Szczęśliwie przegrani [M]
Witam. Wpadam z takim czymś :roll: Nie dokońca przekonana o słuszności swoich działań. A zatem zarówno napisane, jak i wrzucone pod wpływem chwili 8) Chyba zbyt przesadne w swoim brzmieniu. Ale cóż... podejmuję ryzyko. Może ktoś znajdzie tu coś, co pozwoli mu z nadzieją spojrzeć na Huddy. Tak, tekst mimo pierwszego wrażenia jest optymistyczny. Ogólnie o tym, że definicja szczęścia nie istnieje. Każdy musi napisać sobie własną. I tylko nielicznym się to udaje. Resztę pozostawiam Wam. Pisane bardziej od strony Cuddy, ale jak zwykle i tak chodzi o House'a.
Szczęśliwie przegrani [M]
Spokój myśli to spokój duszy. Ale spokojna dusza szybko umiera.
Siedziała w kuchni, tuż przy oknie, z nogami podkulonymi pod siebie. W ręcę trzymała kubek z gorącącą herbatą. Przyjemnie ciepła para wydobywająca się z niego otulała jej twarz zapachem malin. To był jej ulubiony smak. Z lekkim niepokojem spoglądała na granatowe chmury, rzęsisty deszcz i nieposkromiony wiatr wirujący za szklaną szybą. Zachowywał się tak, jak gdyby był panem świata, który nie musi się z nikim liczyć. Przyglądała się mu w skupieniu. Przerażały ją spustoszenia, które po sobie pozostawiał. Był bezwględny. Bez wahania niszczył wszystko, co stawało mu na drodze. Jego szaleńcza pogoń zdawała się nie mieć końca... ani celu. Przymknęła oczy.
- Kocham Cię. Chciałabym, by było inaczej, ale taka jest prawda. Nie potrafię dłużej przed tym uciekać.
Najtrudniejsze wyznanie w jej życiu. Kilka słów, a ona poczuła, że w końcu może oddychać. Jak gdyby w jednej chwili zdjęto z niej olbrzymi ciężar. Jego spojrzenie, wtedy wydawało się jej, że było to spojrzenie człowieka odmienionego, którego wolno jej kochać. Teraz już wiedziała, że to, co wtedy widziała było tylko tym w co chciała wierzyć. Czy było więc warto? Nie szukała odpowiedzi, bo nie miała wątpliwości, że zarówno wtedy, jak i dziś znów postąpiłaby dokładnie tak samo.
- Nie było cię przy mnie.
- Byłem.
- Kłamiesz!
- Chciałem...
- To za mało.
- Przecież jestem!
Krople deszczu przedostały się na zimny parapet. Zaraz, przecież to tylko łzy. Przełożyła kubek do lewej ręki. Prawą delikatnie starła mokre ślady z bladych policzków. - Głupie łzy - pomyślała. Przecież sama taki los sobie wybrała.
Kochać nie zawsze znaczy to samo. Teraz już to wiedziała. Czy bolało? Tylko przez chwilę. Do czasu, gdy zrozumiała, że w życiu tak naprawdę liczy się to, co możemy komuś dać, a nie to, co dostajemy. Uśmiechnęła się nieco wbrew sobie. Delikatnie zsunąła się z parapetu. Podeszła do zlewu i odłożyła pusty kubek. Drugi nadal tam stał. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym go wczoraj zostawił. A dziś? Dziś to już inny świat. Ale ona już nauczyła się w nim żyć. Spojrzała na drzwi, jak gdyby licząc, że właśnie teraz powinny się otworzyć.
Zgasiła światło i ciemnym korytarzem udała się do sypialni. On nigdy niczego nie ułatwiał. Westchnęła opadając na miekką pościel. Jej wymarzony świat był nieco inny, ale to nie miało znaczenia. Nie wtedy, gdy on był tuż obok. Wtedy liczył się tylko ten uśmiech, to bijące serce, na którym opierała swoją głowę, te ramiona, w których czuła się kochana i szczęśliwa. Położyła dłoń na poduszce obok i pogładziła ją. Jej twarz nabrała blasku, zbliżyła ją do białego materiału i delektowała się jego zapachem. Wciąż tam był. Miała pewność, że zawsze będzie, bo ona nie pozwoli mu odejść. Nigdy.
- Nie śpisz.
- Śpię.
- Wiedziałem, że będziesz czekać.
- Wcale nie czekałam.
- Kłamiesz.
