Konkurs Fikowy #1

 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Strona Główna -> Konkursy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Konkurs Fikowy #1

I Forumowy Konkurs Fikowy!

Weź udział w konkursie i zdobądź rangę FIKOPISARZA MIESI?CA! To pierwszy, z cyklu comiesięcznych konkursów na najlepszy fik. Tematyka pierwszego konkursu jest SYLWESTER.

Fiki -długie i krótsze (mogą być drabble) -proszę przesyłać do mnie na PW do 31 grudnia:)

Zapraszam do udziału wykrzyknik!



_________________

PostWysłany: Sro 12:01, 24 Gru 2008
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dziekujemy bardzo wszystkim autorom za nadesłanie fików Smile

Głosowanie będzie trwać do 4 stycznia do godziny 18 na PW do mnie lub do Rocket. Mozna glosować tylko na jeden fik.


ENJOY!




FIKI KONKURSOWE


FIK 1

Przyszła do niego nad ranem.
Weszła cicho i delikatnie, stąpając bosymi stopami po zimnej, marmurowej podłodze. Tego ranka nie pytała go nawet, czy przyjdzie na śniadanie – zmęczony całonocnym dyżurem, spał bowiem w najlepsze. Zaniosła do ich wspólnej sypialni dwa porcelanowe nakrycia i usiadła obok niego. Jedynym „elementem” zdradzającym jej obecność był cudowny zapach świeżo zaparzonej kawy, unoszący się znad parujących filiżanek. To właśnie on zbudził mężczyznę ze snu; sprawił, że podniósł głowę i uśmiechnął się z zadowoleniem. Cuddy chwilami go zachwycała, lecz nigdy nie potrafił jej powiedzieć jak bardzo.
- Dzień dobry, kochanie – wyszeptał nieco chrapliwym jeszcze głosem, czule całując ją przy tym w rumiany policzek.
Nie cofnęła się przed ciepłymi dłońmi ukochanego mężczyzny, pochyliła się, odwzajemniając poranny pocałunek. Fala ciemnych, kobiecych włosów otuliła szorstką twarz diagnosty.
- Mam dla ciebie pewną propozycję – powiedziała wreszcie, gdy tylko Greg usadowił się wygodnie i podniósł filiżankę do ust. – Wyjedźmy stąd. Spędźmy ostatnie chwile tego roku gdzieś na drugim końcu Stanów, w Kaliforni…
- Nie chcę jechać do Kalifornii – odparł spokojnie.
- Co ty opowiadasz! Przecież tam jest ślicznie o tej porze roku; wciąż słońce i… tak pięknie.
- Zimno – powiedział po chwili namysłu, a na jego twarzy zagościł charakterystyczny, łobuzerski uśmieszek.
Przyjrzała się zaspanemu jeszcze brunetowi z zaciekawieniem. Wiedziała, bowiem, że właśnie w tym momencie rzucił jej przysłowiową rękawicę i rozpoczął jedną ze swoich gierek. „Jakby nie mógł otwarcie wyznać, jakaż to diabelska myśl zaświtała w jego głowie!” Jednak i tym razem kobieca ciekawość zwyciężyła. Po chwili namysłu, wargi Lisy w końcu poruszyły się:
- Mmmm… Skoro Kalifornia nie przypadła ci do gustu, to co powiedziałbyś na Florydę? Długie kąpiele w zatoce, romantyczne spacery po plaży…
Głowa Grega poruszyła się wolno z boku na bok:
- Nie! Zimno! Mroźno! Lodowato!
- W takim razie proponuję jeszcze Wisconsin i witanie nowego roku na statku, pływającym po jeziorze Michigan. Albo nie! Sylwester w Nowym Jorku! – Cuddy sypała teraz pomysłami jak z rękawa. – Szaleństwo na Times Square: miliony neonów, laserów, tony konfetti, sypiącego się na nasze głowy…
- Ciepło, coraz cieplej! Próbuj dalej…
Lisa automatycznie poderwała rękę do ust, udając, że się głęboko zastanawia:
- Hmmm… Jeżeli chcesz mi powiedzieć, że tym idealnym dla ciebie miejscem jest New Jersey, to…
- O, jak ciepło! – powiedział, wymachując rękami z radości. – Idzie ci coraz lepiej. Tyle, że… New Jersey to zbyt ogólne pojęcie. Proszę uściślić, pani doktor!
- Jak powiesz jeszcze, że nie chcesz wychodzić z domu…
- Ufff… jak gorąco! Trafiła pani w dziesiątkę! – House wykrzyknął ze wszystkich sił. Wykorzystał moment nieuwagi, jakiej dopuściła się siedząca naprzeciw niego brunetka. Odłożył jej filiżankę na stolik i delikatnym ruchem ręki przysunął Lisę do siebie. Nie protestowała.
- Nie mam zamiaru wychodzić z łóżka – ani dzisiaj, ani jutro, ani nawet pojutrze. Przyjmij do wiadomości, że dla ciebie jestem skłonny do naprawdę wielkich poświęceń!
W końcu się roześmiała:
- Zawsze mnie rozśmieszałeś, Greg!
Pochyliła się, dotknęła go, po raz kolejny otulając twarz mężczyzny burzą swoich ciemnych loków.

FIK 2


Mówi się, że mężczyzna który stracił ukochaną,
Nie może być już szczęśliwy, ale to nieprawda…
Po prostu trzeba trafić na odpowiednią osobę.


