Czas zmian (opowiadanie noworoczne)

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Czas zmian (opowiadanie noworoczne)



Cytat:
a to z sylwestra SmileSmile


Szczupła brunetka siedziała pochylona nad zawalonym papierzyskami biurkiem. Nie dość, że za oknami było już ciemno, to jeszcze światło zapalonej w gabinecie jarzeniówki mierziło, zamiast zachęcać do bardziej wytężonej pracy.

Monotonne cykanie zegara na ścianie zmusiło ją w końcu do podniesienia wzroku: dochodziła północ.
- Na dziś koniec – mruknęła do wyzierających z każdego kąta plików kartek i srebrnych, nieprzejrzanych teczek. Odepchnęła się obcasami od podłogi, wprawiając w ruch obrotowe krzesło. Potem przeciągnęła dłońmi po twarzy i zanurzywszy długie palce w kręconych włosach, odchyliła głowę do tyłu . Wstała, ziewając.

Pojutrze był Sylwester.

Uważnie przekręciła klucz w drzwiach z jej imieniem i nazwiskiem. Stanowiskiem zresztą też, jakby się ktoś pytał. „Lisa Cuddy, Dean of medicine”. Westchnęła. Kariera. Czy była wszystkim, na co mogła w tym życiu liczyć? Zarządzanie PPTH z biegiem czasu, coraz bardziej przestawało ją bawić. Użeranie się ze sponsorami, pacjentami, organizowaniem imprez, pracownikami… Powoli przestawała mieć na to siłę. I ochotę.
- Cholerny zamek! Przecież niedawno był wymieniany! Niedawno całe to biuro było remontowane! – mimo, na razie, bezskutecznej walki z uwięzionym w środku zamka kluczem, na twarz Cuddy wypłynął uśmiech. Wywołały go wspomnienia, w których prowadziła z House’em wojnę podjazdową o jego gabinet niedługo po tym, jak on razem z zamachowcem zdewastował jej kryjówkę w tym szpitalu. A później przyjemna niespodzianka w postaci biurka pochodzącego jeszcze z czasów studiów. Ich studiów…

Wzdrygnęła się. Wszystkie myśli zmierzające w TYM kierunku powinny być kategorycznie odrzucone! Widziała go przecież z tą lalką Barbie… a wcześniej, jak rozmawiali, jak byli tak blisko… odrzucił ją… powiedział, że ich związek nie miałby sensu… i nawet wypowiedziane z miną zbitego psa życzenia wesołych świąt nic tu nie zmienią! Koniec, kropka. Ona też ma swój honor, swoją dumę. Nie będzie robiła z siebie idiotki. Nigdy więcej!

Cuddy szarpnęła z wściekłością kluczem. Wyleciał od razu, a ona przez chwilę machała rękami w powietrzu, próbując nie upaść.
- Śmierć froterowaniu podłóg! – wrzasnęła, wywijając orła. Chwilę potem rozmasowywała sobie uwielbianą przez niebieskie oczy część ciała i spoglądała bezradnie na złamany obcas w czerwonych szpilkach. I wtedy jej wzrok przykuła niewielka, żółta, zawinięta ciasno karteczka, leżąca niedaleko upuszczonego klucza. Prawdopodobnie wredna sprawczyni jej wypadku. Ktoś musiał wcisnąć ją w zamek. Sięgnęła po nią z jękiem: chyba musiała naciągnąć sobie jakiś mięsień w plecach. Wyprostowała ją z trudem i wygładziła.

„LEŻĘ NA TWOIM ŁÓŻKU”, głosiły czarne, bezczelnie roześmiane litery. Cuddy zmroziło. Przysięgłaby, że to pomysł House’a, ale to nie był jego charakter pisma. Wilson? Nie była pewna. Co prawda wyciął podobny numer House’owi, „porywając” jego gitarę, ale… okay. Dopadnie go jutro w pracy.

- pół godziny później –

- Nie bądź niemądra, nie ma się czego bać – tłumaczyła sobie cierpliwie, wchodząc do domu. – Nie sądzisz chyba, że na łóżku leży roznegliżowany facet albo sine zwłoki. Albo 2 w 1.

Mimo całkowitego przeświadczenia o słuszności swoich wywodów, nie mogła powstrzymać drżenia rąk, kiedy sprawdzała po kolei każdy pokój. Gaz pieprzowy ukryty pieczołowicie w torebce czekał na swoją kolej – aż jego właścicielka zajrzy do sypialni.

Cuddy odwiesiła czarną, obcisłą kurtkę na wieszak i wsunęła z westchnieniem ulgi obolałe stopy w słodkie, różowe pampuchy. Oczywiście, nigdy by się nie przyznała, że je posiada, ale… skoro nikt o tym nie wiedział, to… czemu nie?

