowemu rozsądkowi. „Bo Lisa była w niebezpieczeństwie i tylko to się liczyło...„ Przedrzeźniała go w myślach. Co za niepojęty idiota!

House zerkał na swoją towarzyszkę kątem oka. Zauważył sposób, w jaki zaciskała zbielałe palce na kierownicy i trzymała nieruchomo wzrok na szosie. Gdyby nie szybkie mrugnięcia i unosząca się miarowo klatka piersiowa, mógłby przysiąc, że jest wieziony przez trupa. Poruszył szczęką. Zabawne, że myślał o trupach, nieboszczykach, umarlakach i zombie akurat wtedy, kiedy miał... Nie. To nie musi się stać teraz. To nie dzieje się teraz. To nawet nie będzie się działo w przeciągu następnych godzin!
- Vera... – mruknął, opierając czoło o chłodną szybę. Volvo równocześnie – jakby umyślnie – wjechało w jakąś wyrwę. Podskoczył, boleśnie uderzając głową o okno. Przewrócił oczami i siadł grzecznie na fotelu, składając dłonie na kolanach. Prawa na prawym, lewa na lewym.

Nie odpowiedziała. Rozumiał, że była obrażona. Rozumiał nawet, że z czystym sumieniem mogła przyhamować na poboczu i go wysadzić – nie miałby do niej pretensji. O siebie. Właśnie dlatego nie mógł jej prowokować, żeby potem nie gonić „ścigacza” przez parę następnych kilometrów. Z laską. Jassne. Westchnął, starając się poukładać informacje. Edward był u Cuddy. Groził jej, ale prawdopodobnie nie zrobił nic złego. Wcześniej odwiedził Wilsona – i pewnie też wszystko byłoby w porządku, gdyby ten nie postanowił zgrywać bohatera. Kto jak kto, ale Jimmy nadawał się do tego równie dobrze, jak House na angielski tron! Co on sobie myślał?! Że pomoże mu, narażając życie?! – i skończył w szpitalu z trzema połamanymi żebrami. Cudownie. Tak, pomógł mu. Dodając parę nowych scenariuszy do nocnych koszmarów.

Co dalej? Dalej nic. „Dalej” już miał stworzyć House. Więc co było wcześniej? Wcześniej była Bella i Edward, i Renesmee. Potem pojawiła się Vera, by go zabrać z New Jersey zaraz po „przypadkowym” pożarze w jego mieszkaniu. Drgnął. Vera natychmiast na niego spojrzała, więc teatralnie potarł siniaka na czole. Odetchnęła i z powrotem skupiła się na drodze. Nie, nie chciał wracać do tego myślami. Zbyt często to te myśli do niego wracały.
- Co zrobimy, Lodowa Królowo? – House spróbował ponownie nawiązać kontakt. Jakikolwiek. Po chwili drażniącej ciszy uznał, że byłby zdolny wyszarpnąć jej tą kierownicę z rąk, byle tylko zaczęła go słuchać. Nawet, jeśli w konsekwencji mieliby się bliżej zaznajomić z okoliczną florą. Jakby właściwie odczytując jego wstrzymanie oddechu, Vera postanowiła zrobić mały wyjątek od utrzymywania „błogiej” ciszy.
- My nic nie zrobimy. To był twój pomysł, żeby wrócić do New Jersey. I ja nie chcę, po prostu nie chcę, być w to zamieszana. Popełniłam błąd, ty mi pomogłeś. Ty popełniłeś błąd, ja pomogłam tobie. Jesteśmy kwita. Nie życzę sobie, byś czegokolwiek więcej ode mnie wymagał – powiedziała spokojnie, prawie czułym tonem. Ktoś, kto nie widział jej zimnych oczu i zaciętego wyrazu twarzy mógłby pomyśleć, że kobieta właśnie w tej chwili omawia szczegóły ceremonii ślubnej ze swoim narzeczonym. House’owi też to przyszło na myśl i mimowolnie uśmiechnął się szeroko. Gwałtownie wyhamowała, w jednej setnej sekundy również przywołując na twarz uśmieszek. Uśmieszek, nie uśmiech.
- Cieszę się, że cię rozbawiłam, draniu – wycedziła – Przez ciebie dwa razy omal nie skończyłam pod kołami samochodu Edwarda, a ty w ten sposób mi się odwdzięczasz?! Dla ciebie, cymbale skończony, załatwiłam lewe dokumenty, byś mógł spokojnie wieść ten swój nędzny żywot w Miami! Ratowałam twój egoistyczny tyłek przed spłonięciem żywcem! I co?! – powoli podnosiła głos, w końcu dochodząc do głośnego, zawodzącego krzyku. Obróciła się przodem do Grega, wbijając w niego spojrzenie pełne... gniewu? Żalu? Frustracji? Niespełnionych marzeń? A może tylko bólu, strachu i wściekłości. House nie spuścił wzroku, choć miał na to ochotę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co zrobiła dla niego Vera i dlatego nie żądał od niej już jakiejkolwiek pomocy. Chyba, że... chyba, że nie chodziło o niego. Wtedy nie miał prawa decydować. Zniósł jej pełen wyrzutów ton, czekając na puentę. Bo na pewno jakąś miała w zanadrzu. Vera zbyt kochała teatralność i symbolikę, żeby pozostawiła to dramatyczne zawieszenie głosu bez jeszcze bardziej dramatycznego zakończenia. I się nie pomylił.
- I ty każesz mi tam wracać... tam, skąd wydostałam nas oboje... tam, choć wiesz, że również i mnie zabiją, kiedy dowiedzą się, że ci pomogłam... tam, bo Lisie Cuddy mógł spaść włosek z głowy... – zakończyła gorzko. Pokiwała głową i powoli wyciągnęła dłoń, wrzucając trzeci bieg. Znowu ruszyła. House milczał.