Sylwester I

Był sylwester… właśnie uratowali życie kolejnej osobie. House miał już zamiar iść do domu, gdy zatrzymała go Cameron.
- House, Cuddy organizuje imprezę sylwestrową na górze… idziesz? – spytała
- Co? – dopiero teraz wyjął słuchawki z uszu.
- Pytałam, czy idziesz na imprezę sylwestrową.
- Nie za bardzo mam ochotę na imprezy.
- Ale… - zawahała się – może być ciekawie
- Tak.. niestety nie przekonałaś mnie.
Już miał wyjść, gdy wtem Cameron złapała go za rękę. Odwrócił się, nie przewidział czegoś takiego, a wręcz go to zdziwiło. Nie przewidział też drugiej ‘akcji’ jaką zafundowała mu Cameron. Mianowicie przylgnęła do jego pleców.
- Proszę…
- Będziesz tego żałować - odpowiedział House, a po chwili dodał – No dobra… chodźmy na górę. Tylko… puść już mnie.
Kiedy szli tak na górę House rozmyślał. Choć starał się, nie mógł zapomnieć co przed chwilą się stało. Nie mógł zapomnieć dotyku jej skóry na swojej dłoni… ciepła, które z niej emanowało na każdym kroku ‘Dlaczego uległem Cameron… to jej spojrzenie… to jej zachowanie…to jej ciepło które przemawia do mnie, i po co powiedziałem te słowa, czyżby…’ nie zdążył jednak dokończyć myśli, gdyż już byli na górze… a pierwszą osobę którą zobaczył po wyjściu z windy była Cuddy z lampką szampana. ‘Widocznie Cameron musiała dać znać, że jedziemy na górę’ pomyślał.
- O Cuddy dzięki za szampana, ale nie zabawie tu długo… - spojrzał na obydwie dziewczyny – chociaż skoro już tu jestem to przynajmniej do północy zostanę
- House żadnych docinek mi nie zafundujesz? A w ogóle dobrze się czujesz?
- Żadnych. Tak, świetnie. Dziękuję. Panie wybaczą. - i zniknął im sprzed oczu. Jednym haustem wypił szampana i wyszedł na dwór. Wiedział, że coś się z nim dzieje… czuł to, ale nie mógł zrozumieć co to, a raczej jeszcze nie mógł.
Parę minut przed północą. House nadal nie wymyślił co powinien zrobić. Nagle diagnostyk zauważył Cameron idącą w jego stronę, z kieliszkami z szampanem w dłoniach.
- Dobrze się czujesz? – spytała podając szampana
- Tak. Cam, dlaczego ty mnie kochasz?
Zatkało ją to pytanie. Nie spodziewała się tego.
- Bo jesteś zawsze sobą… w sumie to nie wiem, ale wiem że cię kocham – ‘teraz nie ma odwrotu’ pomyślała
- I co chcesz z tym fantem zrobić? Wiesz… Możesz tego żałować, może nie dziś i nie jutro ale kiedyś na pewno…. Czy mimo to nadal chcesz ze mną być?
- Tak.
Nic nie powiedział. Kiedy wybiła północ wypili razem szampana i przywitali Nowy Rok długim pocałunkiem.




Sylwester II

House był umówiony z Cameron na wspólne spędzenie czasu. ‘Kto by pomyślał, że już rok mija od naszej pierwszej randki’ Na samo wspomnienie tych wszystkich dni spędzonych tylko w swoim towarzystwie… ogrzewani tylko ciepłem swych nagich ciał… jej dotyku, wszystkich tych masaży jego nogi w jej wykonaniu - House robił się cały czerwony. Pewnie trwałby w zamyśleniu jeszcze jakiś czas, gdyby nie zadzwoniła jego komórka. Znał doskonale ten dźwięk, Cameron sama go wybrała z tysiąca dzwonków jakie były dostępne. Wybierając powiedziała mu, że ta muzyczka jest taka jak ona. Ciepła i delikatna, wręcz krucha. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast ukochanej osoby usłyszał głos Wilsona.
- House, najlepiej by było gdybyś przyjechał do szpitala.
- Niestety tatuś dziś nie przyjdzie… umówił się z mamusią. Właśnie, a co mamusia tam robi?
- House – Wilson nie chciał być tym który przekaże złe wieści, ale nie miał wyboru.. wszyscy inni byli zajęci, gdyż wiedzieli, że jak nic nie zrobią to House się wkurzy. - Cameron miała wypadek… może nie przeżyć.
Diagnostyk upuścił telefon, który wylądował na podłodze. Nie zważając na nic wziął szybko trochę Vicodinu, usiadł na motor i pomknął do szpitala.
Od razu poszedł na OJOM, ale niestety nie wpuścili go, gdyż trwała operacja.
Po dłuższej chwili wyszła Cuddy..
- House, przykro mi ale nie udało nam się jej uratować. To był straszliwy wypadek…
- Oj nie chrzań mi tu… takie gatki szmatki zostaw dla tych którzy tego potrzebują. – przerwał jej gwałtownie i gdyby to był Wilson to zapewne oberwałby z prawego sierpowego. – Chciałaś żeby umarła, żeby mieć łatwy dostęp do mnie…
House wszedł do pokoju, gdzie leżała Cameron zostawiając Cuddy w lekkim szoku. ’Takiego House’a jeszcze nigdy nie widziałam’ pomyślała ‘I wiem, ze nie chcę go takiego oglądać’.
Siedział przy niej bardzo długo. Nowy Rok przywitał przy jej zwłokach. Bez szampana, ot on i ona… jednak tym razem przeklinał ten dzień za to, że w ogóle się pojawił. Nie żałował tego, że był z Cameron… żałował tylko tego, że już więcej jej nie zobaczy. Na dobranoc pocałował ją w zimne usta w taki sposób, że gdyby było to tylko możliwe toby ten pocałunek przywrócił ją do życia.

