Konkurs Fikowy #3

 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Strona Główna -> Konkursy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Konkurs Fikowy #3

Zapraszam na kolejny konkurs Fikowy.

Wymogiem tematycznym konkursu jest umieszczenie akcji poza szpitalem i poza New Jersey... Wysilcie swoja wyobraźnie i wyślijcie naszych bohaterów, gdzie Was myśli poniosą...

Zasady takie jak zwykle Smile

termin nadsyłania: do 15 marca (włącznie).



_________________

PostWysłany: Pią 19:32, 06 Mar 2009
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Moi drodzy, oto prace nadesłane na konkurs fikowy, którego tematyka miła wykraczać poza bramy PPTH. Zapraszam do czytania i głosowania, które będzie trwać do Niedzieli (włącznie). Wyniki w poniedziałek. (23 marca) Głosy do mnie na PW.

Just enjoy the show!


Fik 1

Witam wszystkich na tyle chorych, że chcą to czytać. Najpierw trochę o mnie. Nazywam się Gregory House. Pracuję w Gilian Medical Center w Nowym Yorku. Praca słaba, ale przynajmniej mogę leczyć choroby. Wszyscy uważają mnie za dupka i jest w tym trochę prawdy… jednakże wszystko ma swoje początki.
Na ostatnim roku studiów, tj. dwa lata temu, moją specjalizację wybrała także pewna kobieta. Nazywała się Candice Stark. Była zabójczo piękną brunetką o zdecydowanym, lecz jednocześnie delikatnym spojrzeniu. Każdy jej ruch był doskonale wyważony… wręcz idealny. Zrządzeniem losu, albo jak kto woli decyzją wykładowcy dziewczyna usiadła obok mnie. Patrzyłem na nią z niedowierzaniem, że takie kobiety mogą istnieć… to była inna liga. Anielska liga. Na koniec zajęć nauczyciel rozdzielił całą klasę na dwu osobowe grupy… ja dostałem do pomocy właśnie Candice. Mieliśmy przygotować prezentację o toczniu. Nie będę was zanudzać i przejdę trochę dalej w przyszłość. Pewnej sobotniej nocy wybieraliśmy materiały do naszej pracy, gdy wtem nasze dłonie się spotkały. W tym momencie spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy i pod wpływem chwili pocałowaliśmy się. Tylko tyle i… aż tyle. Prawda, że już od dłuższego czasu coś wisiało w powietrzu, ale tak naprawdę dopiero od tego momentu zaczęliśmy się zbliżać do krótkiego, acz burzliwego związku. Związku, który wszystko zmienił… ale o tym później. Było już późno, więc postanowiliśmy skończyć na „dzisiaj” naukę. Zaproponowałem, że odprowadzę ją pod dom, ale odmówiła… Kiedy tak wychodziła przez drzwi mojego domu (wtedy już mieszkałem sam), mimowolnie dotknąłem palcami swoich ust, jakbym chciał zatrzymać jej pocałunek na dłużej… na wietrzność. Całą noc nie mogłem zasnąć… myśląc jakby to było chodzić z kobietą taką jak Candice. Pochodziliśmy z różnych środowisk, ale mimo wszystko wiele nas łączyło. Zamiłowanie do muzyki klasycznej, miłość do zwierząt, chęć pomagania innym… mógłbym tak wymieniać jeszcze długo.
Następnego dnia postanowiłem do niej zadzwonić i wyciągnąć ją gdzieś na miasto. Jak pomyślałem, tak zrobiłem.
- Cześć Candice… - powiedziałem - … tak sobie pomyślałem… - muszę przyznać, że nie byłem dobry w te klocki - … czy nie poszłabyś dzisiaj ze mną do kina?
- Cześć Greg… wiesz dzisiaj niezbyt mogę.. przepraszam.
I wyłączyła się. Tak po prostu. „O czym ja myślałem” pomyślałem „naprawdę wierzyłem, że umówi się ze mną taka kobieta. Na pewno tylko sobie ze mną pogrywała. Wszystko układa się w logiczną całość… jaki ja byłem głupi” Takie były moje myśli. Następnego dnia miałem zamiar powiedzieć jej co o niej myślę. Jednak stało się inaczej.
Poniedziałek. Niby dzień jak każdy inny, ale tylko niby. Podszedłem do Candice i już miałem jej powiedzieć do słuchu, gdy wtem ni stąd, ni zowąd złapała mnie za rękę i poprowadziła do jednej z klas. Zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok mnie.
- Przepraszam za wczoraj. – powiedziała – Po prostu…
- Rozumiem… nie chcesz się widywać z kim takim jak ja.
- to nie tak.. ja.. ty… - wzięła głęboki oddech – jesteś wspaniałym mężczyzną, ale uwierz mi nie chcesz się ze mną wiązać.
- Pozwól, że ja to ocenię – i delikatnie ją pocałowałem. Delikatnie, acz zdecydowanie.
Próbowała się opierać.
- Będziesz tego żałować… prędzej czy później, ale będziesz… - nie dokończyła, odwzajemniła mój pocałunek. Po chwili jednak oderwała swoje usta od moich i podeszła spokojnie do drzwi… chwilę przy nich stała, a potem przekręciła klucz w zamku. Odwróciła się na pięcie i wróciła do mnie… rozpinając swoją bluzkę. Spojrzała mi głęboko w oczy i usiadła na kolanach. Zaczęła mnie całować po ustach, szyi. Pewnie chcielibyście usłyszeć jak się kochaliśmy, czy miała idealne piersi i tego typu sprawy. Jednak nie ma tak dobrze. To nie żaden „świerszczyk”… i tak cieszcie się że wam w ogóle o tym wszystkim mówię, bo mógłbym wcale tego nie robić. Spędziliśmy bardzo upojny czas, a potem po odpoczynku (na szczęście nikt nie potrzebował tej klasy) urwaliśmy się z reszty zajęć i poszliśmy do mnie.. znowu się kochać. Przez bite 72 godziny z łóżka wychodziliśmy tylko do toalety, czy aby zamówić jakieś jedzenie. A tak to oglądaliśmy telewizję na przemian z seksem. Bardzo gorącym seksem. Po tych trzech dniach zrozumieliśmy, że nie potrafimy bez siebie żyć i zdecydowaliśmy się na bardzo odważny krok (wszak znaliśmy się bardzo krótko). Cukiereczek (bo tak ją nazywałem) wprowadziła się do mnie razem ze swoimi dwoma kotami. Byliśmy zgodną parą. Wszystko robiliśmy razem i nie interesowało nas jak postrzegają nas inni. Ja znalazłem swoje miejsce na świecie, a przynajmniej tak myślałem.
To było jakiś czas później… uznałem, że nasz związek jest już na odpowiednim etapie, więc poszedłem do jubilera i kupiłem pierścionek zaręczynowy. Wszystko przygotowałem… były świeczki, szampan, włoskie jedzenie (przygotowane przeze mnie), srebrna zastawa, z radia sączyła się delikatna muzyka (chyba nawet jakieś przeboje Eros’a Ramazotti). Cukiereczek przyszła ze sklepu i oniemiała z zachwytu. Poszło zgodnie z moim planem… Candice przyjęła oświadczyny, wypiliśmy po lampce szampana, obejrzeliśmy jakieś romanssidło i poszliśmy spać. Rano wstałem po 10. Candice nie było w łóżku. „pewnie poszła do sklepu” pomyślałem. Idąc w stronę łazienki włączyłem telewizor. Leciały jakieś bzdetne reklamy i zapowiedzi równie bzdetne co reklamy. Nie zwróciłbym większej uwagi na to co tam puszczają, ale los potrafi być przekorny. Dowiedziałem się o tym właśnie z telewizji.
- Przerywamy program, by nadać komunikat specjalny. W sklepie „Pod Grzybami” doszło do strzelaniny… niestety nikogo nie udało się uratować. Policja zdołała ustalić personalia osób tam obecnych… Candice Stark, … - kiedy usłyszałem o cukiereczku, poczułem jakby cały świat zawalił mi się na głowę. I tak było. Nie mogłem się podnieść po tym ciosie jaki zafundował mi los, ba nadal nie mogę. To właśnie wtedy obiecałem sobie, że nikogo nie dopuszczę do siebie. Że z nikim już się nie zwiążę. Nigdy nikogo nie będę kochał, nigdy nie będę szczęśliwy.