Zwinęła się w kłębuszek na fotelu przed telewizorem. Co z tajemniczym, pachnącym niebezpieczeństwem liścikiem? Spooookoooooojnie, mamy czas – szeroki uśmiech rozjaśnił pociągłą, piękną twarzyczkę. Jednak osłonięte przez firankę długich rzęs oczy raz po raz zerkały w stronę „zakazanych” drzwi.

- Jeśli to jakiś głupi żart, wykopię House’a z pracy na zbity pysk! – wkurzyła się, idąc wbrew woli do sypialni. Mimo, że była prawie pewna, że on jest niewinny, to i tak wyżyłaby się na nim. W sumie zawsze może znaleźć jakiś logiczny powód. Wyobraziła sobie jego zszokowaną minę, półotwarte usta i zaskoczone, pognębione dwa błękitne jeziorka, pytające: „Za co?”. Wybuchnęła śmiechem.

Nowy Rok. Czas zmian i nowych postanowień. Może właśnie on powinien być tą zmianą? Może gdyby go usunęła, przestałaby wreszcie cierpieć?

Odważnie pchnęła drzwi. Na nieskazitelnie gładkiej, bez najmniejszego zmarszczenia, jedwabnej pościeli leżała kolejna kartka. A właściwie karta. Już z daleka dostrzegła na niej powycinane z gazety, naklejone na papier literki. Zatańczyły jej przed oczami. Przytrzymała się framugi.
- Przemęczenie – skwitowała, odzyskując równowagę i podchodząc do gangsterskiej wiadomości.

„TE KICZOWATE, WŚCIEKLE RÓŻOWE PAMPUSZYSKA CHYBA DO MNIE NIE PASUJĄ. JA I DRUGA POŁÓWKA POMARAŃCZY CZEKAMY NA CIEBIE W SZAFIE”.

- To poczekacie – prychnęła, rzucając kartką gdzieś w kąt. Zawsze chowała kapcie, wychodząc z domu. Kto i dlaczego ich szukał? Spojrzała przeciągle na szafę. Nie zajrzy. A potem nie wytrzymała i ją otworzyła.

A następnie otworzyła buzię.

Śliczna, bladoniebieska suknia powitała jej zdumione oczy. Koronkowe wykończenia przy biuście i w talii przykuwały wzrok. Wiązana na szyi, odsłaniała plecy, spuszczając luźno fałdę materiału aż do bioder. Cuddy wyciągnęła dłoń i z niemym zachwytem pogładziła suknię. Zaszeleściła przy dotknięciu. Najnowsza kolekcja Versace. Ktoś, kto ją kupił, prawie zbankrutował.
- Nic nie rozumiem… - mruknęła Lisa. Po raz pierwszy miała taki mętlik w głowie. Z jednej strony coś ją rozpierało… szczęście? Radosne podekscytowanie? Z drugiej czuła ryzyko, ale miała już dość nudy – pragnęła go zakosztować. Co zrobić? Była w rozterce. Machina wątpliwości, tocząca się niczym koło, do środka którego niespodziewanie wsadzono Cuddy. Miała dwie opcje: założyć ją i iść podziękować cichemu wielbicielowi/psychopacie, kimkolwiek by był, albo ją wyrzucić i wrócić do pracy, niszczącej wszystko, co miało choćby tylko pozory życia osobistego…

Krótkie „niby-wahanie”. I wybór. Oferta nr 1.

Pokręciła głową, zdumiona swoją decyzją. I nagle dostrzegła szpilki, początkowo przysłonięte szalikiem, stojące na dnie szafy. Były idealnie dopasowane stylowo i kolorystycznie do sukni. Ozdobione drobnymi brylancikami, odbijały swawolnie światło, rozpraszając je w chmurę tęczy. Obok nich leżała kolejna kartka.

„SPODZIEWAM SIĘ, ŻE POCHŁONIĘTA PRZEKONYWANIEM SPONSORA, NIE ZAJRZAŁAŚ W KALENDARZ. OTÓŻ POJUTRZE JEST SYLWESTER W PPTH. POTRAKTUJ SUKIENKĘ I BUTY JAKO PREZENT NOWOROCZNY. POPRAW WŁOSY. I NIE PATRZ ZA SIEBIE, NIE STOJĘ TAM. ZNAJDĘ CIĘ”.