Jeszcze długo nie mógł się otrząsnąć po tej stracie. Ciągle tylko spał, albo oglądał telewizję… mył się tylko kiedy za bardzo śmierdział, nie odbierał telefonów, nikogo nie wpuszczał do domu, na dwór wychodził tylko, kiedy naprawdę potrzebował – po jedzenie, wodę, jakiś alkohol, no i Vicodin. Chyba nigdy tyle nie płakał jak po śmierci Cameron.


Sylwester III

Od czasu śmierci Cam wiele się zmieniło. House nie jest już tym samym House’m co kiedyś. Na przykład bierze coraz to silniejsze leki, które pozwalają mu stłumić ból mentalny. Jednocześnie są jeszcze na tyle słabe, że może nadal pracować.
Ale sylwester to dla niego trudny dzień… zresztą kto by się dziwił. Dlatego nie pojawił się w pracy. Kupił sobie trochę alkoholu, jakieś jedzenie i leki.
Kiedy wszyscy się doskonale bawili na całym świecie to on tylko leżał na łóżku odurzony lekami i zamroczony alkoholem (mieszanka wybuchowa).
Leki i alkohol sprawiły, że House miał przywidzenia… a przynajmniej tak to wyglądało.
- House… House – za plecami usłyszał delikatny głos… taki doskonale znajomy.
Diagnostyk odwrócił się delikatnie i zobaczył zamgloną postać. Po dłuższym przypatrywaniu się zrozumiał, że to Cameron. A kiedy to do niego dotarło to rozpłakał się rzewnymi łzami.
- Cameron… Cam.. kochanie już myślałem że cię nie zobaczę – mówił przez łzy
- Cii, już dobrze.. jestem przy tobie… nawet jak mnie nie widzisz to i tak zawsze jestem przy tobie.
- Cameron… nie potrafię żyć bez ciebie.
- Wiem… kochany wiem i przepraszam za swoją śmierć… nie miałam na nią wpływu – uśmiechnęła się gorzko i podeszła do House’a. – Przywitajmy razem Nowy Rok. Ale musisz mi coś obiecać…
- Wszystko co chcesz…
- Musisz żyć dalej… - przytuliła się do niego – Musisz żyć, ale nie sam… znajdź dziewczynę… bądź szczęśliwy.
- Ale… - uciszyła go pocałunkiem w usta.
- Nie sprzeczaj się ze mną… bądź szczęśliwy i co najważniejsze zapomnij o mnie.
- Jeśli zapomnę o tobie to umrę…
- To trzymaj mnie w sercu, ale przeżyj życie szczęśliwie… wiem, że wolałbyś być ze mną, ale jeszcze się spotykamy… w naszym własnym raju. – Przytuliła się do niego mocno, a po jej policzkach spłynęły łzy.
Dalsze wydarzenia House widział jak przez mgłę. Znaleźli go Cuddy i Wilson i zawieźli do szpitala. Tam go reanimowali i zrobili płukanie żołądka. Ostatnie co pamiętał to słowa Cuddy i Cameron – Nie wolno ci umrzeć.

Kiedy już wyszedł ze szpitala, to po dłuższych oporach umówił się z Cuddy na parę randek. Może to przez słowa Cam, może sam z siebie, ale w tej chwili House jest szczęśliwy z Cuddy. Jednak nigdy nie zapomniał o Cameron.

The end

FIK 3

Szczupła brunetka siedziała pochylona nad zawalonym biurkiem. Za oknami było już ciemno. Światło zapalonej w gabinecie jarzeniówki o tej porze jedynie mierziło, zamiast zachęcać do jeszcze bardziej wytężonej pracy.

Monotonne cykanie zegara na ścianie zmusiło ją w końcu do podniesienia wzroku: dochodziła północ.
- Na dziś koniec – mruknęła do wyzierających z każdego kąta plików kartek i srebrnych, nieprzejrzanych teczek. Odepchnęła się obcasami od podłogi, wprawiając w ruch obrotowe krzesło. Przeciągnęła dłońmi po twarzy, zanurzyła długie palce w kręconych włosach, odchyliła głowę do tyłu i ziewnęła. A potem wstała.

Pojutrze był Sylwester.

Uważnie przekręciła klucz w drzwiach z jej imieniem i nazwiskiem. Stanowiskiem zresztą też, jakby się ktoś pytał. „Lisa Cuddy, Dean of medicine”. Westchnęła. Kariera. Czy była wszystkim, na co mogła w tym życiu liczyć? Zarządzanie PPTH z biegiem czasu, coraz bardziej przestawało ją bawić. Użeranie się ze sponsorami, pacjentami, organizowaniem imprez, pracownikami… Powoli przestawała mieć na to siłę. I ochotę.

- Cholerny zamek! Przecież niedawno był wymieniany! Niedawno całe to biuro było remontowane! – mimo, na razie, bezskutecznej walki z uwięzionym w środku zamka kluczem, na twarz Cuddy wypłynął uśmiech. Wywołały go wspomnienia, w których prowadziła z House’em wojnę podjazdową o jego gabinet niedługo po tym, jak on razem z zamachowcem zdewastował jej kryjówkę w tym szpitalu. A później przyjemna niespodzianka w postaci biurka pochodzącego jeszcze z czasów studiów. Ich studiów…

Wzdrygnęła się. Wszystkie myśli zmierzające w TYM kierunku powinny być kategorycznie odrzucone! Widziała go przecież z tą lalką Barbie… a wcześniej, jak rozmawiali, jak byli tak blisko… odrzucił ją… powiedział, że ich związek nie miałby sensu… i nawet wypowiedziane z miną zbitego psa życzenia wesołych świąt nic tu nie zmienią! Koniec, kropka. Ona też ma swój honor, swoją dumę. Nie będzie robiła z siebie idiotki. Nigdy więcej!

