Jego oczami [M]

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Hameron
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jego oczami [M]

W końcu odważyłam się na coś innego:) Życzę miłego czytania






Miałem wtedy około 4 lat. Mamy po raz pierwszy nie było. Tylko na jedną noc... Ale właśnie ta noc zmieniła wszystko.
Nie bałem się wtedy ojca. Był dla mnie ważny. Lubiłem z nim żartować, bawić się. Pozwalał mi na bardzo dużo. Skoro tak było, dlaczego ten dzień tak się skończył?
Nigdy nie powiedział, że mnie kocha, że jestem dla niego ważny. Myślałem, że wystarczy zapytać...
- Tatusiu? - spytałem bardzo cicho.
Akurat w telewizji leciał jakiś mecz. Odwrócił głowę w moją stronę w oczekiwaniu.
- Nie śpisz? - usłyszałem.
Nabrałem odwagi... Wgramoliłem się na jego kolana, wtulając się mocno. Poczułem alkohol, ale czy to powinno mnie wtedy zatrzymać?
- Zobacz - powiedział, wskazując na ekran - ten mecz jest dla taty bardzo ważny.
- Dobrze... Mogę się o coś spytać?
Przytaknął, przyglądając się mojej twarzy.
- Kochasz mamę?
Poczułem, że się spina.
- Greg! - upomniał mnie.
- A mnie? - drążyłem.
Wtedy...
Jego wyraz twarzy bardzo się zmienił. Był wściekły. Przestraszyłem się... Szybko odskoczyłem od niego i wcisnąłem się w kąt.
Czego się bałem? Teraz sam już nie wiem...
Ojciec kojarzył mi się wtedy z bezpieczeństwem, więc nie sądzę, żeby chodziło o niego.
- Podejdź tu - powiedział łagodnie.
Zaprzeczyłem, trzymając się ściany.
Podszedł do mnie, mocno chwytając mnie za rękę. Zabolało... Ciągnął mnie po pokoju, następnie po schodach. Nie nadążałem za nim, nogi same się plątały i co chwilę uderzałem o schody.
Pamiętam, że płakałem... Bardzo wtedy płakałem.
- Tatusiu boję się! - szlochałem głośno.
Nie zwracał na to uwagi. Wtedy jeszcze bardziej przyspieszał.
W końcu otworzył drzwi od mojego pokoju wpychając mnie tam z całej siły. Uderzyłem głową o kant biurka. Przewróciłem się, czując spływającą krew gdzieś przy skroni.
Myślałem, że tak mnie zostawi. Że po prostu wyjdzie...
Nie przestawał. Kopał mnie mocno w brzuch, co jaki czas bił po twarzy.
Czy byłem aż tak niegrzeczny? Czy to chodziło o te pytania? Więc nie wolno zadawać takich pytań?
Na końcu rzucił mnie na łóżko i wyszedł. Po prostu wyszedł... Bez żadnych słów przeprosin, czy chociażby powiedzenia za co tak bardzo oberwałem.
Skuliłem się, cichutko płacząc. Chciałem do mamy... Czekałem na jej powrót by powiedzieć jej co zrobił mi tata. By ona coś powiedziała, by mnie obroniła.
Nie mogłem się ruszyć, oddychać... Może miałem połamane żebra? A może to ta płynąca krew z nosa powodowała u mnie duszności? Nie wiem... W końcu zasnąłem.

Rano najpierw obudziły mnie jakieś krzyki na dole. Nie słyszałem dokładnie o co kłócili się rodzice, ale domyśliłem się, że chodzi o mnie.
Byłem odwrócony w stronę ściany i tylko po krokach poznałem, że to mama.
Delikatnie pomogła odwrócić mi się na plecy. Zabolało i głośno syknąłem.
- Ciii - uspokajała mnie - leż spokojnie kochanie.
Poczułem się bardzo bezpiecznie. Mama... Byłem przekonany, ze ona nie pozwoli mnie więcej tknąć.
Wzięła do ręki namoczony ręcznik i obmywała mi twarz.
- Wiesz mamusiu - szepnąłem - Tatuś bardzo się zdenerwował. Nie chciałem... Byłem bardzo niegrzeczny? Nie wiedziałem, że takich pytań nie wolno zadawać.
Nie odpowiadała, więc mówiłem dalej
- Rzucił mnie na biurko i uderzyłem głową. Później kopał mnie w brzuch i bił po twarzy. To mnie bolało najbardziej...
- Cichutko już - przerwała mi - Musisz teraz odpoczywać.
- Wierzysz mi mamusiu? - spytałem.
To chyba było najważniejsze pytanie mojego życia.
- Wierzę synku - odpowiedziała łagodnie - ale tata nie chciał. Jestem pewna, że tata nie chciał.
Obroniła go... Dlaczego? Poczułem złość. Te słowa oznaczały to samo co "Nie wierzę". To tak zabolało. Czy to zauważyła?
Więcej już się nie odezwałem... W końcu skończyła. Odwróciła mnie z powrotem do ściany. Jęknąłem wtulając się w swojego ulubionego misia.
Usłyszałem po raz pierwszy jak śpiewa mi pewną kołysankę