Cuddy popatrzyła zrozpaczona za siebie. Czy tu jest jakaś kamera?! Racja, miała nieco potargane włosy, ale to przez dzisiejszy, silny wiatr i… kurczę. Nieważne. Ostatnie dwa słowa w liściku nie były z deka bezpieczne. W ogóle cała wiadomość była utrzymana w tonie rozkazu, co Cuddy bynajmniej nie przypadło do gustu. Widocznie musiała postawić na psychopatę.
- Cholera – zaklęła pod nosem, ukrywając twarz w dłoniach i przykucając. Mimo początkowego huraoptymizmu, coraz mniej jej się to podobało. Burza ciemnych loków zakryła ją przed światem…

- nazajutrz –

- Wilson, zapomnij o podwyżce przez następne… a co mi tam, do końca życia! – Cuddy wparowała do gabinetu onkologa. Jimmy aż podskoczył na krześle z wrażenia. Litościwie nie wspominajmy już o jego minie, kiedy dotarł do niego sens słów administratorki… jeszcze ktoś by go potem zaczął szantażować…
- Istnieje jeszcze coś takiego jak emerytura – mruknął z przekąsem.
- Dodatkowo przejmujesz wszystkie godziny House’a w przychodni…
- Co ja ci zrobiłem? – jęknął – To był przypadek! House torturował mnie, dopóki nie wyznałem mu, jaki rozmiar nosisz. Dogryzał ci?

Cuddy spojrzała oszołomiona na zdezorientowanego Wilsona, z zamarłą w bezruchu ręką, uniesioną nad wypisywaną receptą. Biedaczek, chyba naprawdę nie miał o niczym pojęcia. Zawróciła i bez słowa wypadła na korytarz.

- minutę i 16 sekund później –

- Po co ci mój rozmiar? – powiedziała zdenerwowana, stając nad House’em. Powiedziała? Raczej wykrzyczała. Nerwy powoli zaczynały jej puszczać. Rozbawiony, choć nieco zdziwiony diagnosta spojrzał na nią, zlustrował dokładnie jej dekolt, a potem wrócił do odbijania piłeczki od ściany.
- Zamierzałem przyczepić oznaczenie wagowe do windy, a następnie zmniejszyć futrynę w moim gabinecie. Skoro teraz ledwo się przez nią przeciskasz, może wtedy całkowicie wyeliminuję problem twoich nagłych… wpadek – odparł po namyśle. Cuddy spiorunowała go wzrokiem, czym zresztą niewiele się przejął, i złapała piłeczkę w locie.
- Oddaj mi to! – krzyknął „płaczliwie”, próbując schwycić ją za nadgarstek, jednak Lisa zręcznie unikała jego dłoni. Pokazał jej język i sięgnął po laskę.
- Nie uciekniesz – ostrzegł. Jasnoniebieskie oczy nie schodziły z jej twarzy. Prawie czuła ich delikatny dotyk, przesuwający się po policzkach, zmierzający ku…
- Jakbyś ty mógł mnie dogonić. Żyj marzeniami – stwierdziła fakt. Co prawda ze złośliwą satysfakcja, ale…
- Znajdę cię – powiedział poważnie. Jego spojrzenie… zmieniło się… jakby rozbłysło… czułością? Trwało to tylko ulotną milisekundę. W następnej chwili Greg jedynie przekrzywiał głowę, czekając na jakąś ripostę. Wyszła w milczeniu. Z piłeczką. Popatrzył za nią, uśmiechnął się demonicznie i usiadł z powrotem.

[/i]- sylwester –[i]

Weszła na salę. Kutner wbił Taubowi łokieć pod żebro. Chirurg plastyczny syknął z bólu, ale powędrował za wskazaniem Hindusa. Po chwili zbierał swoją szczękę z podłogi. I miał ku temu powód. Cuddy wyglądała olśniewająco. Odcień sukni podkreślał jej urodę. Szafirowe oczy wybijały się na pierwszy plan, dzięki wysoko upiętym włosom. Mimo misternej fryzury, kilka niesfornych kosmyków opadało na nagie, drżące ramiona. Szpilki wysmuklały i tak idealne, zgrabne, długie nogi. Rozglądała się, jakby czegoś szukając. W zaciśniętej kurczowo dłoni trzymała coś okrągłego.

Nagle czyjaś ręka spoczęła na jej obojczyku. Momentalnie zawróciła, stając twarzą w twarz z… Wilsonem.
- Chodź – powiedział, biorąc ją za rękę. Posłusznie podążyła za nim. Przez cały czas, gdy szli, bezsilnie próbowała zapanować nad gonitwą nieposłusznych myśli. Czyli jednak Wilson? Może ta propozycja randki, którą szybko zbyła ofertą seksu przed gabinetem House’a, nie była zmyślona? A pod szybkim przyznaniem jej racji kryło się tylko sprytne podniesienie białej flagi? Żeby nie wpadła na to, że właśnie odsłonił prawdziwe uczucia. Cholera. Cholera, cholera, cholera. Nie jego chciała.
- Zaczekasz? – poprosił cicho, zostawiając ją przy stoliku z ponczem. Patrzył na nią uważnie. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, wyraźnie zmieszana. Po chwili skinęła potakująco głową. – Przyniosę szampana. Będziemy mieli co świętować. Wszyscy.