Fik 2

Pamiątka


Gdyby nie PSP Kutner by nie przetrwał tego lotu do Indii. Siedząc w klasie ekonomicznej musiał tolerować siedzące obok, wiecznie marudzące, dziecko. Dodatkowo po prawicy siedziała jakaś dosyć tłusta kobieta, w średnim wieku, która za cel postawiła sobie ciągłe zagadywanie do Lawrence’a.
Niech Bóg błogosławi Playstation!
Tylko dzięki tej zdobyczy technologicznej ta podróż była w miarę znośna. W miarę.
Lawrence odetchnął z ulgą wychodząc z samolotu i kierując się do terminalu. Tam, miała czekać już na niego rodzina od strony matki. Ciotkę poznał od razu – nawet po adopcji utrzymywała z nim kontakt i nie pozwoliła o sobie zapomnieć.
Ukochany Larry, jakie ci brzydkie amerykańskie imię dali! Ale ciocia i tak cię kocha za wszystkie czasy!
Także i tym razem wyściskała go tak, jak to robiła w dzieciństwie, obcałowała, zaszczebiotała ze szczęścia. W domu nakarmiła tradycyjną kuchnią indyjską, no, bo przecież te amerykańskie jedzenie to nie jest jedzenie. Po obiedzie Kutner mógł spokojnie odespać fatalną podróż i w końcu odpocząć po kilkunastu godzinach lotu i stania w terminalu.
Mimo straszliwego hałasu dobiegającego z ulicy, krzyków ludzi, muczenia krów i dźwięku starych motorowerów, Larry nie miał problemów z zaśnięciem.
Jak dobrze jest być wśród swoich – nawet jeżeli śpi się w nędznej lepiance.

Tradycją się już stało, ze wraz z kuzynami, Kutner idzie w miasto zaopatrzyć się we wszystkie najlepsze indyjskie przyprawy, które może potem porozdawać w Stanach wśród znajomych. Wtedy przez kilka tygodni jest najbardziej lubianą osobą w okolicy. Jednak tegoroczna wyprawa na targowisko była inna. Nie, nie chodzi tu o to, że nagle na targu było mniej ludzi. Wszystko pozornie wyglądało tak samo – przekupki przekrzykujące się nawzajem, handlarze wciskający najgorszą tandetę turystom, orszaki pogrzebowe przeciskające się najwęższymi uliczkami i bydło na każdym kroku. 50 stopni gorąca. Normalny dzień w Indiach.
Kutner nie raz był w tym miejscu, jednak ironia losu nad nim czuwała. Szybko stracił z oczy kuzynów, a próbując ich odszukać zapuścił się w coraz to bardziej opustoszałe uliczki.
Co się stało Lawrence? Przecież znasz to targowisko!
Jednak chyba nie aż tak dobrze, gdyż nogi poprowadziły go tam, gdzie jeszcze nie bywał. Nieco spanikowany rozejrzał się wokoło. Kilku staruszków przemknęło mu przed oczami, nad wyraz szybko jak na swój wiek, i znikło w jakiejś uliczce. Słyszał gwar ulicy, jednak sam znajdował się w jakimś opustoszałej części miasta. I wyjątkowo brudnej, nawet jak na te warunki.
Nie zdążył nawet się zastanowić nad drogą powrotną, gdy poczuł uderzenie w tył głowy.
I zobaczył ciemność.
Gdy się w końcu ocknął, nie znajdował się w tej pustej uliczce. Ba, nie był nawet w mieście!
Wokoło widział dżunglę, nieskończony głusz. Wysokie drzewa i krzewy, wielkie liście i trawa. Wokoło słychać było tylko świergot ptaków. Chwila, czyżby przed chwilą go ktoś wyrzucił w środku lasu?
Sprawdził kieszenie. Portfela brak. Takie oczywiste. Wszystkie dokumenty i pieniądze zginęły. Gdyby tego było jeszcze mało, zabrali jego ukochaną skórzana kurtkę, za którą dał ponad 300 $. To się nazywa szczęście.
Jedyne, czego mu nie ukradli to gliniana figurka nagiej kobiety siedzącej po turecku, którą wcisnął mu jeden z handlarzy pamiątkami. Widocznie uznali ją za bezwartościową, szczególnie, że miała ukruszoną prawą pierś.
Kutner sam nie wiedział, po co dał za to aż 2 $. Chyba kupił to tylko po to, żeby stary kupiec się odczepił. Chociaż, kto wie… Może ma jakieś magiczne zdolności?
Jednak Larry nie miał ochoty śmiać się z własnego dowcipu. Był wściekły, cholernie wściekły. Jednak dobrze wiedział, że rzucanie gałęziami przed siebie w frustracji na nic się zda, wiec przestał to robić. Trzeba pomyśleć logicznie.
I pójść za śladami kół samochodu.
Tak też zrobił. Jednak po 15 minutach marszu, Kutner stracił nadzieję na wydostanie się z głuszy. Drzew przybywało, zarośla robiły się gęstsze. Do tego komary i muchy jakby przeprowadziły zmasowany atak. Nawoływania Kutnera nic nie dawały – wciąż żadnych oznak ludzkiego życia. Tylko Larry i wielka dżungla, epicka śmierć, godna każdego romantyka.
Najgorsze jednak było to, że Kutner nie był romantykiem i nie miał zamiaru tak umierać.

Po godzinnej wędrówce i oczywistym zgubieniu jakichkolwiek śladów, Lawrence w akcie desperacji padł na ziemię, twarzą skierowaną ku czystemu niebu. Wygląda na to, mówił sam do siebie w myślach, że zdechnę tutaj i nigdy już nie zagram w GTA.
I tak by leżał w nieskończoność rozmyślając nad rzeczami, które nie będzie mu już dane zrobić, gdyby nie to, że przeleciał nad nim motocykl. Najprawdziwszy. Z hukiem, rykiem silnika. Kutner zerwał się na równe nogi.
Maszyna zatrzymała się kilka metrów za nim. Z piskiem opon zahamowała w błocie, które rozprysnęło się na wszystkie strony – scena wręcz filmowa. Równie i postać, która siedziała na motocyklu, był jakby ściągnięta z ekranu kinowego.
Kobieta idąca w jego stronę zwróciła się do Kutnera w języku hindi. Jednak dla niego, nieznajoma w niczym nie przypominała hinduski. Zdezorientowany nawet nie zrozumiał wypowiedzianego przez nią zdania.
Powtórzyła je.
- Słucham?
- Ach, widzę, ze tobie będzie tak łatwiej. – Rzuciła nieznajoma po angielsku. Kutnerowi od razu przypomniał się Chase, gdyż nieznajoma miała bardzo podobny akcent do tego, który posiadał Australijczyk. Ale nie tylko to było dziwne w tej kobiecie. Była ubrana dosyć specyficznie, w dodatku nosiła przy sobie broń… chwila, broń?!
Kutner odskoczył do tyłu, jednak pech chciał, że niefortunnie posadzone drzewo umieściło swój korzeń pod jego stopą. Upadek był nieunikniony.
- Chcesz złamać nogę? – Zapytała kobieta, jednocześnie pomagając mu wstać. – Tak właściwie, to nie jest odpowiednie miejsce na takie sprawy. Nie dojeżdża tu karetka. A prędzej i tak dane by było tu umrzeć od ukąszenia Latrodectus tredecimguttatus.
- Co?
Kobieta przyjrzała się uważniej Kutnerowi. Uśmiechnęła się nieco złośliwie, jakby chcąc dać do zrozumienia, że to ona w tej chwili jest panem i władcą, i żywot Larry’ego zależy tylko do niej. W chwili, gdy tak stała obserwując Lawrenca, ten przyjrzał się jej dokładniej.
Smukła, umięśniona, oblepiona błotem i potem, jednak pociągająca, jak mało która modelka z okładki. Ale z drugiej strony taka niedostępna. Wyglądała na około 30 lat, jednak swoją gibkością i figurą mogła dorównać każdej nastolatce.
- Okradli cię? Prawda? – Zaczęła. – Pewnie chcieli cię porwać i ukryć a potem wymusić 100 $ okupu od rodziny… zauważyli, że mają do czynienia z Amerykańskim turystą… cóż, amatorzy pewnie wystraszyli się tygrysów i woleli już nie jechać dalej w dżunglę.
Kutner sam nie wierzył w to, co słyszał. Gdy nieznajoma podeszła do motocyklu i wsiadła na niego, wreszcie się odezwał.
- Ale… no tak, racja. – Przyznał nieco zawstydzony. – Zna pani drogę powrotną?
- Jak ci na imię?
- Lawrence Kutner.
Kobieta odpaliła silnik. Wystraszone ptaki wzbiły się w powietrze.
- Wskakuj.
- A pani… jak do pani mam się zwracać?
- W tej chwili to nieistotne, wskakuj.

