14 lutego

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

14 lutego

Mój pierwszy fik konkursowy Wink





Walentynki sprzed trzech lat – ona i kubek kawy.
Walentynki dwa lata temu – ona i lampka wina.
Walentynki dwanaście miesięcy wstecz – ona i butelka wina.

Jaki będzie 14 lutego w tym roku? Może tym razem z butelką starej whisky, która pozwoli zapomnieć o wszystkich dotychczasowych smutkach. Wymaże na moment z pamięci każde najdrobniejsze potknięcie. Zaskoczy brakiem jakichkolwiek porażek.

Whisky, najlepsza towarzyszka znudzonych życiem, przemęczonych własnymi problemami. Na kilka chwil, sprawia, że świat wygląda odrobinę inaczej… Lepiej? Niewierna przyjaciółka znika jednak tak szybko, jak się pojawia, pozostawiając tylko okropny ból głowy.

Cuddy położyła swoje zgrabne nogi na blat biurka. Kąciki ust mimo woli poszybowały w górę, a w oczach pojawił się ten… blask. Szczęście rozpierało ją od środka. Niezliczone ilości energii skumulowały się w jej drobnym ciele, sprawiając, że mogłaby przenosić góry.

Przymknęła na chwilę oczy, aby jeszcze raz go sobie wyobrazić. Czarne rozwichrzone włosy, wyraźnie zaznaczone żyły na przedramionach, sylwetka sportowca i to coś, co widać było w jego oczach od pierwszego spotkania. Urok? Czar? A może po prostu chłopięcy wdzięk? Uśmiechała się na samą myśl o nim, o tym, że to właśnie dzięki niemu te Walentynki tak diametralnie będą różniły się od pozostałych.

Nie przeszkadzały jej dzisiejsze skargi na House’a. Zapomniała już o kłótni ze swoim asystentem. Liczył się tylko dzisiejszy wieczór!
- Cholera! – przerażona podskoczyła na fotelu. Było już grubo po szesnastej. Pospiesznie chwyciła torebkę, zarzuciła na plecy płaszcz i czym prędzej ruszyła w stronę wyjścia.

***

Przez jej głowę znowu przemknęło znane wszystkim: Nie mam się, w co się ubrać. Szafa wypełniona po brzegi, ani trochę nie ułatwiała zadania. Chyba jeszcze nigdy nie zależało jej tak bardzo na tym, by podobać się mężczyźnie.

Na podłodze, łóżku, drzwiach szafy lądowały, co chwila różnorakie stroje. Żaden nie był według niej na tyle odpowiedni, by go włożyć. To musiało być naprawdę coś wyjątkowego. Musiała go zachwycić tak, jak on zachwycił ją pierwszy raz. Dokładnie pamięta ich pierwsze spotkanie. Zupełnie przypadkowe. Bez jakiegokolwiek sensu. Nadal uśmiecha się na wspomnienie tej sytuacji. Świetne pamięta jego minę, kiedy z impetem uderzyła w jego auto swoim. Choć była to jej wina, wyskoczyła z samochodu jak rażona piorunem, by natychmiast wykrzyczeć mu, co myśli o nim i o tym jak prowadzi swój pojazd. A co zrobił on? Po prostu z uśmiechem pokręcił głową, a potem ze stoickim spokojem zapytał, czy nic jej nie jest. Cały Phillip, zawsze opanowany i potrafiący wybrnąć z każdej sytuacji.

Kiedy krótsza wskazówka zegara mknęła w stronę ósemki, Cuddy była już gotowa. Uznała, że najlepiej będzie wyglądać w ‘małej czarnej’.
Czas płynął jak krew z nosa.
Dzwonek do drzwi.
Ruszyła w ich stronę, delikatnie kołysząc biodrami. Bukiet czerwonych róż zasłaniał trzymającego je mężczyznę. Uśmiechnęła się. Który to już raz dzisiaj?
- Dziękuję – powiedziała, napawając się zapachem płatków. Tak promiennie, tak wesoło. Tak, że nie jeden Casanova po prostu by się zawstydził.
- Gotowa? – zapytał Phillip
- Wstawię tylko kwiaty do wazonu.

