Kończenie tego, co zacząłeś [6/18] [T]
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Kończenie tego, co zacząłeś [6/18] [T]

Nie wiem czy ktokolwiek tu jeszcze zagląda, ale znalazłam ostatnio bardzo, bardzo fajny fick i za namową hattrick postanowiłam poświęcić nieco czasu na jego tłumaczenie. Jak zwykle wszystkim, którzy są w stanie gorąco polecam przeczytanie oryginału, choć jednocześnie ostrzegam, że jest pisany trudnym językiem (co zresztą starałam się oddać w tłumaczeniu).

Wszelkie komentarze bardzo mile widziane.


tytuł: Finishing What You Started
autor: Ms Orton
oryginał: http://www.fanfiction.net/s/8204220/5/Finishing-What-You-Started
czas: kilka miesięcy po zakończeniu serialu (sezonu 8 )

zbetowane cokolwiek przez T.




Finishing What You Started / Kończenie tego, co zacząłeś


- CZĘŚĆ 1-

Pomimo całej ich brawury i determinacji w jej ignorowaniu, choroba Wilsona nieuchronnie coraz bardziej dawała o sobie znać. Po dwóch miesiącach w podróży, nie byli w stanie jechać dłużej niż tylko kilka godzin dziennie, zanim nie zostawali zmuszeni do postoju i zrobienia przerwy w pierwszej lepszej jadłodajni, barze lub budce z hot-dogami, którą mogli znaleźć. W tym okresie mocne cienie pod oczami były stałym elementem jego oblicza, niezależnie od tego ile czasu spędził odpoczywając lub śpiąc poprzedniej nocy. Choć przeważnie starał się tego nie okazywać, czuł się po prostu gównianie. House wiedział jednak, że niezależnie od tego jak bardzo jego przyjaciel starał się wziąć w garść, ta wyprawa przeistacza się dla niego z przygody w mordęgę. W ciągu kolejnego miesiąca stało się oczywiste, że będą musieli pożegnać się z motorami. Kask i ciągły kurz na drodze sprawiały, że jego i tak coraz mniej wydolne płuca nie dawały sobie rady. Zostawiając Wilsona, by odpoczywał w wygodnym, choć brudnym nowo-meksykańskim motelu, w którym właśnie się zameldowali, House pojechał przyjrzeć się z bliska staremu, kabrioletowi wystawionemu na sprzedaż w lokalnym warsztacie, który mijali godzinę wcześniej. Na miejscu nieufnie powitał go niemożliwie stary mechanik, z twarzą niczym kontur mapy i trzema poczerniałymi od tytoniu zębami. Na próżno wytarł tłuste od oleju ręce w równie tłustą szmatę, zanim podał na przywitanie dłoń rozczochranemu człowiekowi, który zatrzymał się na poboczu, przerzucił ostrożnie nogę przez swój motor i pokuśtykał ku niemu. Pół godziny później staruszek nadal twardo się targował, ale w końcu zgodził się dorzucić do samochodu pełny bak i sosnowy odświeżacz powietrza w zamian za motor i 500 dolców.

- I jesteś pewien, że nie zepsuje się milę lub dwie stąd?
- Sam słyszałeś jak ją włączałem - starzec skinął głową z powagą. - Nie jest może tak piękna jak kiedyś, ale nadal mruczy jak kotek. Sam nad nią pracowałem.

Gdy mówił, wiatr gwizdał w szczelinach między jego zębami, podczas gdy House obserwował go uważnie. Zgrzybiały mechanik był zdeterminowany by zrobić na tym dobry interes, co zdradzał sposób w jaki zaciskał suche wargi i prostował swoje normalnie przygarbione ramiona w geście dumy i przekory, imponującym jak na człowieka w tak zaawansowanym wieku. Mówił jednak prawdę. Nie dało się dostrzec nerwowego tiku na twarzy, nie przebierał niepewnie nogami. Podniósł jedynie brwi i lekko rozpostarł ramiona, czekając aż stojący przed nim mężczyzna zdecyduje się wreszcie na coś konkretnego. Nie potrzeba było geniuszu by zdać sobie sprawę, że był coraz bardziej zniecierpliwiony i chciał jak najszybciej wrócić do silnika, przy którym grzebał zanim przeszkodził mu ten arogancki, utykający palant w skórzanej kurtce.

Obdarzając samochód jeszcze jednym spojrzeniem, House uśmiechnął się do siebie gdy zauważył czarno-białą naklejkę "Jezus Cię kocha" przyczepioną do zardzewiałego, czerwonego lakieru z tyłu pojazdu. Była już taką samą częścią samochodu jak zużyta, beżowa, skórzana tapicerka.

- A co mi tam! - pomyślał - I tak podróżuję już po kraju z chorym na raka onkologiem, a sam oficjalnie jestem zwłokami, choć bardzo żywy doceniam gościnność i uroki kolejno mijanych po drodze stanów. Jedna dodatkowa krzycząca do nieba ironia nie zrobi tu większej różnicy.

Maszyna, choć lata swojej świetności miała już za sobą, nadal prezentowała się elegancko i dostojnie. Prowadzenie jej sprawi mu przyjemność i był całkiem pewien, że jego przyjaciel doceni, że ostatnie dni swojego życia będzie wożony takim fajnym autem. Poza tym nie było tak, że miał luksus by wejść do salonu i kupić samochód. Kasa zaczynała im się powoli kończyć, no i martwi ludzie tak nie robią. A przynajmniej jeśli chcą uniknąć więzienia.

- Umowa stoi - zdecydował w końcu House ściskając człowiekowi dłoń i żegnając się w myślach z motorem, gdy przekazywał starcowi kluczyki i gotówkę. Wracając do ich motelu cieszył się, że leży tylko rzut beretem od granicy z Arizoną, gdzie znajdował się kolejny cel ich podróży.

Kiedy wchodził do wynajmowanego przez nich podwójnego pokoju, przywitały go dobiegające z łazienki odgłosy kaszlu i wypluwania wnętrzności z monotonnym buczeniem pokojowego wentylatora w tle. W połączeniu z naściennymi panelami imitującymi ciemne drewno natychmiast wzbudziło to w nim klaustrofobiczne odczucia. Wszystko od umeblowania pokoju i tępego bólu w nodze do sytuacji, w jakiej się aktualnie znaleźli, zdawało się go przytłaczać jak przyciasny płaszcz. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki, wyciągnął brązowy pojemnik na tabletki, otworzył wieczko i połknął na sucho dwie pigułki. Coraz dłuższe ostatnimi czasy wycieczki Wilsona do łazienki spowodowane były albo napadami kaszlu tak długimi, że kończyły się pluciem krwią albo zwracaniem tych niewielkich ilości pożywienia, które udało mu się wcześniej przełknąć. Jego ciało najwyraźniej zaczynało się psuć.

Usiadł na swoim łóżku z jaskrawą, pikowaną narzutą i z głębokim westchnięciem zdjął zakurzoną skórzaną kurtkę. Nie był w stanie stłumić natury lekarza i nie zastanawiać się nad przyszłością swojego przyjaciela. Przez ostatnie dwa tygodnie, jego stan pogorszył się gwałtownie. Zauważalnie stracił na wadze, co sprawiało, że wyglądał raczej żałośnie. Jak mały chłopiec, który próbuje nosić ubrania swojego ojca. Zmusiło ich to do zatrzymania się w małym sklepie odzieżowym w poszukiwaniu czegoś na zmianę. To co zaczęło się jak kłótnia w stylu starego dobrego małżeństwa o przesadną oszczędność onkologa w obliczu jego niedalekiego "odejścia", ostatecznie zakończyło się tym, że Wilson został zmuszony do znalezienia sobie spokojnego miejsca w butiku z damskimi butami, gdzie krzepka, teksańska kobieta w średnim wieku podała mu szklankę wody i wachlowała go lokalną gazetą w czasie gdy jej równie górnolotna przyjaciółka urządziła House'owi wykład za krzyczenie na swojego 'brata', który najwyraźniej był chory. Początkowo założenie, że byli spokrewnieni go odrzuciło, ale im więcej o tym myślał w ciągu nieskończonych godzin, jakie spędzili w drodze, tym bardziej dobrze się z nim czuł. Dorastanie jako jedynak wymuszało pewną izolację, zwłaszcza jeśli przemieszczało się tak często, że ciężko było nawiązać poważną przyjaźń. To dlatego tak kurczowo trzymał się Wilsona przez wszystkie te lata. Mieć kogoś, kto nie zrażał się wszystkimi jego wygłupami i kto cieszył jego towarzystwem, to było coś, do czego House nie był przyzwyczajony, ale też nie zamierzał zbyt łatwo z tego rezygnować. Pomyłka kobiety nie była aż tak daleka od rzeczywistości, prawdopodobnie byli ze sobą tak blisko, jak niejedno rodzeństwo.

Po tym wszystkim House obiecał sobie, że spróbuje przełamać swoje życiowe przyzwyczajenie i nie nakręcać więcej takich sytuacji w ciągu tych ostatnich tygodni życia, jakie pozostały jego przyjacielowi. Bo tyko tyle mu pozostało: tygodnie. Nie dało się od tego wykręcić, niezależnie od tego ile razy spychał tą myśl w najciemniejszy kąt swojego umysłu. Wytrzymał w końcu dwa dni, zanim nie był w stanie dłużej gryźć się w język. Pomimo protestów i wyrzucania rąk w górę w geście obrzydzenia, Wilson cieszył się, że ten nieszczęśliwy dupek nie mógł dłużej wytrzymać i wykpił jego palącą potrzebę by kupić amortyzowane wkładki do swoich nowych motocyklowych butów. Ich drobne sprzeczki były rozrywką i Wilson był szczęśliwy mogąc skupiać na nich swoją uwagę, tak długo jak to tylko będzie możliwe. W ciągu lat swojej praktyki zawodowej widział tysiące zjadanych przez raka ciał, które rozpadały się, aż w końcu zupełnie przestawały funkcjonować, ale to nie oznaczało, że był gotowy by to samo stało się z nim samym. Lepiej było cały czas coś robić, niż siedzieć i myśleć. Rozmyślanie nad swoją ograniczoną przyszłością przerażało go jeśli robił to dłużej niż chwilę. Łatwiej było pozostawać w ruchu.

W końcu Wilson wytoczył się z łazienki wycierając wilgotnym ręcznikiem swoją zdecydowanie zbyt popielatą twarz i zdał sobie sprawę, że jest uważnie obserwowany przez House'a, który siadł na przeciwko opierając się o okropny zagłówek w kwiatki i wpychał sobie do ust nachos z ogromnej paczki leżącej obok niego na łóżku.

- Wyglądasz okropnie!
- Dzięki - powiedział młodszy mężczyzna opadając na swój materac.
- No chodź Jimmy - wymruczał House zeskakując z łóżka, z ustami pełnymi kukurydzianych chipsów i chwytając swoją laskę - Nie ma czasu na leniuchowanie. Mam coś co poprawi ci humor.
- Słuchaj, jeśli to ma coś wspólnego z prostytutkami, albo kobietami, które potrafią wystrzeliwać piłeczki pingpongowe ze swoich...
- Wagin? - zaproponował były diagnosta strzepując okruszki ze swojej koszulki.
- Tak! Lub jakichkolwiek innych części ciała. NIE jestem zainteresowany.
-O nie, nie, nie - House dokuśtykał do łóżka przyjaciela i było oczywiste, że nie zrezygnuje tak łatwo. - Ta panienka jest o wiele bardziej klasyczna i o wiele droższa.
- House! - Wilson naprawdę nie miał na to siły. Głowa wciąż go bolała i nadal czuł mdłości.
- Zrób mi przyjemność. Wszystko co musisz zrobić, to zwlec swój tyłek z łóżka i wyjść na zewnątrz.
- Dobra! - ugiął się w końcu zdając sobie sprawę, że nie zazna spokoju dopóki nie zrobi tego o co jest proszony.

Podążył za wyraźnie podekscytowanym przyjacielem na zewnątrz aż do czerwonego kabrioletu stojącego na parkingu. W tym momencie dotarło do niego gdzie House spędził cały poranek.

- Oddałeś za to swój motor?
- Nie bądź głupi Wilson! Oddałem za to twój motor, a swój sprzedałem za niedorzeczną cenę temu młodzikowi, który przyglądał mu się, gdy tu przyjechaliśmy. Na szczęście jego 'babuszka' była wyjątkowo szczodra w swoim testamencie, a jak wiesz trudno mi się powstrzymać przed odbieraniem lizaków dzieciom - uśmiechnął się złośliwie - Więc? Całkiem fajna bryka, nie?

Wilson cicho pokiwał głową i przeszedł do badania samochodu z każdej strony.

- Jest zardzewiały
- W świecie handlu samochodami mówi się "wytarty". Ta dziecinka ma charakter - Dodał House przejeżdżając ręką po masce - założę się, że tylne siedzenia też widziały niejedno.

Wilson nie mógł się powstrzymać przed sprawdzeniem tapicerki, praktycznie podskakując z ziemi, gdzie kucał oglądając felgi.

- Był czyszczony, prawda?
- Oczywiście! - odpowiedział House patrząc mu prosto w twarz, choć nie miał pojęcia czy to co mówi jest prawdą. Na jego oko wyglądał na wystarczająco czysty.
- Dobra - odpowiedział Wilson nadal oglądając samochód - Ale ja jutro prowadzę pierwszy.

Zwykle coś takiego wywołałoby kłótnię, ale co tam, jego przyjaciel był zadowolony i mieli odjazdową brykę. W szerszej perspektywie, to nie miało znaczenia.

- Niech będzie - zgodził się uradowany House - Jutro rano możesz pierwszy położyć na niej swoje chciwe łapska

Wilson uśmiechnął się i zaczął powoli okrążać samochód w kierunku jego tyłu, krótko po tym, zamarł w bezruchu.

- No chyba jaja sobie robisz!
- Co? - House okrążył samochód i stanął obok przyjaciela i podążył wzrokiem w to samo miejsce na tylnej masce, na które patrzył Wilson. Na nalepkę. - Taa - wymamrotał drapiąc się po karku - W czasie gdy ty wykrztuszałeś swoje wnętrzności w motelowym kiblu, ja zrobiłem coś konstruktywnego i odnalazłem Pana. Jego prawdziwe imię to Pablo i sprzedaje chipsy kukurydziane na poboczu.


Dwa i pół dnia później, dwaj przyjaciele leżeli na masce kabrioletu i w milczeniu podziwiali jak
słońce zachodzące pośród nieskończonego widnokręgu czerwonych skał, tworzy zapierające dech w piersiach ferie tańczących barw i cieni . Minuty mijały i żaden z nich nie czuł potrzeby
przełamywania ciszy, obaj zagubieni w swoich myślach. W końcu House nie mógł się powstrzymać i odwracając się do przyjaciela zapytał z delikatnym uśmiechem.

- A więc, dr. Wilson? Czy wielki kanion wydał się panu równie romantyczny ja mi? - zmrużył oczy i zastygł z wyczekującym spojrzeniem aż jego przyjaciel przewróci oczami - To jest COŚ, no nie?

Wilson skinął powoli przyglądając się uważnie widokowi przed nimi i rozważając jednocześnie nad tym co chciał powiedzieć.

- Niesamowite, nie mogę uwierzyć, że nigdy wcześniej tu nie byłem. Robi wrażenie, tylko... - po
kilku zająknięciach pozwolił by reszta zdania zawisła w powietrzu, pozostawiając House'a w
niepewności czy nie mógł wyartykułować tego, co chciał powiedzieć, czy raczej uciszał sam siebie.
- Ale co? - W pełnej napięcia ciszy chory człowiek oparł głowę na dłoni i westchnął głęboko.
- To jest takie... cholerne pustkowie! Nic tu nie ma. W odległości pieprzonych kilometrów nie ma tu
absolutnie nic. To cholernie przygnębiające!
- Gdybyś zapragnął kasyn i pokazów piękności, moglibyśmy pojechać do Vegas - odburknął House
niepewny w jaką stronę może zmierzać ta dyskusja.
- Nie, nie to miałem na myśli... Po prostu czuję się okropnie, czuję się jeszcze gorzej, wiedząc, że to jest dobry dzień, w porównaniu z tym, jak czułem się ostatnio, a przede mną wiele dużo gorszych dni... Jestem zmęczony. Każda kość w mojego ciała boli i... i... - znowu zawiesił głos.
- I co?
- Tęsknię za ludźmi. Ludźmi, których znam, za takimi, na których mi zależy - mówił dalej widząc zranienie formujące się na twarzy przyjaciela. - Wiesz o co mi chodzi. Ty ledwie jesteś człowiekiem, ale pomimo wszystkich twoich wad, nie ma nikogo z kim wolałbym spędzić te kilka ostatnich miesięcy.

House westchnął częściowo z ulgi, częściowo ze zrozumienia: Bycie bezustannie w podróży przez tak długi okres czasu odcisnęło piętno na nich obu. Psychicznie i fizycznie.

- To co chcesz zrobić? Wracać do domu? – House ważył słowa. Obaj wiedzieli, że jak tylko postawi stopę w New Jersey szanse, że zostanie złapany i osadzony, znacząco wzrosną.
- Nie! - odpowiedział niemal natychmiast - Obaj wiemy, że nie mam na to ochoty... Chciałbym tylko zapuścić nieco korzenie w krótkim czasie jaki mi pozostał. Być gdzieś, gdzie zaznam nieco spokoju. Nieco godności... Wokół ludzi, na których mi zależy i którym ufam, że nie stchórzą, kiedy zrobi się nieprzyjemnie, a zrobi... Czy to co mówię ma sens?

House przeniósł ciężar ze swojej złej nogi na drugą i połknął kilka pastylek vicodinu, które wyjął z kieszeni jeansów, po czym w końcu podjął kontakt wzrokowy ze swoim przyjacielem.

- Brzmi jakbyś miał na myśli coś konkretnego

W odpowiedzi Wilson zsunął się z samochodu i pochylił nad drzwiami od strony pasażera, żeby wyjąć coś ze schowka. Wyprostował się trzymając w ręce małą karteczkę i wręczył ją House'owi.

- Co powiesz na odwiedzenie mostu Golden Gate i kwitnącej sceny gejowskiej?

House uniósł brwi patrząc na adres w San Francisco zapisany na kartce, którą podał mu onkolog. Nie przypominał sobie, żeby Wilson wspominał kiedykolwiek, że ma tam przyjaciela lub choćby znajomego.

- Kipię z niecierpliwości...






- CZĘŚĆ 2-

House wyciągnął kluczyk ze stacyjki odwracając się do tyłu, by spojrzeć na Wilsona, który spał na tylnym siedzeniu przykryty wełnianym kocem aż pod sama brodę. Wyglądał przerażająco. Pomimo otaczającej ich ciemności, tylko nieznacznie rozjaśnianej przez sztuczne światło ulicznych latarni, nadal dawało się dostrzec niezdrowy, żółtawo-szary odcień jego skóry. Ostatnie 48 godzin było kiepskie. Naprawdę kiepskie. Jego oddech stał się jeszcze płytszy, prawdopodobnie z powodu płynów, które zaczęły gromadzić się w płucach i prawie nic nie jadł narzekając na problemy z przełykaniem. Prawdopodobnie wdała się tam infekcja, ale za każdym razem gdy House oferował, że rzuci okiem, onkolog go odganiał. Wszystko na co Wilson miał ochotę, to spać, a szczerze mówiąc najpoważniejszym stojącym przed nimi zadaniem było dotrzeć do San Francisco, do domu przyjaciela onkologa, gdzie będą mogli odpocząć i zastanowić się co począć dalej. Mając to na uwadze przez ostatnie dwa dni House skupił się całkowicie na prowadzeniu pojazdu. Zrobił jedną przerwę by zaczerpnąć nieco snu, a poza tym zatrzymywał się tylko, żeby uzupełnić paliwo lub inne zapasy. Skutkiem tego był kompletnie wyczerpany, a noga potwornie go bolała, ale najważniejsze było by dotrzeć do celu. Ostatnie 48 godzin upewniło go w przekonaniu, że Wilson miał rację. Pozostanie w podróży aż do jego ostatnich dni było bezsensowne i po prostu nierealne.

Wilson zechciał powiedzieć o swoim "przyjacielu" tylko tyle, że jest lekarzem, więc przynajmniej nie będzie zupełnie niekompetentny. Patrząc na dom, przed którym House przed chwilą zaparkował, było dosyć jasne, że szło mu całkiem dobrze, kimkolwiek był. Dom nie był zbyt ekstrawagancki, ale House był pewien, że nie kosztował mało. Właściciel miał pewnie własną prywatną praktykę albo był chirurgiem plastycznym. W końcu byli w Kalifornii. Sensowny niebieski samochód zaparkowany na podjeździe sugerował również, że w domu mieszka raczej rodzina niż człowiek samotny, co nie było dobrą wiadomością dla House'a. Im więcej ludzi było w środku, tym trudniej mu będzie nie wzbudzać niczyich podejrzeń. I tym bardziej prawdopodobne, że zadzwonią na policję, jeśli zorientują się, że w ich domu przebywa człowiek, który upozorował własną śmierć, żeby uniknąć więzienia. House wziął głęboki oddech i wysiadł z samochodu, podszedł do tylnych drzwi i otworzył je. Czy mu się to podobało czy nie, przyjazd tutaj dawał największe szanse na to by Wilson nie wylądował w szpitalu na ostatnie dni swego życia, podczas gdy on kręciłby młynka palcami oglądając świat zza krat.