Kutner nie mógł uwierzyć w to, że przemierza dziką dżunglę na najnowszym modelu motocyklu terenowego, wraz z jakąś uzbrojoną kobietą. Ryk silnika zagłuszał zdrowy rozsądek. Przynajmniej do momentu, gdy nie dojechali do małego obozu przy jakiś niewielkich ruinach.
- Możesz skorzystać w mojego sprzętu. – Rzuciła kobieta schodząc z motoru i kierując się ku sporemu namiotowi, w którym, jak mniemał Larry, trzymała swoje rzeczy. Po chwili wydobyła z niego telefon satelitarny i przenośny komputer.
To było niemożliwe. Miała dostęp do Internetu! W takiej głuszy!
Kutner śni, czy odnalazł brakujące ogniwo w technologii informacyjnej?
- Przepraszam, ale co pani robi w takiej głuszy? Zupełnie sama?
Kobieta oparła się o swój motocykl. Chwile jakby się zastanawiała.
- Szukam odpowiedzi. – Widać było, ze nie chciała wtajemniczać Kutnera w szczegóły, ten to zrozumiał i nie pytał o więcej. Zasiadł na ziemi z telefonem satelitarnym, próbując się połączyć z jakąkolwiek cywilizacją. Bez skutecznie.
Nieznajoma wybawicielka widząc to, odebrała mu sprzęt i sama zadzwoniła we właściwe miejsce, płynnie tłumacząc wszystko centrali w języku hindi.
- Przepraszam – Kutner jakby czuł się bezużyteczny. Ta kobieta go wręcz przytłaczała. – Jestem lekarzem a nie informatykiem.
Ani pieprzonym Indianą Jones’em.
- Lekarzem? Podziwiam lekarzy.
Wskazała mu miejsce na karimacie wystawionej przed namiotem.
- Zanim przyleci helikopter może się pan posili. Marnie pan wygląda.
Gdy tak Kutner rozgłaszał się w pełnym technologii obozie pani „szukającej odpowiedzi” ta zainteresowała się dokładnie tym, co zginęło lekarzowi. A mało tego nie było – pieniądze, dokumenty, kurtka, kartka pocztowa i dwa guziki, które miał doszyć do koszuli.
- No, ale przynajmniej zostawili mi to! – Zwołał ze śmiechem Kutner wyciągając z kieszeni spodni gliniana figurkę.
- Bloody hell! – Syknęła kobieta.
Zapadła cisza.
Która po chwili została przerwana przez gwałtowny ton nieznajomej.
- Skąd to pan ma? Skąd?!
Kutner nie ukrywał swojego zdezorientowania. Raz po raz spoglądał to na figurkę, to na kobietę.
- Pytam jeszcze raz…
- Jakiś staruch mi to sprzedał, pamiątka jakaś. Przecież to jest nic nie warte!
Jednak widocznie nieznajoma uznała inaczej, gdyż chwilę potem wyrwała wręcz lekarzowi figurkę z dłoni, jednocześnie wyciągając broń. Lawrence dziękował w duchu, ze jednak nie celowała w niego.
- Czy pan zdaje sobie sprawę, co to jest?
- Nie.
- Właśnie widzę! – Kobieta wyglądała na poirytowaną – Toż to fragment układanki! Ten fragment, który szukam od trzech dni! Że tez los taki jest…, ale w końcu!
Mężczyzna odsunął się nieco, jakby bojąc się, ze w przypływie szczęścia oberwie kulką w łeb.
- Ludzie to ignoranci, mają w rękach fragment Kandarija i nawet tego nie dostrzegają! Bramy do skarbów i wieczności!
Spojrzała spod przymrużonych powiek na Lawrenca. Schowała broń i jakby nigdy nic, podeszła do motocyklu.
- Wskakuj. – Rzuciła, nawet nie patrząc na mężczyznę.
On jakby nie rozumiał
- Wskakuj.
- Ale... helikopter?
- Nie mam zamiaru dłużej czekać. Albo odszukam kamień teraz, albo już nigdy. Masz wybór. Czekać dwie godziny na pomoc wśród tygrysów, ale pojechać ze mną i zobaczyć coś, czego w życiu nie byłbyś w stanie nawet pojąć.