Mężczyzna był wyraźnie zadowolony z siebie. Poprawił węzeł fioletowego krawata, sprawdził czy spinki koszuli są dobrze zapięte. Perfekcjonista. Człowiek plan. Strateg. Wszystko dokładnie przygotowane. Przemyślane w każdym calu. Trudno się dziwić, szanujący się adwokat nie postępuje pochopnie. Nawet w miłości. Bo na pewno była to miłość.

Charakteryzując Phillipa należy jeszcze pamiętać o słowie: 'dżentelmen'. Pospiesznie chwycił płaszcz Cuddy i z największą delikatnością wsunął go na plecy kobiety. Nie pozwolił nawet, by sama zamykała drzwi swojego mieszkania.

Czy rozumieli się bez słów? Być może. Ich związek opierał się głównie na uśmiechu. Tym zalotnym i tym codziennym – miłym. Tym naturalnym i tym wymuszonym. Pewna tajemnica wiła się pomiędzy nimi i to właśnie ona przyciągała ich do siebie.

Mężczyzna zatrzymał samochód na parkingu. Światło lamp prowadziło do małej restauracyjki:
- Idziemy? – zapytał szarmanckim tonem, unosząc wymownie ramię.
- Nigdy tu nie byłam.
- Zaufaj mi – odparł gładząc drobną dłoń oplecioną wokół jego ręki.

Niezwykła magia przywitała ich, kiedy tylko przekroczyli próg lokalu. Przyjemny mrok otaczał wszystko dookoła, ustępując tylko jasnemu blaskowi palących się na stolikach czerwonych świec. Walentynki tkwiły tu w najmniejszych szczegółach. Bez zbędnego przepychu, bez niepotrzebnej wystawności. Tu i ówdzie róża w pięknym, krwistym kolorze. Krzesła i stoliki przyozdobione romantyczną czerwienią.

W odpowiedni nastrój wprowadzała wszystkich pełna tajemnicy, zagadkowa wręcz muzyka. Dźwięki gitary i pianina krążyły wśród gości, jak kochankowie, którzy poszukują bliskości. Każda nuta idealnie współgrała z nutą towarzysza. To właśnie ta muzyka z gracją oplatała wpatrzonych w siebie partnerów. Bez względu na wiek, stan cywilny, grubość portfela. Tego wieczoru miłość stała się jednym ze składników powietrza. Miłością się oddychało. Miłości potrzebowało się do życia.

Usiedli przy zarezerwowanym przez Phillipa stoliku. Gdzieś w kącie. Gdzieś, gdzie nie dosięgał ich wzrok pozostałych gości. Wpatrzeni w siebie. Splecione dłonie. W tle gitarowe rytmy mieszały się z delikatnymi uderzeniami palców o klawisze pianina. Niski męski głos niósł się po całym lokalu. Bez fałszu, bez zbędnych ozdobników. Miało się ochotę słuchać go w nieskończoność.

- Jesteś taka piękna – wyszeptał Phillip wyraźnie oczarowany jej urodą. Zarumieniła się lekko.
Zbliżył usta do jej warg i musnął je ostrożnie. Dążył do wykonania swojego planu. Wszystko było ułożone, każdy szczegół przemyślany.
Sięgnął ręką do kieszeni marynarki. Błyskawicznie małe czarne pudełeczko pojawiło się na blacie stolika. Cuddy spojrzała najpierw na nie, potem na uśmiechającego się mężczyznę. Strach czy radość? Przerażenie czy pewność siebie? Nie miała pojęcia. Czy to na pewno to, o czym teraz myśli? Co mu odpowie? Czy jest już gotowa?

Chwycił delikatnie jej kruchą dłoń i nie odrywając od niej wzroku zaczął mówić:
- Wiesz, że bardzo mi na tobie zależy. Wiesz, że każdego dnia, każdej nocy myślę tylko o tobie. Wiesz również, że wprowadziłaś do mojego życia coś niezwykłego. Chcę też, byś wiedziała, jak bardzo cię kocham.
Muzyka ucichła nagle, pozostawiając im tylko szum wiatru za oknami. Patrzyła na niego oniemiała, kiedy ten powoli otwierał czarne pudełeczko. Miliony myśli przedarły się przez jej głowę, jak palce Phillipa, kiedy pierwszy raz zatopił je w jej puszystych lokach. Zagryzła lekko dolną wargę. Uciekła wzrokiem. Czy to jedyne, na co ją teraz stać? Bała się jego przeszywającego spojrzenia. Oplotła wzrokiem stolik obok. Zerknęła na małą scenę w rogu sali. Zamarła nagle. Jeszcze raz odwróciła głowę w stronę mężczyzn z instrumentami. Przełknęła ślinę, tak jakby robiła to już ostatni raz w życiu. Patrzyła.

