Belief

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Belief

Pierwszy fik jaki kiedykolwiek napisałam Smile Mam cichą nadzieję,że się spodoba. To w sumie taka bardziej miniaturka,ale nic. Na pewno znajdą się błędy interpunkcyjne i pewnie też ortograficzne,ale prosiłabym o nie zwracanie na nie zbytniej uwagi.Nie miałam czasu poprawić przed wstawieniem,bo niedługo odłączą mi neta na parę dni,a bardzo chciałam to dodać. Tytuł może być trochę nie adekwatny do opowiadania,ale to dlatego,że to tytuł roboczy,nazwałam je tak na początku,a teraz już po prostu nie wiem jak inaczej je nazwać..A i czas opowiadania to 6 seria. No to chyba tyle co chciałam napisać. ; D



***


Bolało. Każdego dnia i każdej nocy. W każdej chwili bez niej czuł wręcz namacalne cierpienie. Już nigdy nie miała być jego. Ta myśl paraliżowała go co dzień rano,kiedy się budził i za każdym razem,gdy szedł spać. Udawał jak zwykle,że wcale mu nie zależy.Czemu miałoby być inaczej?Była tylko jego szefową. Seksowną szefową,która swoim uśmiechem rozjaśniała jego dzień. Nie. Do cholery House,jeśli zaraz nie przestaniesz będę zmuszony ci mocno przywalić!Warknął na siebie zakrywając głowę kołdrą.Nie chciał wstawać. Od kiedy go tak potraktowała. Dlaczego się tak zachowała?Dlaczego była z tym kretynem Lucasem?I dlaczego TO nie mogło być prawdą?Do diabła,przecież.....już któryś raz od tamtego zdarzenia zaczął na nowo odtwarzać sobie tę noc. Chyba nie powinien.W końcu ona nigdy nie miała miejsca.To było tylko urojenie,ale jednak czuł się z nim związany. Nie potrafił po prostu pozwolić odejść mu w nie pamięć. Nikomu nie powiedział,że wciąż pamięta z dokładnością do jednej sekundy co działo się tamtej nocy. Zresztą kogo by to obchodziło?Wilsona. Ale jemu nie mógł powiedzieć.Nie chciał znowu się błaźnić.Już i tak to zrobił przyznając przed nim,Lucasem i Cuddy,że coś do niej czuje. To nie mogła być prawda.Nie kochał jej. On jej nienawidził za to,że go tak krzywdziła. Nie powinien mieć do niej żalu,ale z jakiegoś powodu nie mógł na nią spojrzeć,od kiedy powiedziała mu,że nic z tego nie będzie. Należało mu się.Tylko,że ona była jedyną osobą,która zawsze mu wybaczała,bez względu na wszystko. No tak,był jeszcze Wilson,ale on wybaczając wygłaszał mu te swoje kazania i ciągle analizował. Ona nie pytała o jego motywy. Po prostu wybaczała i za każdym razem,kiedy się w coś wpakował broniła go,tak jak lwica broni swoich małych. Często się z niej śmiał,że skoro nie może mieć własnego bachora,to próbuje matkować jemu. Cholera. A teraz miała już swoją szczęśliwą rodzinkę. Już nie był jej potrzebny. Jej ani nikomu innemu. Wilson....on by się pozbierał.Znalazłby sobie jakąś nową panią Wilson i zapomniałby.A co do jego zespołu,to Foreman wcisnąłby się na szefunia już parę godzin po pogrzebie.Zaraz. O czym on znowu myśli?Przecież nie zamierzał się zabijać.Przecież podobno nędzne życie jest lepsze niż nędzna śmierć.Gówno prawda!Nie chciał tak żyć.Miał dosyć udawania przed wszystkim aroganckiego dupka bez serca. Fakt,miał może złośliwe usposobienie,ale to nie znaczyło,że nic go nie bolało.Wręcz przeciwnie.Gregory House był po tysiąckroć bardziej wrażliwy,niż miliony innych osób na świecie. Dlatego przyodziewał tą swoją maskę obojętności i nienawiści do świata. Wolał ranić pierwszy niż czekać aż ktoś zrani jego.Jak się jednak okazywało nawet,kiedy samemu się kogoś od siebie odpycha,też można zostać odepchniętym,zrównanym z błotem. Cuddy właśnie tak go potraktowała. Po tym jak jej wyznał,że zawsze był nią zainteresowany.Po tym jak,co pewnie ten goguś jej powtórzył,niby po pijaku wyznał Lucasowi,że ją kocha. Był pewien,że nie uwierzyła.