"Powiozę cię wozem zielonym
prosto w noc
wysoko nad miastem uśpionym
wrażeń moc

zobacz, jak lekko niesie nas wiatr
śpiewa nam
wozem pomkniemy z dala od dnia
hen, gdzieś tam

konie w galopie zarżą do snu
cicho, cii
snów ci naznoszę, no zaśnij już
słodko śpij..."



Wszystko się zmieniło. Mama nadal była dla mnie bardzo ważna i kiedy tata denerwował się na mnie, gdy była w domu chowałem się za jej plecami.
Oczywiście słyszałem wtedy niezbyt miłe słowa, że jestem maminsynkiem, tchórzem, nikomu nie potrzebnym bachorem.
Wieczorami przekonywała, że to nie prawda. Że dla niej jestem ważny i bardzo mnie kocha.
To nie do końca pomagało. Zresztą czy mogło pomóc, jeśli słyszałem na każdym kroku, ze jestem do niczego? Starałem się to zmienić. Przynosiłem najlepsze oceny.
I nic... Dostawałem za to gardzące spojrzenie oraz słowa, że podlizuje się własnemu ojcu.
Cały czas chodziło za mną pytanie co zrobiłem nie tak? Dlaczego jestem bity? Tylko raz miałem odwagę zapytać. I co usłyszałem?
- Za wszystko gnoju! - krzyczał ojciec.
Za wszystko... To odpowiedź? Może po prostu mnie nie chciał...
A kołysanka? Słyszałem ją tylko wtedy gdy po pobiciu nie moglem się ruszyć. Śpiewała to tak długo aż nie zasnąłem, nawet jeśli miało to trwać całą noc.
Kojarzyła mi się z mamą, z bezpieczeństwem. Lubiłem jej słuchać..

Bicie lubiłem bardziej od zamykania w zimnej piwnicy. Jej bałem się najbardziej i robiłem wszystko by tam nie trafić. Czasami nawet błagałem ojca by pobił mnie tak mocno jak chce, ale tam mnie nie zamykał. Na początku słuchał, lecz gdy tylko zauważył jak straszna to dla mnie kara robił tak gdy tylko mama musiała wyjechać.
Nawet przyznam mu rację...
Dzięki temu nie musiał mnie bić. Mama nie miała pretensji, że mam nowe siniaki. Wszystko wyglądało dobrze...
Cieszyła się, że zaczęliśmy się dogadywać, ze nie jestem już bity.
Gdy siedziałem tam całą noc, śpiąc na zimnej podłodze też śpiewałem sobie kołysankę od mamy.


W końcu koniec szkoły, wyjazd na studia i skończone dwie specjalizacje. Powtarzała mi, że jest ze mnie bardzo dumna. A ojciec? Jego stać było tylko na mały uśmiech i słowa:
- Nie zmarnuj tego!
Odciąłem się od nich. Nie utrzymywałem z nimi prawie żadnych kontaktów. Owszem wiedzieli gdzie mieszkam co robię, ale nie odwiedzałem ich.


Zacząłem pracę w szpitalu Princeton-Plainsboro. Dyrektorką była dziewczyna, którą przeleciałem na studiach Lisa Cuddy. Bardzo mi to pomogło i dzięki temu miałem zapewnioną posadę. Możliwe, ze nadal się we mnie podkochiwała
Musiałem przyznać, że bardzo wyładniała. Podobała mi się, ale jej chęć władzy raczej odstraszała mnie od stałego związku. W końcu nie tego szukałem...
Zależało mi na osobie przy, której poczuje się jak z mamą. Czy jest to w ogóle możliwe?