- Ja i tak wiem, że ciebie kręcą niegrzeczni chłopcy – rzucił po kilku minutach krępującej ciszy. Vera zerknęła na niego szybko i wybuchnęła śmiechem. – I, że jesteś straszną hipokrytką, co zresztą nie powinno mnie dziwić po latach pechowej znajomości. Normalni ludzie nie poznają się w piątek trzynastego – dodał przekonująco, czemu zawtórował jeszcze głośniejszy chichot.

---

- Nie ma jej! – House wypadł z sypialni Cuddy. Vera przeszukiwała kuchnię i resztę pomieszczeń, więc spodziewał się jakiegoś natychmiastowego odzewu w stylu „Co ty nie powiesz?”. Pamiętając o fakcie, że Vera jedynie tolerowała Lisę. – Veronico Sanches, mama nie nauczyła cię zasad dobrego wychowania? Na pytania się odpowiada – zaakcentował, szukając następnej kobiety i ignorując pewną nieścisłość. Zajrzał do łazienki i jego twarz przebiegł grymas bólu i złości na widok zerwanej zasłony z kabiny prysznicowej oraz roztrzaskanego lustra. Zamknął drzwi, nie mając większej ochoty na oglądanie zniszczeń. Gdyby Edward zrobił coś Cuddy... House zacisnął palce na lasce. Miał szczęście, że jej nie tknął. Ona miała szczęście, że nie znała zbyt wielu informacji. Właściwie, to naprawdę niewiele wiedziała. Praktycznie nic. Złożył wymówienie i zniknął z dnia na dzień, nie pozostawiając po sobie nawet kartki z wyjaśnieniem. Domyślał się, co musiała przechodzić. Jedynie Wilson był trochę zorientowany w „gangsterskich porachunkach” przyjaciela.

- Była przerażona – House nagle zrozumiał, co musiała czuć Cuddy, kiedy do jej mieszkania wtargnął chłopak o bladej cerze i miotających pioruny, całkowicie czarnych oczach. A potem zaczął ją przesłuchiwać. Drgnął. Pewnie ktoś postronny mógłby być zaskoczony tym, że nie niepokoił się zbytnio o los nieobecnej Cuddy, ale ktoś, kto ją znał, wiedziałby, gdzie jest we wtorek po południu. W pracy, gdzieżby indziej. Tam, gdzie Gregory nie mógł się zjawić, by jeszcze bardziej nie skomplikować sytuacji.
- Jestem przerażona – powiedział wolno damski głos, gdzieś zza jego pleców. House momentalnie odwrócił się i spojrzał w głąb salonu. Vera siedziała w fotelu, trzymając na kolanach płytę DVD. Gładziła ją pieszczotliwie opuszkami palców, pozwalając, by rozszczepiała padające z okna światło na wielobarwną tęczę. W końcu westchnęła i podniosła ją do góry. – Zobacz.
- Co to? – zapytał, podchodząc do niej. Przez nieuwagę potrącił pufę chorą nogą i syknął z bólu. W dziecinnym akcie zemsty uderzył mebel laską. Vera wydała z siebie coś pomiędzy nerwowym chichotem a histerycznym płaczem. Nie lubiła Cuddy, ale nie do tego stopnia. Inaczej nie mówiłaby House’owi o wizycie Edwarda... i jej skutkach. – Autorskie porno Cuddy?

Chwycił płytkę i bez patrzenia na podpis, włożył ją do odtwarzacza. Vera zaczerpnęła powietrze i znieruchomiała. Nie chciała tego oglądać. House nawet na nią nie spojrzał, lekceważąc całkowicie zmianę w jej zachowaniu. Wcisnął szybko „Play” i odsunął się do tyłu.

Na ekranie początkowo nic nie było. Potem gdzieś w rogu zobaczyli dwa małe, czerwone punkciki. Stopniowo zwiększały swoje rozmiary, ukazując coraz więcej szczegółów. Na przykład twarz Edwarda, sprawiającą wrażenie przyklejonej do kamery. Spoglądał na nich z zaciśniętymi zębami, jakby ostatnimi resztkami woli powstrzymywał wybuch furii. House mimowolnie prychnął, Vera rzuciła na niego wystraszone spojrzenie. Edward z powodzeniem wygrałby każdy casting na modela. Wysoki ciemny blondyn o nienaturalnie bladej cerze i szerokiej, męskiej szczęce, teraz drgającej w zimnej wściekłości.
- On myśli, że gra główną rolę w horrorze klasy B? – warknął House, wskazując na ekran. Vera wzruszyła ramionami. Edward był reżyserem.

- Renesmee była jedyną, którą mogłeś skrzywdzić. Jedyną, ale to, co zrobiłeś mojej córce, zrobiłeś zarówno mi, jak i Belli. I możesz być pewien, że tego ci nie wybaczę. Nigdy. I możesz być pewien jeszcze jednej rzeczy. Mojej zemsty, doktorze House... – wycedził bardzo, bardzo powoli aksamitny baryton.