Cuddy szarpnęła z wściekłością kluczem. Wyleciał od razu, a ona przez chwilę machała rękami w powietrzu, próbując nie upaść.
- Śmierć froterowaniu podłóg! – wrzasnęła, wywijając orła. Chwilę potem rozmasowywała sobie uwielbianą przez niebieskie oczy część ciała i spoglądała bezradnie na złamany obcas w czerwonych szpilkach. I wtedy jej wzrok przykuła niewielka, żółta, zawinięta ciasno karteczka, leżąca niedaleko upuszczonego klucza. Prawdopodobnie wredna sprawczyni jej wypadku. Ktoś musiał wcisnąć ją w zamek. Sięgnęła po nią z jękiem: chyba musiała naciągnąć sobie jakiś mięsień w plecach. Wyprostowała ją z trudem i wygładziła.

„LEŻę NA TWOIM ŁÓŻKU”, głosiły czarne, bezczelnie roześmiane litery. Cuddy zmroziło. Przysięgłaby, że to pomysł House’a, ale to nie był jego charakter pisma. Wilson? Nie była pewna. Co prawda wyciął podobny numer House’owi, „porywając” jego gitarę, ale… okay. Dopadnie go jutro w pracy.


- pół godziny później –


- Nie bądź niemądra, nie ma się czego bać – tłumaczyła sobie cierpliwie, wchodząc do domu. – Nie sądzisz chyba, że na łóżku leży roznegliżowany facet albo sine zwłoki. Albo 2 w 1.

Mimo całkowitego przeświadczenia o słuszności swoich wywodów, nie mogła powstrzymać drżenia rąk, kiedy sprawdzała po kolei każdy pokój. Gaz pieprzowy ukryty pieczołowicie w torebce czekał na swoją kolej – aż jego właścicielka zajrzy do sypialni.

Cuddy odwiesiła czarną, obcisłą kurtkę na wieszak i wsunęła z westchnieniem ulgi obolałe stopy w słodkie, różowe pampuchy. Oczywiście, nigdy by się nie przyznała, że je posiada, ale… skoro nikt o tym nie wiedział, to… czemu nie?

Zwinęła się w kłębuszek na fotelu przed telewizorem. Co z tajemniczym, pachnącym niebezpieczeństwem liścikiem? Spooookoooooojnie, mamy czas – szeroki uśmiech rozjaśnił pociągłą, piękną twarzyczkę. Jednak osłonięte przez firankę długich rzęs oczy raz po raz zerkały w stronę „zakazanych” drzwi.
- Jeśli to jakiś głupi żart, wykopię House’a z pracy na zbity pysk! – wkurzyła się, idąc wbrew woli do sypialni. Mimo, że była prawie pewna, że on jest niewinny, to i tak wyżyłaby się na nim. W sumie zawsze może znaleźć jakiś logiczny powód. Wyobraziła sobie jego zszokowaną minę, półotwarte usta i zaskoczone, pognębione dwa błękitne jeziorka, pytające: „Za co?”. Wybuchnęła śmiechem.

Nowy Rok. Czas zmian i nowych postanowień. Może właśnie on powinien być tą zmianą? Może gdyby go usunęła, przestałaby wreszcie cierpieć?

Odważnie pchnęła drzwi. Na nieskazitelnie gładkiej, bez najmniejszego zmarszczenia, jedwabnej pościeli leżała kolejna kartka. A właściwie karta. Już z daleka dostrzegła na niej powycinane z gazety, naklejone na papier literki. Zatańczyły jej przed oczami. Przytrzymała się framugi.
- Przemęczenie – skwitowała, odzyskując równowagę i podchodząc do gangsterskiej wiadomości.

„TE KICZOWATE, WŚCIEKLE RÓŻOWE PAMPUSZYSKA CHYBA DO MNIE NIE PASUJ?. JA I DRUGA POŁÓWKA POMARAńCZY CZEKAMY NA CIEBIE W SZAFIE”.

- To poczekacie – prychnęła, rzucając kartką gdzieś w kąt. Zawsze chowała kapcie, wychodząc z domu. Kto i dlaczego ich szukał? Spojrzała przeciągle na szafę. Nie zajrzy. A potem nie wytrzymała i ją otworzyła.

A następnie otworzyła buzię.

Śliczna, bladoniebieska suknia powitała jej zdumione oczy. Koronkowe wykończenia przy biuście i w talii przykuwały wzrok. Wiązana na szyi, odsłaniała plecy, spuszczając luźno fałdę materiału aż do bioder. Cuddy wyciągnęła dłoń i z niemym zachwytem pogładziła suknię. Zaszeleściła przy dotknięciu. Najnowsza kolekcja Versace. Ktoś, kto ją kupił, prawie zbankrutował.
- Nic nie rozumiem… - mruknęła Lisa. Po raz pierwszy miała taki mętlik w głowie. Z jednej strony coś ją rozpierało… szczęście? Radosne podekscytowanie? Z drugiej czuła ryzyko, ale miała już dość nudy – pragnęła go zakosztować. Co zrobić? Była w rozterce. Machina wątpliwości, tocząca się niczym koło, do środka którego niespodziewanie wsadzono Cuddy. Miała dwie opcje: założyć ją i iść podziękować cichemu wielbicielowi/psychopacie, kimkolwiek by był, albo ją wyrzucić i wrócić do pracy, niszczącej wszystko, co miało choćby tylko pozory życia osobistego…

Krótkie „niby-wahanie”. I wybór. Oferta nr 1.