Że przejrzała w tym jego intrygę. Wiedział o tym i od razu powiedział Wilsonowi,że to wyznanie było nie szczere,że chciał zmanipulować Lucasa. To nie była prawda.Miał ochotę zrobić komuś krzywdę kiedy zrozumiał,że na prawdę jest mu źle z tym,że ona jest szczęśliwa z Lucasem.Chciał by była szczęśliwa,ale z nim i tylko z nim. Czemu TO nie mogło być prawdą?Wtedy wszystko byłoby zupełnie inaczej.Teraz siedziałby u niej w domu,kochaliby się namiętnie na jej miękkim łóżku albo pili herbatę przytuleni do siebie,oglądając jakiś gówniany film. Tak,ten przesłodzony obrazek nie dawał mu spać po nocach.Nie znosił takich uroczych zakochanych ludzi.A jednak,chociaż nimi gardził,chciał być jednym z nich. Chociaż ten jeden raz dać komuś ciepło i samemu je dostać. I nie Komuś,bo House nie potrzebował Kogoś.On potrzebował jej. Jak nikogo innego.Był żałosny. We wszystkim,co robił. Żałosny. Przymknął oczy czując jak ból w okolicach serca narasta.Czemu nie mógł po prostu umrzeć?Tak bardzo w tej chwili chciał dostać zawału czy czegokolwiek innego. Po prostu odejść z tego świata tam gdzie nie czułby tego piekielnego bólu nogi i jeszcze gorszego bólu psychicznego. Ten drugi łącząc się z tym pierwszym tworzył mieszankę wybuchową i tylko ktoś z naprawdę silnym charakterem mógłby to wytrzymać dłużej niż parę dni. Ścisnął udo.Medycyna sprawiała,że ból zmniejszał się.Jednak od pewnego czasu zauważył,że kiedy Cuddy nie było w pobliżu powiększał się do niebotycznych rozmiarów. Miał wrażenie,że ta noga się z niego naigrywa.Robi mu na złość.To nie było miłe.Miał ochotę uciec.Jak najdalej.Zaszyć się gdzieś w zakamarkach swojej podświadomości czekając na lepsze dni.Tak nie można było. Był skazany na samotność i cierpienie.Już zawsze miał pragnąć jej do granic wytrzymałości,miało mu to sprawiać straszliwy ból,ale nigdy nie miał jej dostać. Cholera. Jak on w tej chwili nienawidził tego kto wymyślił nieszczęśliwe zakończenia. Mimo to pojechał tego dnia do szpitala. Na silnym kacu. Z bolącą nogą i wykrwawiającym się sercem. Przypadek,który dzisiaj dostali nie budził w nim zainteresowania. Fakt,że umierająca striptizerka,której nikt nie potrafi zdiagnozować mogła być interesująca,ale nie tego dnia. Bo tego dnia jedyne na co Gregory House miał ochotę to się zalać i schować gdzieś na końcu świata.
-Dostała ataku kiedy robiliśmy rezonans.
Stwierdził Foreman wchodząc do jego gabinetu tylko po to,by po chwili z niego wybiec. House podniósł się z krzesła. Co go to obchodziło?Ta striptizerka działała mu już trochę na nerwy. Co prawda zajmował się nią dopiero od jakiś trzech godzin,ale i tak była irytująca. Wywiad rodzinny nie poszedł najlepiej.Z tego co mówiła Trzynastka,rodzice nie potrafili udzielić odpowiedzi na żadne pytanie,kiedy dowiedzieli się,że ich córka tańczy na róże.Oczywiście powiedziała im,że jest śpiewającą kelnerką. Kurde,kogo obchodzi co powiedziała?Wyszedł na korytarz. Szedł i szedł. Nie obchodziło go,gdzie.Dopiero po chwili zdał sobie sprawę,że znalazł się na dachu.Podszedł na sam jego kraniec i spojrzał w dół. Jakaś dziwna gula ścisnęła mu gardło. Nie było to nic nowego.Tak często go nawiedzała próbując wydusić z niego łzy.Zacisnął rękę na murze.Mocno,tak,że,aż pobielały mu kostki.