House zesztywniał. Renesmee została zarażona HIV podczas rutynowego badania. Któraś z pielęgniarek nie wymieniła igły w strzykawce, ale Greg nie miał o tym pojęcia. Obwinianie go może i miało racjonalne podstawy, ale na tych podstawach nic nie było zbudowane. Cuddy zwolniła pielęgniarkę, ale dla Renesmee nie dało się cofnąć czasu. Dziewczynka nie miała jeszcze żadnych symptomów choroby, mimo że test wyszedł pozytywny. Nie fałszywie pozytywny, bo został kilkakrotnie powtórzony, tylko naprawdę pozytywny. Można było tylko się modlić, by jej natura zwyciężyła ze śmiertelnym wrogiem... Jednak Edward nie chciał nadziei. Chciał zemsty.

- Pod który paragraf podchodzą takie groźby? – diagnosta trącił końcem laski skamieniałą kobietę, sam obojętnie studiując sposób łamania krzeseł w pokoju gościnnym. Kiedy nie odpowiadała, spojrzał na nią. Wpatrywała się nieruchomo w ekran. Zacisnął oczy, przeczuwając, co ona tam zobaczyła. Związaną Cuddy.
- House? House, nie waż się przychodzić! Nie waż się! – dobiegł go jej zacięty krzyk. Zwiększył nacisk na laskę. Nawet nie zdziwiło go, kiedy niebezpiecznie chrupnęła.
- House, jej tam nie ma... – powiedziała nagle zaskoczona Vera, odgarniając włosy z twarzy. – Jej naprawdę tam nie ma, on nagrał coś innego!
- Słuchaj, jeśli chcesz... – Greg zaczął się denerwować. Jakby i tak był mało zestresowany. – Jeśli... – urwał w pół słowa. Trzasnęły drzwi.



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Czw 8:01, 09 Kwi 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Mój Boże... Amandi, za przeproszeniem, ale to staje się bardziej "Zmierzchowe" niż "Housowe"...
Niemożliwe, żeby Renesme umarła na HIV. Tak, ona była człowiekiem... Ale była też wampirem. No chyba, że czegoś nie doczytałam. Do tego po co pojechali do House'a, skoro mieli Carlisle'azapytajnik A kawałek z Edwardem-reżyserem i Edwardem ogarniętym żądzą zemsty powalił mnie na kolana. Uśmiałam się do łez. Takie porównanie do Jamesa z I tomu...?
Nie no, czytać to się łatwo czyta. Ale fabuła... Nie powinno się, według mnie, łączyć dwóch odrębnych światów. A House M.D i Zmierzch na pewno nie są pokrewne...

Przykro mi, ale nie podoba mi się.



_________________
Potrzebujesz bety? Pisz śmiało na gg:)

PostWysłany: Czw 9:08, 09 Kwi 2009
Pinky
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 18 Mar 2009
Pochwał: 1

Posty: 150

Miasto: okolice Cze-wy
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

A ja wam powiem ze mi sie podoba^^
takie inne:D



_________________
You are my live now...

PostWysłany: Czw 9:53, 09 Kwi 2009
poszepa
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 09 Kwi 2009

Posty: 1

Miasto: Tam gdzie pochmurno i deszczowo^^
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Pinky
Renesmee wcale nie umarła na HIV, ponieważ napisałam w fiku, że nie wykazuje jeszcze żadnych objawów choroby. Carlise'a nie ma, bo nie ma - wersja jest humanowa, zn. Edward nie jest wampirem, tylko człowiekiem. A crossovery można robić ze wszystkim, choć wiem, że czasem nie pasuje, ale tutaj mi osobiście jakoś współgra. Tak, to takie nawiązanie do Jamesa, bo Edek wydawał mi się zbyt szlachetny Wink. W każdym razie dzięki za opinię Smile i cieszę się, że przynajmniej strona techniczna ci się podoba.

poszepa
dziękuję, kochana :***



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Pią 16:11, 10 Kwi 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Strasznie was przepraszam..:
- że tak długo nie wstawiałam kolejnej części, ale to przez egzaminy i dlatego, że ona była taka długa Wink
- i, że chyba do końca mi coś nie wyszła... chyba nie ten klimat Confused i nie ta końcówka Confused, ale ponieważ zakończenie pisałam wczoraj, po egzaminie matematyczno - przyrodniczym, wytłumaczę się depresją Smile...


- Edward – równocześnie bezgłośnie poruszyli wargami. House momentalnie chwycił pilot od DVD ze stojącego obok stolika i wyłączył dźwięk. Vera zamarła w bezruchu, patrząc na spiętego diagnostę szeroko otwartymi oczyma. Greg w końcu zerknął na nią, kiedy schylał się po wazon. Idiotyczna, praktycznie bezużyteczna broń. Prawdopodobieństwo ogłuszenia przeciwnika było minimalne, ale mimo wszystko House czuł się pewniej, mając cokolwiek w rękach.

Vera posłała mu pokrzepiający uśmiech. Przynajmniej w jej mniemaniu pokrzepiający, bo w rzeczywistości był to nienaturalnie radosny grymas. House zaczerpnął powietrza i przymknął na chwilę oczy, jakby nad czymś intensywnie myślał. Po sekundzie przysunął się do niej nerwowo, co rusz zerkając za siebie. Mieli niewiele czasu.
- Spadaj stąd – rzucił przez zaciśnięte zęby. Vera uniosła brwi, nic nie rozumiejąc. Spoglądał na nią twardo, stanowczo... zimno. Przełknęła ślinę. Przecież nie może pozwolić mu zostać tu samemu! Raz już popełniła ten błąd i zbyt drogo oboje za to zapłacili. Dlaczego Greg znów od niej tego wymaga?! Wyprostowała się, robiąc pogardliwą minę. Powoli pokręciła przecząco głową. House prychnął, zdenerwowany. Może i miał ochotę wybuchnąć śmiechem na widok tego dumnego wygięcia warg Very – bo, swoją drogą, wyglądała jak arystokratka na wiejskim obiedzie – ale musiał działać. Gdyby Edward ją tu zastał, to... Nieważne. Nieważne, bo jej nie zastanie.
- No już – powtórzył cicho – Zmykaj. Uciekaj, słyszysz?!