Kilka lat później zaciągnęła mnie na jakieś nudne wykłady onkologiczne. Był tam świeżo upieczony lekarz James Wilson. Mówił ciekawie, widać było, że kocha swój zawód.
Cuddy mnie z nim poznała. Polubiłem go, więc gdy tylko dowiedziałem się, że jest w naszym szpitalu otwierany oddział onkologiczny zadzwoniłem do niego.
Tak zaczęła się nasza przyjaźń... Przyznam, ze często go wykorzystywałem do swoich celów. Wytrzymywał. Byłem zdziwiony i często zastanawiałem się dlaczego.
Wtedy jeszcze myślałem, że na wszystko trzeba zasłużyć. Tyle lat wpajał mi to ojciec, więc jak to zmienić?


Później był jakiś turniej paintballa pomiędzy prawnikami i lekarzami. Jedna z prawniczek nazywała się Stacy Warner. Była śliczna... Umówiłem się z nią na randkę, ale niestety to było totalną porażką.
Po tygodniu wprowadziła się... Kogo to zasługa? Zapewne bardziej moja. Latałem za nią na każdym kroku. Zakochałem się po raz pierwszy.
Tak naprawdę była podobna do mnie. Paskudny charakter, który podczas seksu bardzo mnie kręcił. Lubiła dominować nawet przy tym.
Dogadywaliśmy się różnie... Czasami jej słowa potrafiły bardzo ranić. Pewnie dlatego nigdy nie rozmawiałem z nią o swoim dzieciństwie. Zresztą o tym nie wiedział nawet Wilson.

Dowiedziałem się, że mój profesor ze studiów interesuje się moją lekarską karierą i chce się spotkać. Czemu nie! Zaproponowałem wspólną kolację ze swoimi kobietami.
Akurat tego dnia zwichnąłem sobie nadgarstek prawej ręki. No cóż... Trzeba było iść na tą kolację i jakoś to przeżyć.
Niestety Stacy jak zwykle pokazała na co ją stać. Przy moim profesorze i jego żonie wypaliła, że nie jest moją matką i nic mi będzie dla mnie kroiła.
To bardzo zabolało. Nie dałem po sobie poznać, że w ogóle to usłyszałem, ale byłem zły jak nigdy. W domu bardzo się pokłóciliśmy...
Chciałem, żeby coś zrozumiała. Popełniłem wtedy jeden błąd. Stacy w ramach przeprosin zaciągnęła mnie do łózka. Zgodziłem się.
Teraz gdy o tym myślę, zastanawiam się po co?
Bo pewnie ona myślała, ze dzięki temu jest po sprawie i nie mam żalu. Miałem...

Krótko po tym, miałem zawał mięśnia uda. Nigdy nie zapomnę tego bólu. Nigdy... Stacy namawiała mnie na wycięcie mięśnia. Wiedziałem czym to grozi i nie zgodziłem się. Prosiłem, żeby mi zaufała. Żałuje, że to ona miała wtedy nade mną opiekę medyczną, może gdyby Wilson...
Obudziłem się kaleką... Bez części uda. To wszystko jeszcze bardziej nas oddaliło.
Widziałem jak płakała przy moim łóżku, jak prosiła o przebaczenie. Czy było szczere? Zapewne tak, ale ja nie chciałem już jej widzieć. Nikogo nie chciałem już widzieć...
Odtrącałem ją, raniłem jak tylko umiałem. W końcu odeszła... Tak naprawdę poczułem ulgę. I kto przy mnie został? Wilson...
Wszystko zniósł... Moje humory, krzyki, brak odpowiedzi. Jak to możliwe?
Oddalałem się coraz bardziej i bardziej.
Później rehabilitacja. Próbowałem wszystkiego.
Akupunktura, akupresura, masaże...
Nie chciałem amputacji, mimo tego, że dobrze wiedziałem jakby pomogła. Z nogą mogłem mieć zawsze nadzieje, ze coś się zmieni. A gdybym się zgodził co by mi pozostało?