Łzy stanęły mu w oczach zamazując obraz. Nie mógł płakać.Przecież jest facetem. Kretyn!Mężczyźni nie płaczą.Powstrzymał łzy przed spłynięciem po policzkach,ale wciąż czuł jak dławią mu gardło.Zatrząsł się od powstrzymanego szlochu.Wszystko zepsuł.Jak zwykle. Ojciec miał racje,kiedy w dzieciństwie powtarzał mu,że jest nikim.Był. Wreszcie uwierzył w te ociekające złością i nienawiścią słowa,które tak często słyszał z ust rodziciela.Uwierzył,bo nie pozostało mu już nic innego jak zrozumieć tą oczywistość. Był zerem. Do tego przez krótką chwilę myślał,że na nią zasługuje. Cholera!Nawet nie wiedział,kiedy tak silnie powstrzymywane łzy zaczęły spływać mu po policzkach.Ból rozrywał jego klatkę piersiową.Był gorszy niż ból nogi czy w ogóle jakikolwiek inny.Ranił dotkliwie jego dusze nie pozostawiając na niej ani strzępka nadziei.Był beznadziejnym,żałosnym kuternogą,który w ogóle nie powinien żyć. Przenikliwy wiatr dmuchnął w niego z dużą siłą.Czuł się okropnie.Gorzej niż,kiedy odchodziła od niego Stacy.Gorzej niż,kiedy dowiedział się,że już zawsze będzie kaleką.Wszystko było lepsze od tego jednego drobnego faktu,który sprawiał,że odechciewało mu się żyć.Przecież należała do niego!Tylko dlaczego w takim razie była z innym?Dlaczego go nie chciała.Jego pager rozdzwonił się bezlitośnie.Wyjął go z kieszeni. "Do mojego gabinetu.Cuddy". Cuddy.Pomyślał z czułością i jeszcze raz zerknął w dół.A gdyby tak się rzucić z dachu?Mogłoby się im zawsze wydać,że po prostu się poślizgnął albo nie złapał w porę równowagi. Odsunął ręce od muru zaciskając je teraz w pięści. Nie.Cofnął się parę kroków zastanawiając,co teraz. Miał ochotę wyjechać.Na bardzo długo i bardzo daleko. Zszedł na dół i powędrował do jej gabinetu.Wszedł bez pukania.Jak zwykle.Uniosła na niego głowę z nad papierów i uśmiechnęła się delikatnie.Nie odwzajemnił uśmiechu.Nie potrafił. Zamiast tego podszedł bliżej jej biurka.
-Wyjeżdżam.
Powiedział za nim ona zdążyła otworzyć usta. Widział jak marszczy brwi ze zdziwienia i miał ochotę scałowywać z jej czoła te przepiękne zmarszczki mimiczne.Chciał....tak wiele rzeczy...których nie mógł dostać.Była z Lucasem.Nie kochała go.Te trzy słowa,najgorsze słowa jakie kiedykolwiek musiał sobie uświadomić.
-Jak to wyjeżdżasz?Teraz?Przecież nie dawno wróciłeś....myślałam,że medycyna jest tym czego potrzebujesz.
Powiedziała z lekka zdezorientowana.Podniosła się z krzesła i oparła ręce na biurku przypatrując mu z takim...smutkiem?Nie to nie możliwe.Co ją obchodziło co się z nim stanie?No tak.Był jej najlepszym diagnostą.Prócz tego nie znaczył nic. Przez chwile przyglądał się jak zdenerwowanie wstępuje na jej twarz.Była taka piękna.Nawet z tym nie zrozumieniem wypisanym na twarzy.Zawsze miała taka pozostać,przynajmniej dla niego.Długo zastanawiał się nad odpowiedzią.Nie chciał,żeby pomyślała,że to ze względu na nią i Lucasa.Nie chciał widzieć w tych jej cudownych,jasnych oczach,litości.Nie potrafił jej znieść u nikogo,a tym bardziej u niej.
-Bo jest,ale potrzebuję urlopu.Oderwania się od tego wszystkiego.
Przeszła w okół biurka.Do diabła,czy musiała podchodzić,aż tak blisko?Już kiedy stała za biurkiem trudno było mu się opanować.A teraz kiedy wystarczyłoby się pochylić.....Oparła się o biurko przyglądając mu z zastanowieniem.Widział w jej oczach desperację,której nie potrafił zrozumieć.
-House,czy to.....?
Nie dał jej skończyć.
-Nie.To nie ma nic wspólnego z tobą i Lucasem.Mówiłem ci,świat się nie kręci w okół ciebie,Cuddy.
Specjalnie wymówił jej nazwisko.Musiał.Tak bardzo tego potrzebował.Jeszcze tylko raz usłyszeć je wypowiadane ze swoich ust.A potem wyjdzie stąd. Z urlopem. I pojedzie przed siebie. Wiedział,że już nie wróci,ale za nim oni się zorientują,że coś się stało jego już nie będzie. Wiedział,że kiedy skończy się urlop będą go szukać i wiedział równie dobrze,że w końcu znajdą zupełnie nie tam gdzie chcieli. Martwego. Bo nie zamierzał już wracać do swojej samotności.Nie.To był taki moment w życiu w którym coś musi się zmienić.A on był już zmęczony ciągłym łudzeniem się,że kiedyś nadejdą lepsze czasy. Podjął decyzje.Ona mu to ułatwiła.Sam nie wiedział,kiedy zrozumiał,co zamierza.Po prostu nagle stojąc w jej gabinecie i patrząc w piękną toń jej błękitnych oczu,był pewien,że jego noga więcej nie postanie w tym miejscu.