Vera wciąż siedziała nieruchomo. Najwyżej będzie musiał użyć siły, żeby ją stąd wyrzucić. Zaprzyjaźnili się na studiach medycznych: była utalentowaną cheerleaderką. Tak, tą samą, dla której House zgodził przyłączyć się do zespołu. Chodzili ze sobą, dopóki Greg nie poznał Lisy Cuddy. Tamtego dnia szlag trafił całe ich wspólne życie: długie rozmowy (właściwie to kłótnie, ale po tylu latach każdy ma prawo nie pamiętać szczegółów) i pełne uniesień noce. Pijany House wylądował na kanapie, bełkocąc coś o tym, że pomiędzy nimi koniec, Vera zaś w objęciach rozpieszczonego, bogatego blondyna. I to nie ona zdradziła pierwsza. Za każdym razem to ją zdradzano. Najpierw House wprowadził Lisę w tajniki kobiecych rozkoszy, potem Vera przyłapała swojego złotowłosego maminsynka wymieniającego płyny ustrojowe za pomocą aparatu gębowego z dziewczyną podobną do Cuddy. W akcie desperacji zniszczyła wiadomość, którą Greg pozostawił w jednej z szuflad komódki Lisy. Pisał o powodach swojego wyjazdu, podawał numer telefonu i adres. Vera zdawała sobie sprawę, że postępuje irracjonalnie, jak pies ogrodnika, ale... wtedy, w tamtej chwili myślała, że to właściwe. Była pewna, że Cuddy wystawiła Gregory’ego. I była również pewna, że on na to nie zasługiwał. I w tym momencie... dobrze, że nie powiedziała, dlaczego Lisie się nic nie stało...

House znacząco przeniósł wzrok z jej twarzy na dłonie. Drżały. Zauważyła to i natychmiast na nich usiadła. Przewrócił ze złością oczami. Uśmiechnęła się łobuzersko. Z Verą nigdy niczego nie można było załatwić normalnie. Chociaż właśnie tym go uwiodła. Byciem inną niż wszystkie. Jednak czas wszystko zweryfikował. Pojawiła się Cuddy, potem Stacy, i znowu ... Urwał. Pojawiła się Cuddy, potem Stacy i doszedł do wniosku, że Vera nie była jego drugą połówką pomarańczy. Jeśli ktokolwiek mógłby nią być, to... to na pewno nie Vera.

A teraz pozostawało mu tylko ją stąd wyrzucić. I to natychmiast.

Szarpnął ją za ramię, zmuszając, by wstała. Stawiała opór, ale mimo swego kalectwa i tak był od niej silniejszy. Syknęła z bólu, mierząc go gniewnym spojrzeniem. Wzruszył ramionami, lewą rękę odstawiając wazon na bok.
- Nie chcę cię tu. Nie potrzebuję kłopotu, na który cały czas musiałbym uważać. Jesteś zbędnym obciążeniem, rozumiesz? Nie zależy mi, czy będziesz bezpieczna czy nie. Tu chodzi o bezpieczeństwo moje i... i Lisy – mówił powoli, kładąc nacisk na poszczególne wyrazy. Specjalnie dobierał słowa szczególnie raniące, choć wcale tak nie myślał. Dlatego pieszczotliwym tonem nazwał Cuddy Lisą. Dlatego powiedział, że Vera będzie dla niego tylko zawadzającym balastem. Musiał być pewien, że nic jej nie grozi. Za wszelką cenę. Nawet, gdyby miała później cierpieć. Obserwował, jak wyraz jej twarzy stopniowo zmienia się z przestraszonego na zacięty, a potem chłodny i niedostępny. Jak jej usta zaciskają się w wąską linię. Jak wyszarpuje rękę z jego uścisku. Jak na pożegnanie obdarza go spojrzeniem pełnym źle skrywanej goryczy, świetnie udawanego dystansu i akurat prawdziwej nienawiści. Jak zgrabnie wyskakuje przez okno i biegnie w stronę ulicy. Westchnął i odwrócił się, biorąc z powrotem ten tandetny flakon. Zauważył parę wystających z niego kwiatów. Zacisnął zęby. Chwycił je i cisnął za Verą. Parę mokrych listków przykleiło się do jego dłoni, więc wytarł ją o spodnie. Dopiął swego. I co teraz?

---

Kopnęła drzwi obcasem, mając cichą nadzieję, że dzięki temu je zamknie. Udało się aż za dobrze – trzasnęły głośno, powodując kolejny jęk bólu. Odstawiła torby z zakupami na podłogę i przycisnęła dłonie do skroni. Od trzech miesięcy cierpiała na silną migrenę. Guza mózgu już zapobiegawczo wykluczyła, biegając jak szalona po wszystkich znanych specjalistach - neurologach. Pominąwszy obalenie tej hipotezy, żaden nie miał najmniejszego pojęcia, co jej jest. Kiedy pewien znawca od siedmiu boleści nieśmiało zaproponował, że może mieć to związek z jakąś dużą, traumatyczną zmianą w jej życiu, wyśmiała go. Czemu miałaby postąpić inaczej, skoro już na odległość było to czuć strasznym absurdem?