Wiedziała, że powinna spodziewać się wszystkiego. Była przygotowana na każdą ewentualność. Każdy najbardziej dziwny, szalony pomysł. Teraz jednak House przeszedł samego siebie. On i mała, romantyczna restauracyjka. Czy to nie wystarczająco nie w jego stylu? Najwidoczniej nie znała go tak dobrze, jak się wydawało.

Była głupia… Jak mogła nie poczuć na sobie tego wzroku? Z pewnością od samego początku ją obserwował. Siedział na drewnianym krześle w rogu sceny. Na kolanie gitara. Struny poddawały się jego palcom bez żadnego oporu, wydając z siebie najpiękniejsze, na jakie było je tylko stać dźwięki. Ofiarowywały z siebie wszystko, co najlepsze. A on niczym wielki władca, dawał im rozkazy, które bezapelacyjnie musiały wykonywać. Skupiony na muzyce. Ze wzrokiem utkwionym w kobiecie siedzącej w drugim końcu sali.

Ich spojrzenia się spotkały. Cuddy – House. House – Cuddy. Patrzył na nią z pewnym smutkiem. Z jakąś goryczą, żalem. Gitara była teraz jak tłumacz. Każda myśl przepływała przez nią, układając się w bardziej zrozumiałą całość. Everything I Do, I Do It For You – zaśpiewał mężczyzna stojący przy mikrofonie, prawie idealnie naśladując głos Bryana Adamsa. Brwi diagnosty zbiegły się lekko tuż nad czołem, jakby przypływ bólu kazał mu się nad czymś głęboko zastanowić. Nie uśmiechnął się do niej. Po prostu patrzył, hipnotyzując swym niebieskim wzrokiem. Smutnym niebieskim wzrokiem.

Chwila. Sekunda. Krótki moment. Palce przestały biegać po delikatnych strunach, pozostawiając samotnie dźwięki starego pianina. Ostrożnie odłożył gitarę. Czas stanął w miejscu, ofiarowując im jedną setną wieczności. Obejrzał się ostatni raz, by jeszcze na moment opleść wzrokiem jej sylwetkę. Kiedy zdążyła się zorientować zniknął za czarną ścianą miękkiego materiału wijącego się od sufitu aż po samą podłogę.

- Lisa… - dobiegło do niej wołanie. Skołatana spojrzała w stronę siedzącego z nią mężczyzny z nadzieją, że to może jednak House.
- Cos się stało? – zapytał Phillip, bacznie ją obserwując.
Maleńkie pudełeczko było zamknięte.
- Czy zrobiłem coś nie tak? – wyrwało się z jego gardła. Uśmiechnęła się. Tak jak miała to w zwyczaju. Phillip był naprawdę cudownym mężczyzną. Czuła się z nim bezpiecznie. Wiedziała, że idealnie odnalazłby się w roli męża i ojca. Nie było im jednak pisane bycie razem. Teraz uświadomiła sobie, że spokojny, stateczny związek nigdy nie będzie tym, czego naprawdę potrzebuje. Ona pragnęła kogoś zupełnie innego. Kogoś, kto potrafi odciągnąć ją od nudnej codzienności. Pragnęła mężczyzny, który co dzień doprowadzał ją do szału, sprawiał, że uśmiechała się promiennie, nachodził w środku nocy z byle powodu. Tylko House umiał obudzić w niej prawdziwą kobietę. Dzięki niemu poczuła, że życie jest jedną wielką niespodzianką. To on nauczył ją wierzyć w brak jakichkolwiek granic.
Przy nim nigdy nie wiedziała, czego może się spodziewać. I właśnie to kochała najbardziej.