Że nigdy więcej jej nie zobaczy.To musiało się skończyć.Tyle razy mówił,że nie ma nic nędzniejszego niż samobójstwo.Widać do tej decyzji także trzeba dojrzeć.I teraz wiedział jakie to jest trudne.Stać przed kimś za kogo oddałoby się wszystko i mieć świadomość,że nigdy więcej nie zobaczy się uśmiechu na jej twarzy.Że teraz te błyski w jej oczach i perlisty śmiech będą przeznaczone komuś innemu. Czuł się tak jak 4 miesiące temu,kiedy również do niej przyszedł.Powiedział,że odchodzi,a potem jak mu się wydawało zatrzymał ją w drzwiach.Wtedy czuł się równie beznadziejnie,ale wtedy nie była z Lucasem,wtedy mógł ją zatrzymać i powiedzieć,że jej potrzebuje.Więcej,mógł nawet powiedzieć,że ją kocha.A może już wtedy była z Lucasem?Może już wtedy ją stracił i nawet o tym nie wiedział?
-Wiem,ale masz pacjenta....nie możesz z tym zaczekać do końca tego przypadku?
Spytała,jakby z nadzieją?Nie.Potencjalni samobójcy pewnie słyszą to,co by chcieli. Pewnie on też tak bardzo pragnął usłyszeć w jej głosie zatroskanie,nadzieje,czułość,że wydawało mu się,że rzeczywiście tam była.Schowana za fasadą obojętności. Spojrzał jeszcze raz w jej oczy.Takie proszące i zmartwione.Cholera,czemu ona tak na niego działała?Był żałosny!
-Muszę ten urlop teraz.Na niedługo.Dwa dni.
Pokiwała w zamyśleniu głową.
-Dobrze.
Powiedziała w końcu ulegając mu. On też kiwnął głową.Chciał coś jeszcze powiedzieć,ale słowa nie przychodziły mu łatwo.Musiała żauwarzyć tą gorycz w jego oczach,bo wciąż przyglądała mu się z tą samą niepewnością i zastanowieniem,a po chwili ponownie się odezwała.
-House,jeśli coś się dzieje,jeśli coś jest nie tak to wiesz,że zawsze możesz.....
Nie dał jej dokończyć.Jej usta.....nie mógł się powstrzymać.Po prostu nie potrafił dłużej hamować tego pragnienia,by ją pocałować.Pochylił się i za nim zdała sobie sprawę z tego co zamierza pocałował ją. Tak jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.Poczuł jak fala cudownego gorąca przemyka przez jego ciało.Całował ją zapamiętale,z namiętnością i pasją.Próbował w tym jednym rozpaczliwym geście przekazać jej jak bardzo ją kocha.Nie mógł powiedzieć jej tego na głos.Nie potrafiłby znieść tej litości w jej oczach.Bał się,że go odepchnie,ale to nie miało teraz znaczenia. Liczyło się tylko to,że wreszcie mógł przycisnąć ją do siebie,zasmakować jej ust,które tak kochał. Początkowo zesztywniała i wiedział już,że zaraz go odsunie i zacznie krzyczeć,że zwariował,ale nie zrobiła tego. Objęła go za szyje przyciskając się do niego mocniej i przeczesując jego włosy dłonią,oddała pocałunek.Równie żarliwie co on. Tracąc nad sobą panowanie jedną ręką zepchnął z blatu biurka wszystko co na nim stało i położył ją na nim nie odrywając się od jej ust. Bał się,że kiedy przestanie ją całować to jej odpowiedzialna,konsekwentna natura administratorki da o sobie znać.Nie chciał tego .Chciał ją mieć dla siebie.Chociaż ten ostatni raz. I jeszcze napadł go ten okrutny strach,że to też może być urojenie.Że przecież nie mogła tak łatwo poddać się jego pieszczotom. Wpijał się w jej usta pragnąc znaleźć się jeszcze bliżej niej.To wciąż było za mało.Wodził dłonią po jej ciele,po krągłych piersiach nakrytych zbyt wydekoltowaną bluzką,po płaskim brzuchu mocno opiętym w żakiet i wreszcie po tyłku,jego prywatnej ulubionej części ciała Lisy. Nie oponowała.Dała pochłonąć się tej chwili.Chwili w której cały świat stracił nagle na zainteresowaniu. I leżąc tak na tym biureczku pochodzącym jeszcze zza czasów ich studiów,na tym samym na którym pierwszy i ostatni raz się ze sobą