- No dalej, śpiąca królewno – Szturchnął Wilsona i oparł się na drzwiach czekając aż przyjaciel dojdzie do siebie – Chyba jesteśmy na miejscu.

Wilson przetarł oczy i powoli przesunął się w kierunku drzwi. Zsunął nogi w dół, usiadł na skraju kanapy, zwieszoną głowę objął rękami i siedział nieruchomo przez jakąś minutę.

- Czuję się dziwnie
- Wyglądasz dziwnie
- Dzięki – Onkolog zmusił się do uśmiechu zanim wskazał palcem na budynek przed nimi – Więc to tutaj?
- Nie wiesz?
- To adres z karteczki, tak?
- No raczej... Nigdy wcześniej tu nie byłeś?

Zamiast koncentrować się zbyt mocno nad tym co mówił przyjaciel, Wilson skupił się na próbie wstania na nogi. Naprawdę czuł się dziwnie. Gdyby nie zdawał sobie sprawy z prawdziwych przyczyn swojego stanu podejrzewałby, że House czymś go naszprycował.

- Nie.
- Więc nieco upraszczając - House wyrzucił ręce w powietrze – zamierzamy po prostu wbić się tam mówiąc „Hej, pamiętasz mnie? Więc, on już jest martwy, a ja umieram i wpadliśmy zająć twój dom”... no nieźle!

Wilson rzucił na niego okiem próbując zapanować nad zawrotami głowy i mdłościami, które sprawiały, że stawianie kolejnych kroków było niełatwym zadaniem. Nie pomagał również fakt, że sam czuł się niepewnie w związku z tą sytuacją. On dużo lepiej niż House, zdawał sobie sprawę, że to może skończyć się spektakularną porażką. W chwili obecnej nie mógł zdobyć się na sarkazm.

- Od kiedy to masz problem z wpraszaniem się do kogoś? - I kontynuował, zanim House zdążył odpowiedzieć – A teraz zamknij się i pomóż mi.

Wilson objął przyjaciela ramieniem za szyję i powoli zaczęli przesuwać się w kierunku drzwi wejściowych, chwiejąc się kilka razy, gdy nogi Wilsona na chwilę sztywniały. Konsekwentnie prąc do przodu, dotarli w końcu do progu: ślepy (mniej więcej) ślepego prowadził.

Krótki wysiłek spowodował, że na czole chorego mężczyzny wyrosły krople potu.

- Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? - zagadnął House. Czuł jak jego przyjaciel drży w chłodnym nocnym powietrzu i coraz ciężej było mu zapanować nad nerwami, zdawał sobie sprawę jak wiele ryzykowali powierzając swój los w ręce człowieka, którego nawet nie znał. - To znaczy, moglibyśmy przynajmniej poczekać do rana, a wtedy...
- Nie! Jestem pewien... - w ogóle nie był, ale mieli ograniczone możliwości, zwłaszcza, że coraz bardziej kręciło mu się w głowie. Wszystko o czym był w stanie myśleć, to żeby się położyć. Z trudem podniósł głowę i zapukał do drzwi – Tylko... Tylko pozwól, że ja będę tłumaczył.
- Właśnie taki mam zamiar! - House zmrużył oczy obserwując Wilsona, jego ciało wydawało się być coraz bardziej bezwładne, a powieki trzęsły się jakby utrzymanie otwartych oczu kosztowało go niemało wysiłku. - Wszystko w porządku?

Zanim onkolog miał szansę odpowiedzieć, drzwi otworzyły się i stanęła w nich ciemnowłosa kobieta ubrana w szlafrok i wściekle przecierająca zaspane oczy. House odwrócił wzrok w jej kierunku i wtedy jego szczęka opadła niemal idealnie odwzorowując wyraz szoku, który wymalował się jej twarzy, w momencie gdy zobaczyła dwóch mężczyzn stojących na wprost niej.

- Cześć Cuddy – Zdołał wybełkotać Wilson zanim wywrócił oczami w tył czaszki i wyślizgnął się z uścisku przyjaciela opadając bezwładnie na podłogę.



Dwadzieścia minut później House szedł za Cuddy opuszczając pokój, w którym leżał Wilson. Pomimo niezręczności sytuacji, udało im się razem wnieść go do gościnnego pokoju na parterze i położyć na łóżku. Cuddy przyniosła swoją torbę z sąsiedniego pokoju, zbadała go i kazała odpoczywać, podczas gdy jej Były przez cały ten czas stał w drzwiach jak niegrzeczny dwulatek, nie mający odwagi by coś powiedzieć lub się poruszyć. Przez cały czas utrzymywała spokojny, profesjonalny ton głosu, aż do momentu gdy uścisnęła rękę Wilsona, uśmiechnęła się do niego ciepło i kazała odpoczywać. Ale gdy tylko wstała i odeszła od niego wyraz jej twarzy stężał i przechodząc obok House'a odwróciła się, spojrzała na niego chłodno przez zmrużone powieki.

- Na zewnątrz. Natychmiast.

Chciał rzucić jakąś ciętą ripostę, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Jego umysł zbyt był zajęty próbując ogarnąć fakt, że oto stał naprzeciw kobiety, o której myślał, że już nigdy jej nie zobaczy. Czuł się jak człowiek wiedziony na krzesło elektryczne, idąc kilka kroków za nią i przyglądając się jej od góry do dołu. Mógł poznać, że pod szlafrokiem który opasał ją ciasno, przybyło nieco ciała. Nic poważnego, ale jej biodra były nieco bardziej wyraźne, kiedy szła do salonu przez pomieszczenie, które najwyraźniej służyło jej za gabinet. Niżej zwrócił uwagę na opaleniznę na jej zgrabnych nogach. Wyglądała niesamowicie. Wyraźnie wkurzona sądząc po spiętych ramionach, ale niesamowicie. W końcu zatrzymała się, odwróciła twarzą do niego, ręce skrzyżowała na piersi, a na twarzy pojawił się groźny grymas.

- Więc? - wyczekująco uniosła brwi zadając pytanie.

House czuł krew napływającą mu do skroni. Jego umysł szaleńczo poszukiwał jakiejś sensownej odpowiedzi na jej pytanie, ale najwyraźniej połączenie pomiędzy mózgiem, a ustami zostało zerwane. Wszystko co był w stanie robić, to patrzeć na nią powtarzając sobie w myślach, że to wszystko nie może się dziać na prawdę. Surrealizm sytuacji, w którym kobieta, którą znał przez większość swojego dorosłego życia stoi na przeciw niego w tak zupełnie obcym otoczeniu, kompletnie wytrącał go z równowagi. Cuddy westchnęła i mocniej zacisnęła szczękę zachęcając go ponownie.

- Słucham...

Wziął głęboki oddech zanim w końcu się odezwał.

- Wilson jest chory... Ma ra...
- Wiem co jemu dolega – przerwała – Za to ty masz się o niebo lepiej niż się spodziewałam.
- Ja...

Nie miał pojęcia co powiedzieć „Przykro mi, że nie jestem martwy”? - Zaraz, zaraz – pomyślał. - Ona wiedziała?. Ogarnęła go przemożna ochota by zapytać ją dlaczego nie pojawiła się na jego pogrzebie, ale to zdecydowanie nie był dobry moment.

- On chciał... - zaczął, ale ponownie Cuddy nie dała mu skończyć zdania
- On POTRZEBUJE być w szpitalu, a nie ganiać za tobą i sprzątać twój kolejny bałagan.
- Nie. Żadnego szpitala – odpowiedział rozsądnie.

Jej ręce opadły na boki, gdy zrobiła krok w tył. Kąciki ust podniosły się w wyrazie zniesmaczenia.

- Ty samolubny draniu! - Prychnęła kpiąco – Nie wiem dlaczego jestem choćby trochę zdziwiona

Teraz, szok spowodowany faktem, że nagle znalazł się tutaj, w jej domu, ustępował miejsca gniewowi. W jednej chwili go osądziła. Całą tą sytuację.

- Dla twojej wiadomości, to Wilson nie chce iść do szpitala. To Wilson nie chciał spędzić ostatnich miesięcy swojego życia z rurkami powtykanymi w każdy otwór jego ciała, podczas gdy różni idioci nakłuwaliby i szturchali każdy cal jego ciała. To także Wilson uznał, że dobrym pomysłem jest pojawienie się tutaj nie mówiąc nic ani mnie ani tobie.

House bezwiednie zrobił krok w jej kierunku, podczas gdy ona patrząc mu prosto w oczy starała się ocenić, czy to co słyszy jest prawdą. Cofnął się i wbił wzrok w czerwony dywan, na którym stał natychmiast gdy zdał sobie sprawę z powstałej nagle bliskości. To nie było w porządku względem niej. Nie po tym co się wydarzyło.

- Słuchaj, jeśli chcesz, żebym tam wrócił, zabrał go i sobie poszedł...
- Taaa, bo to takie praktyczne. On nie jest szczeniaczkiem, House.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem, oceniając to co widza i sytuację, w której się znaleźli. Przedłużająca się cisza wisiała w powietrzu wokoło.

- Nie zostawię go.

Powiedział to cicho, ale Cuddy wiedziała, że mówi szczerze. To wszystko było szalone. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej dowidziała się, że zginął w pożarze, a teraz stał tutaj, tak samo namacalny jak stolik do kawy, który stał obok. Mieszanina różnych emocji ściskała jej serce i żołądek. Dezorientacja. Ulga. Strach. Strach, że co? Że ją fizycznie zrani? O dziwo, nie. Nie miała żadnych wątpliwości, że po pierwsze niczego nie spróbuje jej zrobić, po drugie nawet gdyby spróbował byłaby w stanie się obronić. Nie, to czego bała się najbardziej to to, że w jego pobliżu nie była w stanie tak dobrze panować nad własnymi emocjami. On zranił ją więcej razy niż można sobie wyobrazić, ale nie miała zamiaru pozwolić, by się o tym dowiedział.

- Zostań tu... 2 minuty.

Odwróciła się na pięcie, poszła do przedpokoju i wspięła się na górę po schodach zostawiając oszołomionego House'a samego w swoim salonie. Podniósł dłoń do twarzy, przetarł zmęczone oczy, a potem rozejrzał się dookoła. W końcu miał okazję przyjrzeć się otoczeniu. Większość mebli była nowa, ale mógł poznać, że to dom Cuddy. Wszystko było boleśnie czyste i jasne, a mimo to przytulne. Liczne papiery leżały porozrzucane na kanapie obok miejsca, gdzie wcześniej siedziała, a także na stoliku obok kubka z teraz już zupełnie zimną ziołową herbatą. Jasne było, że pracowała i zasnęła zanim została obudzona przez ich nieoczekiwane pukanie do drzwi. Pobieżnie przyjrzał się różnym wykresom, zestawieniom i raportom, gdy znajomy kształt błyskający w słabym świetle zwrócił jego uwagę. Z pomiędzy stron leżącej na stoliku książki wystawała srebrna, starodawna zakładka, którą wziął spośród rzeczy swojego ojca po jego śmierci. Szukał jej po powrocie z więzienia, ale założył, że albo ją gdzieś schował albo zgubił. Teraz stało się oczywiste, że zostawił ją u niej w domu, gdy jeszcze byli razem. Czy pamiętała o tym, że należy do niego? Czy po prostu założyła, że jest jej, gdy pakowała wszystko po „wypadku”?

Słysząc ją schodzącą po schodach wrócił dokładnie w to miejsce, w którym stał wcześniej i nerwowo wcisnął ręce do kieszeni. Kiedy ponownie weszła do pokoju zauważył, że przebrała się w parę jeansów i luźny, szary sweter, a włosy spięła z tyłu. Niosła gruby koc, który położyła na oparciu kanapy i zaczęła sprzątać papiery i układać je na stoliku w rogu pokoju.

- Możesz spać na kanapie.
- Myślałem raczej, że będę miał na niego oko... widziałem tam krzesło.
- A twoja noga? - Zauważyła wcześniej, że utyka mocniej niż zwykle, a teraz zauważalnie unikał obciążania prawej strony w jakikolwiek sposób.
- Jest w porządku – Nie była, ale musiał jakoś sobie z tym poradzić. Był szczerze zaniepokojony, że w nocy coś może stać się Wilsonowi i wolał być przy nim.
- OK – Zrobiła krok w jego kierunku i wręczyła mu koc. - Wychodzę. Będę z powrotem za godzinę. Dwie w najgorszym wypadku... Nie dotykaj niczego, nie myszkuj po domu.

Odwróciła się i odchodząc złapała płaszcz wiszący na wieszaku koło drzwi wyjściowych.

- Zaczekaj, gdzie jest Rachel?

Odpowiedziała pytaniem na pytanie, zarzucając nakrycie na ramiona.

- Naprawdę myślisz, że zostawiłabym ją samą z tobą? - Jej słowa zabolały jak nóż wbity w trzewia, ale miała przecież rację. Jaka zdrowa na umyśle kobieta zostawiłaby swoje dziecko pod opieką kogoś zdolnego do przemocy? - Nie ma jej tu. Więcej nie musisz wiedzieć.
- Racja – Ściskając koc, czuł że musi powiedzieć coś jeszcze – Zamierzasz powiedzieć komuś o tym... o mnie?

Westchnęła i spojrzała na niego jak gdyby zastanawiała się nad odpowiedzią.

- Nie.
- Dziękuję – powiedział ze szczerą wdzięcznością w oczach.
- Nie robię tego dla ciebie.
- Rozumiem - przytaknął niemal niezauważalnie.

Ich spojrzenia spotkały się na, jak im się zdawało, wieczność, choć w rzeczywistości były to tylko sekundy. Tak wiele każde z nich chciało powiedzieć, ale był to tak bardzo niewłaściwy moment. Cuddy przełknęła ciężko ślinę, odwróciła się w kierunku frontowych drzwi, otworzyła je i wyszła na zewnątrz w chłodną noc.

House zamierzał zrobić dokładnie tak jak zostało mu powiedziane. Szczerze starał się umościć jakoś w ciemnym pokoju, ale po prostu nie mógł. Uzyskanie wygodnej pozycji na twardym krześle wydawało się być niemożliwe. Jego noga sztywniała na pograniczu skurczu, a burczący brzuch przypominał mu, że nie jadł nic od dobrych kilku godzin. Wilson zasnął szybko i chrapał głośno. Zgrzytliwy chrobot wydobywał się z jego gardła przy każdym wydechu. House ściągnął z siebie koc i pochylił się sięgając do kieszeni kurtki po pojemnik vicodinu. Otworzył wieczko i połknął na sucho dwie tabletki, wpatrując się budzik na szafce przy łóżku. Była dopiero 1:22. Cuddy wyszła niecałe pół godziny temu, choć miał wrażenie, że minęła wieczność. Dręczyło go pytanie dokąd poszła. Maleńka cząstka jego mózgu zastanawiała się czy wbrew temu co powiedziała, nie pójdzie prosto na policję, choć coś podpowiadało mu, że tego nie zrobi. Jeśli nie ze względu na niego, to dla Wilsona.

Pozostałości uszkodzonego mięśnia w jego prawym udzie zaczynały tężeć. Musiał się ruszyć jeśli nie chciał za chwilę skręcać się z bólu próbując przetrzymać skurcz i w konsekwencji obudzić swojego chorego przyjaciela. Ostrożnie wstał i wyszedł z pokoju najciszej jak potrafił. Przeszedł przez jej gabinet do salonu, w którym rozmawiali wcześniej. Zobaczył łuk prowadzący do kuchni i postanowił uciszyć swój nadal głośno burczący żołądek. Kuchnia zrobiła na nim niekłamane wrażenie. Lśniące szafki z ciemnego drewna wisiały na ścianach, zlew z nierdzewnej stali wbity był w jasny, marmurowy blat. Gdziekolwiek teraz pracowała, z pewnością było to miejsce o klasę wyższe niż PPTH.

Dokuśtykał do lodówki, otworzył drzwi i przyjrzał się jej zawartości. Niemal wszystko albo nie nadawało się do spożycia bez gotowania, albo było „karmą dla królików”, więc gdy zauważył mleko, wyjął je, potrząsnął pojemnikiem i opróżnił to co w nim zostało, po czym wyrzucił karton do kosza i zamknął lodówkę. Na poziomie jego oczu pośród licznych listów i zaproszeń wisiał namalowany kredkami obrazek przedstawiający chuderlawą kobietę z maniakalnym uśmiechem, niebieskimi, kręconymi włosami i patykowatymi rękami rozciągniętymi na boki niczym strach na wróble. Na górze, czerwoną kredką nabazgrano podpis „Mamusia”, a na dole tuż pod nogą przypominającą łapkę wróbla widniał napis „Rachel”, wykonany tak starannie, że House wyobraził sobie jak mała dziewczynka koncentruje się na jego wykonaniu tak mocno, że bezwiednie wysuwa koniec języka w kącik swoich ust. Uśmiechając się do siebie, zdał sobie sprawę, że musi mieć teraz 5 lat i chodzić do przedszkola. Zastanawiał się przez chwilę czy w ogóle go jeszcze pamięta. Zdawał sobie sprawę, że to mało prawdopodobne, zwłaszcza biorąc pod uwagę przeprowadzkę parę lat temu, ale może tym lepiej. Nie miał pojęcia co Cuddy powiedziała jej o tym co się wydarzyło, więc może lepiej byłoby jeśli nie miała żadnych wspomnień związanych z tym kim był. Poczucie winy ukłuło go nagle, gdy przypomniał sobie list, który Rachel zostawiła mu przy łóżku po operacji usunięcia nowotworów, które sam wywołał w swojej nodze. Kiedy Wilson przeczytał, o tym, że mała dziewczynka ma nadzieję, że niedługo znowu będą przyjaciółmi, podejrzewał, że słowa pochodzą tak samo od Cuddy jak od jej córki. W przeciągu kilku następnych dni pogrzebał wszelkie szanse na to. Mając pełny obraz sytuacji zrobiłby wszystko, żeby tylko zostać w życiu ich obu, w ten czy inny sposób. Ale w tamtym czasie, jego osąd był kompletnie spaczony przez narkotyki i alkohol. Nie mógł znieść myśli o widoku jej z innym mężczyzną.

House westchnął i odwrócił się. Teraz już nic nie był w stanie na to poradzić i wszystko na co mógł mieć nadzieję, to to że Cuddy będzie miała wystarczająco dużo godności, by pozwolić mu zostać tu do końca ze swoim przyjacielem. Gdzie skończy później? Któż to wie? Na razie nie wybiegał myślami tak daleko w przyszłość. Wziął jabłko z kosza na owoce stojącego na blacie, schował je do kieszeni i zdecydował się wracać. Miał szczery zamiar pójść prosto do swojego pokoju dopóki kątem oka nie zauważył schodów prowadzących na górę i gdy jeszcze raz, wolno przechodził przez salon, ciekawość wzięła w nim górę.

Po tym jak Foreman powiedział mu, że Cuddy wyjechała, przez całe miesiące przyłapywał się na tym, że myśli o niej, nawet jeśli świadomie powstrzymywał się przed wygooglowaniem jej nazwiska przy licznych okazjach. Starał się jak tylko mógł wmówić sobie, że nie zasługuje by wiedzieć. Jednak późno w nocy nie mógł powstrzymać się przed zastanawianiem się gdzie teraz jest, czy jest z kimś, i czy ona też kiedykolwiek leży na łóżku w nocy i patrząc się w sufit myśli o nim? Czy nienawidzi go tak bardzo jak przypuszcza, czy może udało jej się zablokować wspomnienia o nim jako część przeszłości, która na zawsze zostanie przeszłością, dosłownie i psychicznie? Czy kiedykolwiek będzie w stanie choćby zacząć mu wybaczać?

Fantazyjny zegar w stylu art deco tykał głośno w cichym pokoju. Nadal była dopiero za kwadrans druga, a ona powiedziała, że nie będzie jej co najmniej godzinę. Natychmiast wiedział, że to niemal z całkowitą pewnością był zły pomysł, ale po wszystkich tych miesiącach zastanawiania się co się z nią dzieje, to była zbyt duża pokusa. Decydując, że tylko pobieżnie się rozejrzy, zaczął wdrapywać się po schodach tak szybko jak tylko pozwalała mu na to noga. Zatrzymał się w połowie by chwilę odpocząć. Kiedy dotarł na górę rozciągnął się przed nim długi korytarz, z zamkniętymi drzwiami po obu jego stronach. Jednak jedne drzwi, na wprost od niego były lekko uchylone i delikatne światło sączyło się z wnętrza pokoju. To musiała być jej sypialnia. Wahał się przez kilka sekund zanim w końcu poszedł w kierunku drzwi i otworzył je. Kiedy zobaczył łóżko natychmiast wiedział, że miał rację. Wszystkie pozostałe meble były inne, ale to było zdecydowanie to samo starodawne łóżko, które poznał dosyć dobrze w czasie, gdy byli razem. Na jego brzegu leżał szlafrok, który zdjęła w pośpiechu zanim wyszła, a obok nocna koszulka i spodenki. Odwracając się dostrzegł inne dowody pośpiechu w jakim opuszczała dom. Szczotka do włosów leżała wystając poza krawędź toaletki i zachęcając go by bezmyślnie popchnął ją głębiej. Obok stała buteleczka perfum, otwarta przykrywka leżała nieopodal. Podniósł je i powąchał. To były te same, których używała przez lata. Nawiedziło go wspomnienie, jak pewnego razu Rachel bawiła się w pokoju swojej mamy, gdy się nią opiekował, podczas gdy Cuddy zajmowała się nagłym wypadkiem w szpitalu. Oglądał film, kiedy mała dziewczynka prawie płacząc z poczucia winy przyszła do niego ze szminką rozmazaną po całej twarzy i pachnąc perfumami tak mocno, że niemal wywoływało to mdłości. Wziął ją do łazienki, wymył jej twarz, przebrał w czyste ubranie i powiedział że wszystkim się zajmie. Kiedy Cuddy wróciła do domu, winę za stłuczoną buteleczkę wziął na siebie, mówiąc że czegoś szukał i ją strącił. Była poirytowana, ale wyglądało na to, że kupiła opowieść, dopóki kładąc się spać tej nocy nie zapytała sarkastycznie czy próbował też używać jej szminki. Cokolwiek zrobił, koniec końców i tak się o tym dowiadywała.