Często zastanawiałem się nad Wilsonem...
- Dlaczego się ze mną męczysz? - spytałem pewnego razu.
- Męczę? - nie rozumiał - Jestem moim przyjacielem. Nigdy się z tobą nie mecze.
- Naprawdę? - nie dowierzałem.
Przytaknął, obserwując mnie uważnie.
- Ale jak na to zasłużyłem? - pytałem dalej.
- Greg! Na to się nie zasługuje! Co ty bredzisz?!
- Zasługuje - przekonywałem - Na wszystko trzeba zasłużyć.
Czy wtedy coś zrozumiał? Nie wiem... Przyglądał się mojej twarzy i powiedział coś bardzo dziwnego.
- Cokolwiek wmawiał ci ojciec, pamiętaj że to nieprawda - powiedział spokojnie.
- Nieprawda... - powtórzyłem cicho - Więc będziesz przy mnie zawsze?
- Zawsze - zapewnił.
Poczułem wielką ulgą. Więc ktoś jest przy mnie dlatego, że po prostu chce. Wspaniale jest mieć takie osoby...
Nie wiem dlaczego, ale właśnie wtedy opowiedziałem mu swoje dzieciństwo... Całe, bez kręcenia. I jak się wtedy poczułem?
Dobrze... Ulga i i nieznane ciepło w żołądku. Cieszyłem się, że ktoś w końcu wie.
Jimmy pomógł mi uwierzyć, że to nie była moja wina. Że w niczym nie zawiniłem, że nie trzeba zasługiwać na zainteresowanie drugiej osoby. Nie naprawił wszystko, owszem... Ale tyle na ile był wstanie, zmienił tak, że czasami nie poznawałem samego siebie.

W moim życiu od czasu wypadku, przewinęło się wiele prostytutek. Stałem się lekomanem lub narkomanem. W zależności jak to ktoś nazwie.
Vicodin... Moje wybawienie przy bólu i lepszym samopoczuciu. Momentami brałem czyste narkotyki, takie jak: heroina, kokaina czy amfetamina.
Cuddy się wściekała, Wilson również... Chcieli dobrze. Zresztą to Jimmy widział mnie najczęściej naćpanego. O wielu przypadkach Cuddy nie wiedziała.

Po czterech latach bycia kaleką, czas na zmiany... Odział diagnostyki nie był już połączony z innymi. Zostałem ordynatorem i przyjąłem pierwszego pomocnika. Młody, czarny lekarz Eric Foreman. Odbywał u mnie formę podobną do stażu. Miałem go nauczyć i przygotować do pracy w zawodzie. Był neurochirurgiem, ale mądry. Za pewne będzie z niego świetny lekarz.
Gdzieś po roku przyjąłem następnego. Robert Chase... Nic o nim nie wiedziałem, ale zadzwonił jego ojciec. Szanuje go, więc czemu nie...
Chase to straszny lizus, mający problemy z ojcem. Trochę podobny do mnie pod tym względem.
Wiedziałem, że szuka we mnie ojca. Czasami to mnie bawiło. Naprawdę można szukać czegoś takiego w takim dupku jak ja?


Niespodziewanie dostałem podanie od młodziutkiej lekarki Alison Cameron. Hmm... Skomplikowana dziewczyna. Raczej nie lubi mówić o sobie, choć wiele można wyczytać z jej twarzy. Zaryzykowałem...
Była bardzo uczuciowa pod względem pacjentów. Zbyt się przywiązywała, a to nie wzbudzało u mnie wielkiego szacunku. Potrafiła też postawić na swoim, często mnie do czegoś przekonywała. W końcu zakochała się... I to w kim! Odważna dziewczynka! Nie wiem czy sam bym zaryzykował i powiedział komuś takiemu jak ja, że go kocham. Za to miała u mnie plus. Nie za samo uczucie oczywiście, ale za otwartość.
Co prawda bardzo bałem się jej szczerości i zapewne dlatego nasza pierwsza randka nie była udana.
Fascynowała mnie... Do czasu, gdy w pobliżu ponownie pojawiła się Stacy.
Coś we mnie odżyło... Dawne uczucie? Może... Naprawdę nie wiem. Chciałem ją zdobyć, na wszystko możliwe sposoby.
Z drugiej strony widziałem, jak Cameron się wycofuje. Coraz bardziej się oddala i powtarza, że już mnie nie kocha.
Kocha! Jestem tego pewien. Zapewne stwierdziła, że ze Stacy nie ma szans. Nie wiem czy to prawda. Możliwe...
Stety lub niestety Stacy nie chciała zostawić dla mnie męża. No cóż... Owszem to bardzo zabolało, nawet pocieszałem się przez pewien czas dziwkami. Ale wtedy coś do mnie dotarło... Przypomniałem sobie jaka była.
Naprawdę wolałem ją od Cameron?