kochali,nawet nie zauważyli wgapionych w nich ludzi,zaglądających z zaskoczeniem przez szklane drzwi.Ci ludzie nie liczyli się w tym momencie.Ani pielęgniarki,które szepcząc złośliwe wymieniały się pieniędzmi za wygrane i przegrane zakłady,ani asystent stojący z rozdziawionymi ustami z kawą w ręku,którą pięć minut temu zamierzał zanieść szefowej,ani nawet Wilson,który właśnie zmierzał do gabinetu Cuddy w poszukiwaniu House. Czas stanął w miejscu,ale na zbyt krótką chwilę,by zmienić coś w ich życiorysie. I o dziwo to nie Cuddy przerwała tę chwilę uniesienia i rozkosznego szaleństwa.Nagle po prostu jego dłonie zatrzymały się na jej brzuchu kończąc swoją wędrówkę,a usta odsunęły lekko na odległości zaledwie dwóch milimetrów.Wpatrywała się w niego nie wiedząc co powiedzieć,co teraz?Pytała samą siebie. Wyczytał w jej twarzy to niezmierne zaskoczenie i zawstydzenie,które pojawiło się kiedy się odsunął.Wiele uczuć mieściło się teraz na twarzy jego seksownej szefowej,ale żadnego z nich nie potrafił rozczytać,za bardzo ogarnięty rozpaczliwym uczuciem,by nigdy więcej nie wypuszczać jej z objęć.Rozpacz mieszała się na jego twarzy z pożądaniem i miłością,której ona zdaje się nie dostrzegła.Tak skrzętnie próbował to ukryć.Powinien się teraz odsunąć i wyjść,zostawić ją taką zszokowaną i opuścić jej gabinet na zawsze.Czuł,że przegrał.Odsłonił się,bo nie potrafił nie pozwolić sobie na tę jedną rzecz,jeden gest rozpaczy.W końcu opamiętał się.Pocałował ją jeszcze jeden jedyny raz widząc,że chyba nie ma nic przeciwko.W tym pocałunku chciał przekazać jej,o ile to możliwe,jeszcze więcej uczucia,niż w poprzednim.Ten był krótszy.Oderwał się od niej i odsunął szybko.
-Nie martw się,Lucas się nie dowie.
Powiedział tylko zmienionym głosem i odwrócił się.Tylko tyle mógł sobie wziąć.Wyszedł z jej gabinetu.Od tak.Drzwi zamknęły się za nim z głośniejszym trzaskiem niż chciał,by to zrobiły.Ten dźwięk przypomniał mu o tym,że opuszcza jej gabinet na dobre.Czuł jak łzy cisnął mu się do oczu.Znowu.O ironio.Może jeszcze rozpłacze się na oczach tych wszystkich gapiów?Spojrzał po twarzach świadków tego niecodziennego zdarzenia. Wpatrywali się w niego szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami i buziami.Nawet Wilson stał objęty ciężkim szokiem i wpatrywał się w niego z rozdziawioną paszczą.Nie zatrzymał na nim dłużej wzroku. Nie obchodzili go ci wszyscy idioci.Teraz już nie.Skierował się do drzwi wyjściowych chcąc jak najszybciej opuścić miejsce w którym zagrzewał tyłek przez ostatnie dziesięć lat swojego życia.Miejsce,które pokochał bardziej niż własny dom,niż własną gitarę,miejsce,które zajęło w jego sercu wyższe miejsce nawet niż medycyna,a to tylko dlatego,że Ona tu była.Bo samo miejsce wcale go nie interesowało.Szpital jak każdy inny. Posiadający pełno chorych na najróżniejsze schorzenia pacjentów i personel,tak samo wykwalifikowany jak lekarze w każdych innych placówkach tego typu.Posiadał recepcję,gabinety,sale,sprzęt i łóżka.Dużo łóżek i krzeseł. I jeszcze więcej ludzi,którzy na dobre stracili nadzieje.Te mury zamykały w sobie więcej cierpienia i śmierci niż mury wielu innych budynków. Te mury chłonęły nawet jego cierpienie,jego samotność. Teraz miał je opuścić,by nigdy więcej w nich nie po stanąć. To było takie proste.Pojechać do starego mieszkania,napić się dużo Whiskey i wziąć za dużo tabletek. Ale ile ta myśl sprawiała mu psychicznego niedostatku.Nie mógł znaleźć głębszego sensu swojej decyzji.Szukał tak rozpaczliwie czegoś co,by go usprawiedliwiało,co nie czyniło,by nie bardziej żałosnym niż setki innych samobójców.Był już na środku holu,została mu tylko połowa drogi,żeby na dobre zakończyć swoją wieloletnią pracę tutaj,kiedy usłyszał głośny trzask drzwi.