Przysiadł na chwilę na krawędzi łóżka i rozmasował obolałe udo, przyglądając się jednocześnie książkom, lampce i szklance wody, która stała na szafce przy łóżku i wtedy wbił wzrok w szufladę w szafce. Naprawdę nie powinien, ale... chwytając rączkę otworzył ją do połowy i przyjrzał się zawartości złożonej z małej paczki chusteczek higienicznych, błyszczącej zakładki, którą najwyraźniej zrobiła dla niej Rachel i innych pierdół. W końcu zdecydował się otworzyć szufladę do końca. Na końcu szuflady dostrzegł znajomą czarną, jedwabną saszetkę, która przywołała szeroki uśmiech na jego usta. Pewnego wieczoru, niedługo po tym jak zaczęli się spotykać, Cuddy wróciła spod prysznica i znalazła go na podłodze przeglądającego rzeczy ułożone na dole jej szafy. Kiedy zapytała go co tam robi odkręcił się i z uśmiechem zademonstrował znalezioną parę futerkowych kajdanek i wibrator, który teraz spoczywał wetknięty w saszetkę na końcu szuflady. Wtedy niezręczna rozmowa skończyła się namiętnym seksem na podłodze, co z kolei niestety dla Cuddy, zaowocowało poparzeniem od dywanu na jej tyłku. Przez cały następny dzień szef jej oddziału diagnostyki drażnił ją bezlitośnie za każdym razem, gdy zauważył, że nieznacznie krzywi się siadając. Miał wielką radochę przypominając jej, że był niebezpośrednio odpowiedzialny za jej dyskomfort. Saszetka leżąca w szufladzie oznaczała, że obecnie Cuddy z nikim się nie spotyka, a przynajmniej, nie jest z nikim jeszcze na tyle na poważnie by robić to we własnym domu. W innym wypadku saszetka ponownie wylądowałaby na dnie szafy. House wiedział, że nie powinno go to obchodzić. Fakt faktem, nie miał do tego żadnego prawa, ale nic nie mógł poradzić na to, że czuje całkowicie irracjonalną ulgę. Od czasu kiedy ostatnio ją widział, było całkowicie możliwe, że wdała się z kimś w poważny związek albo nawet wyszła za mąż. Była piękna, inteligentna i w przeszłości nie mogła narzekać na brak zainteresowanych nią facetów. Nie powstrzymało go to przed uciskiem w żołądku na myśl o niej z innym mężczyzną, choć sam na nią nie zasługiwał. Udowodnił to raz na zawsze, kiedy wjechał samochodem w jej dom.

Zdecydował, że prawdopodobnie już czas by wracać na dół. Wstał, wyszedł z pokoju i wtedy zdał sobie sprawę, że ma pełny pęcherz i powinien pójść do łazienki. Doszedł do wniosku, że łatwiej i szybciej będzie skorzystać z toalety na górze, postanowił więc ją zlokalizować. Otworzył drzwi sąsiadujące z pokojem Cuddy i bez włączania światła wiedział doskonale, że to nie jest to czego szuka, ale był zbyt zaintrygowany, żeby się poruszyć. Zbiór fluorescencyjnych gwiazd przylepiony był do sufitu i razem ze słabym światłem wpadającym przed okno wystarczająco rozjaśniał pokój by House mógł dostrzec małe łóżeczko w kącie przykryte niebieskim kocykiem w czerwone i niebieskie samochody. Zabawkowy wóz strażacki i ciężarówka ustawione były w rządku po przeciwnej stronie naprzeciwko białego, drewnianego pudełka na zabawki. Wchodząc dalej do pokoju, House podszedł do małej szafki pod oknem, na której pomiędzy zabawkowym samolotem i świnką skarbonką stała ramka ze zdjęciem. Podniósł ją. Na piknikowym kocu siedziała Cuddy, Rachel i mały, nie starszy niż 18 miesięcy, chłopiec. Wszyscy uśmiechali się szeroko do tego, kto robił zdjęcie, kimkolwiek on był.

- Co do diabła?

Odwrócił się trochę za szybko i ostry ból przeszył jego nogę. Cuddy stała w wejściu do pokoju rzucając w jego kierunku gniewne spojrzenie. Nie słyszał nawet gdy wchodziła na górę, a co dopiero że wchodzi do domu.

- Potrzebowałem do toalety – House zaoferował słabą wymówkę
- To nie jest toaleta
- Zauważyłem
- Na dole są dwie. Jedna połączona z pokojem, w którym śpisz. - Powiedziała powoli precyzyjnie dobierając słowa. Wiedział, że była wściekła, że naruszył jej prywatność.
- Więc planujesz stanąć do wyścigu z Madonną?

Wiedząc, że wpadł w tarapaty auto pilot w jego mózgu przestawił go natychmiast w tryb ofensywny. Powoli i ostrożnie odłożył fotografię tam gdzie ją znalazł.

- Słucham? - wybąknęła, a wyraz jej twarzy przeszedł z gniewu w dezorientację.
- Adoptowałaś jeszcze jednego bachora, żeby poczuć się lepiej...

Jak tylko to powiedział, natychmiast pożałował. Nawet tak nie myślał, ale zagoniony w ślepy róg, reagował zawsze tak samo. Najpierw atakuj, potem myśl. Cuddy otworzyła usta częściowo w szoku, a częściowo jakby chciała coś powiedzieć, ale jednak się rozmyśliła. W słabym świetle wpadającym przez okno dostrzegał jak drgają mięśnie gdy zaciskała szczęki walcząc z napływającymi do oczu łzami. Wzięła głęboki oddech, a jej oczy jeszcze raz wypełnił gniew.
- Pieprz się!

Odwróciła się na pięcie zanim mógł zareagować, poszła do swojego pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi, zostawiając w chłopięcym pokoju House'a samego z jego poczuciem winy i tego, że znajduje się w niewłaściwym miejscu.

Schodząc na dół do gościnnego pokoju zdawał sobie sprawę, że kolejny raz dał plamę. Uczucie tylko pogorszyło się, kiedy zobaczył zestaw medycznych instrumentów, który najwyraźniej przywiozła ze szpitala i tymczasowo zostawiła w swoim gabinecie nie chcąc nikogo budzić. Przeciwodleżynowa mata do łóżka leżała na podłodze obok dużej skrzynki, której nie było tam wcześniej. Oparta o ścianę stała duża czarna butla z tlenem, która z pewnością sprawiła jej trudność w wyjęciu z samochodu i wniesieniu do środka. Była praktyczna, ale przede wszystkim była uprzejma, i to właśnie sprawiało, że pogardzał sobą jeszcze bardziej. Wrócił do pokoju, gdzie Wilson nadal spał i wszedł do łazienki cicho zamykając za sobą drzwi i zapalając światło. Powitało go jego własne zmęczone odbicie w lustrze nad zlewem.

- Ty idioto! - wyszeptał cicho do siebie.


Ostatnio zmieniony przez orco dnia Sob 5:47, 01 Gru 2012, w całości zmieniany 4 razy



_________________
"To change the world, start with one step
however small, first step is hardest of all"
strony internetowe

PostWysłany: Nie 18:27, 04 Lis 2012
orco
Tłumacz



Dołączył: 17 Wrz 2009
Pochwał: 28

Posty: 638

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

- CZĘŚĆ 3-

Brak snu przyprawił Cuddy o intensywny ból głowy, z którego nie mogła się otrząsnąć. Leżała nie śpiąc przez większą część nocy i rozmyślała o tym jak to w ogóle możliwe, że w ciągu zaledwie kilku godzin, jej świat został wywrócony do góry nogami, choć wszystko było możliwe jeśli tylko House maczał w czymś palce. Tak wiele razy odkąd opuściła New Jersey zastanawiała się nad tym co by się stało, gdyby ich ścieżki ponownie się spotkały. Rozważała możliwe scenariusze ich spotkania. W wielu z nich wyobrażała sobie jak go policzkuje i mówi jakim jest żałosnym nieudacznikiem. W innych przyczołgiwał się do niej błagając ją o wybaczenie, a ona obdarzała go chłodnym spojrzeniem jakby w ogóle go nie dostrzegała i odchodziła z typowym dla siebie kołysaniem bioder, nie pozostawiając mu żadnych wątpliwości co do tego, że ułożyła sobie życie na nowo. A potem, pewnego dnia, będąc w pracy usłyszała o jego śmierci miesiąc wcześniej. Spokojnie powiedziała swojej asystentce, że nie chce by jej przeszkadzano, niezdarnie weszła do osobistej łazienki przyłączonej do jej gabinetu czując jak uginają się pod nią kolana, zamknęła za sobą drzwi i powoli osunęła się na zimną podłogę bezskutecznie próbując powstrzymać pełen szoku szloch. Przez ponad dwa miesiące skrycie przeżywała żałobę po nim. Wspomniała o tym jedynie swojej siostrze, która nie wykazała wiele sympatii ani zrozumienia dla opłakiwania człowieka, który tak bardzo ją skrzywdził. Zachowując na zewnątrz pozorny spokój Cuddy rzuciła się w wir pracy i skoncentrowała na opiece nad dziećmi, co zajmowało ją wystarczająco aż do momentu, gdy kładła się spać i wtedy nie była już w stanie powstrzymać goniących po jej głowie myśli. Irracjonalnie czuła się winna, ale przede wszystkim ogarniał ją po prostu przemożny smutek. Smutek, że nawet nie wiedziała o tym, że zginął. Smutek, że jego tragiczna śmierć spektakularnie zakończyła ich burzliwą znajomość, która w tej czy innej formie przetrwała ponad dwadzieścia lat. To wszystko było takie nieodwracalne. I wtedy on pojawił się na jej progu...

Po zakończonej rozmowie telefonicznej z członkiem swojej rady nadzorczej cicho zeszła do kuchni, wzięła szklankę i aspirynę z szafki i skierowała się do zlewu po wodę. Nadal była zaledwie 7 rano, stosunkowo późno jak na nią nawet w niedzielę, bo dzieci wstawały wcześnie, ale starała się nie robić hałasu nie chcąc obudzić swoich dwóch gości. Łykając aspirynę z wodą kątem oka dostrzegła za oknem postać, siedzącą w jej ogrodzie plecami do niej. Jeden palec stukał beznamiętnie w poręcz ławki, podczas gdy mężczyzna zdawał się patrzeć bezmyślnie przed siebie. Kilka minut później Cuddy wyszła na zewnątrz by się do niego przyłączyć, z kubkiem herbaty w jednej ręce i narzutą ściągniętą z kanapy w drugiej.

- Cześć – Powiedział ciepło Wilson.

Słaby, ale szczery uśmiech rozświetlił jego twarz, gdy postawiła herbatę na stoliku przed nim i zarzuciła mu narzutę na ramiona. Poczuł niemal ukłucie winy gdy uzmysłowił sobie, że brakowało mu właśnie takiej kobiecej troskliwości. Nie zdawał sobie sprawy, że od miesięcy tęsknił za czymś takim.

- Hej – Odpowiedziała Cuddy – Przyniosłam Ci to – wskazała parujący kubek – pomoże uspokoić twój żołądek.
- Dzięki... Nie przeszkadza ci, że tu siedzę, prawda? - zapytał gdy siadła obok niego
- Nie, oczywiście, że nie.
- Obudziłem się i nie mogłem znowu zasnąć, więc wyszedłem tutaj zaczerpnąć nieco świeżego powietrza...
- Boli cię? - Zapytała z pełnym troski wyrazem twarzy
- W tym momencie nie. Trochę niedobrze się czuję, ale poza tym nic mi nie jest.
- Na pewno? Mogę ci coś dać.

Wilson pokręcił głową. W rzeczywistości trochę go bolało, ale chciał unikać mocniejszych opiatów tak długo jak będzie to możliwe. Cenił sobie trzeźwość umysłu i chciał ją zachować tak długo jak będzie w stanie.

- Nic mi nie jest. House dzieli się teraz swoim vicodinem.

Cuddy poczuła ucisk w żołądku i zdała sobie sprawę, że gdzieś w głębi podświadomości miała nadzieję, że powrót do narkotyków był u House'a tylko chwilowy i że po jej wyjeździe znowu przestanie brać. Najwyraźniej nie przestał.

- Jeśli będziesz potrzebował czegoś mocniejszego...
- Dam ci znać.

Siedzieli w ciszy przez minutę lub dwie podziwiając jak słońce wstaje coraz wyżej nad horyzontem. To była swoista cisza przed burzą. Ptak kołował na niebie nad nimi i oboje razem patrzyli na niego w milczeniu.

- House nadal śpi? - zapytała Cuddy nerwowo pocierając ramię
- Chrapie jak lokomotywa – Wilson odwrócił się i uśmiechnął do niej – Wiesz, naprawdę dobrze cię znowu zobaczyć. Ciebie w takim miejscu... Jest miłe. Pasuje do ciebie.

Kąciki jej ust uniosły się łagodnie gdy wyciągnęła rękę, chwyciła dłoń Wilsona i uścisnęła ją łagodnie.

- Dzięki. Ciebie też dobrze widzieć.
- Jestem taki wdzięczny, że pozwalasz nam tu zostać, ale jeśli to zbyt wiele ze mną w takim stanie i z House'em... będącym House'em...
- Nie przejmuj się.
- Powiedz tylko słowo...

Najbardziej na świecie chciał tutaj zostać. Miał dość podróży i bezosobowych moteli, w których się zatrzymywali, ale nie chciał nic wymuszać.

- Nie będę kłamać, że nie byłam zszokowana gdy nagle pojawiliście się pod moimi drzwiami, ale cieszę się, że czułeś, że możesz tu przyjechać.  
- Szczerze?
- Szczerze. Już dzwoniłam do pracy i powiedziałam, że biorę wolne.
- I nie mieli nic przeciwko?
- Mam trochę zaległego urlopu i zgodziłam się zajmować częścią papierkowej roboty z domu. Zaufaj mi, nie zwolnią mnie z tego powodu.

To była prawda. Po tym jak przeprowadziła się do Kalifornii i zaczęła rozglądać się za pracą, zgłosiło się do niej kilka szpitali. Odrzuciła prawie wszystkie oferty pozostawiając tylko dwie najlepsze. Członek rady nadzorczej UCSF zaprosił ją na obiad, w trakcie którego podsunął jej przez stół karteczkę z proponowanym wynagrodzeniem. Było tak wysokie, że przyprawiło ją niemal o mdłości. To, razem z innymi udogodnieniami oznaczało, że ona i jej dzieci mogą w przyszłości żyć bardziej niż wygodnie. Nie było się nad czym zastanawiać. Odkąd przyjęła ofertę i zaczęła pracę jej szefostwo było z niej bardzo zadowolone. Urlop nie będzie dużym problemem.

- Porozmawiam też ze swoją siostrą, żeby przetrzymała dzieci trochę dłużej...
- Dzieci? W liczbie mnogiej? - Zapytał Wilson unosząc wysoko brwi w konsternacji.

Cuddy zganiła się w myślach. Nic nigdy nie uchodziło jego uwadze. Głupotą było w ogóle mieć nadzieję, że po ostatniej nocy uda jej się zachować to przed nim w tajemnicy. Chciała jednak spróbować utrzymać swoją rodzinę tak daleko od tej całej sytuacji, jak to tylko możliwe. To była kwestia przetrwania.

- Mam małego chłopca... nazywa się Jacob. Za kilka miesięcy kończy dwa latka.

Wilson sięgnął obok krawędzi ławki, podniósł mały zabawkowy samochód i przytrzymał go przed nią.

- To wyjaśnia dlaczego prawie usiadłem na tym – zakręcił palcem jedno z kółek – z tego co pamiętam, Rachel raczej wolała lalki.

Wywracając oczami, Cuddy wzięła samochodzik z jego ręki i uśmiechnęła się do siebie jakby coś sobie przypominała.

- Szukaliśmy go przed ich wyjazdem do Julii w piątek – obróciła samochodzik w dłoni, pogładziła palcem lśniący czerwony lakier – Ma około 20 dokładnie takich samych samochodów, ale ten konkretny jest jego ulubiony.
- To znaczy, że znowu adoptowałaś? - Jej oczy rozszerzyły się nagle w zaskoczeniu, co sprawiło, że Wilson cofnął się zawstydzony – Jestem zbyt wścibski.
- Nie, w porządku. Po prostu myślałam, że House coś ci powiedział... - Wilson potrząsnął przecząco głową – Mieliśmy wczoraj spięcie po tym jak nakryłam go myszkujacego po domu. Powiedział mi nie przebierając w słowach, jakie według niego były moje motywy, żeby adoptować jeszcze jedno dziecko.

Mówiąc to wpatrywała się w kamienne płyty pod swoimi stopami, czubkiem sandała śledząc krawędź jednej z nich i unikając kontaktu wzrokowego z uważnie obserwującym jej nerwowe ruchy, onkologiem. Pomimo wszystko, było wyraźne, że House nadal nie był jej obojętny. I w przeciągu zaledwie kilku godzin, które tu spedzili, udało mu się ją znowu zasmucić. Onkolog położył rękę na jej ramieniu, chcąc dać nieco wsparcia.

- House to idiota. Już dawno temu ustaliliśmy jak wielkim jest idiotą.
- Wiem – Cuddy wzruszyła ramionami, - ale...
- Ale nic! - Przerwał jej Wilson – Lisa, posłuchaj, masz piękny dom, dwójkę wspaniałych, z tego co słyszę, dzieci, pracę, która jeśli dobrze rozumiem wreszcie odpowiada twoim umiejętnościom. Z kolei House ma zardzewiałe kabrio, śmiertelnie chorego najlepszego przyjaciela i nie jest nawet w stanie otworzyć konta w banku, nie mówiąc już o znalezieniu pracy, a zawdzięcza to wszytko przekonaniu, że udawanie własnej śmierci jest dobrym pomysłem. Naprawdę myślę, że on jest ostatnią osobą, którą powinnaś słuchać w odniesieniu do decyzji jakie podejmowałaś w swoim życiu.

Lekarka roześmiała się gdy spojrzał na nią z uśmiecham.

- Naprawdę mi cię brakowało.

Przez chwilę Wilson przypatrywał się jej uważnie.

- Naprawdę?
- To nie z tobą zawsze miałam problem.
- Ja tylko myślałem... - zawahał się, ale po chwili kontynuował – Nigdy nie odbierałaś moich telefonów i myślałem, że to ma coś wspólnego z dniem, kiedy wyjechałaś.

Teraz to Wilson kręcił się nerwowo w miejscu.

- To nie miało nic wspólnego z TYM...
- Jesteś pewna? Nie rozstaliśmy się w najlepszej atmosferze.
- Owszem – Cuddy odpowiedziała współczująco – Oboje byliśmy wtedy przybici. To był błąd. Już o tym zapomniałam.
- Hej – szturchnął ją zaczepnie łokciem w ramię – Nie mogę powiedzieć, żebyś podbudowała tym moje delikatne ego.

Minęła chwila zanim odpowiedziała.

- Powiedziałeś mu kiedykolwiek?
- Nigdy w życiu!

Gdy Wilson sięgał po herbatę, Cuddy zauważyła, że ręka drży mu delikatnie. Wyglądał znacznie lepiej niż poprzedniej nocy, ale nie dało się nie zauważyć zmian jakie w nim zaszły od kiedy widzieli się po raz ostatni. Pracując w szpitalu, ciągle widuje się ludzi tak chorych, że ich stan pogarsza się z dnia na dzień, ale to zupełnie co innego, gdy dotyczy to kogoś kogo się zna. Kogoś na kim człowiekowi zależy. Obserwując jak onkolog popija wolno herbatę, Cuddy starała się nie wypatrywać zmian jakie w nim zaszły. Psychicznie zdawał się być tą samą osobą. Może był nieco bardziej stonowany niż kiedyś, ale fizycznie wyglądał jak cień samego siebie i widząc to chciało jej się płakać. Był ostatnią osobą, która zasługiwałaby na to co go spotykało. Wzięła głęboki oddech i rozciągnęła się na ławce prostując nogi. Jej litość na nic mu się nie przyda.

- Nie odbierałam twoich telefonów, bo nie mogłam pozwolić sobie na ponowne zaangażowanie się w coś związanego z House'em... Myślałam, że będziesz potrzebował mojej pomocy bo on podpalił szpital albo wysadził pacjenta i po prostu nie mogłam znowu się tym zajmować. Musiałam się ustatkować... Gdybym wiedziała, że jesteś chory albo że on jest...

Cuddy pozwoliła by reszta zdania pozostała niedopowiedziana. „Martwy” nie było właściwym słowem w świetle tego czego dowiedziała się poprzedniej nocy.