Jechali przez gęstwinę około pół godziny. Tak przynajmniej oznajmiła nieznajoma, gdyż Kutner ze względu na napad nie posiadał już zegarka. Szczęśliwi czasu nie liczą? Być może, ale Lawrence nie potrafił określić czy to, co teraz czuł jest szczęściem. Raczej ciekawość przemieszana ze strachem. Albo po prostu ten klimat mu nie służył.
Chociaż może nieco zadowolenia w nim było, – gdy zobaczył niesamowite ruiny obrośnięte liczna roślinnością, poczuł satysfakcję, że jednak pojechał w głąb głuszy zamiast lecieć helikopterem do domu. Oglądając starożytne budowle, które swoim majestatem wręcz jak biżuteria ozdabiały horyzont, nawet nie zastanawiał się nad tym, czy czekają na niego w lepiance w mieście.
Budowle ciągnęły się wzdłuż jednego z klifów, który jakby uginał się pod ciężarem lasu. W dolinie pełno było nieznanej dotąd Kutnerowi roślinności a pomiędzy krzewami i zaroślami dostrzec można było różnej wielkości rzeźby, które zapewne już nie jedno widziały. Spacerując między nimi miało się wrażenie, ze jest się ciągle obserwowanym.
Świątynie, które oglądał Kutner były podobne do tych, które zwiedzał w Kandarija jednak jedna zasadnicza różnica od razu rzucała się w oczy – te budowle jakby nie znały pojęcia „turysta”. Brak wydeptanych szerokich ścieżek, ogrodzeń, tablic informacyjnych i przewodników. Jak gdyby zastygły w czasie, ukryte gdzieś w głębokim lesie.
Wraz z kobietą zostawił motocykl przy jednym z posągów i dalej ruszyli pieszo.
- Trzymaj! – Nieznajoma rzuciła w stronę Kutnera kamerę cyfrową. – Na coś się przydasz. Filmuj.
Mężczyzna posłusznie włączył sprzęt i skierował obiektyw ku twarzy kobiety.
- Nie mnie, ruiny!
- Wybacz…
Kutner zaczął filmować budynki i rzeźby wokoło. Starał się robić to dokładnie i najlepiej jak tylko umiał. Kobieta przy tym coś komentowała, jak na filmie przyrodniczym – w tym monologu było pełno dziwnych nazw, imion, określeń i dat. Mało, co z tego zrozumiał, zastanawiał się tylko, kiedy obejrzy to dzieło kinematografii na National Geografic Chanel.
Kobieta gestem nakazała Kutnerowi iść za nią.
Znaleźli się przy jednej z bocznych bram, która była wokoło ozdobiona licznymi płaskorzeźbami, jakby skopiowanymi z „Kamsutry”. Można by było od samego patrzenia na te figurki zgrzeszyć. Jednak poszukiwaczka jakby w ogóle się nimi nie zainteresowała. Skupiła się na prowizorycznym zamku, który, jak mniemał Kutner, miał im pozwolić wejść do środka. Przekręciła kilka bolców i pociągnęła za niewielką dźwignę, ukrytą pod bluszczem. Drzwi stanęły otworem.
Kutner zapytał, czy już tu była. Nie usłyszał odpowiedzi.
W środku świątyni ciągnął się długi, ciemny korytarz, który także został obrośnięty roślinami. Kutner nie mógł się nadziwić tym widokiem. Gdy tak z zaciekawieniem oglądał każdy zakątek tego korytarza, kobieta kazała mu pozostać w miejscu i się nie ruszać przez następne dziesięć minut. Ona sama zaś wskoczyła na skalną półkę znajdującą się w ścianie po lewej stronie. Po chwili znikła z oczu Kutnerowi. Słyszał tylko jej kroki i miarowy oddech odbijający się echem od ścian. Kilka chwil później, podłoga przed Kutnerem się zapadła ukazując wielki, ostre i ostrza zabarwione czerwienią. Lawrence wręcz stał na krawędzi.
- Teraz możemy iść. – Usłyszał za sobą głos kobiety. Jakimś sposobem znalazła się tuż za jego plecami, chociaż według praw fizyki…
- Tu jest tyle ścieżek, ze mogłabym wyjść nawet pod tobą. –Rzuciła widząc jego zdziwioną minę. Podeszła do krawędzi i powoli spuściła się na niższy poziom, który był jakieś 2 metry pod nimi. Oczywiście między wielkimi kolcami.
- Wskakuj.
- To chyba nie jest odpowiednie określenie…
- Wskakuj.
Lawrence raczej nie mógł dyskutować. Zamiesił sobie kamerę na szyi i powoli zaczął spuszczać się w dół. Zahaczył koszulką o kolec, a ta rozdarła się nas pół. Pięknie, pomyłśał, k**wa, pięknie!
Będąc już na dole zrzucił strzępy trykotki i przez chwilę się w nie wpatrywał. Taka ładna, niebieska w paski. Kobieta szybko wyrwała mu materiał z ręki i wsadziła do swojego niewielkiego plecaka.
- Bywa. A teraz chodźmy.
Nie trzeba nawet wspominać jak zażenowany mógł czuć się Kutner idąc ciemnymi katakumbami z nagą klatka piersiową w towarzystwie niezniszczalnej Wonder Woman, która podczas tego spaceru jeszcze kilka razy znikała w przedziwnych korytarzach. Zawsze z takimi samymi efektami – odblokowanie drzwi, pułapek albo jakiś bolców. Z jednej strony Kutner był sparaliżowany strachem z innej zaś – był niesamowicie tym wszystkim zachwycony.
Filmował wszystko, co dane mu było zobaczyć.
Nie mógł się niczemu nadziwić, a szczególnie widokowi wielkiego posągu bogini Kali, który został wybudowany za świątynią, przez którą przeszli. Wysoki na dwadzieścia metrów, obrośnięty bluszczem, mimo oznak czasu na swojej fakturze, dalej zachwycający. Mimo, iż Kutner czuł się jak intruz w tym miejscu i przepełniał go nieuzasadniony lęk przed świetnością tego miejsca, nie żałował, że się tam znalazł.
Kobieta weszła na mostek kierujący się ku posągowi. Jednak w pewnym monecie kończył się on, zostawiając około dziesięciometrową wyrwę w ścieżce. A pod nimi nieskończone metry doliny.
Jednak kobiecie to nie przeszkadzało. Po chwili rozglądania, skupiła wzrok na jednym z elementów innego, mniejszego posągu. Chwile potem wręcz rzuciła się w przepaść. Zanim Kutner zdążył zareagował rozległ się dźwięk uderzania metalu o kamień a nieznajoma zawisła na linie ponad wyrwą w moście.
- O k**wa…
Tylko taki komentarz cisnął się na usta Lawrenca.
To, co później się stało można by było opisać w niejednej książce przygodowej. Jednak Larry nie znał wystarczających słów by opisać zgrabność, gibkość i zręczność kobiety, która huśtając się na linie dostała się na posągu bogini Kali. Później kilkoma susami przedostała się na głowę rzeźby, stanęła na niej i przyjrzała się płaskorzeźbom umieszczonym ponad nią. Kutner to wszystko filmował z największą dokładnością.
Parę chwil później kobieta wyjęła glinianą figurkę, którą Kutner kupił za 2$.Umieściła ją w jednej z płaskorzeźb. Coś zazgrzytało, upadło, rozsypało się. Ręka Kali zaczęła się poruszać, przesuwać ku dołowi, odkrywając jakąś skrytkę ze złotymi drzwiczkami.
Jak można się domyślać kobieta nie czekała długo by skoczyć ku swoistego rodzaju sejfowi. Stojąc na krawędzi zaczęła przesuwać kolejne, średniej wielkości bolce naokoło drzwiczek. Gdy stanęły otworem, ze skrytki wyjęła dosyć spory, lśniący kamień.
Gdy wrócił do Kutnera (skacząc oczywiście po wszystkim, co możliwe i ponownie huśtając się na linie), ten mógł przyjrzeć się skarbowi osobiście. Gdy kobieta na głos opisywała historię kamienia, Kutner podziwiał jego wdzięki.
Idealna kula, lśniąca czerwienią, czystą czerwienią. Jakby dająca sama z siebie światło. Była może wielkości piłki do siatkówki – Larry nawet nie chciał wiedzieć ile była warta.
Kobieta szybko wsadziła ją do materiałowego worka, dobrze przewiązała linką i przewiesiła tę torbę przez ramię.
-Czas wracać. – Rzuciła kierując się ku wyjściu.
Larry stał jeszcze chwilę wpatrując się w posąg bogini Kali.
- Nie chcesz wracać? – Usłyszał za sobą.
- Chcę… - odparł nieco nieobecny. Zwrócił się ku kobiecie, która czekała na niego przy wejściu do korytarza.
- Chcę wiedzieć, dlaczego…?
Nieznajoma chwilę milczała, po czym powolnym krokiem podeszła do Kutnera. Spojrzała po posągach i budynku, który znajdował się za nim. Potem skierowała wzrok na lekarza.
- What can I say… I like pretty things.

Fik 3


Gorzkie Las Vegas

Wilson obudził się w samochodzie i przez myśl przeszło mu tylko jedno słowo „Znowu”. W lusterku zobaczył nie kogo innego jak House’a.

- Co znowu wymyśliłeś i co mi podałeś? – zapytał.
- Jak to co? Jedziemy na prawdziwą męską wycieczkę! I nie martw się, tym razem dosypałem Ci proszki nasenne do drinka – odparł.
- Prawdziwa męska wycieczka? To już nie ma dziwek w New Jersey?
- Wilson, a Ty jak zawsze tylko o jednym. W końcu trzeba uczcić kolejne urodziny mojego najlepszego przyjaciela – mówił to z niebezpiecznym uśmiechem.
- Eeee… Mam się już zacząć bać?
- Powiedz mi, czy ja Cię kiedykolwiek rozczarowałem jeśli chodzi o niespodzianki?
- Czyli odpowiedź brzmi tak. Jedyny plus to to, że nie jestem przykuty do drzwi.
- Oooo popatrz wiedziałem, że o czymś zapomniałem, ale jak bardzo chcesz, to możemy to zmienić – powiedział to z szyderczym uśmiechem na ustach.
- To powiesz mi w końcu, gdzie jedziemy?
- To urodzinowa niespodzianka, więc gdybym powiedział, to straciłbyś całą zabawę.
- Nie mam więcej pytań, a wziąłeś przynajmniej coś do jedzenia?
- Tak, jest tam – odparł House i wskazał palcem miejsce.

Wilson wziął torebkę, w której były kanapki i zaczął jeść. W tym momencie wjechali do Las Vegas – Miasta Grzechu, a Wilson jak tylko się zorientował, to o mało się nie udławił.

- House, co zamierzasz tutaj robić?
- Wszystko to na co masz ochotę, czyli będziemy uprawiać hazard i seks!
- House!?
- Nie z Tobą idiotą, z pięknymi kobietami.
- Chyba, że tak – powiedział to, aby sprawdzić reakcję House’a.
- Mówisz serio?
- Nie idioto! Wracajmy do domu.
- Nie po to jechałem taki szmat drogi, aby zawrócić. Zobaczysz jeszcze Ci się spodoba.

House wjechał w Fremont Street i zatrzymał się przed Golden Nugget Hotel. Kiedy wysiedli z samochodu House rzucił Wilsonowi kluczyki i powiedział:

- Weź walizki z bagażnika.
- Chyba solenizanci Ci się pomylili – powiedział Wilson.
- Nie, ale chyba nie pozwolisz kalece dźwigać walizek?

Wilson wziął walizki i skierowali się ku recepcji, gdzie czekała bardzo ładna konieta.

- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – spytała.
- Tak mamy rezerwację i ten obok ma chrapkę na panią.
- House?!
- Ma dzisiaj urodziny, chyba nie odmówi mu Pani – ciągnął dalej.
- House?!
- No co chcę Ci tylko zapewnić jak najlepszą rozrywkę – odparł.
- Na jakie nazwisko jest ta rezerwacja – odparła zmieszana kobieta.
- James Wilson, to ten obok – powiedział House puszczając oczko w jej stronę.
- Tak dwa pokoje łączone ; numer 236 i 237 na drugim piętrze. Będą Panowie płacić gotówką czy kartą – spytała.
- Wilson? – zapytał House.
- House, ale to ja mam urodziny – odparł zdziwiony.
- No i ja załatwiam rozrywkę, ale ktoś musi za nią zapłacić – uśmiechnął się to mówiąc.
- Proszę – Wilson podał recepcjonistce kartę.
- Dziękuje bardzo – odparła kobieta.
- Niech ktoś weźmie od solenizanta bagaże do naszych pokoi – powiedział House.

Po chwili zjawił się boy hotelowy i zabrał ich walizki i zaniósł do ich pokoi.