-Nie obchodzi mnie czy Lucas się dowie!Jego już nie ma!
Krzyknęła od progu swojego gabinetu.Jak nigdy nie przejmując się jakie wywołała tym zamieszanie.Zatrzymał się i odwrócił do niej nie rozumiejąc.Nie doszły do niego jej słowa.Spojrzał jeszcze raz na kobietę,której oddał serce już tak dawno temu.Jej zwykle wystylizowana fryzura była w nietypowym dla niej nieładzie,pewnie było to spowodowane tą akcją na biurku.Jej spódnica,którą zawinął odrobinę do góry,kiedy dotykał jej ud nie została przez nią poprawiona.Cała Cuddy była roztrzepana,podenerwowana,w jej oczach czaiła się niepewność i strach.A wygnieciona bluzka z odpiętymi o dwa,więcej niż zwykle guzikami,jakby uśmiechała się do niego prosząco.Sapała.Widać biegła do drzwi swojego gabinetu w na prawdę sporym popłochu.Po za tym zauważył dość sporą plamę od kawy na jej bluzeczce.Widać asystent postanowił,jednak zanieść ją szefowej w tym samym momencie w którym ona zdecydowała postawić całe swoje życie na jedną szalę. Skupiał wzrok na wszystkim,byle nie patrzeć jej w oczy.Bał się,że to co może w nich dostrzec,nie będzie tym co chciałby ujrzeć.
-Jak to nie ma?Nie chciałaś się z nim kochać,więc powiesił się na skakance?
Zironizował jak zwykle,choć czuł jak narasta w nim nadzieja.Podniósł wzrok na jej przepełnione strachem oczy.Cholera,dlaczego musiał jej zaufać?A co jeśli go okłamywała?Jeśli chciała go wykpić przy wszystkich?
-Przed tym jak wezwałam cię do swojego gabinetu,zadzwoniłam do niego i powiedziałam,że nie potrafię dłużej uciekać od miłości do ciebie.Przeprosiłam go,powiedziałam,że wiem,że jestem okropna,ale nie umiem cię nie kochać,a nie chcę go oszukiwać.Wezwałam cię właśnie po to,żeby ci o tym powiedzieć,bałam się i nie wiedziałam jak zacząć,a ty wyskoczyłeś z tym urlopem.
Ta desperacja na jej twarzy,którą widział jeszcze chwilę wcześniej tlącą się tylko w jej oczach,teraz trzęsła nią całą jak wiatr usiłujący zerwać chorągiewkę przyczepioną do masztu.Desperacja,strach,że mógłby odejść,że mógłby ją odrzucić.Mówiła tak szybko,z takim zdenerwowaniem i tak płaczliwie,jakby co najmniej kogoś zabiła,a nie tylko zerwała.Kiedy skończyła spojrzała na niego w oczekiwaniu.Przyglądał się jej dłuższą chwilę,aż w końcu ona nie wytrzymała i wrzasnęła -powiesz coś wreszcie czy karzesz mi tu stać jak głupia tuż po tym jak ośmieszyłam się przed całym szpitalem?!
I wtedy się uśmiechnął,bo Lisa,która się na niego wydarła była jego,upragnioną Lisą Cuddy,która gdzieś zniknęła,kiedy związała się z Lucasem.Tak po prostu się uśmiechnął,a w tym uśmiechu nie było cienia drwiny czy złośliwości jaką zwykł za sobą nieść.Ten uśmiech był inny.Gdyby nie to,że każdy widział,że osoba stojąca przed nimi to House,to można by pomyśleć,że wcale nie należał do niego. Mówił im wszystko. Mówił wszystko Jej.Nigdy wcześniej nikt tak się do niej nie uśmiechnął.Z taką miłością i ulgą. Oczy zaświeciły mu się jeszcze,za nim wreszcie się zdecydowała i rzuciła się ku niemu śmiejąc przez łzy. Padła mu w ramiona,a on wypuścił z dłoni laskę i przycisnął ją do siebie nie broniąc się dłużej przed tym uczuciem. Pocałował ją tęsknie i tak czule jak tylko potrafił,a kiedy się od niej oderwał wtuliła się w niego.Położył dłoń na jej głowie i schował twarz w jej ciemnych miękkich włosach.
-Kocham cię.
Wyszeptał bełkotliwie,początkowo z nutką niepewności, w jej włosy.Tak jak małe dziecko,które wyznaje rodzicowi,że zbiło jego ulubioną figurkę. Z lekkim przerażeniem,czymś na kształt poczucia winy i z cichą nadzieją,że nie będą na niego krzyczeć.
-Co?
Spytała,lekko się od niego odchylając,by spojrzeć mu w oczy.Roześmiał się przesuwając dłonią po jej policzku i opierając czoło na jej czole.