Pokręciła głową, zdumiona swoją decyzją. I nagle dostrzegła szpilki, początkowo przysłonięte szalikiem, stojące na dnie szafy. Były idealnie dopasowane stylowo i kolorystycznie do sukni. Ozdobione drobnymi brylancikami, odbijały swawolnie światło, rozpraszając je w chmurę tęczy. Obok nich leżała kolejna kartka.

„SPODZIEWAM SIę, ŻE POCHŁONIęTA PRZEKONYWANIEM SPONSORA, NIE ZAJRZAŁAŚ W KALENDARZ. OTÓŻ POJUTRZE JEST SYLWESTER W PPTH. POTRAKTUJ SUKIENKę I BUTY JAKO PREZENT NOWOROCZNY. POPRAW WŁOSY. I NIE PATRZ ZA SIEBIE, NIE STOJę TAM. ZNAJDę CIę”.

Cuddy popatrzyła zrozpaczona za siebie. Czy tu jest jakaś kamera?! Racja, miała nieco potargane włosy, ale to przez dzisiejszy, silny wiatr i… kurczę. Nieważne. Ostatnie dwa słowa w liściku nie były z deka bezpieczne. W ogóle cała wiadomość była utrzymana w tonie rozkazu, co Cuddy bynajmniej nie przypadło do gustu. Widocznie musiała postawić na psychopatę.
- Cholera – zaklęła pod nosem, ukrywając twarz w dłoniach i przykucając. Mimo początkowego huraoptymizmu, coraz mniej jej się to podobało. Burza ciemnych loków zakryła ją przed światem…


- nazajutrz –


- Wilson, zapomnij o podwyżce przez następne… a co mi tam, do końca życia! – Cuddy wparowała do gabinetu onkologa. Jimmy aż podskoczył na krześle z wrażenia. Litościwie nie wspominajmy już o jego minie, kiedy dotarł do niego sens słów administratorki… jeszcze ktoś by go potem zaczął szantażować…
- Istnieje jeszcze coś takiego jak emerytura – mruknął z przekąsem.
- Dodatkowo przejmujesz wszystkie godziny House’a w przychodni…
- Co ja ci zrobiłem? – jęknął – To był przypadek! House torturował mnie, dopóki nie wyznałem mu, jaki rozmiar nosisz. Dogryzał ci?

Cuddy spojrzała oszołomiona na zdezorientowanego Wilsona, z zamarłą w bezruchu ręką, uniesioną nad wypisywaną receptą. Biedaczek, chyba naprawdę nie miał o niczym pojęcia. Zawróciła i bez słowa wypadła na korytarz.


- minutę i 16 sekund później –


- Po co ci mój rozmiar? – powiedziała zdenerwowana, stając nad House’em. Powiedziała? Raczej wykrzyczała. Nerwy powoli zaczynały jej puszczać. Rozbawiony, choć nieco zdziwiony diagnosta spojrzał na nią, zlustrował dokładnie jej dekolt, a potem wrócił do odbijania piłeczki od ściany.
- Zamierzałem przyczepić oznaczenie wagowe do windy, a następnie zmniejszyć futrynę w moim gabinecie. Skoro teraz ledwo się przez nią przeciskasz, może wtedy całkowicie wyeliminuję problem twoich nagłych… wpadek – odparł po namyśle. Cuddy spiorunowała go wzrokiem, czym zresztą niewiele się przejął, i złapała piłeczkę w locie.
- Oddaj mi to! – krzyknął „płaczliwie”, próbując schwycić ją za nadgarstek, jednak Lisa zręcznie unikała jego dłoni. Pokazał jej język i sięgnął po laskę.
- Nie uciekniesz – ostrzegł. Jasnoniebieskie oczy nie schodziły z jej twarzy. Prawie czuła ich delikatny dotyk, przesuwający się po policzkach, zmierzający ku…
- Jakbyś ty mógł mnie dogonić. Żyj marzeniami – stwierdziła fakt. Co prawda ze złośliwą satysfakcja, ale…
- Znajdę cię – powiedział poważnie. Jego spojrzenie… zmieniło się… jakby rozbłysło… czułością? Trwało to tylko ulotną milisekundę. W następnej chwili Greg jedynie przekrzywiał głowę, czekając na jakąś ripostę. Wyszła w milczeniu. Z piłeczką. Popatrzył za nią, uśmiechnął się demonicznie i usiadł z powrotem.


- sylwester –


Weszła na salę. Kutner wbił Taubowi łokieć pod żebro. Chirurg plastyczny syknął z bólu, ale powędrował za wskazaniem Hindusa. Po chwili zbierał swoją szczękę z podłogi. I miał ku temu powód. Cuddy wyglądała olśniewająco. Odcień sukni podkreślał jej urodę. Szafirowe oczy wybijały się na pierwszy plan, dzięki wysoko upiętym włosom. Mimo misternej fryzury, kilka niesfornych kosmyków opadało na nagie, drżące ramiona. Szpilki wysmuklały i tak idealne, zgrabne, długie nogi. Rozglądała się, jakby czegoś szukając. W zaciśniętej kurczowo dłoni trzymała coś okrągłego.

Nagle czyjaś ręka spoczęła na jej obojczyku. Momentalnie zawróciła, stając twarzą w twarz z… Wilsonem.
- Chodź – powiedział, biorąc ją za rękę. Posłusznie podążyła za nim. Przez cały czas, gdy szli, bezsilnie próbowała zapanować nad gonitwą nieposłusznych myśli. Czyli jednak Wilson? Może ta propozycja randki, którą szybko zbyła ofertą seksu przed gabinetem House’a, nie była zmyślona? A pod szybkim przyznaniem jej racji kryło się tylko sprytne podniesienie białej flagi? Żeby nie wpadła na to, że właśnie odsłonił prawdziwe uczucia. Cholera. Cholera, cholera, cholera. Nie jego chciała.
- Zaczekasz? – poprosił cicho, zostawiając ją przy stoliku z ponczem. Patrzył na nią uważnie. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, wyraźnie zmieszana. Po chwili skinęła potakująco głową. – Przyniosę szampana. Będziemy mieli co świętować. Wszyscy.