- Ale wczoraj już wiedziałaś, prawda? Widziałem twoją minę zanim straciłem przytomność – wypił kolejny łyk napoju i odstawił kubek na stół – Chodzi mi o to, że byłaś zaskoczona widząc mnie, ale widząc House'a... wyglądałaś jakbyś dosłownie zobaczyła ducha.
- Jakiś miesiąc po tym jak przestałeś dzwonić, Masters pojawiła się na rozmowie o pracę.
- W UCSF?

Cuddy przytaknęła.

- Ostatnie dwa lata spędziła na bliskim wschodzie pracując w fundacji „doktorzy bez granic” asystowała przy operacjach rekonstrukcji kończyn u ofiar min przeciwpiechotnych. W końcu zdecydowała się wrócić do stanów i zapuścić korzenie. W moim oddziale chirurgii pojawił się wakat i aplikowała na niego. Umówiłyśmy się na rozmowę, miała idealne kwalifikacje i po wszystkim, kiedy uścisnęłyśmy sobie ręce i już miała wychodzić, powiedziała, że zdziwiło ją, że nie przyjechałam na pogrzeb.
- Nie miałaś pojęcia? - Onkolog skrzywił się wyobrażając sobie sytuację
- Nie. Przez następne 5 minut opowiadała mi o House'ie wyglądając, jakby marzyła tylko o tym by pochłonęła ją ziemia.
- A co z tobą?

Cuddy wpatrywała się przez chwilę w dal jakby rozważała co odpowiedzieć.

- Po wypadku, wyobrażałam sobie jak zadaję mu powolną, bolesną śmierć na milion różnych sposobów, ale...

Zamiast skończyć zdanie, westchnęła i wbiła wzrok w kępę rzadkiej trawy kilka metrów dalej. Naprawdę nie pragnęła jego śmierci, nawet jeśli nie chciała już nigdy mieć z nim nic wspólnego.

- On nie próbował cię skrzywdzić... - niemal wyszeptał Wilson, zauważając że przyjaciółka tak mocno trzyma krawędź ławki, że aż pobielały jej knykcie – po prostu się załamał.
- A czy to cokolwiek zmienia?

Wyraźnie dało się wyczuć gniew w jej głosie, choć ton zachowała spokojny, a słowa wyważone. To tylko bardziej zaniepokoiło Wilsona. Ostatnia rzecz, której chciał, to pokłócić się z nią.

- Nie, ale...
- Ale co? Czy tylko dlatego, że jakimś cudem nie zranił ani mnie, ani nikogo z mojej rodziny, naprawdę uważasz, że mnie nie skrzywdził? Przewrócił do góry nogami całe moje życie... Powinnam tak po prostu wybaczyć i zapomnieć?

Widząc wzbierającą w niej prawdziwą furię, Wilson zdecydował się rozładować sytuację zanim będzie za późno.

- Przepraszam... nie powinienem był się odzywać.

Napięcie wyraźnie opadło z jej ramion. Nie chciała psuć dobrych stosunków z przyjacielem. Nie teraz kiedy był tak chory i to była ostatnia okazja by spędzić z nim nieco więcej czasu.

- W porządku.
- Nie, nie w porządku – powiedział twardo Wilson – to wystarczająco złe, że narzucam ci się w ten sposób, nie wspominając w ogóle o podejmowaniu dyskusji, którą nie ja powinien prowadzić.

Cuddy odwróciła się do niego i uśmiechnęła kładąc dłoń na jego policzku i delikatnie gładząc kciukiem po pokrytej kilkudniowym zarostem szczęce.

- Zawsze tworzyłeś wymówki dla House'a. Po prostu taki już jesteś, że ciągle to dla niego robisz i rozumiem dlaczego... cholera wie dlaczego spośród wszystkich ludzi to właśnie ja rozumiem dlaczego. To, co on dla ciebie zrobił, było wspaniałe... szalone, ale wspaniałe. Jednak nie będę cię okłamywać. Wszelkie szanse, na jakikolwiek związek między nami skończyły się w dniu, w którym zaparkował samochód w moim salonie. - Widziała falę rozczarowania, która przeszła przez jego oblicze, ale była zdecydowana by powiedzieć do końca to co zaczęła – Będę tolerować jego obecność tutaj ze względu na ciebie, ale po... potem, nie mogę... Nie pozwolę, żeby został w pobliżu i znowu mnie skrzywdził.
- Cóż, wydawało mi się, że wasza dwójka koniec końców znajdzie jakiś sposób...

Opuszczając dłoń z jego policzka, Cuddy chwyciła jego dłoń, splatając palce i przytrzymała mocno.

- Niektórych rzeczy po prostu nie da się naprawić. - Minęła krótka chwila zanim ponownie przemówiła tym razem podniosła drugą rękę i pogładziła wierzchem dłoni szczecinę na jego policzku – Z drugiej strony to...
- House powiedział, że wyglądam dzięki temu dziko – zakpił z udawaną urazą.

Cuddy roześmiała się głośno i posłała przyjacielowi spojrzenie pełne swoistego obrzydzenia.

- Nic dziwnego, że ludzie uważają was za parę. Którym ty jesteś? Kowbojem, policjantem, robotnikiem budowlanym czy Indianinem? - zachichotała
- Hej, pod tą marmurową fasadą, nadal mam uczucia, wiesz?

Kobieta wstała łagodnie ciągnąc go za rękę, którą wciąż trzymała, zachęciła by też się podniósł.

- Dokąd idziemy?
- Wystarczy, że będę musiała znosić jednego niechlujnego dupka wałęsającego się w pobliżu, ale dwóch? O nie! - pociągnęła go z powrotem w kierunku balkonowych drzwi do domu – Ja, Jamesie Wilsonie, zamierzam zrobić ci najlepsze golenie i strzyżenie jakie miałeś w życiu.
- Czy dodatkowo można liczyć na masaż całego ciała - zaszczebiotał bezczelnie.
- Udam, - powiedziała z uśmiechem nie zatrzymując się, ani nawet nie odwracając się do niego – że tego nie słyszałam.

W tym samym czasie, przez otwarte okno do pokoju gościnnego wpadała delikatna bryza, podczas gdy House siedział na brzegu łóżka i gapił się na sęk w lakierowanej, dębowej podłodze. Ręką nieustannie masował obolałe udo. Słyszał wszystko.


Niedługo przed południem House poszedł do samochodu i wracał niosąc dwie ciężkie sakwy. Otworzył drzwi frontowe i lękliwie skierował się do kuchni, podczas gdy Cuddy stała nad patelnią coś smażąc. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że na nią patrzy.

- Cześć
- Cześć – odpowiedział niemal jakby to było pytanie i czując się tak niezręcznie i nie na miejscu, jak dzieciak pierwszego dnia w szkole. Wiedział, że coś musi powiedzieć o tym co zaszło poprzedniej nocy. Przełknął głośno zanim się znowu odezwał – Co do wczorajszej nocy... Ja... Ja zachowałem się niepoprawnie.

Cudyy odwróciła się by stanąć z nim twarzą w twarz, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Przybrała pokerowy wyraz twarzy, co sprawiało, że kompletnie nie dało się z niej niczego wyczytać.

- Owszem, zachowałeś.
- Przepraszam, to się więcej nie powtórzy.

Nastąpiła chwila ciszy, w czasie której zdawała się studiować jego twarz szukając wszelkich oznak nieszczerości. Mogła pozwolić mu się wić trochę dłużej, ale nic by tym nie osiągnęła, a napięcie pomiędzy nimi dwoma na pewno nie przysłużyłaby się Wilsonowi. Nie czuła się zbyt swobodnie z nim pod jednym dachem, ale dużo prościej było po prostu zachowywać się uprzejmie.

- Przeprosiny przyjęte – oznajmiła w końcu i spojrzała w dół na torby, które trzymał – Co tam masz?
- Dwóch facetów ciągle w drodze przez kilka miesięcy. Zebrało się trochę prania. Tak pomyślałem... - Westchnęła i zaczęła iść w jego kierunku, tak jakby chciała wziąć od niego torby – Nie. Wskaż mi tylko pralkę i sam to zrobię.

Cuddy szczerze zdziwiona zrobiła krok w tył i podrapała się w tył głowy.

- Hmmm, no dobrze... Jest tam, w pralni... Proszek jest w szafce na górze. Jesteś pewien, że nie chcesz, żebym ja się tym zajęła? - zapytała wyraźnie zbita z tropu. Kiedy byli razem House z własnej woli nie wykonywał żadnych zadań domowych.
- Skoro potrafiłem obczaić jak się lata myśliwcem, to z pralką też sobie poradzę.
- Potrafisz pilotować samolot?
- W teorii, tak. W rzeczywistości... może. Ale nie sądzę, żeby pranie bielizny Wilsona mnie przerosło. Tak właściwie, jestem tego pewien.
- Proszę bardzo! - Cuddy podniosła ręce do góry w geście poddania – nie przeszkadzaj sobie.

Kilka minut później House wrócił do kuchni z niemal zbyt zadowolonym z siebie wyrazem twarzy. Wzrok wbił w drzwi prowadzące z powrotem do salonu, ale po chwili wahania zdecydował się zostać, ostrożnie opierając się o wysepkę bezpośrednio za plecami Cuddy. Po latach praktyki potrafiła bezbłędnie wyczuć kiedy się na nią gapił. Stare psy nie uczą się nowych sztuczek.

- Wilson ma pleśniawkę – powiedziała rzeczowym tonem dodając szczyptę soli do garnka.
- Niezależnie od tego co ci opowiadał, nigdy nawet nie dzieliliśmy łóżka.

Mimowolnie wydała z siebie rozbawione parsknięcie. Odwróciła się twarzą do niego, nonszalancko bawiąc się drewnianym pojemnikiem kuchennym.

- Mówię o jego ustach
- Rzadko kiedy choćby trzymaliśmy się za ręce! - upierał się, z trudem ukrywając bezczelny uśmieszek, gdy obserwował jak przygryza dolną wargę próbując powstrzymać się przed wybuchem głośnego śmiechu.

Pomimo żartów oboje wiedzieli, że pleśniawka oznaczała, że system odpornościowy ich wspólnego przyjaciela jest mocno osłabiony. To nie był dobry znak.

- Wczoraj przywiozłam Chlorheksydynę w spreju. Będziesz musiał pilnować, żeby używał jej regularnie.
- Jasne
- Powiedział, że ma problemy z przełykaniem, więc ugotowałam cały garnek rosołu.
- Potrzebujesz pomocy?
- Myślę, że jest gotowy – Spojrzała za siebie na garnek, po chwili odezwała się znowu – Myślałam o zrobieniu galaretki.
- Mam przygotować imprezowe czapeczki?
- Tylko jeśli masz prezent...

Gdyby 24 godziny wcześniej ktoś powiedział Cuddy, że będzie stała we własnej kuchni przekomarzając się ze swoim martwym, byłym chłopakiem, przepisałaby mu jakieś silne leki psychotropowe, ale właśnie to się teraz działo i co więcej, sprawiało jej to frajdę. W pracy nikt nie miał na tyle śmiałości by patrzeć na nią w nieodpowiedni sposób, nie wspominając o podważaniu czegokolwiek co powiedziała. To sprawiało, że jej przeładowany różnymi obowiązkami dzień był zdecydowanie łatwiejszy do ogarnięcia, ale sprawiało też, że czuła się emocjonalnie odcięta od świata. W UCSF nikt nie wpadał niespodziewanie do jej gabinetu wyzywając ją od idiotek, nikt nie siadał przygnębiony w krześle naprzeciwko, narzekając, że ordynator jej oddziału diagnostycznego porozstawiał pułapki na myszy po całym jego biurze. Brakowało jej tego typu wydarzeń i przyjaźni jaka łączyła ją z Wilsonem, ale z House'em zawsze było inaczej, dużo bardziej skomplikowanie, jeszcze na długo zanim znalazła go siedzącego na podłodze w jego łazience i powiedziała, że go kocha.

- Cuddy?
- Hmm? - wymruczała potrząsając głową, wytrącona nagle z własnych rozmyślań
- Powiedziałem, żebyś dała mi coś do roboty... Choć Wilson wyglądanie niezwykle uroczo, mam już dosyć patrzenia na niego gdy śpi – Widząc, że jego była szefowa przypatruje mu się podejrzliwie, dodał – Co?
- Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek wcześniej sam prosił o coś do roboty.

W pierwszym odruchu chciał rzucić jakiś błyskotliwy komentarz, najlepiej odnoszący się do ich wspólnej łóżkowej historii, ale tym razem był na tyle rozsądny, żeby się w porę powstrzymać.

- Sytuacje się zmieniają.

Obserwowała jak jedną ręką sięga za ladą do swojej bolącej nogi i bezmyślnie masuje miejsce, gdzie powinien być mięsień. Spuścił wzrok, a palcami drugiej ręki wystukiwał na blacie takt jakiejś melodii, którą odtwarzał w myślach. Z doświadczenia wiedziała, że zachowywał się w ten sposób, kiedy był niespokojny.

- A co z ludźmi?

Praktycznie wyszeptała to pytanie, ale mimo to usłyszał i natychmiast podniósł wzrok spoglądając jej prosto w oczy. Nie miał pojęcia co powiedzieć, nawet gdyby mówiła poważnie, choć sposób w jaki mu się przyglądała z pewnością sugerował, że oczekiwała szczerej odpowiedzi.

- Ja...

W momencie, gdy już miał coś odpowiedzieć, w pokoju za ich plecami zadzwonił telefon wytrącając ich oboje z osobliwego nastroju.

- Lepiej to odbiorę
- OK - Skinął delikatnie głową, choć Cuddy nawet nie drgnęła.
- Możesz przygotować galaretkę... Żelatyna jest w tamtej szafce – wskazała na szafkę, telefon cały czas dzwonił – Wszystko inne...
- Odbierz ten pieprzony telefon! Poradzę sobie
- Na pewno?
- Tak!

Uśmiechnęła się i prawie biegiem ruszyła do salonu, padła na sofę i chwyciła telefon w momencie, gdy włączała się poczta głosowa. Z miejsca, gdzie usiadła doskonale widziała co House robi w kuchni. Sprawiał wrażenie zajętego, otwierał szafki i udawał, że szuka paczki z galaretką, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że uważnie przysłuchuje się jej rozmowie.

- Cześć kochanie – to musiała być Rachel sądząc po tym jak jej głos złagodniał.

Znalazł miskę i zagotował wrzątek w czajniku na kuchence, ale cały czas słuchał uważnie jak mała dziewczynka opowiadała mamie o dręczących ją sprawach niemal nie pozwalając Cuddy dojść do słowa. Po jakichś pięciu minutach rozmowa wyraźnie miała się ku końcowi.

- Ja też za tobą tęsknię kochanie... Nie słoneczko, nie jestem samotna... - Mówiąc to nieświadomie rzuciła okiem na House'a, ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę zanim nie odwrócił się do masy którą mieszał w misce. - Ja też cię kocham, bądź grzeczna!... Możesz teraz podać telefon cioci Julii?

Czekając aż jej siostra podejdzie do telefonu, Cuddy ułożyła się wygodnie i wciągnęła nogi na kanapę, przypadkowo pozwalając sukience zsunąć się w kierunku jej pośladków i dając House'owi możliwość podziwiania tylnej strony swoich ud. Zerknął tylko w tamtym kierunku, gdy ona rozmawiała beztrosko, po czym szybko skupił całą uwagę z powrotem na masie, którą teraz ubijał tak wściekle, że pobielały mu knykcie w ręce, którą ściskał trzepaczkę. Kiedy zasnął wczorajszej nocy, śnił o tych właśnie udach zaciskających się mocno wokół jego bioder, kiedy on zanurzał się w jej wnętrzu. O jej paznokciach wbijających się w jego plecy przy każdym kolejnym pchnięciu, któremu wychodziła naprzeciw. O wypiekach na twarzy, które tak doskonale pamiętał, o jej rozszerzonych źrenicach i lekko rozchylonych ustach, które czasem przygryzała bezwiednie. O tym jak patrzy na niego wzrokiem pełnym miłości.

Westchnął głęboko, odsunął miskę na bok i przysiadł na jednym ze stołków przy barze. Następne kilka tygodni, będzie dla niego trudne i to nie tylko z powodu Wilsona.



_________________
"To change the world, start with one step
however small, first step is hardest of all"
strony internetowe

PostWysłany: Czw 9:09, 08 Lis 2012
orco
Tłumacz



Dołączył: 17 Wrz 2009
Pochwał: 28

Posty: 638

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Nawet nie wiem co napisać... Ten fick jest po prostu świetny!
Mnie Hudzinę napawa nadzieją, że drogi Housa i Cuddy przetną się i utworzą jedną wspólną już do końca. Wiem, że wiele ludzi nie chciałoby takiego zakończenia ale zakończenie serialu było na tyle otwarte, że każdy może sobie wyobrazić co tylko zechce i mnie takie potoczenie się ich losów jak w tym ficku jak najbardziej odpowiada. Dlatego bardzo czekam na następne części!!

Mam tylko nadzieje, że Wilson nie przespał się z Cuddy i to nie jego dziecko tylko Housa.......... może też być adoptowane tylko nie Wilsona:)

Gratuluję autorowi!!
I oczywiście dziękuję za świetne tłumaczenie:)



PostWysłany: Sob 20:22, 10 Lis 2012
beata_3
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Sty 2010

Posty: 43

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

dzięki beata_3. Świadomość, że nie piszę całkiem w pustkę pozwala utrzymać jakąkolwiek mobilizację, żeby kontynuować.


- CZĘŚĆ 4-

W ciągu następnych kilku dni stan zdrowia Wilsona zdawał się stabilizować, a nawet polepszać. Ponieważ zakażenie gardła było leczone, łatwiej było mu jeść. Ponieważ łatwiej było mu jeść, odzyskał nieco sił. W związku z tym House ogłosił, że wszyscy jadą na wycieczkę. Po pewnym czasie wylądowali w niewielkiej nadmorskiej restauracji „Rybacka Estakada” klimatycznie przyozdobionej staroświeckimi sieciami i muszlami krabów zawieszonymi na ścianach, gdzie zamówili na lunch małże i inne morskie mięczaki. Dyskutowali z ożywieniem opowiadając swoje wspomnienia związane z morzem. Cuddy zanosiła się ochrypłym śmiechem gdy Wilson opowiadał jak oparzenie przez meduzę podczas wakacji spędzanych z rodziną na Karaibach, doprowadziło go do utraty dziewictwa w wieku 17 lat, po tym jak wzbudził litość w niewiele starszej od niego, mieszkającej na wyspie dziewczynie. House siedział naprzeciw Cuddy, tyłem do restauracyjnego okna i obserwował jak pochyla się delikatnie nad stolikiem, z szerokim uśmiechem na twarzy sporadycznie ustępującym miejsca cichemu chichotowi, z całą uwagą słuchała historii o tym jak jego przyjaciel, jako nieśmiały i niezbyt wygadany nastolatek zaciął do łóżka dziewczynę. House prawdziwie nie był w stanie przypomnieć sobie kiedy po raz ostatni widział ją tak beztroską i rozluźnioną, a jednocześnie całkowicie zaangażowaną.

Dla odwrócenia uwagi, wziął solniczkę wysypał na stół nieco jej zawartości tworząc mały kopczyk i zaczął bawić się nim wytyczając palcem ścieżki w białych grudkach. Jego oczy rozglądały się dookoła po innych siedzących w lokalu gościach i doszedł do wniosku, że wszyscy chyba zakładają, że Cuddy i Wilson są parą, która z uprzejmości zaprała na lunch swojego niepełnosprawnego, nie posiadającego dziewczyny, przyjaciela.

- Wszystko w porządku? - zapytał zmartwiony Wilson
- Doskonale, – odpowiedział bez przekonania – muszę do łazienki

Kiedy szedł do toalety, spojrzał przez ramię i zobaczył Cuddy trzymającą górkę soli w ręce. Drugą ręką zgarniała resztki przez krawędź stolika. Szczyptę przerzuciła przez ramię a resztę wyrzuciła na podłogę, z jej twarzy ani na chwilę nie schodził szeroki uśmiech, który gościł tam już od godziny, podczas gdy Wilson kontynuował swoja opowieść. House pokuśtykał przygnębiony do łazienki, czuł się niewidzialny.

Później tego wieczora zostawił ich siedzących ze skrzyżowanymi nogami po przeciwnych stronach łóżka Wilsona i dyskutujących o gościnnym występie Hitchcocka w jego "Oknie na podwórze". Poszedł kilka ulic dalej do najbliższego sklepu, bez żadnego konkretnego celu, chciał się po prostu wyrwać z domu. Kilkukrotnie próbował kierować rozmowę na jakieś ciekawsze dla siebie tematy, ale przyjaciele nie podchwycili żadnego z nich. Obojętnie przechadzał się wzdłuż sklepowych półek, wrzucając do wózka piwo, chipsy i słodycze, starał się ignorować nastolatka, który niezbyt dyskretnie gapił się na jego nogę, wkładając do koszyka własne zakupy.