Nie ważne było jak wiele bojów będą musieli jeszcze stoczyć. Ile kłótni odbyć, ile ciosów zadać... Liczyło się coś innego. Pewność, że tego właśnie chcą. Takiego życia i siebie nawzajem. Bez względu na ryzyko i koszty. Uczyli się siebie każdego dnia. Ciągle od nowa i bez końca. Zafascynowani najdrobniejszym nawet odkryciem. Właśnie w detalach i szczegółach odnajdywali to, co sprawiało im największą radość. Uczucie.
Jeden gest, jedno słowo, a niebo wydaje się być tak blisko.
Mokry cień był coraz bliżej i bliżej. Czuła, jak z każdym oddechem jej serce bije mocniej i szybciej. Każdy jego kolejny krok przyprawiał ją o drżenie. W powietrzu czuła jego podekscytowanie i własną niecierpliwość.
- Wybacz. Miałem przyjść wcześniej, ale ta burza...
- Tak, wiem. Nie lubisz deszczu.
- Przez ciebie i tak prędzej, czy później jestem mokry.
- To może jednak lubisz deszcz?
- Może po prostu lubię ciebie?
Nie potrzebowała nic więcej. Cokolwiek by nie powiedział i zrobił ona już wiedziała. Usiadł na łóżku i zanurzył dłoń w burzy brązowych loków. Drugą objął jej talię i przyciągnął do siebie. Uśmiechnęła się, a błękitne tęczówki po raz kolejny powiedziały jej to, co pragnęła usłyszeć.
Wtulona w jego ciało, ukołysana jego oddechem, w końcu zasnęła. On trzymał ją mocno w swoich objęciach. Głaskał nagie plecy i zachłannie wdychał jej zapach. Tak kojący i pachnący zwykłym szczęściem, którego oboje w końcu przestali się bać. Ona śniła o kolejnym dniu. O tym, że z całą pewnością znów coś spieprzą. Ktoś powie o jedno słowo za dużo, ktoś inny niewłaściwie odczyta intencje. Rozpocznie się walka, bój, o własne "ja." Determinacja i ogień były nieodłącznymi elementami ich wspólnego życia. Ale czy bez nich byłoby ono lepsze? Niemal uśmiechnęła się przez sen. Tak było dobrze. To było ich życie, które przecież nie mogło wyglądać inaczej. Potrzebowali się nawzajem dokładnie takimi, jakimi byli. Tylko ona potrafiła stawić mu czoła. Tylko on był w stanie zmusić ją do wysiłku w dążeniu do własnych celów. Ranek zaskoczył ich oboje.
- Zostałeś?
- Wciąż pada.
- Przecież świeci słońce.
Zaśmiali się niemal równocześnie.
Pusty dom. Pusta sypialnia. Idealnie zaścielone łożko. Cisza i spokój, jak przed kolejną burzą. I tak bez końca, bez wytchnienia. Dźwięk przekręcanego w zamku klucza, wesoły śmiech dziecka. Pośpiesznie składne parosolki i mokre plamy na dywanie.
- Mamo, ja chcę już lato.
- Spokojnie, w końcu przyjdzie.
- Zawsze przychodzi?
- Tak, kochanie. Zawsze.
Spojrzała na drzwi. Mroczny cień uśmiechał się zadziornie. Kolejny dzień, kolejna burza, a ona widziała już tylko słońce.
- Tęskniłaś?
W momencie, w którym zobaczył blask w jej oczach zrozumiał, że naprawdę lubił deszcz, a ona wcale się go nie bała. Już nie.
Bo gdy droga jest szczęściem, cel przestaje mieć znaczenie.
Otworzyła oczy. Wiatr ucichł. Deszcz przestał padać. Powoli i delikatnie wysunęła się z jego ramion. Wstała i udała się do kuchni. Po chwili zapach malin unosił się już w całym domu. Siedziała na parapecie, ale tym razem wpatrywała się nie w to, co było za oknem, ale w postać śpiącą na jej łóżku. Po wciąż zaróżowionych policzkach spłynęło kilka przezroczystych kropli. Łzy szczęścia.
- Tęskniłam.
Odpowiedziała bardziej sobie niż jemu. Przecież nie mógł jej usłyszeć. Ostrożnie upiła pierwszy łyk gorącego napoju. Ani na moment nie oderwała wzroku od sypialni. Długo szukała idealnego świata za szklaną szybą, aż w końcu zrozumiała, że od dawna, bez pamięci, kocha ten ICH. Niezwyczajnie niedoskonały.
Ostatnio zmieniony przez lisek_ dnia Czw 9:58, 31 Mar 2011, w całości zmieniany 2 razy
|