Cuddy wypuściła powietrze przez zaciśnięte spazmatycznie zęby i zmusiła się do podniesienia reklamówek. Zręcznie lawirując pomiędzy kilkoma odłamanymi nogami od krzeseł, dotarła w końcu do kuchni i z westchnieniem pozbyła się siatek. Zrobiła krok w kierunku apteczki „Resztki Nadziei” i... usłyszała cichy trzask rozdzieranego materiału. Cholera jasna! Wykręciła szybko głowę do tyłu, z rozpaczą w oczach spoglądając na wyjątkowej urody kawałek jasnej tkaniny, smętnie zwisający z wystającego gwoździa. A potem, dla porównania, zerknęła na pozostałości swojej prostej, białej sukienki, tak dobrze podkreślającej pierwszą opaleniznę. Nienawidzę go, podsumowała w myślach. A jeszcze bardziej nienawidzę włamywaczy, dodała z wściekłością, tocząc dookoła wzrokiem. Mieszkanie wyglądało niczym po nawiedzeniu przez huragan stulecia. Przynajmniej jej nie zastali w domu. Poszła na służbową kolację ze znajomym House’a, bodajże Edmundem... Emmetem... Edwardem? Tak, chyba z Edwardem. Nie rozumiała, jak to się stało, że cały wieczór przegadali o genialnym diagnoście. A najdziwniejsze było to, że to nie Edward zaczął ten temat, tylko... ona sama. Boże, co było w tym dziwnego? Chyba miała prawo chcieć uzyskać parę informacji o pracowniku, który zapadł się pod ziemię!

Westchnęła, próbując zignorować metalową obręcz ściskającą boleśnie jej czaszkę. Wolno, podpierając się na ocalałych meblach, Cuddy ruszyła w stronę salonu. Włączy jakiś kiczowaty melodramat, żeby tylko zagłuszyć uciążliwą ciszę panującą w domu, i pójdzie się przebrać. Może nawet zszyje porwaną sukienkę. Jeśli będzie miała czas, oczywiście. Ostatnio...

Ktoś wzniósł okrzyk wojenny Apaczów, a chwilę potem powietrze przeciął jej ulubiony wazon, odziedziczony po pra-pra-prababce. Cuddy zasłoniła się odruchowo rękami, częściowo chroniąc twarz, i straciła równowagę od impetu, z jakim zadany był cios. Upadła, uderzając głową o kant ściany. Zanim zapadła ciemność, zdążyła jeszcze tylko usłyszeć soczyste przekleństwo, wypowiedziane przerażonym głosem... House’a?!

---

Pchnął lekko na wpół uchylone okno, podciągając się bezszelestnie na rękach. Przykucnął na parapecie i... osłupiał. Wiedział, że zastanie tu House’a, czekającego na niego z tym śmiesznym wazonikiem w ręku.

Jednak House nie miał już wazonu.

Chociaż może lepiej powiedzieć, że wazon był, ale obok na podłodze i na dodatek rozbity.

A „jeszcze bardziej obok” leżała nieprzytomna kobieta, z dziwnie rozrzuconymi rękoma, podartą sukienką i niewielką kałużą krwi, gromadzącą się koło głowy.

Lisa Cuddy.

Administratorka PPTH, którą dwa tygodnie temu zabrał na kolację, by w tym czasie jego „koledzy” mogli zrobić „porządek” w jej mieszkaniu. Nie chciał, żeby ktoś zrobił Lisie jakąkolwiek krzywdę. Nawet w akcie samoobrony, bo sprawiała wrażenie takiej, która niczego nie odda bez uprzedniej, zaciętej walki. Chodziło tylko i wyłącznie o to, by sprowadzić House’a z powrotem do New Jersey. To on miał ponieść karę, a nie kobieta, która - na swoje nieszczęście – go kochała...

Od kiedy powiedział jej, że jest dobrym znajomym Grega, nie dała mu spokoju, wypytując o jego aktualne miejsce zamieszkania, sytuację materialną i samopoczucie. Tak nie robi szefowa. Ona chciałaby tylko wiedzieć, czy diagnosta zamierza jeszcze łaskawie wrócić do pracy czy nie. Przyjaciółka zaś nie pochyla się nad stolikiem w restauracji, słuchając chciwie każdej – nawet najbardziej ogólnikowej – wiadomości . Jej nie oczy nie odzyskują wtedy blasku, który straciły przed trzema miesiącami. Jej serce nie przyśpiesza swego bicia. I nie udaje mało tym wszystkim zainteresowanej.

A teraz? Jej rycerz na białym koniu przybył na ratunek i co? Sam ją zranił? Bezsens. Coś tu nie grało... Jednak przecież ta ruda nie wspominała o żadnej pułapce.

Edward spojrzał zdezorientowany na przyklękającego przy Cuddy House’a. Pewnie badał jej puls, bo ostrożnie ujął jej nadgarstek i delikatnie ścisnął. A potem ścisnął trochę mocniej. Po chwili napiętego wyczekiwania nerwowo sięgnął Cuddy do szyi, odgarniając włosy i przykładając dwa palce do miejsca, gdzie prawdopodobnie była tętnica.