Nie zważając na ukradkowe, zdegustowane spojrzenia tańczących par, przysiadła na rogu stolika. Czuła… jakby uszło z niej całe powietrze. Myślała… miała wręcz pewność, że to House ukartował to wszystko. A jednak. Jednak była w błędzie.

- Niezła suknia. I maskuje twoją tylną górę lodową. Ostatnim razem zatopiła Titanica. Od kogo ją dostałaś? – usłyszała za plecami. Rozpoznała niski, lekko zachrypnięty glos.
- Bo ty byłeś kapitanem. Ciągnęło cię do tej góry. Skąd wiesz, że jej sama nie kupiłam? – spytała przekornie.
- Jest pod kolor moich oczu, co już samo w sobie świadczy o dobrym guście, którego przecież nie posiadasz.

Czyjeś ręce odwróciły ją do siebie, zanim zdążyła odpowiedzieć. Słowa, które spoczywały już na wargach, nigdy nie miały ich opuścić. Zginęły, szemrząc bezdźwięcznie, kiedy zastąpił je ostrożny pocałunek. Przeradzający się w niepohamowaną namiętność…
- Zwalniam cię – szepnęła mu do ucha, przerywając na chwilę. Sięgnął do jej ręki i zabrał piłeczkę. Włożył zabawkę do kieszeni.
- Wiem. – House powiedział nad wyraz łagodnie – Ale posada łóżkowego tygrysa jest o wiele lepiej płatna.

Nie mogła powstrzymać śmiechu. Objął ją, kołysząc.
- Przepraszam – powiedział. W czarnej marynarce, w bladoniebieskiej koszuli z muszką wyglądał niesamowicie pociągająco. Cuddy nabrała ochoty, by zedrzeć z niego ubranie – tu, teraz i przy wszystkich. Widocznie odgadł jej myśli, bo zaczął się bawić zapięciem jej sukni na szyi.
- Za co? – spytała.
- Za to, co oświadczyłem ci wtedy… w gabinecie… To nie jest tak, jak to mogło zabrzmieć… I nie wyciągniesz ode mnie ani słowa więcej – dodał z teatralnym oburzeniem – Mój adwokat już tu idzie – pomachał z udawaną radością i szczerzeniem zębów nadchodzącemu Wilsonowi. Onkolog z miejsca zawrócił.
- W Nowym Roku możemy wszystko zacząć jeszcze raz… - szepnęła. – To czas zmian…
- I ja mam być tą przedmiotową zmianą?
- Tak. Mam tylko nadzieję, że to nie będzie tak, jak z twoim postanowieniem bycia milszym dla pacjentów. – uśmiechnęła się, stając na palcach i go całując. Specjalnie zadarł wyżej głowę. Gdzieś z tyłu cały pięcioletni skład ekipy House’a gwizdał z aprobującym zaangażowaniem
- Czepiasz się. Założyłem kitel.

Rozhisteryzowany tłum w sali zaczął głośne odliczanie. Lekarz i jego szefowa spojrzeli po sobie.
- 3! – wykrzyczeli – 2! 1!

Na zewnątrz wystrzeliły pierwsze petardy, w środku kurki od szampana. Głośny wrzask słychać było chyba w całym New Jersey. Buzujący płyn zalał podłogę, a fala gości popłynęła na dwór.

Cuddy ruszyła za nimi, ale w tym samym momencie czyjaś laska zdecydowanie zagrodziła jej drogę.
- Wiesz, w końcu pozbyliśmy się publiczności… - zaczął House, całkowicie niewinnie przewracając oczami. – A twoja mała, piszcząca zachcianka na oddziale dziecięcym chyba marzy o rodzeństwie…
- Nie sądzę – mruknęła Lisa, popychając Grega na stolik. Wazon z ponczem roztrzaskał się o podłogę, ale oni byli zajęci już czymś innym…

Sobą. Bo Nowy Rok daje nam możliwość zresetowania przeszłości…

FIK 4


„zÓo przychodzi zimą”

Sylwester. To czas, który kojarzył się Gorgowi House’owi z jednym – długimi imprezami w klubach. Ale był to czas, w którym powinno się zakończyć pewne sprawy, coś zmienić w życiu, aby następny rok był lepszy od ostatniego. Tylko House nie był do końca pewny czy chce coś zmieniać. Może lepiej by było zostawić pewne sprawy i czekać aż same się rozwiążą?

- Na to nie licz, będziesz czekał do usranej śmierci – powiedział jakiś głos w jego głowie, którego wcześniej nie było. „To zły znak” pomyślał, bo tracił kontrolę nad tą sytuacją.

Kiedy wszedł na szpitalne sylwestrowe przyjęcie krążył powoli wokoło gości. Przysłuchiwał się rozmową, ale tym razem nie zabierał głosu.
Zawsze czujny Wilson podszedł i zapytał nagle:

- „Chcesz o tym porozmawiać?”*- zapytał jakby nigdy nic.

- O czym? – House nie za bardzo wiedział o co mu chodzi.

- No o tym… - ostatnie słowo celowo przeciągnął, rzucając House’owi szybkie spojrzenie.

- Wilson, muszę cię zmartwić – powiedział House cicho, spuszczając głowę, jakby naprawdę coś się stało – ale o tym rozmawiali ze mną rodzice, kiedy miałem dziesięć lat. Wiem, że to dla Ciebie szok. – podniósł głowę uśmiechając się złośliwie
.
- Oj House, wiesz że nie o to mi chodzi.