Niewiele ponad pół godziny po opuszczeniu domu, wrócił trzymając w ręce torbę ze sprawunkami. Poszedł do pokoju Wilsona, żeby obwieścić przyjaciołom, że zrobił zakupy, ale znalazł ich oboje śpiących na łóżku, podczas gdy w telewizorze naprzeciwko leciał film, o którym dyskutowali wcześniej. Wilson leżał na wznak z brodą opartą o czubek jej głowy, która z kolei leżała oparta wygodnie o jego ramię, podczas gdy reszta jej ciała była wtulona w jego bok, a jej ręka spoczywała na jego klatce piersiowej. W dziewięciu na dziesięć przypadków właśnie w ten sposób zasypiała przy nim, kiedy jeszcze byli razem. Natychmiast w poszukiwaniu ciepła wtulała się ciasno jego bok. House wyłączył telewizor w momencie, gdy na ekranie niski, łysawy mężczyzna nakręcał zegar ścienny, po czym cicho wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi. Usiadł ciężko na kanapie w salonie, sięgnął do siatki obok i wyciągnął z niej butelkę piwa, którą otworzył zębami i zaczął powolnie sączyć siedząc w ciszy i względnej ciemności, rozjaśnianej blaskiem latarni wpadającym przez okna. Bezskutecznie próbował tłumaczyć sobie racjonalnie to co usłyszał parę dni wcześniej, a widział przed chwilą. Czuł wzbierający w sobie dziki i kompletnie alogiczny gniew i to go przerażało. Nie zważając na wszystko co jego najlepszy przyjaciel ostatnio przechodził, w tym momencie z chęcią zamieniłby się z nim miejscami, jeśli tylko oznaczałoby to, że Cuddy przestałaby patrzeć na niego jak na kogoś, kogo ciężko znieść i komu nie można zaufać. Siedząc tam w półmroku butelką piwa jako jedynym towarzyszem, zdał sobie sprawę, że jest zazdrosny.

Wilson obudził się w środku nocy zlany potem, z trudem łapiąc oddech i czując jakby ktoś lub coś naciskało na jego klatkę piersiową. Przez ułamek sekundy nie mógł ustalić, czy sen, który miał przed chwilą był prawdziwy czy nie. W tym śnie walczył z ludźmi bez twarzy, którzy powalili go na ziemię i powoli opuszczali na jego pierś ciężki metalowy kloc, który go przygniatał uniemożliwiając oddychanie. We śnie bezskutecznie próbował uwolnić kończyny i teraz czuł jak mięśnie bolą go od nieświadomego wysiłku. Już wcześniej miewał podobne sny, różniły się miejscem akcji i tym kto go przytrzymywał, ale coraz bliższe zagrożenie uduszenia było zawsze takie samo. Komplikacje jego schorzenia objawiały się w jego podświadomości. Usiadł na skraju łóżka i z trudem próbował uspokoić oddech, gdy zaspana Cuddy, delikatnie masując jego plecy, dopytywała czy wszystko w porządku.

-------------------------------------------------

Rankiem Wilson siedział na ławce w ogrodzie z zamkniętymi oczami, rozkoszując się delikatnym wiatrem i ciepłem słońca na twarzy, podczas gdy siedzący nieopodal House od pół godziny odbijał od ściany domu Cuddy tenisową piłkę, którą znalazł w donicy za swoimi plecami. Powtarzający się donośny dźwięk odbijanej piłki zaczynał wystawiać na próbę cierpliwość onkologa. Jego przyjaciel był przygnębiony i nieobecny od chwili, gdy obudził się na kanapie, gdzie spędził noc i Wilson początkowo podejrzewał, że to tylko kac, sądząc po licznych butelkach po piwie odkrytych przez Cuddy gdy została wezwana do szpitala w związku z nagłym wypadkiem. Teraz było już dosyć oczywiste, że chodzi o coś więcej niż zwykły kac. House unikał jego wzroku, nie mówiąc nawet o odzywaniu się.

- House – Wilson w końcu zareagował – jeśli udoskonalasz jakiś rodzaj tortury, to dobrze Ci idzie.
- Jeśli nie czujesz się dobrze, powinieneś się położyć – odpowiedział bez emocji nie przerywając odbijania piłki i łapania jej w powietrzu.
- Nie chcę leżeć. Chcę siedzieć tutaj. W spokoju... Co do cholery jest z tobą nie tak?

Zapadła głucha cisza, gdy House śledził palcem białą, krętą linię dzielącą piłkę na dwie części. Koncentrował się na tym zadaniu, jak gdyby zależało od tego jego życie.

- Spałeś z nią?
- Z kim?

Wilson podniósł głowę i odwrócił się w kierunku przyjaciela starając się rozszyfrować o czym on mówi.

- Z Cuddy – odpowiedział niezmienionym tonem głosu nadal unikając kontaktu wzrokowego.
- Poważnie?... Ja ledwo stoję na nogach o własnych siłach, nie wspominając w ogóle o osiągnięciu wzwodu. Najbliżej wymiany płynów ustrojowych byliśmy chyba gdy patrzyła jak próbuję wykaszleć swoje wnętrzności do kibla dziś rano. Zaliczyłem w życiu lepsze numerki.

Wilson nie mógł uwierzyć w to o słyszy, przecież to była niedorzeczność. Zdarzyło im się zasnąć w jednym łóżku, nic więcej. House błąkał się wzrokiem po wysokiej, ceglanej donicy zanim wreszcie zdecydował się odwzajemnić spojrzenie przyjaciela, bez wątpienia był wściekły.

- Słyszałem was oboje rozmawiających tutaj kilka dni temu.

Wilson westchnął i rozmasował twarz dłonią.

- To była prywatna rozmowa.
- Unikasz odpowiedzi… spałeś z nią, prawda? – House przełknął ślinę – Po tym jak odszedłem.

Starszy mężczyzna wpatrywał się w człowieka przed sobą, jakby patrzył nq jakiegoś kryminalistę. Świdrował go wzrokiem w poszukiwaniu najmniejszych choćby oznak kłamstwa.

- Nie!
- Kłamiesz

W jego głosie była chłodna pewność siebie.

- Nie kłamię – Wilson odpowiedział twardo – Słuchaj, przyszła się ze mną zobaczyć dzień po wypadku, żeby powiedzieć mi, że wyjeżdża.
- Więc przeleciałeś ją jako prezent pożegnalny – Przerwał mu House. To było bardziej stwierdzenie faktu niż pytanie – urocze.
- House, zamknij się i słuchaj…
- Och, zamieniam się w słuch! Zawsze jestem chętny by posłuchać opowieści jak mój najlepszy przyjaciel posuwał moją byłą dziewczynę. Hej, moglibyśmy porównać doświadczenia – odparł sarkastycznie
- Nie spaliśmy ze sobą. Pocałowaliśmy się… - zawahał się przez chwilę, zanim kontynuował. Szczerość była tu prawdopodobnie najlepszym wyjściem – To mogło zajść dalej, ale nie zaszło.
- Kto pocałował kogo?
- Czy naprawdę musimy to robić?
- Czy to byłeś ty? - dopytywał się House ignorując pytanie przyjaciela.

Niemal niezauważalnie Wilson pokręcił głową. Spuściwszy wzrok House wiercił się niespokojnie, ręce niezręcznie skrzyżował na piersi i mściwie zagradzał butem drogę mrówce, która próbowała przejść tuż przed nim na drugi koniec tarasu. Myśl o Cuddy całującej kogoś innego, pragnącej kogoś innego, zawsze przyprawiała go o mdłości, ale to była prawdziwa tortura. Historia Wilsona była przypuszczalnie wiarygodna, ale coś się tu nie zgadzało.

- Chcesz powiedzieć, że Cuddy rzuciła się na ciebie, seksowna i potrzebująca, a ty dałeś jej kosza. Znam cię Jimmy, desperacja to dla ciebie afrodyzjak.
- House, ile razy mam ci powtarzać, do niczego nie doszło.
- Gdyby to było takie niewinne, powiedziałbyś mi wcześniej.
- Na wypadek gdybyś zapomniał, za każdym razem, gdy tylko wspominałem o Cuddy, mówiłeś, że nie jesteś zainteresowany – przypomniał zgodnie z prawdą.

House zdał sobie sprawę, że choć szczerze pragnął zamknąć ten rozdział w swoim życiu, wyszło tak, że siedzi teraz w jej domu kłócąc się o nią. Życie potrafi płatać figle.

- Przyszło ci może do głowy, że nie powiedziałem ci tego wiedząc, że właśnie tak zareagujesz?
- Nie wierzę ci – były diagnosta pokręcił głową i wbił wzrok prosto w oczy przyjaciela

Wilson westchnął, wstał i podszedł do House'a, który nadal opierał się o wielką donicę.

- Nic na to nie poradzę – powiedział i mozolnie powlókł się do środka. - Idę się położyć.

Dla House'a temat się nie wyczerpał, więc wstał i poszedł za nim.

- Czy dzieciak jest twój?... Czy dlatego chciałeś tu przyjechać? Pomyślałeś, że przywleczesz mnie ze sobą na przytulny zjazd rodzinny?

Wilson zatrzymał się wryty w miejscu i gwałtownie odwrócił.

- Mówisz poważnie?
- Jak rak, James – odpowiedział House chłodno patrząc na chorego mężczyznę przed sobą. Gdzieś głęboko w sercu wiedział, że to było zagranie poniżej pasa, ale funkcjonował w trybie auto-pilota.
- Dobra, chcesz znać prawdę?
- Tylko tego pragnę – opierając się o framugę okna, House złożył ręce na piersi i czekał na wyznanie, które spodziewał się usłyszeć.
- Dobra... Kiedy piękna kobieta mówi ci, że chce się z tobą przespać, zastanawiasz się nad tym. Kiedy cię całuje i mówi, że cię pragnie, to najprościej jest wyłączyć mózg i zacząć myśleć przyrodzeniem. Uwierz, część mnie, ta która była wściekła na ciebie, chciała... ale nie mogłem tego zrobić... Ona była kompletnie w rozsypce. Oboje byliśmy... Nie mogłem jej tego zrobić. Po wszystkim co się wydarzyło, potrzebowała przyjaciela, a nie kogoś kto sprawi, że poczuje się lepiej na dwadzieścia minut.

Przeniósł ciężar ciała na swoją zdrową nogę i niczym niegrzeczny uczeń, niezdarnie wepchną ręce w kieszenie jeansów. Możliwość, że Wilson mówi prawdę zaczynała powoli przebijać się do jego świadomości.

- Zdecydowanie przeceniasz swoje łóżkowe umiejętności – House odszczeknął półżartem.

Stało się. Jak zwykle zmiana tematu, żeby uniknąć przeprosin.

- House, mam już serdecznie dość tych bzdur... Nawet jeśli spaliśmy ze sobą, a nie spaliśmy, to nie masz prawa być wkurzony. Nawet jeśli jestem ojcem jej dziecka, a nie jestem, biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie uprawialiśmy seksu, to nie twój interes. Jakikolwiek wkład czy opinia jakie mogłeś mieć na temat życia Cuddy skończyły się w dniu, w którym zdecydowałeś się wjechać samochodem w jej dom...
- Ale... - jego oczy błądziły wściekle po pomieszczeniu, podczas gdy on starał się sklecić sensowne zdanie.
- Ale co?... Mogłeś ją zabić... A spowodowałeś, że przez ciebie musiała wyprowadzić się z miejsca, które ona i Rachel dobrze znały do obcego miasta i zostawić pracę, którą jak obaj dobrze wiemy, uwielbiała.

Wilson oddychał ciężko dłubiąc kciukiem i palcem wskazującym w kącikach oczu. Czuł mdłości i zawroty głowy, ale był zdeterminowany by postawić kropkę nad i.

- Dobrze się czujesz? - pytanie zostało zadane szeptem.

Pozwalając ręce opaść swobodnie wzdłuż ciała, onkolog spojrzał prosto w oczy najlepszego przyjaciela.

- Nie, nie czuję się dobrze!... Właśnie zdałem sobie sprawę jakim byłem samolubnym dupkiem przyprowadzając cię tutaj i zmuszając ją by codziennie oglądała twoją gębę.

Szczęka House'a opadła. Kilka minut temu był wściekły, a teraz sam czuł się głupio, poczucie winy go przygniatało, zresztą słusznie. Wyobrażenie sobie jak ona musi się czuć, widząc go codziennie we własnym domu, po tym co jej zrobił, było niemal nie do zniesienia. Obaj mężczyźni tkwili nieruchomo, gdy usłyszeli jak otwierają się frontowe drzwi, a podmiot ich kłótni woła do nich na przywitanie. Fala mdłości wyrosła gdzieś głęboko w żołądku House'a. Nie był w stanie przebywać w jej pobliżu. Nie po tym co się wydarzyło. Przecisnął się obok Wilsona i przez salon skierował się ku frontowym drzwiom, ale zatrzymał się gwałtownie spotykając w przejściu Cuddy wychodzącą naprzeciwko niego z przedpokoju.

- Cześć – powiedziała zmuszając się do uśmiechu i masując kark z wyraźnym zmęczeniem.
- Muszę wyjść – odpowiedział wymijająco.

Minął ją, złapał kurtkę, otworzył drzwi i wyszedł nie oglądając się za siebie. Cuddy, całkowicie oszołomiona zajściem, zauważyła, że Wilson kieruje się do pokoju gościnnego. Miała nadzieję, że nieco rozjaśni jej zaistniałą sytuację, ale zanim zdążyła otworzyć usta by zapytać, uprzedził ją głębokim westchnięciem i wyrzuceniem rąk do góry w geście zniecierpliwienia.

- Nawet nie pytaj!

Przechodząc przez dom, Cuddy zawędrowała w końcu do kuchni, gdzie wyszła na zewnątrz przez otwarte drzwi balkonowe. Na tarasie leżała tenisowa piłka kołysana delikatnie podmuchami wiatru. Podniosła ją i położyła w rogu wielkiej donicy, gdzie było jej miejsce.

-------------------------------------------------

Słysząc odgłos tłuczonego szkła Cuddy nerwowo zeszła na po schodach niemal spodziewając się widoku, który powitał ją na dole. House siedział w ciemności z głową obojętnie opartą o otwartą dłoń. Palcem drugiej ręki wodził po krawędzi szklanki stojącej przed nim, nieopodal na blacie stała butelka whisky. Jedno i drugie pochodziły z jej szafki. Trunek był prezentem od darczyńcy, który zobaczył zdjęcie Rachel i Jacoba na jej biurku i założył, że jest zamężna, ofiarował więc prezent dla jej męża. Nie była całkiem pewna dlaczego przyjęła go, nie tłumacząc sytuacji.

- Stłukłem szklankę, jest w zlewie... Przepraszam – wymamrotał nie patrząc na nią, po czym jednym haustem wypił zawartość swojej szklanki – Naprawdę powinnaś zwiększyć zabezpieczenia z tyłu domu. Każdy inwalida dałby radę się przedostać.
- Dzięki za radę – odpowiedziała oschle.
- Zaoferowałbym ci drinka, skoro jest twój, ale to oznaczałoby mniej dla mnie.

Skończył zdanie odbiciem czkawki i bezgłośnym chichotem. Sądząc po jego zachowaniu było jasne, że pił przez cały dzień, co sprawiło, że Cuddy westchnęła głęboko. Nie chciałaby mieć do czynienia z nim w tym stanie nawet za dnia, nie wspominając nawet o środku nocy, kiedy ledwie widziała na zaspane oczy.

- Wracam do łóżka.
- Nie idź – poprosił cichym, prawie żałosnym głosem.

Przez lata znała go jako jego szefowa, a potem jako jego dziewczyna. Niezliczoną ilość razy pojawiał się w jej domu pijany i czuła się zobowiązana jakoś sobie z nim poradzić. Tym razem nie miała żadnego obowiązku. Teoretycznie.

- Muszę wstać wcześnie... - ucięła nagle, nie wyjawiając, że z samego rana musi wykonać ważny telefon. Nie miała powodu, żeby się przed nim tłumaczyć. Prawdę mówiąc, nigdy nie miała, ale to był niemal odruch bezwarunkowy. Żadna z osób przebywających aktualnie w jej domu, nie była zbyt dobra w utrzymywaniu osobistych relacji.

House kiwną głową, sięgnął do kieszeni, wyjął pojemniczek z vicodinem, wrzucił kilka pastylek do ust jakby to były cukierki i sięgnął po szklankę z alkoholem, by je zapić. Zdecydowanie nie miała ochoty oglądać jak użala się nad sobą, więc odwróciła się na pięcie i zaczęła iść w kierunku schodów, kiedy zadał jej pytanie, które wmurowało ją w ziemię.

- Dlaczego mnie zostawiłaś?

W pewien sposób przewidywała, że prędzej czy później do tego dojdzie, choć jednocześnie miała nadzieję, że jakoś tego uniknie. Początkowa niezręczność i pewne pozory rozejmu zawsze prowadziły do nieuniknionych pytań i wzajemnego obwiniania. W jego naturze leżało grzebanie w zadrapaniu tak długo, aż zacznie krwawić, nie zważając na to jak wiele zniszczeń dokona, byle tylko zobaczyć co jest głębiej.

- Nie będę teraz o tym rozmawiać.
- To tak samo dobry moment, jak każdy inny. - Odczekał chwilę obserwując z tyłu jak waha się co powinna teraz zrobić – proszę.

W końcu jej ramiona opadły lekko, odwróciła się twarzą do niego i usiadła na stołku naprzeciwko, niespokojnie poprawiając koszulę nocną, gdy umościła się wygodnie i uzbrajając się na to co ma nadejść.

- Doskonale wiesz dlaczego od ciebie odeszłam... Nie mogłam tego znieść – Wskazała palcem na szklankę i opróżnioną do połowy butelkę – Za każdym razem, gdy coś jest nie tak, ty reagujesz tak samo.
- Wiedziałaś o tym na długo zanim byliśmy razem...
- Myślenie, że sobie z czymś poradzisz i radzenie sobie z tym w rzeczywistości to dwie zupełnie różne rzeczy.
- I mnie to mówisz – odpowiedział jowialną kpiną.

Przez chwilę lub dwie siedzieli w ciszy. Cuddy wodziła palcem po rysie na blacie, a House obracał w dłoni szklankę z kilkoma kroplami płynu na dnie.

- Po tym co przeżyłam obawiając się raka, zdałam sobie sprawę, że nigdy nie będzie cię przy mnie, kiedy będę tego potrzebować. Nie tutaj – znacząco postukała się palcem w skroń – po prostu, jesteś jaki jesteś...
- Próbowałem – w jego głosie wyczuwała mieszaninę desperacji i gniewu.
- Wiem... ale to, co jak miałeś nadzieję, pozwoli ci się do mnie przybliżyć, tylko odepchnęło cię dalej... - Wiedział, że miała na myśli vicodin – Po tym jak się dowiedziałam, poczułam się jeszcze bardziej samotna niż wtedy, kiedy nie chciałeś przyjść zobaczyć się ze mną.
- Chciałem tam być... chciałem tam być bardziej niż cokolwiek.

Mówiąc to House złapał szklankę mocniej, Cuddy patrzyła jak jego knykcie stają się białe od przykładanej siły. Nie było mu łatwo o tym mówić.

- Ale to nie wystarczyło... Nie mogłam...
- Nie mogłaś co? - nalegał.
- Zawsze będą zdarzać się sytuacje, w których twoim pierwszym odruchem, będzie sięgać po vicodin. Nie mogłam żyć z tą świadomością wiszącą nade mną... Nie mogłam siedzieć i czekać na dzień, w którym twoja wątroba odmówi dalszej pracy, albo znajdę cię martwego... nawet Rachel... - skrzywiła się na samą myśl – Czy masz w ogóle pojęcie, jak ciężko jest patrzeć jak ktoś kogo kochasz powoli się zabija?... Nie mogłam tego robić. Nie mogłam skazać na to swojej córki.

House siedział cicho rozważając w myślach to co usłyszał, zanim ponownie otworzył usta.

- Powinnaś była poślubić Lucasa... Nigdy nie powinnaś była przychodzić do mnie tamtej nocy.

Cuddy westchnęła i wywróciła oczami. Mówiąc szczerze, myślała już o tym, ale zawsze dochodziła do wniosku, że to nie było dobre rozwiązanie.

- Więc to była moja wina?
- Tego nie powiedziałem – bronił się.
- Nie kochałam Lucasa.
- Można było na nim polegać. Dobrze radził sobie z Rachel... I przede wszystkim nie był narkomanem.
- Ale to nie wystarczało.
- Miłość jest zdecydowanie przereklamowana – odparł gwałtownie.

Cuddy wierciła się niezręcznie w miejscu.

- Moja mama nigdy nie kochała mojego taty i widziałam na własne oczy jak to na niego wpływało. Im bardziej ją kochał, tym bardziej ona go odtrącała. Rok za rokiem to go coraz bardziej pogrążało... Nie jestem tak okrutna... - Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy – Jeśli mam wybierać pomiędzy życiem z mężczyzną, którego nie kocham lub z takim, którego nigdy nie będzie, gdy będę go potrzebować, to wolę już być sama.

House stukał rytmicznie palcami o blat i po chwili uśmiechnął się do niej krzywo.

- Może, gdzieś pośród odwiedzających cię przedstawicieli firm ubezpieczeniowych jest jakiś będący absolwentem Ivy League, uprawiający sporty, pan Doskonały. - egoistycznie, miał nadzieję, że nie. Tak bardzo miał nadzieję, że nie.
- Nie ma nikogo takiego – powiedziała masując oczy i podnosząc się ze stołka – Słuchaj House, powód dla którego doprowadziłeś się do takiego stanu nie ma nawet nic wspólnego ze mną czy z nami. Cokolwiek się wydarzyło pomiędzy tobą i Wilsonem to... nie mam pojęcia o co poszło i szczerze mówiąc mam to gdzieś, ale musisz podjąć decyzję... Albo weźmiesz się w garść i skończysz to co tu zacząłeś, albo jeszcze dzisiaj wyjedziesz, a ja sama będę sobie radzić z sytuacją.
- Chcesz, żebym wyjechał?