- To teraz czas się zabawić, chodź do kasyna – odparł i pociągnął Wilsona za rękę.
- House, ale ja nie chcę grać! – krzyknął.
- Nie zrobisz tego kalece! – mówiąc to miał nadzieję, że szantaż jak zwykle podziała na niego.
- Dobrze, ale tylko jedna rundka – ugiął się jak zwykle.

Weszli do kasyna, a House i Wilson siedli przy stole do Black Jacka. House wyciągnął z kieszeni gotówkę i podał krupierowi.

- Trzy tysiące, proszę żetony – odparł House
- House, skąd masz 3 tysiące dolarów? – zapytał ze zdumienia Wilson.
- Jak to skąd? W końcu zdeponowałem wszystkie czeki, które mi wystawiłeś – odparł ze stoickim spokojem odbierając żetony.
- To chyba będą najdroższe urodziny w moim życiu.
- Zapomniałeś dodać, że też niezapomniane. Poproszę cygaro i drinka – powiedział to do kelnerki przechodzącej obok.
- Od kiedy palisz? Widzę, że chcesz być moim pacjentem.
- Wilson nie jesteś w pracy, masz się tutaj rozerwać. Ponadto od jednego cygara nie wyhoduję sobie raka.

Zaczęli grać w Black Jacka, ale Wilsonowi coś nie szło w przeciwieństwie do House’a, który kilka razy wygrał. House zauważył, że Wilsonowi się nie wiedzie i jego humor jest coraz gorszy, więc postanowił się wycofać z gry.

- Postaw wszystko – szepnął do Wilsona.
- Mam już dość przegrywania moich pieniędzy – odparł.
- Zaufaj mi.
- Z tym to może być ciężko.
- Popatrz na krupiera. Poci się, a więc nie ma dobrych kart.
- Ja też nie mam!
- Kto nie ryzykuje, ten nie żyje!

Po tych słowach Wilson postawił całe swoje pieniądze równiutkie 2 tysiące. Pokazał swoją osiemnastkę krupierowi, którego wzrok mówił wszystko. Miał tylko piętnastkę. Wilson wygrał 4 tysiące.

- Mam już dość, chodźmy stąd – odparł Wilson.

Po wypowiedzeniu tych słów wstał, wziął pieniądze i ruszył ku wyjściu, a za nim pokuśtykał House. W milczeniu doszli do pokoi i się rozstali.

- Dobranoc Wilson.
- Dobranoc House – odparł smutny Wilson.

Wilson po chwili usłyszał pukanie. Spodziewał się kolejnego prezenty w stylu House’a, czyli jakiejś kobiety. Nie miał jednak na nic ochoty. Jakie było jego zdziwienie, gdy w drzwiach zobaczył House.

- Mogę wejść? – spytał.
- Tak.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie jest mój przyjaciel Wilson? – zapytał.

Nastała chwila ciszy. Wilson wyglądał na strasznie przygnębionego. Patrzył w oczy House i odparł:

- Mam raka.

Po tych słowach House przytulił swojego przyjaciela, a Wilson zaczął płakać jak dziecko.



_________________

PostWysłany: Nie 21:14, 15 Mar 2009
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Fik 4

HOLY HOUSE

PART 1

- Witajcie Aniołki! – House raźnym krokiem wszedł do pokoju Kaczuszek. To był jeden z tych dni, kiedy noga nie przyprawiała go o mdłości z bólu, a tym samym pozwalała prawie normalnie funkcjonować.
- No nareszcie – Foreman rzucił pod nosem zrzędliwie, zaraz jednak zwrócił się do szefa – rozumiem, że pacjent i jego udar Cię nie interesuje, ale może zainteresuje Cię, że Cuddy czeka na Ciebie w swoim gabinecie od 2 godzin.
Neurolog wydął usta wyrażając swoje niezadowolenie z powodu beztroskiego podejścia do życia Housa.
-Ależ ją podnieca czekanie na mnie – House spojrzał na niego z lekceważeniem – Na dobrze wysmażony stek chyba warto czekać?
- W Twoim przypadku to mowa raczej o podrobach – dr Hadley uśmiechnęła się z przekąsem za wychodzącym diagnostą.

- Oto nadchodzę Cuddless! – zawołał House otwierając z impetem drzwi gabinetu lisy.
Przy biurku siedziała uśmiechnięta pani Administrator w jak zwykle wydekoltowanej bluzce. Greg zapewne skomentowałby ten fakt bezdusznie, gdyby nie fakt, iż jej rozmówczyni miała dekolt jeszcze większy.
House, zupełnie nie w swoim stylu, uśmiechnął się łagodnie i wlepił niebieskie oczy w postać kobiety.
- House – wyrwała go z zamyślenia Lisa – Pamiętasz moją współlokatorkę ze studiów, Holy Stanton?
Cuddy mówiąc to z otwartymi ustami przypatrywała się zadziwiającemu zachowaniu najbardziej chamskiego i nietaktownego mężczyzny jakiego znała. House wyciągnął do gościa rękę i powiedział „Miło Cię widzieć”zapytajnik? I to wszystko szczerząc zęby?
Nie – pomyślała Cuddy – Musiał dziś wychodząc spod prysznica wywinąć orła i rąbnąć o podłogę głową. A my wymyślaliśmy mu nieinwazyjne terapie!
Prychnęła ze śmiechu do własnych myśli.
- Przepraszam – zreflektowała się Lisa i powiedziała z uśmiechem. – Holy jest u nas przejazdem. Pokazywałam jej szpital i…
- Tak – przerwała jej kobieta z entuzjazmem w głosie – Macie tu świetne warunki…
– Twoje warunki są zdecydowanie bardziej interesujące… - mruknął diagnosta mrużąc oczy.
Greg sam nie mógł pojąć co się z nim dzieje. Prawie codziennie widział piękne kobiety, z kilkoma nawet pracował. Ale Holy Stanton robiła na nim tak samo piorunujące wrażenie jak 20 lat temu.
Od ukończenia studiów medycznych nie mieli ze sobą kontaktu. Słyszał jedynie, że wstąpiła do „Lekarzy bez granic”. Zawsze kręciło ją to infantylne zbawianie świata. Spodziewał się, że po tylu latach w niecywilizowanych miejscach będzie wyglądała jak zasuszony rodzynek z wypłowiałą miotłą na czubku. Ona jednak nadal zwalała z nóg promiennym uśmiechem lśniących zębów i spojrzeniem czarnych oczu, którym zawsze towarzyszyły złośliwe iskierki. Pszeniczne, poste włosy nosiła ściągnięte ciasno w długi koński ogon. Patrząc na ledwo dopiętą na piersiach brązową marynarkę, House był gotów w każdej chwili się uchylić, by przy kolejnym jej wdechu nie oberwać guzikiem w oko.
Holy zaśmiała się serdecznie.
- House, Tobie widzę z młodzieńczego uroku pozostały jedynie adidasy!
- zagadnęła złośliwie.
- Ale mam teraz większą laskę – Greg po pierwotnym zmuleniu wracał już do formy.
- Ehe, ehe! – chrząknęła Cuddy mając wrażenie, że zapomniano o jej obecności. – Holy jutro wylatuje już do Sudanu, więc zaproponowałam abyśmy zjedli razem kolację. Powspominamy stare czasy…
House rozpromienił się.
- To znakomity pomysł – House mówił najbardziej uprzejmym tonem - Zaprośmy też Wilsona. On na pewno chętnie Cię pozna!
- Zgoda, w takim razie spotkajmy się o 20 – Holy powiedziała tonem organizatora – tam gdzie proponowałaś Lisa, w Grady’s, tak?
Cuddy znów jako widz przedstawienia z Housem w roli głównej nie wierzyła własnym zmysłom. Zdołała jedynie przytaknąć w odpowiedzi i bąknąć coś na kształt „tak”.
- No to lecę! Muszę dziś jeszcze sporo pozałatwiać – Holy pośpiesznie podniosła swoją torebkę i podeszła do Cuddy by pocałować ją w policzek – To pa! – rzuciła wychodząc.
- Buziaczki! – krzyknął za nią House.