Chyba nic jej nie jest? Mimo, że rozmawiali o tym dupku, to i tak zrozumiał, że ma do czynienia z wyjątkową kobietą. Uczciwą, silną, pewną siebie i zdolną do poświęceń dla dobra innych. Należała do rzadkiego gatunku, tak jak Renesmee. I dzięki podwójnej ingerencji House’a, gatunku stojącego już co najmniej na krawędzi wymarcia! Edward poruszył się gniewnie i warknął. House znieruchomiał.

---

Dodano 2 minut temu:

--

Czy jest tutaj ktoś, kto nie kocha życia?

A przynajmniej nie jest jego wiernym fanem?

Czy, do jasnej cholery, jest tutaj ktoś, kto chociaż to życie toleruje?!

Nie, Gregory House w tym momencie nie zaliczał się do żadnej z grup Anonimowych Wielbicieli Życia. Ani nie miał pod ręką Burbona, ani swojej tablicy z pisaczkami, ani nawet dowodu ze swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem! Za to z trudnością wyczuwał puls Cuddy, którą zupełnie niechcący ogłuszył wazonem, a za jego plecami Edward szczerzył się, pewnie dumny z „efektu zaskoczenia”. Świetnie!

- Nic jej nie jest? – A jednak House drgnął, zdumiony. W wyjątkowo chłodno zadanym pytaniu kryło się coś jeszcze. Troska? Niepokój? Albo ktoś po prostu skręcał się ze strachu i miał omamy słuchowe. Oczywiście nie chodziło o niego.
- Nie – odwarknął. Po co odpowiadał, no po co? Mógł udawać, że go tu nie ma. Upewniwszy się, że Cuddy oddycha i pewnie niedługo odzyska przytomność, podźwignął się z bolesnym wysiłkiem z klęczek. A potem stanął twarzą w twarz z Edwardem. Czy raczej kamiennym posągiem Edwarda. Po długiej chwili chłopak przewiesił nogi przez parapet i zeskoczył na podłogę. Jego zaciśnięte usta nie rozluźniły się nawet na moment; patrzył tylko na House’a swoimi błyszczącymi od nadmiaru emocji, ciemnymi oczami. Diagnosta poczuł zastanawiający ucisk w okolicach gardła.
- Może mógłbym roztrzaskać na tobie krzesło? – Edward z udawaną nonszalancją oparł się o ścianę i założył ręce. Najwyraźniej jemu nic nie było w stanie zepsuć demonicznej radości płynącej z dzisiejszego spotkania z dr Gregory’m House’em.
- A co, oszczędziłeś jakieś po twojej ostatniej wizycie? – zakpił House, przysuwając się odrobinę w prawo do wspomnianego krzesła. Krok do przodu, dwa kroki w prawo, krok do tyłu, krok w lewo i znowu dwa kroki w prawo.
- Na tą okazję, tak. – Edward umilkł i spojrzał zdziwiony na wykreślającego dziwne wzory w ruchu diagnostę. – Ty tańczysz? – zainteresował się nagle.
- Och, ćwiczę solówkę do turnieju cheeleaderów. Moja partnerka zemdlała po ostatnim obrocie – Greg wskazał obojętnie na Cuddy. Edward zauważył jednak grymas bólu na jego twarzy, kiedy o niej mówił. Chyba jednak mu zależało... Zresztą, co go to obchodziło?
- Mógłbyś wystąpić w Maratonie Uśmiechu. Pewnie nawet na szubienicy drwiłbyś z kata, nie? – chłopak postąpił krok do przodu. House odruchowo zacisnął mocniej palce na lasce.
- Nie.
- Vera dużo mi o tobie opowiadała, wiesz? – powiedział powoli Edward. Udawał zamyślonego, ale widać było, że robi to specjalnie. Niszczy resztkę wiary House’a w porządnych ludzi.
- Vera? Tobie? O mnie? Opowiadała? – Greg opuścił laskę, zaskoczony. Powtórzył mechanicznie cztery, właściwie pięć, słów, nawet nie rozumiejąc ich sensu. Vera bała się zemsty Edwarda za to, że pomaga House’owi. Właśnie. Właśnie! Jęknął. Sprowadzenie go tutaj było ceną, jaką musiała zapłacić za naprawienie swojej sytuacji. Od początku prowadziła go w pułapkę...
- Czy tobie wszystko trzeba tłumaczyć? – Edward zmrużył złośliwie oczy, zmieniając je w dwie czarne, drwiące szparki. House wciągnął powietrze do płuc i popatrzył na niego z całkowitym spokojem. Podszedł rozluźniony, a przynajmniej miał taki być, do stołu, odsunął to jedyne nienaruszone krzesło i na nim usiadł. Stojący koło okna chłopak uniósł zdziwiony brwi. Co on wyprawia? Teraz powinien zrozumieć, że nie ma szans, załamać się psychicznie i prosić o litość. To nie ten scenariusz!
- Nie trzeba, chłopcze. Rozumiem. – odpowiedział chłodno House. Zauważył, że dźwięk „dobrodusznego” słowa „chłopcze”, zmroził Edwarda. Obaj spoglądali na siebie nawzajem z niechęcią. A raczej chęcią. Chęcią mordu. Gdyby tylko mogli, po pokoju fruwałyby już meble. A właściwie czemu nie? Kto im przeszkadzał? „Śpiąca” grzecznie Cuddy? House sięgnął po zgubiony przez kogoś, odrapany scyzoryk leżący na stole. Zerkał na niego już od dłuższego czasu. Zawsze lubił grę w rzutki, a taka z ruchomą tarczą byłaby jeszcze fajniejsza.