Cuddy wahała się zanim przemówiła. Byłoby tak prosto powiedzieć „tak” i pozbyć się go ze swojego życia raz na zawsze.

- Oboje wiemy, że to jest tylko czubek góry lodowej. Dziś wieczorem musiałam podłączyć go pod tlen i zwiększyć dawkę środków przeciwbólowych. W ciągu najbliższych kilku dni jego stan może się zdecydowanie pogorszyć. Chcę, żeby miał przy sobie swojego najlepszego przyjaciela, ale nie jeśli zamierzasz wychodzić co dwie minuty... - Zrobiła krok do przodu i położyła dłoń na jego ramieniu, sprawiając że drgnął na całym ciele. Nie dotykała go od tak dawna, że teraz dopiero zdał sobie sprawę jak bardzo za tym tęsknił. - On cię kocha i wiem, że głęboko w sercu, ty również go kochasz... jesteś mu to winien.

Zapadła głucha cisza i Cuddy widziała, że toczy ze sobą ciężką walkę, by się nie rozkleić. W końcu podniósł wzrok, spojrzał na nią, łzy błyszczały w jego niebieskich oczach, gdy odbijało się w nich światło księżyca.

- Tak cholernie się boję... - głos uwiązł mu w gardle gdy próbował stłumić szloch. Bał się tego co ma nadejść. Bał się, że nie jest wystarczająco silny. Bał się tego, co stanie się potem, gdy zostanie sam.

Widząc jak łza spływa po jego twarzy, Cuddy odruchowo starła ją kciukiem i położyła dłoń na jego policzku. Był tak bezbronny, jak bezbronna była w tym momencie ona sama. Głos gdzieś z tyłu jej głowy podpowiadał jej, że nie chce przerywać tego kontaktu i to ją przerażało. Uczucia, które jak sądziła zostały dawno i głęboko pogrzebane, zaczęły wynurzać się na powierzchnię.

- Ja też.

Zmusiła się do zabrania ręki. Jego powieki zadrgały przelotnie, gdy stracił z nią kontakt. Bez słowa odsunęła się od niego i nie przestała iść przed siebie dopóki nie znalazła się z powrotem w swoim pokoju. Wdrapała się na łóżko i tępo wpatrywała w maleńkie pęknięcie tynku na suficie.

To się nie działo.



_________________
"To change the world, start with one step
however small, first step is hardest of all"
strony internetowe

PostWysłany: Pią 9:25, 16 Lis 2012
orco
Tłumacz



Dołączył: 17 Wrz 2009
Pochwał: 28

Posty: 638

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dziękuję, dziękuję, że dzięki Tobie, orco, odżyły moje hudzinkowe uczucia i fantazje Razz



PostWysłany: Pią 11:51, 16 Lis 2012
alhambra
Psi Detektyw
Psi Detektyw



Dołączył: 27 Sie 2009
Pochwał: 13

Posty: 6827

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ta część podoba mi się jeszcze bardziej! Very Happy
I ten bezbronny House....

No i na szczęście Wilson nie przespał się z Cuddy... aż mi ulżyło...

Dziękujęwykrzyknik Very Happy



PostWysłany: Pią 13:03, 16 Lis 2012
beata_3
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Sty 2010

Posty: 43

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Mam wrażenie, że minęła cała wieczność, odkąd pierwszy raz zachwyciłam się Huddy na ekranie i tym, pisanym, swoją drogą zdecydowanie lepszym. Po pierwsze nie żałuję, że tu wpadłam, tak jakoś z nudów i... Orco wszystko wróciło za Twoją sprawką, no może odbrobinę inaczej, ale znów mam ochotę zachwycać się tym czymś, co skradło mi serducho dawno temu, okazało się, że ciągle to mam, ale dość ględzenia...
Gdy czytam tłumaczenie nigdy nie mogę wyjść z podziwu dla osoby tłumacza, zwłaszcza, gdy mierzy się z TAKIM tekstem, wiekie brawa i ogromne uznanie dla Ciebie. Tekst wart każdej przetłumaczonej literki, piękny, powoduje, że mam ochotę na nowo odszukać swoje dawne spojrzenie na Huddy i wiesz co... przez ten tekst mam też ochotę powiedzieć na głos, że widziałbym 9 sezon i to poważnie. Zawsze gdy czytam tekst tak mam, że maluję sobie czytane obrazy, sytuacje przed oczami, i czytając ten tekst uświadamiam sobie ile bym dała, żeby to coś zobaczyć na ekranie. Kunszt Hugh, jest tu tyle momentów, w których go sobie wyobrażam, rozmowy z Wilsonem, zwłaszcza te trudne, rozmowa z Cuddy, gdy miał łzy w o czach, zobaczyć to bezcenne. Cała fabuła, oddanie postaci, wszystko na szóstkę, a samo tłumaczenie już na szóstkę z plusem.

Mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi niedługo, bo było cudnie, gdyby choć to literackie Huddy skończyło się trochę inaczej niż to znane nam z serialu, gdzieś dalej niż 7x22.

lis.



_________________
I serducho House, Huddy and Rachel! Best scene ever s7e10 42:11-43:06 serducho Hugh Laurie, Lisa Edelstein serducho

Avek by Anola. Bannerek by Gusia :*
Huddy story serducho
http://www.youtube.com/watch?v=KgbyDOUdBD4
Hugh/Lisa about Huddy to GY... Wink
http://www.fanpop.com/spots/huddy/images/22253906/title/hugh-lisa-about-huddy-gy-fanart
No empty House. No season 8. Why Shore?

PostWysłany: Nie 14:21, 18 Lis 2012
lisek_
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 03 Lis 2009
Pochwał: 17

Posty: 172

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

No pięknie. Zaglądam tu raz na ruski rok, nie mam już żadnego stosunku emocjonalnego do Housa, moje Huddy serce zamarło po 6 sezonie i co ja nagle widzę, że orco wzięła się do roboty i przypomniała mi wszystkie miłe chwile jakie spędziłam w tym dziale, w RwT i w ogóle na forum.

Przyznam, że przeczytałam zachłannie, ale sama historia jak na razie mnie nie zaintrygowała. Choroba Willsona nie minie, więc trochę determinuje akcję. Odnajduję w postaciach Willsona i Cuddy, ale House jest mi miejscami obcy, może w końcu ewoluuje.

Mam nadzieję, że Willson i Cuddy spędzili razem noc i Jacob jest jego synem. Chcę, aby po śmierci Willsona House wyjechał i zostawił Cuddy w spokoju. A co o tym myśli autor?

Orco, tłumacz, bo tekst czyta się gładko, z przyjemnością i chwała Ci za to co robisz.

lisek_ napisał:
bo było cudnie, gdyby choć to literackie Huddy skończyło się trochę inaczej niż to znane nam z serialu

a Ty lisku nie kuś albo kuś, kuś, może moje wewnętrzne Huddy ożyje Mr. Green



_________________
ikonka od woźnego rocket queen

FUS - Frakcja Uaktywnionych Seksoholików

PostWysłany: Wto 22:54, 20 Lis 2012
Lupus
Kot Domowy



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 5

Posty: 3179

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dzięki wszystkim za wyrazy zainteresowania. Zeszły tydzień miałam strasznie napięty i gdyby nie Wasze komentarze, to chyba nie zebrałabym się, żeby jeszcze w międzyczasie tłumaczyć to opowiadanie

- CZĘŚĆ 5-

Kilka minut po dziewiątej rano House wpadł jak burza do pokoju gościnnego trzymając w rękach tacę z parującym jedzeniem i sokiem. Jego uwadze nie umknęły wąsy tlenowe i stojąca obok łóżka butla, które Cuddy musiała podłączyć, jak wspominała podczas ich, prowadzonej nad ranem, rozmowy. Konieczność podłączenia tlenu oznaczała duże pogorszenie stanu onkologa.

- To twój szczęśliwy dzień, Jimmy – ogłosił radośnie ostrożnie kuśtykając do pustej strony łóżka, usiadł na niej, a tacę położył przed leżącym przyjacielem. - Ile spośród twoich 27 żon przynosiło ci naleśniki do łóżka, co?
- Nie jestem głodny – odpowiedział bezbarwnym głosem Wilson, nie zadając sobie nawet trudu by otworzyć oczy.

Leżał spokojnie pod kołdrą i doskonale zdawał sobie sprawę, że jest to wkurzająco beznadziejna próba przeprosin i nie chciało mu się brać w tym udziału. House westchnął patrząc na stosik naleśników, które przygotowywał przez ostatnie pół godziny.

- Jeśli ty ich nie zjesz, ja to zrobię.
- Proszę bardzo.

Wzruszając ramionami House chwycił widelec i zatopił go w jedzeniu, podczas gdy Wilson nadal całkowicie ignorował jego obecność, jednak kilka minut później cisza zaczęła być dokuczliwa.

- Nadal jesteś na mnie zły?
- A jak myślisz?... - Wilson otworzył oczy i odwrócił twarz w kierunku przyjaciela, wyraźnie zdenerwowany – Nie tylko oskarżyłeś mnie o przespanie się z Cuddy, ale jeszcze o to, że jakimś niewyjaśnionym cudem jestem ojcem dziecka, które ona adoptowała, o czym wiedziałbyś, gdybyś zrobił właściwe rozeznanie sytuacji... House, może jestem Żydem, ale my na co dzień nie praktykujemy niepokalanego poczynania dzieci bez uprawiania seksu.
- Cuddy też nie jest dziewicą – dodał House cicho. Delikatny uśmieszek, który zaczynał się formować na jego ustach, zbladł gdy tylko spotkał się z chłodnym spojrzeniem przyjaciela. - No dobra, dałem dupy!... Dodałem dwa do dwóch i wyszło mi 95. Czy możemy pominąć tą część, w której grozisz mi palcem i przejść od razu do całowania i przytulania?
- Wiesz dobrze, że to jest wystarczająco niezręczne, nawet zanim zaczniesz wyciągać dziwne wnioski.
- Najwyraźniej nie – wymamrotał pod nosem, jeżdżąc po talerzu kawałkiem zatkniętego na widelec naleśnika.
- Słuchaj, wiem, że ty i Cuddy macie wspólną przeszłość – mówiąc to Wilsona zdał sobie sprawę, że było to niedorzeczne uproszczenie. Rzadko kto miewał związki tak bujne w wydarzenia. - I owszem, to moja wina, że jesteśmy tu dzisiaj, ale czy mógłbyś choć raz przestać pieprzyć głupoty i dać coś z siebie?

House dostrzegł desperację w wyrazie twarzy przyjaciela. Wilson miał rację. Jeśli dołoży wszelkich możliwych starań by zachowywać się jak najlepiej, to wtedy sytuacja będzie niemal do zniesienia. Był to winien obu osobom, z którymi aktualnie dzielił przestrzeń życiową.

- Więc jak to możliwe, że nie przespałeś się z Cuddy?... Co z nią nie tak?

Jego chory przyjaciel odetchnął ciężko i przewrócił oczami, ale nie był zły. Wiedział, że House stara się rozpracować to, nad czym się ostatnio zawiesił i ciekawość wzięła w nim górę, więc postanowił zrobić mu przyjemność.

- Wszystko z nią w porządku... Tylko, że nigdy nas do siebie nie ciągnęło w ten sposób. - Zamilkł na chwilę podnosząc brwi i gapiąc się bezmyślnie w sufit. - Uwierz, wiem doskonale co ty w niej widziałeś. Zawsze to wiedziałem, ale ona jest... ona jest dla mnie bardziej jak rodzina. To po prostu wydawało się niewłaściwe.

Niemal natychmiast fala ulgi ogarnęła House'a. To co usłyszał miało sens, a wzmocnione ogromnym poczuciem winy, które go ogarnęło z powodu zarzutów, jakie wcześniej postawił przyjacielowi, ostatecznie rozwiało resztkę wątpliwości co do tego, czy Wilson mówił prawdę. Przez lata oboje niezwykle zżyli się wyciągając go z przeróżnych tarapatów, w które popadał, ale istniały między nimi także głęboko zakorzenione zaufanie i obustronny szacunek, które górowały nad tym co czuli do niego. Oczywiście, najczęściej stawali po jego stronie, kiedy sprawy przybierały na tyle trudny obrót, że trzeba było opowiedzieć się po którejś stronie, ale byli także niezwykle opiekuńczy w stosunku do siebie nawzajem. Rozmasowując sobie kark nie mógł pojąć jak bardzo się mylił.

Pukanie do drzwi wytrąciło go z tych myśli, do pokoju wsunęła się głowa Cuddy z parą słonecznych okularów zatkniętych nad czołem. Przyglądając się delikatnie podkrążonym cieniom pod jej oczami, które bez wątpienia były rezultatem niezbyt dobrze przespanej nocy, domyślił się, że okulary służyły jej nie tylko do ochrony oczu przed słońcem, ale również do ukrycia swojego zmęczenia przed resztą świata.

- Mogliśmy być tu nadzy... - powiedział drwiąco srogim tonem.

Cuddy spojrzała prosto na niego przelotnie krzywiąc nos w wyrazie obrzydzenia.

- Potrzebuję pomocy.

Nie był w stanie powstrzymać się od komentarza.

- Naprawdę? - ledwie zdążył wypowiedzieć ostatnią sylabę, kiedy łokieć Wilsona ostro wbił się w jego żebra, głowa przyjaciela gwałtownie przekręciła się w jego kierunku, a przymrużone oczy bezgłośnie wezwały do poprawnego zachowania. Zrezygnowany zsunął nogi z łóżka i wstał mówiąc – co jest?

Cuddy bez słowa machnęła ręką by poszedł z nią, więc tak właśnie zrobił, kuśtykając kilka kroków za jej plecami przez biuro, salon, a w końcu korytarz i frontowe drzwi. House musiał przyznać, że pobudziło to jego ciekawość, poza tym widok z samego rana na tyłek Cuddy w ciasno opinających sylwetkę jeansach, nie był czymś na co był skłonny narzekać. Czasem trzymanie gęby na kłódkę miało swoje dobre strony. Otworzyła bagażnik swojego samochodu i odwróciła się w jego kierunku.

- Trzeba wnieść to do domu – kiwnęła głową w kierunku złożonej ramy łóżka i materaca leżących przed nią w samochodzie – Świetnie się bawię torturując cię, ale najwyraźniej zmuszanie kalek do spania na krześle jest niezgodne z konwencją genewską.
- Dzięki – House uśmiechnął się do niej.
- Cieszę się, że zdecydowałeś się zostać – powiedziała wyciągając materac i unikając kontaktu wzrokowego. Szczerze mówiąc sama nie wiedziała, co właściwie czuła. Ich rozmowa kilka godzin wcześniej odebrała jej wewnętrzny spokój, nawet teraz czuła się niepewnie w jego pobliżu – Wilson cię potrzebuje.
- Wiem... - powiedział pomagając jej wyciągnąć materac z samochodu i ustawiając go na ziemi. - Najwyraźniej potrzebowałem tylko kopa w tyłek, a jeśli ktokolwiek ma do tego odpowiednie kwalifikacje... - kątem oka dostrzegł, że kąciki jej ust podnoszą się w uśmiechu. - Sam sobie z tym poradzę – powiedział chwytając gruby sznurek, którym owinięty był złożony na pół materac i podnosząc go.
- Na pewno? - Spojrzała na jego nogę, a potem podniosła wzrok do jego oczu z mieszaniną troski i niepewności.
- Tak... Daj mi minutę i wrócę pomóc ci z ramą.

Skinęła głową i patrzyła jak kuśtyka kilka kroków z powrotem w kierunku jej domu. Zauważyła, że utykał dużo mocniej niż kiedy widziała go po raz ostatni, prawdopodobnie dlatego, że nie dbał o siebie za bardzo będąc w podróży. Ale poza tym wyglądał dobrze. Irytowało ją to, jak dobrze wyglądał.

-------------------------------------------------

- Doskonałe wyczucie czasu! - zawołał House

Cuddy z zaskoczonym wyrazem twarzy stała w przedpokoju i zdejmowała kurtkę, po czym podniosła z powrotem torbę z zakupami, którą chwile wcześniej odstawiła na podłogę i weszła do salonu. Wilson leżał na kanapie skulony pod narzutą, wyglądał nędznie i nie przejawiał zainteresowania czymkolwiek, podczas gdy House odpalał grę na konsoli i bawił się pilotem do telewizora w ręce.

- Już nie mogłeś wytrzymać bez soku pomarańczowego? - spytała podnosząc torbę z zakupami do góry, nadal całkowicie zdezorientowana.
- Nie. Pozwolisz mi skopać swój tyłek w tenisa, w celu zabawienia Wilsona.

Podniósł jeden z kontrolerów i wyciągnął go w jej kierunku, podczas gdy onkolog wydał z siebie rozdrażnione westchnienie. Przez całe popołudnie House proponował różne rzeczy by go „zabawić”, takie jak na wpół poważna propozycja znalezienia w okolicy klubu gogo. Wilson wiedział, że jego przyjaciel chciał dobrze, ale przez cały dzień miał ochotę tylko leżeć, odpoczywać i móc zebrać myśli.

- Nie ma mowy – odpowiedziała Cuddy wchodząc do kuchni i odkładając na miejsca kilka z kupionych produktów.
- Jest albo to, albo... Królestwo Zwierząt – jego twarz wykrzywiła się w grymasie obrzydzenia, gdy przyglądał się okładce właśnie podniesionej gry – Hej, Cuddy, co to ma być? Gdzie są nagie panienki i nieuzasadniona przemoc?

Podeszła do niego z kuchni, wyjęła mu grę z ręki i odłożyła z powrotem na miejsce w szufladzie za nim.

- Rachel nie bawią takie rzeczy, o dziwo. - Podniosła brwi wypowiadając te ostatnie słowa, zanim wsadziła ręce do tylnych kieszeni spodni i rozejrzała się po pokoju za czymś co wymagało zrobienia.
- W takim razie tenis – ponownie podał jej kontroler.
- Nie... mam rzeczy do zrobienia.
- Na przykład co? - Cuddy otworzyła usta, ale nie wiedziała co powiedzieć – No chodź! Jeśli nie dla mnie, to możesz chociaż pozwolić Wilsonowi gapić się na swój kręcący się tyłek prze pół godziny.

Głowa byłego onkologa poderwała się nagle w górę, podobnie jak obie ręce.

- Hej!... ja nawet...
- No dobra... Wilson może gapić się na mój tyłek podczas gdy ja skopię twój.

Wahała się, przenosząc wzrok z mężczyzny na kanapie, na tego przed nią. Nic nie sprawiło by jej większej przyjemności niż pozbawienie go tego pewnego siebie uśmieszku, ale już wcześniej zdecydowała, że będzie trzymać się od niego najdalej jak to tylko możliwe, w sytuacji gdy mieszka się pod jednym dachem.

- Czy wy dwaj w ogóle coś jedliście?
- Wilson nie jest głodny, a ja opróżniłem twój słoik z ciasteczkami... no chodź, jestem taaaki znudzony.
- Nie – powiedziała wyzywająco, odwróciła się na pięcie i odeszła z uśmiechem na twarzy. Wkurzanie go nadal sprawiało jej przyjemności – Będziesz musiał sam znaleźć sobie rozrywkę.

Zrobiła kilka kroków, ale stanęła w miejscu słysząc za sobą jego głos.

- Pękasz Cuddy?

Obracając się znowu, rzuciła mu groźne spojrzenie, język przygryzła w jednym policzku. Tęskniła za tym: za kimś starszym niż 5 lat, kto miał jaja, żeby rzucić jej jakieś wyzwanie, jakiekolwiek. Poza tym co złego mogłoby z tego tak naprawdę wyniknąć? Podchodząc powoli wyrwała kontroler z jego ręki.

- Jedna gra, a potem idę ugotować coś co ma jakieś własności odżywcze.

House kiwnął głową i niezbyt dyskretnie zmierzył ją spojrzeniem od stóp do głów.

- Jak dla mnie zgoda... Przygotuj się na metaforyczne lanie.

Godzinę później Wilson zasnął na kanapie, a Cuddy była na najlepszej drodze, żeby wygrać trzeci mecz z rzędu. Jej coraz bardziej naburmuszony przeciwnik zaczął trącać ją łokciem w desperackich próbach wytrącenia jej z rytmu, ale bez większych rezultatów.

- Pozwalam ci wygrywać...
- Ależ oczywiście, House – zdanie ociekało sarkazmem.

Bez wysiłku wbiła asa serwisowego wywołując u niego jęk pogardy.

- Musisz czuć się świetnie pokonując kalekę, co?

W jego słowach nie było prawdziwej złośliwości, ale Cuddy wiedziała, że to działo mu na nerwy. Kolejny powód, żeby nie odpuszczać.

- Całkowicie. Czasem wyciągam z oddziału paraplegików, żeby wyzwać ich na rundę golfa. - Zaśmiał się robiąc pokaźny zamach i zmuszając ją by zrobiła mu więcej miejsca, ale i tak zepsuł strzał – Na wypadek, gdybyś zapomniał, to nie był mój pomysł.
- Muszę się napić

House spauzował grę i poszedł po szklankę z wodą z lodem, którą jakieś 10 minut wcześniej przyniósł z kuchni i postawił kilka kroków dalej. Pijąc małymi łykami obserwował jak Cuddy zdejmuje różowy, rozpinany sweter, odsłaniając znajdującą się pod spodem białą, obcisłą koszulkę na ramionka, która nie do końca zakrywała na plecach czerwone ramionka jej stanika, a potem związuje z tyłu włosy gumką, którą miała na nadgarstku. Odstawił szklankę z powrotem na stolik przy krześle, gdy stukające o siebie kostki lodu podsunęły mu pomysł, który przywołał na jego usta łobuzerski uśmiech. Istniał więcej niż jeden sposób, żeby się ostudzić.