- Bu… buziaczki?!?! – Lisa ledwie powtórzyła jego kwestie wybałuszając zielone oczy. – Co Ty dzisiaj brałeś House?
- To ten poziom estrogenu – machnął na nią ręką wychodząc – którego Ty i tak nigdy nie osiągniesz…

- Wilson, oddawaj lunch! – zawołał House wyrywając z ręki onkologa kanapkę, w której ten właśnie miał zanurzyć zęby. – Nie obżeraj się przed kolacją, na którą zaprosiła nas dziś Cuddy, bo zapłaci mniejszy rachunek.
House usiadł przy stoliku w szpitalnym bufecie naprzeciwko przyjaciela pałaszując zdobyczną kanapkę.
- Jaka kolację? – Wilson pytająco uniósł brwi.
- Odwiedziny dawnej przyjaciółki, sprawiły, że mamy darmową wyżerkę – w oczach Grega zaświeciły iskierki entuzjazmu – Pamiętasz jak mówiłem Ci o studenckiej współlokatorce Cuddy – oczytana, błyskotliwa, zabawna. Taka „pełniejsza” wersja mnie – mówiąc to House zakreślił kształt dwóch piłek do koszykówki na wysokości swojej klatki piersiowej.
Z ust Wilsona ledwo dało się słyszeć coś w rodzaju „bla, bla bla”.
- Masz na myśli tą blondynkę, którą Lisa oprowadzała dziś po szpitalu? – James był coraz bardziej zaintrygowany.
- Były z Lisą jak papużki-nierozłączki – Greg pochylił się nad stolikiem i wyszeptał do Wilsona z uśmiechem. – Do tej pory żałuję, że nie były nierozłączne w mojej sypialni…
- Czyli chodzi o to, że kobitka Cię kręci i liczysz na to, że skusi się teraz gdy jesteś zramolałym kaleką? – Wilson zaśmiewał się ze swojego żartu. Ale tylko do momentu gdy jego śródstopie nie zostało przygwożdżone do podłogi drewnianą laską.

PART 2

- Czy Ty… czy Twoja koszula jest wyprasowana House? – Wilson z uwagą i zdziwieniem przyglądał się stojącemu przy drzwiach restauracji diagnoście.
- Powiedzmy… - powiedział smętnie House, jakby jego ubiór stanowił ciasny gorset i grube rajtuzy. – Gdybym jednak chciał zdjąć marynarkę przypomnij mi, że spalony ślad po żelazku na rękawie nie robi dobrego wrażenia – w tej chwili wyprostował się – Przedstawienie czas zacząć!
Wilson spojrzał w stronę wskazaną głową przez Housa. Lisa i jej przyjaciółka szły w stronę wejścia do restauracji żywo o czymś dyskutując.
House był naprawdę zadowolony, że spędzi miły wieczór w towarzystwie pięknych kobiet. Holy – wysoka, dobrze „uposażona” wyglądała zdecydowanie pociągająco w etnicznej sukience w kolorach ziemi. Musiał przyznać, że Lisa wyglądała równie efektownie. Zdecydowanie niższa od przyjaciółki wydawała się przy niej delikatna i krucha. A może to tylko szmaragdowa, jedwabna sukienka sprawiła, że wyglądała jak motyl.
- To jest Wilson – Greg szarmancko podał ramię Holy i mniej szarmancko puścił drzwi tuż na wchodzących za nimi do restauracji Lisę i Jamesa. – Właściwie jest dość nudny, ale zawsze ma przy sobie portfel – wyszeptał konspiracyjnie do swojej towarzyszki.
- Witamy! – kelner uprzejmie zaczepił gości – Życzą sobie Państwo stolik dla czterech osób? – upewnił się.
House odwrócił się do Lisy.
- Cuddy – zapytał – dostawić Ci krzesło czy spróbujesz się zmieścić na jednym?!
- Mamy rezerwację na nazwisko Cuddy- Lisa powiedziała spokojnie do kelnera nie zwracając uwagi na ten przytyk.
James Wilson siedział przy stoliku w eleganckiej restauracji z dumnie uniesioną głową. Chełpił się towarzystwem dwóch pięknych i inteligentnych kobiet. Wieczór zapowiadał się wyjątkowo miło. Choć wyraz miło w towarzystwie House nabierał zupełnie nowego znaczenia. Wilson jednak z przyjemnością zauważył, że Greg zachowuje nadzwyczajny poziom uprzejmości i taktu.
- Holy – zagadnął grzecznie James, gdy kelner przyniósł przystawki – może opowiesz nam o swojej pracy?
- To nie jest temat na taka okazję – uśmiechnęła się smutno – zbyt wielu widziałam cierpiących, umierających ludzi, którym nie mogę pomóc…
- Tak, ta bezradność – naśladował jej poważny ton House – i to cierpienie… - przerwał gdy Cuddy napluła sałatka na swój talerz, a Wilson wymagał natychmiastowego uderzenia między łopatki w ramach pomocy po zachłyśnięciu.
- Naprawdę? – Holy uśmiechnęła się puszczając do Lisy porozumiewawcze oko – Z tego co pamiętam nigdy nie darzyłeś szczególnym szacunkiem tych „zasmarkanych idiotów”?!
- Ależ Holy – House zdawał się być oburzony – nie porównuj naszych „zasmarkanych idiotów” do Twoich biednych, cza… często umierających pacjentów. Dlatego tym bardziej podziwiam Twoje ogromne… zaangażowanie – zakończył Greg promiennym uśmiechem.
- W to nie wątpię – rzucił ironicznie Wilson.
Lisa złapała się na tym, że nie czuła nawet zażenowania dwuznacznym zachowaniem Housa. Czuła jednak coś innego. Dziwne, ostre ukłucia w jej sercu towarzyszyły wygłupom Grega zabiegającego o względy Holy.
- Żałuję, że nigdy nie zdobyłem się, by jechać w świat i leczyć choło… chorowitych obywateli Trzeciego Świata. – House kontynuował swój dramatyczny popis.
- Ja też się dziwię, że do tej pory nie wyjechałeś – rzuciła Lisa z sarkazmem.
Wilson stłumił w sobie kpiący śmiech nie pierwszy raz tego wieczoru.
Na szczęście dalsza rozmowa dotyczyła już w dużej części studenckich wybryków sprzed dwudziestu lat dzięki czemu talent aktorski Housa nie został nadwyrężony.

- Macie ochotę na drinka? – House powiedział „macie” ale właściwie patrzył jedynie na Holy, której podawał płaszcz wychodząc z Grady’s.
Wilson rozumiejąc sytuację grzecznie wymówił się jutrzejszą operacją. Lisa natomiast nawet jeśli chciała iść miała jutro niestety zebranie zarządu szpitala, do którego musiała się jeszcze przygotować. Pożegnała się więc niechętnie i wsiadła do taksówki.

- Nie sądziłem, że potrzeba aż tylu drinków, by upić jedną kobietę? – House podnosił do ust kolejny kieliszek siedząc naprzeciw coraz bardziej rozmazanej Holy Stanton.
- A chcesz mnie upić? – zapytała zalotnie jego towarzyszka.

- Oszywiście… że siem zgozi – Greg bełkotał próbując pisać coś na komputerze – fyśle jej majla… ssser…serdecznymi postrowieniami… hehe… dla jej siezenia – zarechotał głośno.

Przesunął dłonią po jej gładkim, opalonym ramieniu. Zaśmiała się, że to łaskocze. Przestała się jednak śmiać, gdy przywarł ustami do jej warg. Nie należała do wstydliwych kobiet, ale zdziwił się, gdy poczuł jak zaciska gwałtownie palce na jego pośladkach. Z zaskoczenia stracił równowagę i oboje upadli na białą pościel.

Obudził go potworny warkot.
„Zabiję, jeśli znów robią remont tuz pod moimi drzwiami – pomyślał House nie otwierając oczu. Wyobraził sobie jak w samych spodniach od piżamy, uzbrojony jedynie w laskę wyskakuje na ulicę niczym Bruce Lee i jednym wykopem powala robotnika drogowego wraz z tym cholernym młotem pneumatycznym.
Po omacku zaczął szukać vicodinu, który zwykle stał na szafce nocnej obok łóżka. Tym razem nie chodziło jednak o ból nogi. W życiu nie miał takiego kaca!
Zamiast szafki natrafił na ścianę. Nie pamiętał by robił przemeblowanie. Ale prawdę mówiąc po prostu niewiele pamiętał z wczorajszego dnia.
Otworzył oczy, lecz jasny snop światła z małego, okrągłego okienka spowodował, że zacisnął je mocno wykrzywiając z niesmakiem usta.
„Zaraz, zaraz – mózg Grega zaczął pracować ma normalnych obrotach – takie okienka są na statkach albo…”
- Samolot?!?!? – krzyknął przerażony House.