Mimo rozbawionego spojrzenia, którym Edward obdarzył House’a i jego skautowski nożyk, nie zamierzał się bić.

Bo i po co?

Można załatwić to szybciej i na czysto.

Nie raniąc przy tym niechcący Lisy.

Rewolwerem.

Edward powolnym, zamaszystym ruchem odsłonił swój uroczy, szary tweedowy płaszczyk i wciągnął lśniącą czernią broń zza pasa. Gregory znieruchomiał, bacznie śledząc wzrokiem każdy ruch przeciwnika. No tak, zdaje się, że był na przegranej pozycji. Cholera. A jeszcze nie zdążył odciąć Verze głowy i zatknąć jej na palu przed swoim mieszkaniem. Wyobraził sobie miny przechodniów i ich nerwowe telefony na policję i... parsknął śmiechem.

Tym razem Edward rozchylił usta. Czy – House – się – właśnie – śmiał? Z jego rewolweru? Nie wyczyścił go czy co?! Chłopak zerknął dyskretnie na wypolerowany pistolet. Cóż. No cóż. Najwyraźniej House miał pierwsze obawy choroby psychicznej. Greg zauważył jego zdezorientowane spojrzenie i uprzejmie przygryzł sobie pięść, udając kaszel. Po paru minutach z wahaniem odłożył scyzoryk i pokazał Edwardowi puste dłonie. Białą flagę?
- Jeśli uznamy, że dziś masz urodziny, nie będziemy musieli brać tego za korzenie się – House mrugnął porozumiewawczo do stojącego naprzeciw faceta z wymierzonym w niego rewolwerem.
- Nie mam.
- Greg...
- Nie byłem z tobą na piwie – głośno zaprotestował House. Edward ściągnął zaskoczony brwi. Co on od niego chce? Nastroszył się. Zabawne, mieli walczyć, darzyli się wzajemną nienawiścią, a tymczasem rozmawiali jak dwaj kumple, jedynie pokłóceni o dziewczynę. To wszystko nie trzymało się kupy. Jeszcze trochę, i na zgodę padną sobie w ramiona.
- Ja też nie. Jeszcze wystarczająco cenię swoje życie.
- Greg...
- Jeśli to nie ty masz taki kobiecy głos... to... – House gwałtownie poderwał się z krzesła akurat w tym momencie, kiedy Edward zadecydował, że trzeba uciąć tą sielską pogawędkę.
- Cholera, co ty..? – wszystko działo się tak szybko. Edward przygryzający wargę, zszokowana mina House’a, momentalnie zmieniająca się w wykrzywiający twarz grymas bólu. Zwierzęce wycie. House upadający i przewracający krzesło i robiący krok do tyłu Edward. A potem ciszę po wystrzale przeszył kobiecy krzyk. Potem parę przekleństw. A potem wszystko zamigotało i zgasło.

---

- Nie. Jestem. Głupia.
- Nie twierdzę, że jesteś.
- Twierdzisz. Opowiadając mi takie brednie.
- Prawdę. Możesz nazywać to jak chcesz.
- Prędzej uwierzyłabym, że to ty zaplanowałeś włam do mojego mieszkania, niż że House cię zastraszał i koniec końców przestrzelił sobie kolano podczas szarpaniny. Jakby nie miał już dość problemów z nogami... Na tych kolanach miał mnie błagać o powrót do pracy.
- Słuchaj...
- Nie, nie mam zamiaru słuchać. Idź sobie. No już. JUŻ.

Życie było absurdalnie proste. Było też absurdalnie absurdalne. Przez te trzy miesiące uciekał. Patrząc obiektywnie, nie miał od czego. Edward mógł straszyć, mógł kipieć żądzą zemsty, ale od kiedy wiedział, że jego córce prawdopodobnie nic nie będzie – w niewytłumaczalny sposób jej system odpornościowy wciąż był sprawny -, nie skrzywdziłby drugiej osoby z premedytacją i czerpiąc z tego jakąś dziką satysfakcję. W sumie cała akcja była niepotrzebna, całe to ukrywanie się, odstawianie szopki przed nowymi sąsiadami w Miami („Ależ oczywiście, że zadbam o rybki podczas pańskiej nieobecności” – na sam koniec wszystkie rybki ćwiczyły pływanie do góry brzuszkiem), zamykanie się w pustym domu i nasłuchiwanie stukotu szpilek na podjeździe. Wszystko to... Boże, nie wiedział, jak to określić. Miał poczucie, że coś go ominęło, ale jednocześnie, że coś zyskał, że parę osób coś sobie uświadomiło.