- Pospiesz się kobieto!... Masz piłkę meczową i oto za chwile będzie miał miejsce mój wielki powrót.

Zmrużyła oczy patrząc na niego, wiedziała, że coś planował. Miał ten wyraz twarzy i wydawał się być zbyt zadowolony z siebie, jak na kogoś kto zbierał srogie baty. Może jednak naprawdę pozwalał jej wygrać. Podnosząc kontroler ustawiła się w miejscu, w którym grała wcześniej.

- Mam nadzieję, że przygotowałeś minę pod tytułem „przegrywam z godnością”.
- Pycha zawsze poprzedza upadek, Cuddy – uniósł prowokacyjnie jedną brew – zawsze.
- Cokolwiek, House.

Przez sekundę słyszał raczej 21-letnią studentkę medycyny, którą spotkał wszystkie te lata temu, niż dojrzałą kobietę po czterdziestce, która stała obok niego. Woda kapała z jego zaciśniętej pięści na dywan.

Weź ten cholerny zamach!

Jakby słysząc jego niewypowiedziane błaganie, Cuddy odpauzowała grę i uniosła ramię, by wykonać serw. Ruszając się miękko stanął tuż za nią i wrzucił dwie kostki lodu, które ściskał w dłoni, za jej koszulkę na plecach. Przeraźliwy wrzask wyrwał się z jej ust i wyrywając Wilsona ze snu. Cuddy nerwowo ciągnęła za bluzeczkę, próbując uwolnić kostki lodu, które ześlizgnęły się po jej plecach wzdłuż kręgosłupa, podczas gdy House zaśmiewał się z niej zgięty niemal w pół.

- Ty... - Cuddy powiedziała oskarżycielsko, nie bardzo wiedząc jak skończyć zdanie, wytarła wilgotne ręce o spodnie – Ty dupku!
- Chyba straciłaś punkt – odparł z niezwykle zadowolonym z siebie uśmiechem. Zerknęła na niego zaciskając wargi, po czym przeniosła uwagę na swoją własną szklankę wody. Nie było takiej opcji, żeby wyszedł z tego bez szwanku. – Nie odważyłabyś się?

Wolno, ale konsekwentnie podeszła do stolika i podniosła szklankę z wodą. Zakręciła delikatnie jej zawartością patrząc mu jednocześnie prosto w oczy.

- Sprawdź mnie.

Zdając sobie sprawę, że ona nie żartuje, House przełknął głośno ślinę i wskazał palcem na podłogę.

- Cuddy, dywan wygląda na drogi.

Wzruszyła ramionami robiąc krok w jego kierunku i przesuwają palcem wskazującym po krawędzi szklanki, a potem zanurzając go w płynie w środku.

- To tylko woda, wyschnie – wypowiadając ostatnie słowo strzepała wodę palcem wskazującego na jego twarz, co zmusiło go do mrugnięcia w odruchu bezwarunkowym.
- Na prawdę wierzysz, że będę tu po prostu stał i pozwolę ci wylać na mnie szklankę wody?

Zrobiła jeszcze jeden krok w jego kierunku i odchyliła głowę do tyłu, żeby spojrzeć mu prosto w twarz pomimo różnicy ich wzrostu.

- Nie wiem, House. Co zamierzasz zrobić? – każde słowo kryło w sobie wyzwanie.

Stali teraz tak blisko siebie, że słyszał jej oddech i czuł zapach jej perfum, który sprawiał, że włosy na jego karku stawały dęba, a także, co bardziej zawstydzające, pewna inna część jego fizjonomii dawała o sobie znać. Przez większą część jego dorosłego życia, wszystko co musiała zrobić to spojrzeć na niego w ten konkretny sposób i od razu czuł się pobudzony. Nie miało znaczenia czy właśnie przekrzykiwali się na temat biopsji czyjegoś mózgu czy też angażowali się w coś znacznie bardziej czułego, jego ciało zawsze na nią reagowało, niezależnie od tego jak bardzo jego mózg starał się to opanować. To mogło być frustrujące jak diabli, ale jednocześnie ekscytujące i w tym właśnie momencie, nie było inaczej. Jego wzrok skakał od jej oczu do ust i z powrotem i wtedy zdał sobie sprawę z ogromnej przepaści jaka zieje pomiędzy tym co pragnął zrobić w tej konkretnej chwili, a tym co było w jakikolwiek sposób akceptowalne w obecnej sytuacji. Pragnął jej. Bardzo.

Udawany kaszel odwrócił ich uwagę od siebie nawzajem i skierował ją ku kanapie.

- Zanim wybuchnie trzecia wojna światowa, naprawdę chciałbym schronić się w moim bunkrze.

Wilson spuścił nogi na podłogę i usiadł nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Teraz patrzył na nich wymownie marszcząc brwi niczym surowy rodzic, który właśnie przyłapał na całowaniu dwoje nastolatków. Robiąc krok w tył, dalej od House’a Cuddy odstawiła szklankę z wodą na stolik i zaczęła nerwowo rozcierać swój kark. Mogła wyczuć jak pąsowieją jej policzki.

- Ja… eee… i tak powinnam już zadzwonić do siostry.

House, który już był przy Wilsonie i pomagał mu wstać, spojrzał na nią unosząc wysoko brwi. W ciągu zaledwie kilku sekund mowa jej ciała przeszła się z otwarcie pewnej siebie z powrotem w zamkniętą i ostrożną. Ależ ona go intrygowała. Odwzajemniając jego spojrzenie obserwowała jak dzieli swoją uwagę pomiędzy patrzeniem pod nogi i spoglądaniem z powrotem w jej kierunku, podczas gdy jej serce waliło niemiłosiernie w piersi, a w okolicach żołądka tańczyły motyle. Kiedy wreszcie zniknęli za rogiem, opadła ciężko na kanapę i wzięła głęboki oddech. Zdała sobie sprawę, że idiotycznie, irracjonalnie i kompletnie nie na miejscu czuje się i reaguje w ten sam sposób jak wtedy, gdy pierwszy raz spotkała wysokiego, atrakcyjnego i wkurzająco zarozumiałego studenta medycyny, pracującego w akademickiej księgarni dwadzieścia lat temu.

Im więcej wszystko się zmieniało, tym bardziej pozostawało takie samo.

-------------------------------------------------

- Potrzebujesz czegoś jeszcze?

Wilson potrząsnął głową układając wąsy tlenowe za uszami, zanim oparł głowę na poduszce. Był rozbity, ale coś chodziło mu po głowie. W rogu pokoju House zaczął ścielić łóżko, które wcześniej tego dnia przynieśli razem z Cuddy, odkręcony plecami rozkładał prześcieradło na materacu.

- Nadal jej na tobie zależy – powiedział cicho Wilson. Były diagnosta znieruchomiał na kilka sekund, ale potem wrócił do wygładzania prześcieradła dłonią. Z reguły nie dbał o to czy jego prześcieradło jest pogniecione czy nie, ale to sprawiało, że mógł skupić uwagę na czymś innym niż zbliżający się wykład. - Czy słyszałeś co powiedziałem?
- Słyszałem co powiedziałeś, ale zdecydowałem się cię zignorować... Idź spać. - Ton jego głosu pozostał niewzruszony w czasie gdy on wziął poduszkę i rzucił na szczyt łózka.

Po pełnej napięcia chwili ciszy, Wilson, który jeśli już poruszył jakiś temat, nie odpuszczał łatwo, kontynuował wypowiedź.

- Inaczej się dziś przy tobie zachowywała... Była bardziej zrelaksowana.

Zdając sobie sprawę, że nie będzie miał chwili spokoju jeśli nie weźmie udziału w tej rozmowie, House westchnął i usiadł na łóżku opierając się plecami o sąsiadującą z nim ścianę i spuszczając nogi na podłogę.

- Rozmawialiśmy zeszłej nocy... właściwie, tego ranka... - Nie miał najmniejszego zamiaru dzielić się szczegółami. Po pierwsze, nie był zbyt dumny, że po pijaku włamał się do domu i nie było żadnego powodu, by informować Wilsona, że niemal rozpłakał się jak mała dziewczynka w obecności swojej byłej dziewczyny. Częściowo chodziło o dumę, częściowo o fakt, że nie było potrzeby, by jego przyjaciel wiedział, że to wszystko tak bardzo przeraża również jego. Miał już wystarczająco ciężko. - Ogłosiliśmy rozejm dla dobra ludzkości na czas mojego pobytu tutaj.

Po drugiej stronie pokoju Wilson zdawał się rozmyślać nad tym co usłyszał.

- Musisz ją przeprosić

Nie było wątpliwości co miał na myśli.

- I oto jest! - westchnął House wyrzucając ręce w górę i wywracając oczami – moje przenośne sumienie.
- Wiem, że to będzie trudne...
- Trudne? - przerwał. Słowo trudne nie opisywało tego nawet w połowie, ale nie o to w ogóle chodziło. - Chcesz, żebym ją przeprosił bo co?... Odczynię fakt, że wjechałem samochodem w jej dom i naraziłem jej życie na niebezpieczeństwo, nie zważając na to ile razy ona zdrapywała z podłogi mój nieszczęsny tyłek?... Bo jak usłyszy, że jest mi przykro to wpadnie w moje ramiona wyznając, że nadal mnie kocha?... Czy może nagle uzna, że jest w stanie choćby zacząć mi wybaczać, to co zrobiłem?... Obaj dobrze wiemy, że żadna z tych opcji nigdy nie będzie możliwa.

Powoli, Wilson usiadł podsuwając się w górę łóżka i spojrzał przyjacielowi prosto w oczy.

- Wiesz, House. Pewnego dnia to będziesz ty... To może być miesiące lub lata od teraz, ale koniec końców, będziesz leżał gdzieś w jakimś łóżku, podczas gdy twoje ciało będzie dawało za wygraną, a twój umysł będzie wciąż i wciąż na nowo rozważał każdą najmniejszą decyzję, której kiedykolwiek w życiu żałowałeś... - Chory mężczyzna spojrzał w dół na własne splecione dłonie i zauważył, że nawet po nich dało się poznać, że stracił na wadze. Widział wcześniej jak to dzieje się z tyloma ludźmi, ale teraz gdy chodziło o niego samego, wydawało się to surrealistyczne – Czasem chodzi o głupie rzeczy jak, to że powinienem częściej dzwonić do swoich rodziców, ale dużo częściej żałuję tego, że zniszczyłem każde jedno ze swoich małżeństw... Żałuję głupich kłótni jakie miałem z Amber, zanim zginęła albo tego, że nie było mnie przy moim bracie, gdy tego potrzebował...

House pomasował swoją bolącą nogę i kręcił się niezręcznie siedząc na łóżku.

- Zaczynam się czuć jakbym przyjmował spowiedź – zażartował cicho pod nosem.
- Żałuję też tych wszystkich recept na vicodin, które wypisywałem przez lata... i tych, których nie wypisałem.
- To nie ma nic wspólnego z tobą. Nie wpychałeś mi tabletek do gardła – House wydyszał lekceważąco, przerywając wypowiedź by przetrzeć dłonią zmęczone oczy. Naprawdę nie miał teraz ochoty rozważać wszystkich okoliczności jakie wpływały na jego uzależnienie. - Wiem dokładnie dokąd zmierzasz, i tak, może będę tego żałował... Jednak nie zamierzam stawiać Cuddy w sytuacji, w której będzie czuła, że powinna przestać być na mnie wkurzona... Ona ma prawo nadal być na mnie wkurzona.
- A co jeśli ona potrzebuje to usłyszeć?... Przez tak długi czas byliście dla siebie nawzajem ogromną częścią swojego życia.

Niemal krzywiąc się na czas przeszły, którego w odniesieniu do jego relacji z Cuddy użył w zdaniu przyjaciel, House zdał sobie sprawę jak bardzo nienawidził zakończenia tego wszystkiego. W przeszłości zawsze istniała jakaś iskierka nadziei, ale teraz każdy aspekt ich aktualnego życiowego położenia, przekreślał wszelkie możliwości.

- Ale po co?... Oficjalnie jestem martwy, a ona ułożyła sobie życie na nowo. - Nie dało się nie zauważyć nuty irytacji w jego głosie.
- Właśnie o to mi chodzi. Nie wydaje mi się, żeby sobie ułożyła - odpowiedział spokojnie Wilson. Tak naprawdę był tego pewien. Obserwował całą ich wcześniejszą wymianę zdań w salonie, kiedy Cuddy groziła, że wyleje na niego szklankę wody i widział jak bardzo nadal była zaangażowana. - Pomimo wszystkiego co zaszło, wciąż jej na tobie zależy, nawet jeśli tak bardzo nadal jest na ciebie wkurzona...
- Toleruje mnie.
- Zależy jej, House. - Nie odpuszczał. To musiało zostać powiedziane – I właśnie dlatego jesteś jej winien przeprosiny... Nie ma znaczenia, czy kiedy już mnie nie będzie, wyjdziesz stąd i nigdy więcej jej nie zobaczysz... Ona potrzebuje wiedzieć, że nienawidzisz tego co jej zrobiłeś i że nie zmarnowała wszystkich tych lat swojego życia, wysilając się dla kompletnego drania bez serca.

Dla House było to jak światełko, które nagle zapaliło się w jego głowie. Jego przyjaciel miał rację. Absolutną rację, ale jak miałby w ogóle poruszyć z nią ten temat. Nie jest to coś, co można wtrącić w środku dowolnej rozmowy. Sprawy między nimi zaczęły iść tak gładko, że myśl o narażaniu aktualnej sytuacji napawała go wstrętem. Nie był nawet pewien czy jest w stanie wypowiedzieć właściwe słowa. W przeszłości nigdy nie przychodziło mu to łatwo. Naprawdę musiał to wszystko przemyśleć.

- Mogę już iść spać czy czujesz potrzebę, żeby przekazać mi jeszcze jakieś słowa mądrości?

Wzruszając ramionami Wilson ułożył się wygodnie i zgasił lampkę nocną, podczas gdy mężczyzna w rogu pokoju podniósł z podłogi kołdrę i położył się na łóżku naciągając ją na siebie.

- Dobranoc, Jonny.
- Dobranoc, House.

Obaj zamknęli oczy słuchając dobiegającego z oddali ujadania psa.



_________________
"To change the world, start with one step
however small, first step is hardest of all"
strony internetowe

PostWysłany: Pon 10:25, 26 Lis 2012
orco
Tłumacz



Dołączył: 17 Wrz 2009
Pochwał: 28

Posty: 638

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

To chyba mój ulubiony fick! Wróciła moja fascynacja.... bo po 15 gdzieś uciekła a po zakończeniu 7 sezonu to już wogóle...

Przeczytałam oryginał ficka ale ogromnie czekam na twoje tłumaczenie, bo wtedy czuję to coś, mój angielski nie jest na tyle dobry żeby to poczuć....Smile

Dlatego życzę dużo czasu na tłumaczenie...I już wypatruje następnej części...
Dzięki!! Very Happy



PostWysłany: Pią 13:44, 30 Lis 2012
beata_3
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Sty 2010

Posty: 43

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jeśli chodzi o mój angielski pozostaje mi tylko tłumaczenie Orco, ale nawet przez sekundę nie żałuję, nie mam pojęcia czy oryginał jest równie dobry co tekst który przed chwilą przeczytałam, ale jestem pewna, że lepszy po prostu być nie może.
Jej... po prostu jej... wróciło... znów jak kiedyś z chęcią zaglądam do Huddy z nadzieją, że uraczysz nas kolejną częścią. Fik podoba mi się coraz bardziej i bardziej, i mam tylko nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, jakkolwiek trudne miałoby to być w przypadku Huddy.

Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

Czasu i weny do tłumaczenia.
lis.



_________________
I serducho House, Huddy and Rachel! Best scene ever s7e10 42:11-43:06 serducho Hugh Laurie, Lisa Edelstein serducho

Avek by Anola. Bannerek by Gusia :*
Huddy story serducho
http://www.youtube.com/watch?v=KgbyDOUdBD4
Hugh/Lisa about Huddy to GY... Wink
http://www.fanpop.com/spots/huddy/images/22253906/title/hugh-lisa-about-huddy-gy-fanart
No empty House. No season 8. Why Shore?

PostWysłany: Pią 18:38, 30 Lis 2012
lisek_
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 03 Lis 2009
Pochwał: 17

Posty: 172

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

-CZĘŚĆ 6-

Przez niemal cały następny tydzień, dla wszystkich osób mieszkających obecnie w domu, dni biegły jeden po drugim zlewając się w jedną monotonię krótkich godzin snu przeplatanych zamartwianiem się o przyszłość. Ponieważ zdrowie Wilsona szybko się pogarszało, zarówno House jak i Cuddy zdali sobie sprawę, że rozwinęło się zapalenie płuc i w związku z tym postanowili czuwać przy nim na zmianę. Jedno siedziało przy jego łóżku, podczas gdy druga osoba mogła zrobić sobie przerwę, zjeść coś albo najczęściej zdrzemnąć się nieco na kanapie w salonie. Pomimo gorączki, sporych trudności w oddychaniu i przykucia do łóżka Wilson zdecydowanie odmówił, kiedy jego przyjaciel spytał czy na pewno nie chce pojechać do szpitala i błagał by pozwolono mu umrzeć tu gdzie się znajdował, więc House ponownie zapewnił, że dotrzyma danego słowa.

Następnego popołudnia gdy z miską płatków śniadaniowych w dłoni House szedł z kuchni do pokoju, dostrzegł Cuddy, która właśnie wchodziła na schody na piętro z głową spuszczoną tak nisko, że włosy zakrywały całą jej twarz. Rękawem długiego, szarego swetra przecierała zmęczone oczy, a w drugą ręką wpychała do kieszeni coś co wyglądało jak mała, prostokątna karteczka. Coś zdecydowanie było na rzeczy.

- Wszystko w porządku? - zapytał ostrożnie, odstawiając miskę z płatkami na stolik do kawy i podchodząc do niej. Za każdym razem, gdy nie było go w pokoju gościnnym, zadręczał się myślą, że coś może się wydarzyć pod jego nieobecność. - Czy Wilson...?

Cuddy zatrzymała się w miejscu i pochyliła żeby podnieść chusteczkę higieniczną z pudełka na końcu stolika.

- Śpi – odpowiedziała cicho, przecierając czerwone oczy.

Wyglądała na wyraźnie zakłopotaną. House bezwiednie odetchnął z ulgą i oparł się ciężko o poręcz stojącego obok krzesła, dopiero w tym momencie zdając sobie sprawę z tego, że serce wali mu w piersi.

- To dobrze.
- Muszę... zając się czymś – wymamrotała kobieta ponownie zbierając się do wyjścia w kierunku schodów.
- Zaczekaj chwilę... - instynktownie wyciągnął rękę przed siebie i niezdarnie chwycił czubki jej palców dokładnie w momencie, gdy odwracała się by odejść. Czuł pod kciukiem, że rękaw jest wilgotny od jej łez. - Co się dzieje?

Odwróciła się z powrotem twarzą do niego, spojrzała jakby w szoku w dół na ich złączone dłonie, ale nie wykonała żadnego ruchu by zerwać ten kontakt.

- Wszystko w porządku.
- Wcale tak nie wyglądasz.
- Dzięki – odpowiedziała wolną ręką ocierając kolejną łzę.
- Cuddy słuchaj, jeśli nie powiesz mi dobrowolnie, to będę musiał cię torturować. Jestem pewien, że znajdzie się tu gdzieś jakaś pinceta.

Zaśmiała się na przekór swojemu własnemu samopoczuciu.

- Chciałabym zobaczyć jak próbujesz – niepewny uśmiech przemknął jej po twarzy.

Milczeli przez krótką chwilę, w tym czasie on gładził kciukiem wierzch jej dłoni, ciesząc się tą przelotną czułością. Nadal nie próbowała zabierać ręki.

- Jeśli jest coś co powinienem wiedzieć... - przez milisekundę przerwy między słowami zdawało mu się, że widzi panikę w jej oczach – na temat Wilsona.
- Nie... nie ma... To znaczy jest, tylko...
- A po ludzku? - jego twarz wykrzywiła się w wyrazie niezrozumienia.

Obserwował jak powoli egzaminuje każdy cal jego twarzy, a później spuszcza wzrok na ich złączone ręce i patrzy jak powoli głaszcze kciukiem wierzch jej dłoni.

- Nienawidzę tego... nienawidzę tego, że nic nie mogę zrobić. - Zamilkła na sekundę słysząc jak głos jej się łamie. Zamknęła oczy i przełknęła łzy – Nienawidzę widzieć go w takim stanie... I tęsknię za dziećmi... Idiotka ze mnie.

Widząc jak w kąciku jej oka formuje się łza, a po chwili spływa w dół po policzku, House wyprostował się i wyciągnął drżącą rękę by ją otrzeć. Jego zwykłą reakcją na widok kogoś zalanego łzami i tak pogrążonego w bólu byłoby uciec jak najdalej stąd, ale wszystko czego w tej chwili pragnął to być blisko przy niej. Oczywiście chciał ją pocieszyć, ale jego motywy były dalekie od czystego altruizmu. Czuł się jakby na całym świecie była jedną jedyną osobą, która miała pojęcie co on sam właśnie teraz przechodzi i oto stała przed nim wyrażając to samo udręczenie, z którym on borykał się od miesięcy.