PART 3

Krzyk Housa postawił na nogi większość osób znajdujących się na pokładzie transportowca. Obudził też śpiącą na fotelu obok Holy Stanton.
- Co się stało? – zapytała autentycznie zdziwiona przecierając zaspane oczy.
- Co się stało?! – powtórzył patrząc na nią jakby pytała o to dlaczego uważa tyłek Cuddy za ogromny albo Wilsona za naiwniaka – Jestem w cholernym samolocie, Kobieto! W dodatku strasznie boli mnie głowa… i noga! – mówił podniesionym głosem szukając wzrokiem nieodłącznego pomarańczowego pudełka.
- Nie dramatyzuj, House – lekarka ziewnęła zmęczona – Przecież nikt nie przywlókł Cię tu siłą.
- Budzę się dziesięć tysięcy metrów nad ziemią siedząc w pieprzonym samolocie, który wydaje dźwięki sugerujące niedługi jego żywot, a Ty mi karzesz nie dramatyzować? – Greg był tak zdezorientowany jak nigdy w życiu. Gdyby się okazało, że Wilson znalazłby się na jego miejscu zapewne ochrzciłby go kpiąc totalnym kretynem.
- Jak ja się tu znalazłem? – House uznał, że najważniejsze teraz to zorientować się w sytuacji.
- Teleportacja. W Twoim serialu rzadko stosowany środek transportu. House, czyżbyś naprawdę nic nie pamiętał?! – Holy uśmiechała się coraz wyraźniej dostrzegając komiczność jego sytuacji. – Wczoraj oświadczyłeś mi, że chcesz leczyć afrykańskie dzieci i że skoro od czterech lat nie miałeś urlopu to właśnie na taki wyjazd go poświęcisz. Poza tym, że masz wszystkie szczepienia, spakujesz tylko kilka T-shirtów i w drogę!
Przez utrzymaną w wyraźnie udawanym poważnym tonie wypowiedzi lekarki wyraźnie przebijał tłumiony śmiech. Patrzyła z zafascynowaniem jak duże, niebieskie oczy diagnosty przybierają rozmiar pomarańczy.
- Wczoraj chodziło mi wyłącznie o to, żeby… - zaczął jakby tłumaczył Kaczuszkom najprostsze powiązanie symptomów z chorobą.
- … się ze mną przespać – dokończyła rozbawiona Holy.
House spojrzał na nią jak na powód wszystkich swoich nieszczęść.
- Więc jak się domyślasz udowodniłbym Ci nawet, że jestem świętszy od papieża, jeśli by to pomogło!
Lekarka poprawiła się w fotelu i rozłożyła przed sobą jakieś czasopismo.
- Lecimy do Al-Faszer. Będziemy tam za 14 godzin. A tam będziesz już mógł udowodnić jaki z Ciebie altruista – powiedziała z udawana powagą.
- Czyli nadal jesteśmy bliżej wybrzeży USA – House szybko kojarzył fakty – Świetnie! Zawróćmy! – zawołał niczym Kolumb stawiający pierwszy krok na plażach Haiti.
- Słucham?! – Holy spojrzała na niego tym razem autentycznie zdumiona – Czerwony Krzyż przygotowywał ten lot dwa miesiące, na pokładzie jest 57 osób, 150 ton lekarstw i żywności, a my mamy zawrócić, bo Alicja wpadła nie do tej dziury co trzeba?! – zakończyła ostro.
- A’propos wpadania do dziury… - House zmrużył oczy starając się cokolwiek sobie przypomnieć – spaliśmy ze sobą?
- Teraz to chyba powinnam się poczuć urażona – Holy zmarszczyła brwii.
Cuddy była zmęczona. Poprzedniego dnia spędziła właściwie miły wieczór obserwując nadskakującego Holy Housa. W życiu nie słyszała z jego ust takich bzdur. Później siedziała jednak do drugiej w nocy przygotowując zestawienia na dzisiejsze zebranie. Właściwie dziwny, natrętnie powracający sen, w którym dusiła Holy Stanton nie przysłużył się jej dobremu samopoczuciu.
Usiadła przed biurkiem w swoim gabinecie chcąc sprawdzić pocztę elektroniczną. Miała nadzieję, że znajdzie w niej wiadomość, że zebranie odwołano. Natrafiła jednak tylko na jednego intrygującego maila. Był od Housa. Wysłany o 5.23 dzisiejszego dnia. Wiedziała, że ból nogi czasami daje mu się tak we znaki, że nie może spać, ale żeby wysyłać maile?!
Otworzyła wiadomość i zaczęła czytać.

CUDDT

AFARYKA MNIE POTZREBUJ WIEC SIĘ PAKKUJE.
DOBRE, HEHE.
WRACMA ZA MIEISĄC. TERAZMOŻEZS SIĘ POZMNENCAĆ NAD FROMANEM. DJAJ MU MOJE DYŻURUY WKLINIKCE.
A GYDYBY CI IDOCI NIE MOGLI SOBI BEZE MIE PORAZDIC TO WYŚLIJ MI LISSST W BUTLECE. HEHE.

HOSUE

Co?! – Lisa musiała przeczytać jeszcze pięciokrotnie zanim była w stanie na serio rozważać taką ewentualność.
Podniosła słuchawkę swojego telefonu.
- Wilson? Tu Lisa – była wściekła, nie wiedziała tylko czy bardziej się martwi o tego kalekiego kretyna czy też jest o niego zazdrosna. – Możesz jechać i sprawdzić czy House jest w domu?! A jeśli tak to od razu możesz go ode mnie zabić!

W przyszłym tygodniu – usłyszał House, gdy już ktos z ekipy Czerwonego Krzyża pomógł mu dogadać się z obsługą lotniska i ustalić, kiedy odlatuje stąd najbliższy samolot. Dokądkolwiek!
Wysoka temperatura i wilgotność powietrza utrudniały oddychanie. Ubranie zaczęło oblepiać całe ciało po niecałej minucie od wyjścia z samolotu. Ból głowy nie ustąpił do tej pory. Nie mówiąc już o nodze. House łyknał kolejne dwie tabletki vicodinu rejestrując ze złością , że opakowanie jest już do połowy puste. Jedyne opakowanie jakie posiadał.
- House, ruszamy do obozu! – krzyknęła Holy stojąc na zapakowanej po brzegi terenówce. – Jedziesz czy zostajesz?! – dodała zniecierpliwiona.
Santon mocno ubawiła się całą to sytuacją z Housem. Nie zamierzała jednak poświęcać swoich obowiązków kosztem opieki nad czterdziesto kilkuletnim facetem. Owszem, był zabawny, inteligentny, a jego wiedza mogła bardzo jej się tu przydać, ale jeżeli kosztem za jego umiejętności miało być niańczenie go tu i patrzenie jak się nad sobą użala… to nie było sensu!
Greg nie był pewien co powinien zrobić. Najchętniej wynająłby tu jakiś pseudo-pokój w pseudo-hotelu i przeczekał ten tydzień. Sęk w tym, że nie miał przy sobie nawet dolara a dogadanie się tu z kimkolwiek praktycznie graniczyło z cudem. Westchnął więc głęboko i pokuśtykał do jeepa.
Całą drogę wpatrzony w pustynny krajobraz zastanawiał się jak możliwe było, że jego organizm zareagował totalną amnezją na znane mu doskonale połączenie alkoholu z vicodinem?!
Ktoś uprzejmie podał mu chustę, którą owinął głowę zakrywając usta i nos. Ale i tak piaskownica, którą miał w ustach i łzawiące oczy zapowiadały najgorszy urlop w całym jego życiu. Nie byłby sobą gdyby nie oskarżał w duchu Holy za całe to zamieszanie. Nic to, z obozu zadzwoni do Lisy i każe przysłać po siebie samolot. Miał tylko nadzieję, że mail, który wysłał jej przed wyjazdem, a był jedną z niewielu rzeczy, które pamiętał z tamtego wieczora, nie zawierał zbyt wielu inwektyw.

House spojrzał na rozciągające się aż po horyzont pole kolorowych namiotów. Kościste dzieciaki wybiegły na powitanie kolumny samochodów. Były kiepsko ubrane, brudne, osierocone, ale wszystkie uśmiechnięte od ucha do ucha. Aż dziw brał, że uśmiechały się na myśl o kilku łyżkach ryżu czy pół marchewki na obiad więcej.
- Tyle ich tu, że aż się ciemno zrobiło – kpiąco bąknął w swoim stylu diagnosta, pierwszy raz w życiu czując jednak małość swojej rasistowskiej odzywki.
Jako niepełnosprawny nie czuł się w obowiązku pomagać przy rozładowywaniu konwoju. Przyglądał się jednak słabo porośniętej trawą pustyni i nielicznym drzewom. Schylił się i podniósł z ziemi grudkę gleby. Rozkruszył w dłoni bryłkę, która rozpadła się na kilka miękkich, gliniastych kawałków.
- Nic dziwnego, że są głodni jeśli nie potrafią wykorzystać porządnej ziemi – Greg zadrwił z tych „czarnych kretynów”.
- To akurat odchody wielbłąda – prychnęła śmiechem Holy – i nie ma ich w okolicy zbyt dużo.