A teraz? Moja Allie...
Jest tutaj... Codziennie zasypiam i budzę się przy niej... Tego chciałem? Na początku myślałem, że nie. Ale teraz gdy mamy malutkiego synka, jestem już pewien..
Jestem bardzo dumny. Z niej, z naszego dziecka i z siebie. Byłem zdziwiony, że potrafiłem stworzyć rodzinę, z moim piętnem relacji z ojcem.
Tak naprawdę boję się tylko jednej rzeczy...
Czy kiedy nasz synek skończy 4 lata historia się powtórzy?

Sprawdzone przez Raz3r



PostWysłany: Pon 18:52, 22 Mar 2010
natalia_1308
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 27 Lut 2009

Posty: 136

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

No to ja tak szczerze od początku. Trochę jestem rozczarowana, w świetle poprzedniego Twojego fika spodziewałam się czegoś, co mnie oczaruje. I chociaż miałaś świetny pomysł (którego Ci naprawde bardzo gratuluje), pisałaś w ciekawej formie i raczej dobrym stylu, to kilka rzeczy mi zgrzytało.
Przede wszystkim całe to dzieciństwo Housa. Opis relacji rodzinnych takiej osobowości jak Greguś to wielkie pole do popisu, a Ty podeszłaś do tego trochę płytko. Był bity - dość oklepane i płasko opisane. Tylko "bał się", "to zabolało", brak jakichś jego przeżyć związanych z poczuciem odrzucenia; utwierdzania się we własnych przeświadczeniach. Potem generalnie trzymasz się fabuły serialu a nie uwzględniłaś, że wg. niej, w domu Grega panowała raczej przemoc psychiczna.
Nie leży mi też trochę sposób, w jaki House o tym opowiada. Oschły. Mimo tego nadmiaru niezbyt ładnych wielokropków i bezpośrednich nazw uczuć, to jakieś takie pozbawione ikry, np.

Cytat:
Była śliczna... Umówiłem się z nią na randkę

Nie mogę sobie wyobrazić Housa mówiącego była śliczna więc sie z nią umówiłem, a potem się w niej zakochałem. Być może nie to miałaś na myśli, ale tak wyszło.

Poza tym powyższym, to bardzo mi się podobała taka analiza życia Housa. Jakby miało się go całego przed oczami, na kartce papieru.
Ten fragment
Cytat:
Chase to straszny lizus, mający problemy z ojcem. Trochę podobny do mnie pod tym względem.
Wiedziałem, że szuka we mnie ojca.
mi się niezmiernie spodobał. Bystre spostrzeżenie, już kiedyś mi je ktoś podsunął i jak dla mnie pasuje tu idealnie Smile
Najlepiej mi się oczywiście czytało, jak przeszłaś do Cameron
Cytat:
W końcu zakochała się... I to w kim! Odważna dziewczynka! Nie wiem czy sam bym zaryzykował i powiedział komuś takiemu jak ja, że go kocham.

Exactly Mr. Green
Ten końcowy Hameronek jak dla mnie idealny Wink

PS - czekam na kolejne Twoje fiki i na zakończenie poprzedniego Wink



_________________
Mój Kochany małż Greg :*

my soulmate Hambarr :*:* córeczka Nemezis :*
maagdaa&sinaj spółka zóo z.o.o

- In fact, I hate you. - I've never hated anyone more. - Every nerve ending in my body is electrified by hatred. - There is a fiery pit of hate burning inside me, ready to explode. - So it's settled then? - We're settled.

PostWysłany: Pon 22:27, 22 Mar 2010
sinaj
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 02 Maj 2009
Użytkownik zbanowany
Pochwał: 35
Ostrzeżeń: 1

Posty: 3975

Miasto: Legnica/Radom
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Hameron Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.11673 sekund, Zapytań SQL: 14