Nie zważając na ukradkowe, zdegustowane spojrzenia tańczących par, przysiadła na rogu stolika. Czuła… jakby uszło z niej całe powietrze. Myślała… miała wręcz pewność, że to House ukartował to wszystko. A jednak. Jednak była w błędzie.
- Niezła suknia. I maskuje twoją tylną górę lodową. Ostatnim razem zatopiła Titanica. Od kogo ją dostałaś? – usłyszała za plecami. Rozpoznała niski, lekko zachrypnięty glos.
- Bo ty byłeś kapitanem. Ciągnęło cię do tej góry. Skąd wiesz, że jej sama nie kupiłam? – spytała przekornie.
- Jest pod kolor moich oczu, co już samo w sobie świadczy o dobrym guście, którego przecież nie posiadasz.

Czyjeś ręce odwróciły ją do siebie, zanim zdążyła odpowiedzieć. Słowa, które spoczywały już na wargach, nigdy nie miały ich opuścić. Zginęły, szemrząc bezdźwięcznie, kiedy zastąpił je ostrożny pocałunek. Przeradzający się w niepohamowaną namiętność…
- Zwalniam cię – szepnęła mu do ucha, przerywając na chwilę. Sięgnął do jej ręki i zabrał piłeczkę. Włożył zabawkę do kieszeni.
- Wiem. – House powiedział nad wyraz łagodnie – Ale posada łóżkowego tygrysa jest o wiele lepiej płatna.

Nie mogła powstrzymać śmiechu. Objął ją, kołysząc.
- Przepraszam – powiedział. W czarnej marynarce, w bladoniebieskiej koszuli z muszką wyglądał niesamowicie pociągająco. Cuddy nabrała ochoty, by zedrzeć z niego ubranie – tu, teraz i przy wszystkich. Widocznie odgadł jej myśli, bo zaczął się bawić zapięciem jej sukni na szyi.
- Za co? – spytała.
- Za to, co oświadczyłem ci wtedy… w gabinecie… To nie jest tak, jak to mogło zabrzmieć… I nie wyciągniesz ode mnie ani słowa więcej – dodał z teatralnym oburzeniem – Mój adwokat już tu idzie – pomachał z udawaną radością i szczerzeniem zębów nadchodzącemu Wilsonowi. Onkolog z miejsca zawrócił.
- W Nowym Roku możemy wszystko zacząć jeszcze raz… - szepnęła. – To czas zmian…
- I ja mam być tą przedmiotową zmianą?
- Tak. Mam tylko nadzieję, że to nie będzie tak, jak z twoim postanowieniem bycia milszym dla pacjentów. – uśmiechnęła się, stając na palcach i go całując. Specjalnie zadarł wyżej głowę. Gdzieś z tyłu cały pięcioletni skład ekipy House’a gwizdał z aprobującym zaangażowaniem
- Czepiasz się. Założyłem kitel.

Rozhisteryzowany tłum w sali zaczął głośne odliczanie. Lekarz i jego szefowa spojrzeli po sobie.
- 3! – wykrzyczeli – 2! 1!

Na zewnątrz wystrzeliły pierwsze petardy, w środku kurki od szampana. Głośny wrzask słychać było chyba w całym New Jersey. Buzujący płyn zalał podłogę, a fala gości popłynęła na dwór.

Cuddy ruszyła za nimi, ale w tym samym momencie czyjaś laska zdecydowanie zagrodziła jej drogę.
- Wiesz, w końcu pozbyliśmy się publiczności… - zaczął House, całkowicie niewinnie przewracając oczami. – A twoja mała, piszcząca zachcianka na oddziale dziecięcym chyba marzy o rodzeństwie…
- Nie sądzę – mruknęła Lisa, popychając Grega na stolik. Wazon z ponczem roztrzaskał się o podłogę, ale oni byli zajęci już czymś innym…

Sobą. Bo Nowy Rok daje nam możliwość zresetowania przeszłości…



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Czw 17:28, 26 Mar 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Piękniusie. Śliczne. Aż mi brak słów. :*



_________________

"Rise and rise again until lambs become lions"

PostWysłany: Sro 14:53, 22 Kwi 2009
matrixa1
Dermatolog
Dermatolog



Dołączył: 21 Lut 2009
Pochwał: 6

Posty: 942

Miasto: Legionowo
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

cudne :*



_________________


Znalazłam siostrę- sylrich my sis forever :*

"When the land slides and when the planet dies, that's when I come back to you"

PostWysłany: Sro 18:44, 22 Kwi 2009
kasia2820
Reumatolog
Reumatolog



Dołączył: 21 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 1087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

dziękuję, dziewczyny :******** i ściskam was mocno Very Happy zakochany



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Pią 12:23, 24 Kwi 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.06055 sekund, Zapytań SQL: 14