-Kocham cię.
Powiedział odrobinę głośniej drżącym od emocji głosem.Był taki szczęśliwy,że wreszcie trzyma ją w ramionach,że wreszcie jest jego i będzie już na zawsze,bo nie pozwoli jej odejść.Nigdy.Wciąż nie mógł uwierzyć w to co się tutaj działo,a kiedy ujrzał w jej oczach to samo niedowierzanie stracił już wszelkie hamulce.Nie obchodziło go czy ludzie wezmą go za przesłodzonego idiotę,romantyka czy po prostu za wariata.Krzyknął tak by wszyscy słyszeli.Chciał to ogłosić całemu światu,ale najbardziej chciał,żeby ona w to uwierzyła.
-Kocham Cię,Liso Cuddy!
Roześmiał się radośnie,a z kolei po jej policzkach pociekła nowa fala łez.
-Boże,powiedz,że to się dzieje na prawdę.
-Możesz mi mówić Greg,ale tak to dzieje się naprawdę.
Powiedział wywołując jeszcze większy uśmiech na jej twarzy. Tak,kochał ją i tak,zamierzał spędzić z nią resztę życia. I ostatni raz w życiu chciał okazać się egoistą skazując ją na bardzo trudne życie u jego boku,ale nie potrafił inaczej. Musiał mieć ją przy sobie,bo inaczej by umarł.A ona.?Ona doskonale wiedziała,że bycie z nim może okazać się bardzo wyboistą drogą,usianą różami,ale z bardzo długimi kolcami.A mimo to chciała z nim być.Musiała,bo z nikim innym nie potrafiła.Bo kiedy kładła się wieczorami do łóżka widziała te jego przenikliwe niebieskie oczy,które potem dzielnie śledziły ją za dnia. Bo kiedy była całowana przez Lucasa myślała o pocałunkach diagnosty,a raczej o tym jednym,który zdarzył się tak dawno temu. I też dlatego,że kiedy widziała jak Lucas bawi się z jej córką w oczach stawały jej łzy,gdyż miała wtedy ochotę go wygonić.Bo tylko Grega House wyobrażała sobie jaką ojca jej dzieci.Był brakującym kawałkiem jej życia bez którego cała reszta przestawała mieć znaczenie. Był najważniejszy. A kiedy przyszedł do jej gabinetu tego dnia widziała,że coś jest nie tak i przestraszyła się.Był taki nieobliczalny,a ona nie przeżyłaby,gdyby zrobił sobie krzywdę.Dlatego postawiła pod znakiem zapytania szacunek personelu i swoją reputacje.Bo to się nie liczyło,jeśli jego nie byłoby już w tym szpitalu.I opłacało się zaryzykować. Kochali się,a tylko to się liczyło i mimo ciągłych kłótni i ciętych ripost,którymi tak bardzo się ranili,nie potrafili bez siebie istnieć.Byli jak dwa przysłowiowe kawałki jabłka albo może raczej jak magnesy.Które jeśli będziesz chciał przytknąć do siebie tymi samymi biegunami to będą się odpychać,ale jeśli zrobisz to samo z dwoma innymi to się przyciągną.Tak właśnie wyglądał ich związek.Jednego dnia nie potrafili się znieść,a drugiego zastanawiali się jak mogli mówić sobie takie okropne rzeczy.Ale miłość nigdy nie jest prosta.Czasem rzuca nam kłody pod nogi,czasem zalewa falą złości i nieznośnego poczucia nie spełnienia powodując tym samym rozstania,a czasem po prostu pozwala kroczyć razem przez życie.Prawdą jest,że nie zawsze możesz mieć to czego chcesz....ale czasem,kiedy dwoje ludzi przez bardzo długi czas nie potrafi znaleźć do siebie drogi,kiedy los ciągle ich od siebie odsuwa,a oni wciąż i wciąż na nowo siebie pragną,to ktoś a może coś,może to Bóg,a może po prostu jakaś niezbadana siła pozwala im wreszcie połączyć się w jedno.House i Cuddy nigdy nie byli sobie pisani,ale tak dzielnie zwalczali okrutne przeznaczenie,brnęli na upartego,żeby być bliżej siebie krzywdząc przy tym wszystkich w okół,że wreszcie ktoś,a może coś doszło do wniosku,że się pomyliło. Bo tak,tam w niebiosach też następują pomyłki,z reguły nie dostrzegalne,ale nie raz jakże krzywdzące dla ludzi. Tą na szczęście dało się naprawić i ku uldze wszystkich,ci którym udało się oszukać przeznaczenie,wykorzystali daną im szansę do ostatniego tchu.