Pamiętał, że jeszcze przed kompletną utratą przytomności słyszał nerwowy szept Cuddy i czuł jej gorący oddech na swoich ustach. Chwilę potem zaczęła histerycznie krzyczeć, domagając się wyjaśnień od Edwarda, pewnie go też uderzyła. Żałował, że nie widział tego zajścia. Wkurzona Cuddy okładająca pięściami bezradnie unoszącego ręce Edzia... coś cudownego. Jeszcze większa szkoda, że nie mógł się dołączyć. Mieć świadomość, że stoi u jej boku, a ona za niego walczy. Zabawne. Niedawno to on przyjechał tutaj, by o nią walczyć. A wystarczyło tylko, żeby wrzasnęła na Edwarda i wypędziła go z domu. Koniec bajki. Chwilowe napięcie opadło, nie pozostawiając po sobie ani śladu. A on? On leżał na podłodze, udając, że wciąż przebywa w Krainie Nicości. Zielonego pojęcia nie miał, czym Lisa go naszprycowała, ale to coś musiało być bardzo mocne. Nie czuł nic, za wyjątkiem uporczywego ucisku w kolanie. Pewnie uwierały go strzaskane odłamki. Skrzywił się w myślach, na wspomnienie pierwszej fali bólu. Przyszła zupełnie niespodziewanie, elektryzując całe ciało. Najchętniej zacząłby walić głową w ścianę, żeby drugim bodźcem stłumić pierwszy, ale... Nadszedł kolejny atak, gdzie już musiał się poddać. Jedną nogę mógłby przeżyć. Ale nie dwie.

- Myślisz, że ci uwierzę? Otwieraj oczy – zarządził lekko rozbawiony, choć troszeczkę rozstrojony, damski głos, dołączając skuteczny argument w postaci szturchnięcia butem. Cholera. Ona mogła się nie budzić. Wtedy nie byłoby postrzału, a z Edwardem dałby sobie jakoś radę. Robin Hood w spódnicy się znalazł. Burknął coś w proteście i zasłonił dłońmi twarz. Roześmiała się, a on uśmiechnął. I zaraz za to skarcił. Przecież za tym nie tęsknił.
- Boli mnie... – jęknął najbardziej melodramatycznie, jak tylko umiał. Całym sobą próbował teraz przypominać bezbronnego szczeniaczka. Po chwili ciszy poczuł, jak ściąga z niego koc. Ostrożnie zwiększył nacisk na prawą stronę ciała – łóżko ustąpiło pod jego ciężarem. Łóżko? Boże, ona chyba sama go tu nie przytargała! Mimo wszystko trochę ważył, a przecież Cuddy też nie była w pełni sił!
- W to też nie uwierzę. – prychnęła mu nad uchem.
- Nie wątpię. – odprychnął, idealnie naśladując jej ton. Wyobraził sobie, jak jeden niesforny loczek właśnie w tej chwili kołysze się nad jego nosem. Jak Cuddy nieudolnie próbuje zaczesać go za ucho, a on wciąż jej ucieka. Jak w końcu ze złością go rozprostowuje. I znowu bez skutku. Uśmiechnął się i otworzył oczy, chcąc zobaczyć to po trzech miesiącach przymusowego detoksu. Wypuścił powietrze, rozczarowany.

Leżała obok niego, zawinięta po samą szyję w zabrany mu koc. Włosy miała pieczołowicie związane w kucyk, a „niesforny loczek” spięty. Uśmiechnęła się na widok jego niezadowolonej miny, ale nic nie powiedziała. Po paru minutach znowu zaczęła uważnie badać wzrokiem sufit. Dołączył do niej.
- Nie chcesz wiedzieć, co się tak naprawdę stało? – zapytał House, wpatrując się w niezwykle interesującą żółtą plamkę koło żyrandola.
- Nie, nie chcę – odpowiedziała Cuddy z wahaniem, próbując dojrzeć kurz na tym żyrandolu. Greg nie wytrzymał i zerknął na nią kątem oka. Była całkowicie spokojna, poza poruszającymi się szybciej niż zwykle skrzydełkami nosa. To oznaczało, że coś równie szybko falowało. I uświadomiło mu, że bardzo, ale to bardzo długo nie oglądał jej dekoltu...
- Powiesz mi, dlaczego?
- Też nie. Nie musimy sobie nic mówić. Każde zna swoją wersję i wersja wydarzeń drugiej osoby nie jest konieczna do szczęścia. – mruknęła zdawkowo. Domyślił się, że wiedziała więcej, niż przyznawała.
- A jesteś szczęśliwa?
- Teraz tak – odparła takim tonem, jakby oznajmiała podanie obiadu do stołu. Zauważył, że kąciki jej warg powędrowały ledwo dostrzegalnie w górę. Wziął z niej przykład. I również spojrzał na klosz.
- Przydałoby się go odkurzyć, nie?

---

Kilka miesięcy potem na zielono pomalowanym ganku pojawiły się najpierw dwie czarne, gumowe końcówki. Gdyby spojrzeć wyżej, można by zauważyć, że to były końcówki białych, plastikowych i szalenie uciążliwych kul. Z jeszcze bardziej uciążliwym właścicielem.

House ostrożnie balansował ciężarem, próbując nie upaść na schodkach. Na pewno skręcony kark nie pomógłby mu w życiu. Chociaż mógłby coś z tym życiem zrobić. Na przykład je zakończyć. W ogóle nie powinien był wychodzić z domu. Miał leżeć w łóżku i czekać na gorący, aromatyczny rosół. Nawiasem mówiąc, nie cierpiał go, ale ponieważ Hector go uwielbiał... Nie było sensu sprawiać jej przykrości.

Wyszedł, bo ktoś przyczepił do skrzynki na listy rażącą oczy, żółtą karteczkę. Przewrócił oczami i cudem do niej dotarł. Wciągnął rękę, chcąc zerwać ją jednym ruchem i wyrzucić.

Przyjadę jutro. Przepraszam

Zmiął ją w garści i rzucił najdalej jak umiał. A potem przypomniał sobie, że coś tam było napisane... Coś dziwnego!
- Hector, ty leniwa klusko, aport!



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Pią 12:19, 24 Kwi 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.15224 sekund, Zapytań SQL: 14