- Nie jesteś idiotką – powiedział cicho ocierając kolejną łzę.

Kiedy zabrał dłoń z jej policzka, Cuddy zrobiła krok w jego kierunku i ostrożnie oparła głowę na jego piersi, powoli przesunęła dłonie w górę jego pleców i wbiła opuszki palców w mięśnie, które wyczuwała pod jego koszulką. Po chwili wahania House odpowiedział obejmując ją własnymi ramionami i przytulając początkowo delikatnie, by po chwili wzmocnić nieco uścisk i oprzeć brodę na czubku jej głowy przymykając oczy. Pragnął tego od tak dawna: bliskości, którą próbował fabrykować z wieloma prostytutkami, ale to nigdy nie było to samo. Kiedy byli razem, a nawet wcześniej, fizyczna bliskość zawsze była dla nich sposobem na wyrażenie uczuć jakie żywili do siebie nawzajem. Nie miało znaczenia, czy uprawiali seks czy ledwie trzymali się za ręce. Dla dwojga ludzi, którzy tak często spierali się ze sobą, każde uparcie stawiając na swoim, możliwość dotknięcia się była najczęściej ich najbardziej szczerą i najważniejszą formą komunikacji.

Przez kilka minut stali tak obejmując się nawzajem, nieruchomo, w ciszy, żadne z nich nie chciało psuć atmosfery, aż w końcu Cuddy poczuła, że chce coś powiedzieć.

- Chce, żebym wezwała do niego prawnika.
- Znowu się ożenił, gdy nie patrzyliśmy?

Poczuł jak kobieta w odpowiedzi uśmiecha się przytulona do jego piersi, choć oboje wiedzieli, że ich przyjaciel stara się upewnić, że wszystko zostało uporządkowane zanim czas nadejdzie i to właśnie napełniało ich rozpaczliwym przerażeniem. Podniosła przytuloną do niego głowę i odchyliła ją do tyłu, by na niego spojrzeć.

- Powinnam już iść.
- Ja też... - odpowiedział spoglądając w dół na zegarek zanim kontynuował – General Hospital zaczyna się za jakieś 3 minuty. Ostatnimi czasy Wilson jest w stanie obejrzeć go ze mną, tylko jeśli jest nieprzytomny.
- Dobrze widzieć, że masz jasno określone priorytety.
- Zawsze – odpowiedział ocierając resztki łez z jej policzków za pomocą obu kciuków – Idź porozmawiać ze swoimi dziećmi.

Nieznacznie kiwnęła głową i odsunęła się od niego obejmując się sama rękami i zostawiła go zastanawiającego się nad tym czy po zerwanym kontakcie ogarnęło ją takie samo bolesne uczucie pustki, jak jego. Czuł na skórze delikatne mrowienie wszędzie tam, gdzie jeszcze przed chwilą czuł jej bliskość.

- Gdybyś mnie potrzebowała... gdyby cokolwiek.
- Będę wrzeszczeć.

Odwróciła się i wolno odeszła w kierunku schodów na górę. House zauważył, że nie kołysała biodrami tak bardzo jak zwykle, prawdopodobnie z powodu zmęczenia i ogólnego nastroju. Zdecydował, że sam też się stąd ruszy, ale gdy zrobił krok w tył poczuł, że nadepnął na coś leżącego na podłodze. Schylił się i podniósł coś co wyglądało jak prostokątny kawałek papieru, odwrócił go i zobaczył kobietę, którą przed chwilą trzymał w swoich ramionach w połowie uśmiechającą się do aparatu, w połowie odwracającą uwagę do chłopca, który trzymany przez nią w objęciach kurczowo obejmował jej kark i nieśmiało zerkał na osobę robiącą zdjęcie, jakby dopiero co się obudził.

Chłopiec wyglądał na nieco starszego niż House zapamiętał go zdjęcia, które widział wcześniej w sypialni, ale miał te same niebieskie oczy nerwowo patrzące na niego z fotografii, jego maleńkie rączki wbite kurczowo w jej ramiona, szukały u matki wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. Pocierając lekko kciukiem po jej twarzy, House zdał sobie nagle sprawę, że Cuddy nie miała nikogo, u kogo ona mogłaby szukać tego samego. Może i była otoczona przez ludzi w pracy, a nawet w domu, gdzie miała swoje dzieci, ale to nie powstrzymywało jej przed byciem samotną. Tą samotność wyczuł, kiedy objęły go jej szczupłe ręce i rozpoznawał ją aż zbyt dobrze.

Odłożył zdjęcie na brzeg stolika z pewną czcią, podniósł odstawioną obok miskę płatków i skierował się do pokoju gościnnego.

-------------------------------------------------

Obudził go tępy ból w ręce, o którą oparł głowę zapadając w drzemkę na krześle, przystawionym obok łóżka. Prostując się i rozmasowując nadgarstek House podniósł powieki i dostrzegł parę wbitych w niego oczu.

- Od pewnego czasu zamierzałem ci powiedzieć, że to całe przyglądanie mi się gdy śpię jest trochę nawiedzone. - Wilson uśmiechnął się w odpowiedzi do przyjaciela. Usta zasłaniała mu maska tlenowa, ale rozbawienie było widoczne w jego oczach. - Boli cię?

Wilson odpowiedział potrząsając głową i przyglądając się uważnie przyjacielowi. W końcu niezręcznie opuścił maskę na brodę, żeby coś powiedzieć.

- Myślę, że jestem gotowy.
- Mhm – odpowiedział szybko House nerwowo przenosząc wzrok na dywan, - nie będziemy tego robić.
- Czego?
- Wielkiej przemowy, w której mówisz mi, żebym zawsze nosił czystą bieliznę i zjadał do końca swoje warzywa.

Wilson zaśmiał się słabo.

- Dzięki – powiedział anemicznie przecierając podkrążone oczy.

House zdołał dostrzec w słabym świetle lampki, że podstawy paznokci przyjaciela przybrały barwę głęboko niebieską.

- Za co?
- Za to – odpowiedział chory mężczyzna. - Za to, że nie dałeś mi umrzeć z nudów... Zanim cię spotkałem, moim przeznaczeniem było wieść ekscytujące życie kontemplacyjnej zakonnicy.
- Hej, te laski są dzikie! – zażartował House i szczery uśmiech zagościł na jego twarzy, gdy spojrzał na przyjaciela. Nie mieściło mu się w głowie jak wyglądałyby życia ich obu, gdyby nigdy się nie spotkali. - Nie ma za co.

Przez kilka minut siedzieli w ciszy czując się swobodnie w swojej obecności, House pochylił się do przodu i oparł głowę na splecionych dłoniach. Przelotnie spoglądając na elektroniczny zegar utwierdził się w przekonaniu, że nie spał dłużej niż pół godziny. Pomijając jakąś godzinę wczorajszego dnia, kiedy to Wilson nalegał by zostać na osobności z prawnikiem, House prawie nie opuszczał jego boku, przerażony myślą, że nie będzie go przy przyjacielu gdy czas nadejdzie. Wiedząc, jak to dla niego ważne, Cuddy tylko dyskretnie zaglądała do nich co jakiś czas, przynosząc mu posiłek i jedząc razem z nim w pokoju i rozmawiając cicho, podczas gdy Wilson przeważnie szybko zasypiał na łóżku.

- Jeśli kiedykolwiek znowu skrzywdzisz Cuddy, wrócę z za grobu by cię nękać – wymamrotał były onkolog ledwie unosząc powieki.
- Wilson jako duch o łagodnym usposobieniu?... – zapytał sceptycznie House - miewałem bardziej przerażające ataki niestrawności.
- Nie żartuję.
- Wiem – odpowiedział poważnie – jestem pewien, że dam radę wytrzymać te 10 minut, zanim wyrzuci mnie z domu.
- Nie zrobi tego.

House wziął głęboki oddech i drapiąc się w tył głowy znowu uciekł wzrokiem gdzieś w bok. Od kiedy wyruszyli z New Jersey starał się spychać myśli o tym, co stanie się po TYM gdzieś w najdalszy zakątek umysłu, ale coraz trudniej było je ignorować.

- Taa... Cóż...
- Oboje zasługujecie by być szczęśliwi... - wymamrotał Wilson nie otwierając oczu.

House popatrzył na niego z niedowierzaniem zanim poczuł, że nagle wzbiera w nim gniew. Jak on może w ogóle zaczynać mówić o tym na co zasługują inni, w momencie gdy jego samego spotkał tak niezasłużony los?

- A jaka to w ogóle różnica?... Nie jestem nawet pewien... - zgrzytliwe chrapnięcie przerwało jego wypowiedź właśnie w momencie, gdy miał rozpoczynać tyradę o plusach i minusach nie dostawania tego na co się zasługuje. Wyciągnął rękę i delikatnie założył maskę tlenową z powrotem na twarz przyjaciela, usiadł głębiej na krześle i oparł głowę na oparciu. – Typowe!

Dwie godziny później, na chwile zanim zegar wybił czwartą nad ranem, House obserwował jak Wilson głęboko wciąga powietrze, a później robi ostatni terkoczący wydech zanim jego klatka piersiowa przestaje się ruszać.

-------------------------------------------------

Kiedy promienie porannego słońca wpadając przez okno salonu oświetliły jej twarz, przysypiająca na kanapie Cuddy rozprostowała nogi i poczuła, że coś dużego i twardego blokuje jej drogę. Podniosła gwałtownie głowę, otworzyła oczy krzywiąc się od słonecznego blasku i zobaczyła House'a siedzącego na podłodze u jej stóp. Usta miał delikatnie rozchylone, a obojętny wzrok bezwiednie wbity w dywan przed nim podczas gdy jego dłonie nieruchomo spoczywały na kolanach. Natychmiast wiedziała. Spokojnie i ostrożnie przesunęła nogi, wyprostowała się i usiadła obok niego na podłodze, zauważając jednocześnie, że tylna strona jej ud, która nie była okryta kocem, mocno zmarzła w czasie gdy spała.

- House – powiedziała cicho, ale nie zauważyła żadnej reakcji. Jego wzrok nadal wbity był w podłogę przed nim. - House – powtórzyła nieco głośniej kładąc rękę na jego przedramieniu.

Odwrócił głowę i spojrzał na nią szklistymi oczami, mocno podkrążonymi na ciemno-siny kolor. Bruzdy na jego czole pogłębiły się, gdy zmarszczył brwi patrząc na nią.

- Jesteś zmarznięta – wymamrotał roztargniony zerkając na jej dłoń spoczywającą na jego przedramieniu.
- Nic mi nie jest... House?
- On odszedł. - Sposób w jaki to zaintonował brzmiał niemal jak pytanie – Wilson odszedł.

Opuściła ramiona słysząc jak wreszcie wypowiada te słowa. Miała to gryzące uczucie drżenia w dole brzucha od momentu kiedy stracił przytomność na jej progu, w nocy gdy zobaczyła ich po raz pierwszy, ale świadomość, że wszystko się już skończyło, wcale nie pomogła jej poczuć się lepiej. Miała teraz ochotę usiąść w rogu i płakać, ale w tym konkretnym momencie jej głównym priorytetem był mężczyzna siedzący obok i to jak on poradzi sobie z sytuacją. Bez wątpienia był teraz w szoku i nie miała pojęcia czy nie jest tykającą bombą zegarową. Przesuwając dłoń w dół jego ramienia, splotła swoje palce z jego i ścisnęła mocno.

- Tak mi przykro...
- Mnie też – odpowiedział patrząc w dół na ich splecione ręce, jakby nie mieściło mu się w głowie, że zdobyła się na to by go dotknąć.

Cuddy przelotnie spojrzała w kierunku wejścia do pokoju urządzonego na biuro, przez który przechodziło się do pokoju gościnnego.

- Pożegnałeś się z nim jak należy?
- Cuddy, on nie żyje! - wyrwało mu się. Siła i ton jego głosu sprawiły, że wzdrygnęła się lekko. - Przepraszam - natychmiast pożałował, że się uniósł.
- Nic się nie stało.
- Owszem stało się – odpowiedział zdecydowanie. Nienawidził myśli o tym, że ją przestraszył po tym wszystkim co zrobiła dla Wilsona. Za każdym razem, gdy ktoś był dla niego miły, musiał to spieprzyć – To powinienem być ja.

Westchnęła i z niedowierzaniem pokręciła głową zabierając swoją rękę.

- Jesteś niemożliwy.
- Co?
- Zastanawiałam się ile czasu zajmie ci, dojście do stanu użalania się nad sobą i wstrętu do samego siebie.
- Szczerze twierdzisz, że nie wolałabyś, żebym to ja tam leżał? - zapytał sceptycznie robiąc gest mniej więcej w stronę pokoju, który opuścił jakiś czas temu.

To pytanie odczuła jak cios w trzewia, widocznie zabrakło jej tchu, podczas gdy House czekał na odpowiedź. Po chwili, która im obojgu wydawała się wiecznością, zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie odpowiedzieć, słowa plątały jej się w głowie zanim była w stanie je wypowiedzieć.

- Ty dupku – wykrztusiła w końcu, a jej oczy zaszły łzami gdy podnosiła się na nogi.

Gnana potrzebą by być jak najdalej od niego, jak najdalej od tego co powiedział, ruszyła przed siebie. Było jej niedobrze. House poderwał się tak szybko jak tylko pozwalała mu na to jego noga, poszedł za nią i złapał ją ponownie za rękę, jeszcze raz zauważając jak była zimna.

- Cuddy...

Powoli odwróciła się twarzą do niego. Na jej obliczu malowała się mieszanka bólu i gniewu. Gwałtownie wyrwała swoją rękę z jego dłoni.

- Myślisz, że gdy dowiedziałam się o twojej śmierci, to wyprawiłam przyjęcie?... Że wzruszyłam ramionami i zajęłam się swoimi sprawami, jak gdyby nigdy nic?

House wzruszył ramionami i spojrzał w dół na podłogę. Często się nad tym zastanawiał, ale szczerze mówiąc nie miał bladego pojęcia. Nie potrafił wyobrazić sobie jak sam czułby się w podobnej sytuacji, gdyby ktoś zrobił jemu, to co on zrobił jej. Kontynuowała nieco spokojniejszym tonem.

- To nadal boli. Pomimo wszystko, to nadal boli.
- Dlaczego?

Spojrzała przez jego ramię jakby szukała gdzieś w dali tego co chce powiedzieć.

- Nie wiem... nie umiem włączać i wyłączać tego co czuję. - Odpowiedziała szczerze, obejmując się ramionami i masując sobie dłonie, żeby się ogrzać. Zdała sobie sprawę, że niedosypianie przez ostatnich parę dni, ma duży wpływ na to jak się czuje. - Wilson na to nie zasłużył... Nikt na to naprawdę nie zasłużył, ale życzenie sobie, żebyś to był ty zamiast niego, nikomu nie przyniesie nic dobrego.

Wiercił się niespokojnie w miejscu, przetwarzając w myślach to co mu powiedziała, czuł narastający piekący ból w udzie.

- Chciałbym... - Ogarnęło go dziwne, jak na kogoś kto zwykle jest niesłychanie wygadany, uczucie, że brakuje mu słów, by wyrazić to co chciał powiedzieć. Początkowe otępienie ustępowało miejsca nieokreślonemu bólowi, który przewyższał ten fizyczny.

Zauważając kompletną pustkę malującą się na jego twarzy, Cuddy zrobiła krok do przodu i chcąc dodać mu otuchy, położyła dłoń na jego ramieniu. Nie musiał kończyć zdania, żeby wiedziała co próbuje powiedzieć. Żadne z nich tego nie chciało.

- Ja też

Wyraz ulgi odmalował się na jego twarzy, gdy dotarła do niego świadomość, że był przy nim ktoś, kto dokładnie wiedział, co on sam przeżywał w tym konkretnym momencie. Przerażające uczucie straty. Obserwując go w takim stanie, Cuddy niemal zbyt łatwo mogła wyobrazić sobie małego, samotnego chłopca, którym musiał kiedyś być. W pierwszym odruchu, instynktownie chciała posadzić go na kanapie i utulić jego głowę na własnych kolanach, ale było zbyt wiele innych rzeczy, którymi musiała się teraz zająć.

- Idź na górę i połóż się na moim łóżku.
- Nie mogę go zostawić...
- Nie zostawiłeś – nalegała kręcąc delikatnie głową i łapiąc jego policzki w obie swoje dłonie. - Nie zostawiłeś... Pozwól, że ja zatroszczę się teraz o wszystko. Upewnię się, że dobrze się nim zajmą.

Pomijając nawet fakt, że nie była pewna czy on byłby w ogóle w stanie psychicznie i fizycznie poradzić sobie z tym co miało nastąpić, pozostawała jeszcze ta drobna kwestia, że upozorował własną śmierć. W praktyce bezpieczniej było trzymać go z daleka od wszystkich ludzi na oficjalnych stanowiskach. House, nie mając siły na jakiekolwiek kłótnie, tylko nieznacznie skinął głową. Zamrugał powiekami, kiedy przeczesała palcami jego włosy i jeszcze raz powiedziała, by poszedł się położyć na górze. Miała rację, powinien odpocząć zanim padnie ze zmęczenia.

Cuddy obserwowała jak ciężko kuśtyka wychodząc z pokoju, po czym zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, zanim zdecydowała się pójść do pralni i znaleźć jakieś ciuchy do przebrania. Potem poszła sama pożegnać się z Wilsonem, zanim zadzwoniła po lekarza, który miał stwierdzić zgon i do domu pogrzebowego.

Kilka godzin później, Cuddy zamknęła drzwi frontowe i oparła się o nie plecami czując jak zalewa ją cała gala emocji, poczynając od ulgi, a kończąc na głębokim smutku. W myślach powtarzała moment, kiedy weszła do pokoju gościnnego i zobaczyła przyjaciela leżącego na łóżku. Wyglądał jakby spokojnie spał, cały ból, którego doświadczał przez ostatnich kilka miesięcy, zniknął z jego oblicza. Miała tylko nadzieję, że zrobiła dla niego wystarczająco dużo i że pozwoliła mu odejść godnie, jak na to zasługiwał.

Od momentu, kiedy ostatni raz rozmawiała z House'em zużyła cały swój zapas zimnej krwi na to, co musiało zostać zrobione i kiedy nerwy zaczęły opadać, poczuła że jest naprawdę wyczerpana. Zdecydowała się jeszcze zajrzeć do niego przed snem, więc poszła w kierunku schodów i zaczęła wspinać się po nich na górę. Doszła do swojej sypialni, położyła rękę na klamce i właśnie miała otworzyć drzwi, kiedy coś ją powstrzymało: cichy szloch House'a dobiegał z ich drugiej strony. Niepewna tego jak postąpić, odwróciła się, a potem jeszcze raz z powrotem w kierunku pokoju, ręką pogładziła drewno przed sobą. Chciała otworzyć te drzwi bardziej niż cokolwiek innego i wziąć go w objęcia, ale już stanie tutaj i słuchanie tego, bez jego wiedzy zdawało jej się pogwałceniem jego prywatności.

W końcu Cuddy odwróciła się raz ostatni i poszła korytarzem w kierunku schodów, gdzie ciężko opadła na pierwszy stopień, by sama cicho zapłakać.



_________________
"To change the world, start with one step
however small, first step is hardest of all"
strony internetowe

PostWysłany: Sob 5:43, 01 Gru 2012
orco
Tłumacz



Dołączył: 17 Wrz 2009
Pochwał: 28

Posty: 638

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Crying or Very sad Wzruszająca scena Sad
Ale pomijając żal po odejściu Wilsona z opowiadania przynajmniej wiem, że teraz już będzie tylko Huddy Razz
No i jak przed dwoma laty wyczekuję na następną część, żeby znów poczuć "to coś".
Dzięki, orco Wink



PostWysłany: Nie 12:31, 02 Gru 2012
alhambra
Psi Detektyw
Psi Detektyw



Dołączył: 27 Sie 2009
Pochwał: 13

Posty: 6827

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Orco, zgadzam się z przedmówczynią, znów można poczuć dokładnie to samo co kiedyś, jej... jak sobie przypomnę jak przeżywałam fiki praktycznie tak samo jak serial, a może nawet bardziej Wink teraz jest podobnie. Bałam się, że mój popsuty komp pozbawi mnie kilku części, ale widzę, że chyba i u ciebie krucho z czasem, bo nadzieję, że komp cały, a czas to powróci, bo już nie mogę się doczekać co dalej. Buu... z powodu Wilsona, nie wiem jak House się teraz odnajdzie, oby Cuddy mu pomogła.

Pozdrawiam,
lis.



_________________
I serducho House, Huddy and Rachel! Best scene ever s7e10 42:11-43:06 serducho Hugh Laurie, Lisa Edelstein serducho

Avek by Anola. Bannerek by Gusia :*
Huddy story serducho
http://www.youtube.com/watch?v=KgbyDOUdBD4
Hugh/Lisa about Huddy to GY... Wink
http://www.fanpop.com/spots/huddy/images/22253906/title/hugh-lisa-about-huddy-gy-fanart
No empty House. No season 8. Why Shore?

PostWysłany: Sro 16:43, 19 Gru 2012
lisek_
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 03 Lis 2009
Pochwał: 17

Posty: 172

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Kiedy następna częśćzapytajnik Smile



PostWysłany: Pią 16:12, 28 Gru 2012
beata_3
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Sty 2010

Posty: 43

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.24156 sekund, Zapytań SQL: 14