- A o co? Bo słowo TO jest chyba jednoznaczne… - przewrócił oczami - o patrz idzie Cuddy, może jej zapytamy! Doktor Cuddy! Potrzebujemy twojej pomocy – jego krzyk odbijał się echem po całej Sali. Dopiero parę sekund później jak Lisa zmierzała w ich kierunku, z dziwnie spuszczoną głową, dotarło do niego co zrobił.

Cuddy szła, jak długo mogła ze wzrokiem wbitym w podłogę, nie chciała by widzieli jej świecące oczy i rumieńce na twarzy. To była jej reakcja na słowa House’a. Próbowała ją w jakiś sposób powstrzymać, ale nie mogła, to było silniejsze (czyt. zÓo).

Wyglądała naprawdę pięknie w idealnie dopasowanej sukience, podkreślające wszystkie jej walory. Stanęła przed nim i podniosła wzrok. House rzucił wzrokiem na oczy, potem na usta. Stał jak po silnym uderzeniu w głowę, patrzył na jej usta i nie mógł oderwać wzroku. Nawet nie mrugał. Zalewały go falę najróżniejszych myśli i wspomnień.

Wilson widząc House’a i Cuddy postanowił się na chwilę ulotnić pod pretekstem pójścia po kolejny kieliszek szampana, chociaż ten co trzymał w ręku był prawie pełny. Diagnostyk nie do końca zrozumiał co przed chwilą powiedział jego przyjaciel, ale to wystarczyło by jego wzrok powędrował wyżej spotykając się z oczami Cuddy.

- Chciałeś o czymś porozmawiać, House? – spytała prawie szeptem akcentując jego nazwisko.

- Właściwie… - zaczął ale nie wiedział co powiedzieć – właściwie to nie pamiętam o czym… - znowu jego wzrok spoczął na ustach Administratorki, próbował to powstrzymać, problem polegał na tym, że nie za bardzo wiedział jak. ZÓo zawsze jest silniejsze.

- Czekaj chyba sobie przypomniałem… - szepnął zbliżając się o pół kroku, niby przypadkiem – co byś powiedziała na TO – Tym razem Cuddy podeszła, tak że stykali się ciałami. Pocałował ją, tak jakby nie mieli żadnej dwudziestoletniej przerwy, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem.

- Masz jakieś plany na resztę wieczoru? – usłyszała jakiego głos w prawym uchu.

- Obawiam się, że tak – odpowiedziała, powoli, by jak najbardziej przeciągnąć to chwilę, w której ręce House odnalazły swoje niegdyś ulubione pozycje na jej ciele.

- Serio? – rzucił nieco głośniej, wyraźnie zdziwiony – jakie? – uśmiechnęła się tylko.

- U mnie, bo u ciebie jest bałagan – rzuciła odsuwając się o kilka centymetrów. Spojrzała na House’a i razem ruszyli w stronę wyjścia.

„ZÓo przychodzi zimą” pomyślał wychodząc.

Kiedy Wilson wrócił z kieliszkami szampana, ich już nie było, może nawet byli już w domu Cuddy?

FIK 5

Ostatni dzień w roku. Miała zamiar świętować sama ze sobą. Chase starał się wyciągnąć ją z domu, ale wykręciła się jakoś.
Cameron odeszła od okna i otworzyła wino. Nalała sobie lampkę, po czym rozkoszowała się jego smakiem. Dzwonek do drzwi wyrwał ją z zamyślenia.
- Otwarte! – zawołała nie ruszając się z kanapy.
Do jej mieszkania weszła Cuddy. Allison wytrzeszczyła oczy na widok szefowej.
- Coś się stało? – zapytała zdziwiona.
- Nie – odparła Lisa wzdychając głęboko. – Mogę zostać? Mam szampana.
- Jasne – mruknęła Cameron. – A co mi tam. Siadaj.
Cuddy opadła na fotel, nie zdejmując nawet płaszcza i spojrzała w sufit.
- Babski Sylwester – powiedziała. – Tego mi trzeba. No, to do dzieła.
Przez najbliższe godziny plotkowały pijąc wino. Żadna słowem nie wspomniała o przyczynie swojego parszywego nastroju. Jednak alkohol rozwiązał języki.
- Kochasz go, no nie? – Cuddy zerknęła na nią.
- Kogo? – Cameron udawała głupią.
- Kogo, kogo – prychnęła szefowa. – House’a! Przecież nie Foremana!
- A. Jego. No – mruknęła. – A ty?
- Ja? No też.
Przez chwilę siedziały w milczeniu, które przerwała Cuddy.
- Co on w sobie takiego ma, ten złośliwy cham?
- Właśnie to, co wymieniłaś – powiedziała ponuro Cameron. – Dolej mi.
- Nienawidzę go! – wybuchła Lisa. – To co on wyprawia nie mieści się w ludzkim pojęciu! Myśli, że wszystko mu wolno. A nie wolno! – zakończyła dobitnie.
- Boski jest… - stwierdziła krótko Allison.
- No – Cuddy mimowolnie uśmiechnęła się. – Najbardziej mi się podoba, jak zakłada niebieską koszulę. To znaczy… Wiesz, tak wizualnie.
- A mi… Jak jest w samej koszulce – dorzuciła Cameron.
- Wiesz jakie on ma zgrabne nogi? – ożywiła się Lisa. – Dziewczyno! W życiu takich nie widziałaś – rozparła się na fotelu z wyrazem rozmarzenia na twarzy.
- House najlepiej wygląda bez ubrania – padło ze strony jej towarzyszki.
Cuddy zakrztusiła się winem. Spojrzała na Allison zaszokowana.
- Chyba mi nie powiesz – zaczęła powoli – że ty i House… że wy… No wiesz.
- Nie. Niestety.
- No. Ja też nie. Niestety.
Cameron zerknęła na zegarek. Za kwadrans północ.
- Nowy Rok się zbliża – powiedziała Cuddy. – Jaki chciałabyś, żeby był? Pytam cię, jak przyjaciółkę, nie pracownika.
- No… Szczęśliwy – odrzekła wymijająco.
- Wciąż coś cię gryzie – stwierdziła Lisa. – A skoro to babski Sylwester zwierzeń, to powinnaś mi powiedzieć.
- Miałaś kiedyś męża? – zapytała Cameron. Tego pytania jej szefowa nie oczekiwała.
- No… nie – odparła lekko zaskoczona Cuddy.
- A ja miałam. Pewnie wiesz… House ci powiedział, albo co. No, ale mniejsza z tym. Bo widzisz… On mi się oświadczył właśnie w Sylwestra. To było takie… Nie spodziewałam się. A… A teraz on nie żyje i… I… - spojrzała na towarzyszkę mokrymi oczami. – To był najpiękniejszy Sylwester w moim życiu!
Lisa przez chwilę nic nie mówiła. Dolała sobie wina, ale nie wypiła go. Chyba musiała czymś zająć ręce.
- Ale go miałaś – wyszeptała. – Miałaś kogoś… Choć raz. Ja zawsze byłam sama. Zawsze. To znaczy… W Sylwestra spotkałam po raz pierwszy Wilsona. Wiesz jak się wtedy w nim zakochałam? Miłość od pierwszego wejrzenia.
- A on? – Cameron ukrywała w głosie ciekawość.
- Byliśmy ze sobą – szefowa uśmiechnęła się. – Jeden z najlepszych miesięcy w moim życiu. A potem… Łatwo przyszło, łatwo poszło.
Nagle ciszę przerwały uderzenia zegara. Północ.
- Nadeszło nowe – powiedziała Allison otwierając szampana. – Więc życzę ci…
- Zdrowia, Cameron! Zdrowia i szczęścia – Cuddy nadstawiła kieliszek.
- Pomyślności, spełnienia wszystkich marzeń…
- Uśmiechu…
- I House’a! – powiedziały jednocześnie, wznosząc toast.