Ostatnio zmieniony przez Monix_xD dnia Nie 19:04, 03 Sty 2010, w całości zmieniany 3 razy



PostWysłany: Sob 22:14, 02 Sty 2010
Monix_xD
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 27 Lis 2009

Posty: 1

Miasto: Sopot
Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jak na początki całkiem nieźle.
Może jest trochę zbyt romantyczne i ckliwe jak na Housa, ale to chyba właśnie to czego potrzebują teraz Hudzinki (początki sezonu 6 nie są łatwe Wink ).
Pracuj dalej!



_________________

Woman in BLACK!
''Words can hurt, you know?''
Ubranko by Me

PostWysłany: Sob 23:47, 02 Sty 2010
Annabell__
Rezydent
Rezydent



Dołączył: 17 Paź 2009
Pochwał: 1

Posty: 294

Miasto: Reda
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Bardzo ciekawy tekst. N początek kilka irytujących drobiazgów:
1. Spacje po znakach interpunkcyjnych. Po kropce, przecinku ZAWSZE jest spacja!

Cytat:
Ale miłość nigdy nie jest prosta.Czasem rzuca nam kłody pod nogi,czasem zalewa falą złości


Powinno być: Ale miłość nigdy nie jest prosta. Czasem rzuca nam kłody pod nogi, czasem(...)

2. Akapity. Tekst jest zbyt zbity i przez to źle się czyta. Duzo lepiej wygląda i jest bardziej przejrzysty, a tym samym przyjazny dla czytającego, jeśli dajesz akapity wszedzietam gdzie zaczyna sie nowa myśl. nowa idea.

3. Mieszanie stylów. Czasem zdarza Ci sie po chwili patosu zrzucać czytelnika na ziemie. Ma być śmiesznie a wychodzi co najwyżej pokracznie np. ten fragment z rozdziawionym Wilsonem.

4. czasem zbyt duzo patosu zaczyna brzmieć banalnie:
Cytat:
Wręcz przeciwnie.Gregory House był po tysiąckroć bardziej wrażliwy,niż miliony innych osób na świecie


I jeszcze to zakończenie bym skróciła.

A teraz to co mi sie podobało.
Było duzo zdań perełek, które strasznie mi sie podobały:np.
Cytat:
Widać asystent postanowił,jednak zanieść ją szefowej w tym samym momencie w którym ona zdecydowała postawić całe swoje życie na jedną szalę.
-bardzo fajne zdanie, albo to:
Cytat:
Specjalnie wymówił jej nazwisko.Musiał.Tak bardzo tego potrzebował.Jeszcze tylko raz usłyszeć je wypowiadane ze swoich ust


Generalnie tekst jest utrzymany w klimatycznym, melancholijnym nastroju. Jest słodki, ale chyba właśnie o to chodziło. To taka bajka - ku pokrzepieniu serc. Mi sie to akurat podobało. Bardzo dobrze wykorzystana technika swobodnego strumienia świadomości, połączona z narracją 3 osobową. czesto jak sie to stosuje, to wychodzi groch z kapusta i nie wiedomo na koniec o co banan, ale Tobie udało się opowiedzieć ta historię w sposób jasny, jednocześnie stosując różne techniki narracyjne. Za to wielkie brawa.

Przeczytałam z dużą przyjemnością, a błędy które wytknęłam sa czysto techniczne. Proponuje poszukać dobrej bety i jestem pewna, że nastepny tekst to będzie perełka Smile
pozdrawiam
Timon



_________________

PostWysłany: Nie 12:37, 03 Sty 2010
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.12096 sekund, Zapytań SQL: 14