- Lisa… - Phillip wyraźnie zaniepokojony, kolejny raz próbował do niej dotrzeć.
Spojrzała mu głęboko w oczy. Nie zastanawiała się nad tym, co powie. To nie było teraz ważne. W myślach szukała już House’a. Była pewna, że postępuje słusznie. Nie wahała się. Nawet przerażony wzrok mężczyzny siedzącego przed nią nie zdołał odwieźć jej od tego pomysłu. Wierzyła, że drugiej takiej szansy nie będzie. Musiała to zrobić…
- Przepraszam… - najbardziej cichy z szeptów wydobył się z jej ust. Dla niego był jak przeraźliwy krzyk. Głośny wrzask. Jak bicie dzwonu tuż nad głową.

Wyrwała swoją dłoń z jego objęć. Nie obchodziło jej już nic. Pędziła w stronę sceny. Bez znaczenia były zdziwione spojrzenia gości. Kogo to teraz interesuje?

Odsłoniła delikatnie czarny materiał maskujący to, co kryje niedostępne dla gości. Stał tam. Odwrócony plecami. Ze wzrokiem utkwionym w drewnianej podłodze. Cos wyraźnie nie dawało mu spokoju. Jakaś wewnętrzna siła targała nim z mocą huraganu. Podeszła bliżej. Skradała się jak kocica, stawiając uważnie każdy krok. Nie mogła teraz popełnić żadnego błędu. Żadnych potknięć. Czuła się jak saper, który ma przed sobą najtrudniejszą do rozbrojenia bombę.

Położyła delikatnie dłoń na jego ramieniu. Nawet nie drgnął. Stanęła przed nim. Jej smukłe palce z barku powędrowały na szorstki policzek, zaznaczając wcześniej swoją obecność na torsie i cudownej męskiej szyi. Uniósł lekko głowę. Napięcie oplotło ich swoją nicią, doprowadzając do granic wytrzymałości. Zatopiła się w błękicie jego oczu. Wpatrywali się w siebie, jakby nie widzieli się od lat. Tak zachłannie. Nie znając żadnych ograniczeń.

Zawsze pewny siebie. Teraz… Przypominał zagubione, małe dziecko.
Żal.
Gorycz.
Jego smutne oczy wołały o pomoc. Pragnęły ukojenia.

Gdzie podziały się dzielące ich centymetry? Odpłynęły w niepamięć, torując drogę delikatnym ustom Cuddy. Ich wargi zetknęły się ze sobą, przywołując do siebie tę niesamowitą magię. Wiła się pośród nich od samego początku, tym razem jednak, powracając ze zdwojoną siłą.

Objął ją. Czuła jak zatraca się coraz bardziej. Jego zapach sprawiał, że odpływała. Unosiła się w powietrzu. Pragnęła go. Tak bardzo potrzebowała tego mężczyzny. To nie była tylko chwilowa tęsknota. To nie była tęsknota za jego ciałem. Ona kochała go takim, jakim był naprawdę. Nie chciała mieć go dla siebie. To ona chciała być jego własnością.

Jego ręce zwolniły nagle uścisk. Z trudem oderwał się od jej pięknych ust, które smakowały jak najlepsza czekolada. Po raz kolejny w jego oczach dostrzegła ten okropny żal. Tę bezsilność i gorycz. Zetknęli się czołami. Uśmiechnęła się. Wiedziała, że wszystko będzie już dobrze.
- Wracaj do niego… – powiedział, sięgając po jej kruchą rękę – Z nim będziesz szczęśliwa… - szepnął, całując wewnętrzną część jej dłoni.

Chciała zaprzeczyć. Chciała wykrzyczeć to wszystko, co kłębiło się teraz w jej głowie. Nie potrafiła. Jakaś zła siła sprawiła, że nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Patrzyła oniemiała jak bierze płaszcz i znika pośród czarnego materiału kurtyny, który zalewa go jak słona woda tonący statek…

…bo miłości nie zawsze towarzyszy szczęśliwe zakończenie…



_________________
Każdy błąd kobiety jest winą mężczyzny.

PostWysłany: Pią 16:52, 27 Mar 2009
LicenceToKill
Pulmonolog
Pulmonolog



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 11

Posty: 1292

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

bardzo ciekawy fik zniecierpliwoscia czekam na kolejna czesc



_________________

PostWysłany: Nie 9:30, 17 Maj 2009
janeczka85
Stomatolog
Stomatolog



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 1
Ostrzeżeń: 1

Posty: 576

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.05298 sekund, Zapytań SQL: 14