_________________

PostWysłany: Wto 22:16, 30 Gru 2008
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

WYNIKI:

Na początku jeszcze raz dziękuje osobom, które nadesłały fiki, a byli to:Rocket, Caellion, Amandi, Arroch i Salamandra.

W głosowaniu wzięło udział 11 osób.

Zwycięzcą konkursu, liczbą 5 głosów, został wybrany FIK 3 napisany przez AMANDI


I tym samym Amandi zdobywa tytuł fikopisarza miesiąca!

Gratulujemy!



_________________

PostWysłany: Pon 10:30, 05 Sty 2009
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Gratulacje Amandi!! uścisk



PostWysłany: Pon 11:25, 05 Sty 2009
rocket queen
Pumbiasta Burleska



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 57

Posty: 3122

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ciesze sie bardzo, usciski przesylam :*:*



_________________




Ważne, żeby iść. K. Kieślowski

WYZNAJE NIEMODNA WIARE ... WIARE W CZLOWIEKA

PostWysłany: Pon 12:10, 05 Sty 2009
Karola
Pediatra
Pediatra



Dołączył: 20 Gru 2008
Pochwał: 2

Posty: 413

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

O rany........o rany... o rany!wykrzyknik Very Happy nie spodziewałam się serducho ... aż nie wiem, co powiedzieć Rolling Eyes ..... Kurczę, tak strasznie, STRASZNIE się cieszę, że mam wrażenie, że niedługo będę potrzebować dużo zimnego lodu do ochłody Wink Very Happy. Dziękuję Wam bardzo za to zaszczytne wyróżnienie :*:*:*:*:*. To dla mnie bardzo dużo znaczy, buziaki i gorrrrące uściski dla całego forum :*:*:*wykrzyknik *padła i leży ze szczęscia* czym ja na to zasłuzyłam? *mysli* I love all of you!! zakochany!



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Pon 14:52, 05 Sty 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

amandi napisał:
czym ja na to zasłuzyłam?


hehe wspaniałym opowiadaniem kochana jupi Gratuluję on ją on ją



PostWysłany: Pon 15:16, 05 Sty 2009
Madlen
Onkolog
Onkolog



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 4

Posty: 3092

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

*podnosi padłą amandi*
Nie padaj - tylko pisz następnego Very Happy
GRATULACJE wykrzyknikwykrzyknik



_________________




Codziennie budzę się piękniejsza, ale dziś to już chyba
przesadziłam...

PostWysłany: Pon 15:38, 05 Sty 2009
lizbona
Diabetolog
Diabetolog



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 8

Posty: 1682

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem



Gratulacje Mandy wykrzyknikwykrzyknik



PostWysłany: Pon 21:07, 05 Sty 2009
Wercia214
Pediatra
Pediatra



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 2

Posty: 485

Miasto: Paczyna
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Gratuluję amandi Very Happy.



_________________

avek by Hambarr & banner by poprostuxzjawa:*
Dla fanów - Lie to me: http://lietome.fora.pl/

Należę "nie" dumnie do KHkNSnR !

PostWysłany: Pon 21:19, 05 Sty 2009
L.
Ginekolog
Ginekolog



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 3

Posty: 2254

Miasto: 3city
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Strona Główna -> Konkursy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.08626 sekund, Zapytań SQL: 14