PART 4

- Poczekaj, gdzieś powinien być klucz – Wilson obszukiwał wszystkie logiczne i nielogiczne miejsca, w których sądził, że House mógł ukryć klucz do swojego mieszkania. Nie odbierał telefonu, nie otwierał drzwi i jeszcze ten dziwny list do Cuddy.
- Już nie szukaj! – Lisa spojrzała na niego z przerażeniem, gdy drzwi otworzyły się po naciśnięciu klamki. – Boże! A jeśli coś mu się stało?!
Oboje rzucili się do mieszkania w celu odnalezienia leżącego gdzieś, nieprzytomnego Housa.
- Nie ma go! – krzyknęła Cuddy z łazienki – ale nie ma też szczotki do zębów! … tyle, że nie wiem czy to akurat coś nadzwyczajnego – dokończyła pod nosem.
- Nie ma torby, kilku T-shirtów – Wilson stał z załamaną miną w progu łazienki – wygląda na to, że się spakował… tyle, że dość nieudolnie, bo w sekretnym i … bardzo sekretnym … miejscu znalazłem vicodin!
- Osz ta… - Lisa zaczęła przypominać wulkan gotowy do erupcji – wywiozła gdzieś na koniec świata mojego… - próbowała znaleźć w myślach odpowiednie słowo.
Wilson spojrzał na nią pytającym wzrokiem z półuśmiechem pod nosem.
- … mojego najlepszego lekarza – Lisa dokończyła pośpiesznie administracyjnym tonem karcąc onkologa wzrokiem.


House machnął ręką, by odgonić setną już chyba muchę. Prowizoryczne moskitiery zdawały się w ogóle nie spełniać swojej podstawowej funkcji.
To był kolejny ranek, kiedy ból nogi wydawał się być jego najmniejszym problemem, mimo, iż w pomarańczowym pudełku zaczynał hulać wiatr. Każdy skrawek jego ciała, który leżał na twardym, prowizorycznym posłaniu wołał o pomstę do nieba. Otworzył oczy i wciągnął do nozdrzy suche, przepełnione piaskiem powietrze. Nie spędził na tej pustyni nawet 24 godzin, a już był pewien, że ma małe szanse by dotrwać do końca tygodnia.
Decyzja o telefonie do Cuddy poderwała go z łóżka. „Miejmy nadzieję, że te cholerne satelitarne sprzęty zadziałają” pomyślał wychodząc z dusznego namiotu na pustynny żar.
- Witaj Śpiąca Królewno! – rzuciła Holy przechodząc obok niego z ogromną torbą środków opatrunkowych – Łap kawę, stetoskop i zapraszam do namiotu „Pierwszego Kontaktu” – zakończyła tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Mam urlop, pamiętasz? – prychnął z drwiną House.
- Skoro masz urlop to… nie masz obiadu – skwitowała Holy tak jakby negocjacje z pięciolatkami były jej specjalnością.
Zwykle nieposiadanie własnego lunchu nie stanowiło dla Grega najmniejszego problemu, ale tu na pustyni, wśród bandy nawiedzonych altruistów nie mógł liczyć nawet na obierki.
- Nie żartuj – House uśmiechnął się słabo – nie po to przeleciałem pół świata próbując uciec, przed druga taką Zołzą zaganiającą mnie do wycierania nosów!
Spojrzał na kobietę wściekłym wzrokiem, ale ona odpowiedziała tylko obojętną miną i podała mu paczkę bandaży.
- A’propos zołzy – krzyknął Greg za odchodzącą Holy– nie macie tu jakiś hipopotamów?! – zapytał – Bo jak od rana nie zobaczę dużego zadka to jakiś nieswój chodzę…

- …alo! Słyszysz mni…? - Lisa usłyszała w słuchawce strzępki znajomego głosu – Czy to gó… działa? Nic nie …!
- Halo, House?! – Lisę zaskoczył łagodny ton jej głosu – Jestem. Co się z Tobą dzieje?! Gdzie jesteś?
- A w przycho… sprawdzałaś? – zadrwił Greg ze śmiechem - Tak … już Cię …formowałem – …em na urlopi…, wr…cam za miesi….
- Ale House! Nie możesz… - Lisa wściekała się bardziej na przerywającą się rozmowę niż na diagnostę – masz tu pracę i pacjentów! – zakończyła, ale dopiero mówiąc to zreflektowała się, że to akurat był najmniej przekonujący go argument.
„Czekam od godziny, House! Jazda do namiotu!” ledwo dosłyszała głos Holy wśród trzasków w słuchawce.
- Wybacz, … seksow… blondynka nie może … nacieszyć się moim towarzystw… – House rzucił pospiesznie jakby odciągany od telefonu – Poza … słońce, plaża, radoś… tubylcy. …uszę lecieć!
- House! – zawołała Lisa do słuchawki – House!wykrzyknik – powtórzyła głośniej, ale odpowiedział jej już tylko sygnał przerwanej rozmowy.
Z trzaskiem odłożyła słuchawkę.
Ten idiota siedzi sobie teraz gdzieś na drugim końcu świata i beztrosko pozwala, aby inni się o niego martwili! A bardzo dobrze! Niech tam siedzi i niech go robale kąsają! A jeśli faktycznie się czymś zarazi! Znając go na złość będzie siedział tam cały miesiąc! Nie wiadomo nawet czy mają vicodin! Pewnie się uzależni od morfiny! Co robić? Co robić?

- Co robisz Lisa?! – Wilson wszedł do gabinetu Pani Administrator PPTH w którym roiło się od ludzi. W życiu nie widział tu takich tłumów. Dwie pielęgniarki segregowały jakieś papiery na stoliczku, Lisa pokazywała coś na ekranie swojego komputera pochylonej nad sobą recepcjonistce. Jakiś asystent przynosił co chwila nowy segregator. – Stało się coś ze szpitalem? – zapytał przerażony.
- Nie – uśmiechnęła się Cuddy – dobrze, że jesteś. Potrzebuję żebyś wspomógł dr Cameron w trakcie zastępstwa przez najbliższe kilka dni.
- Jakiego zastępstwa? Czemu Cameron? O co chodzi – Wilson nie lubił być wrzucany w wir wydarzeń, nawet jeśli w przeciwieństwie do obecnej chwili wiedział o co chodzi.
- Wyjeżdżam na kilka dni – spojrzała na Jamesa wzrokiem współ-rodzica największego łobuza w klasie – jeśli go stamtąd nie przytargam za uszy gotów na złość zarazić się malarią! – „Już ja mu wybiję cycate blondyny z głowy!” - tego już jednak nie powiedziała głośno.
Wilson przez krótką chwilę zastanawiał się, czy wyjaśnić Cuddy, iż rozmowa telefoniczna, którą kilkanaście minut temu przeprowadził z Housem upewniła go, że cały ten wyjazd był tylko pijackim wybrykiem, a Greg stara się wrócić do New Jersey najbliższym możliwym lotem. Dostrzegł jednak w tym szaleństwie pewną szansę, dlatego głośno powiedział tylko:
- Oczywiście, jedź. Ja się tu wszystkim zajmę!

PART 5

- Czy te… te murzynki mogą wchodzić osobno? – zapytał pomagającą mu wolontariuszkę House – jak tak się trzymają za rączki to się czuję jakbym jechał bezkresną autostradą! Nie wiem nawet gdzie kończy się jeden a drugi zaczyna.
Annie Grisson, młoda, ale doświadczona już wolontariuszka nie dawał się sprowokować czym jeszcze bardziej drażniła House.
W głębi duszy marzył o tym by znaleźć się w swoim gabinecie, wśród swoich białych Kaczuszek. Foremana będzie musiał zwolnić, albo przemalować. Na Kutnera powinien wystarczyć wybielacz.
Z przykrością zauważał, że nie spotkał choćby jednej osoby przejętej jego losem. I niby tu wszyscy tacy miłosierni. Jedna wielka szopka!
Grzechoczące w pojemniku trzy ostatnie tabletki vicodinu nie malowały mu różowej przyszłości. Tym bardziej, że morfina z zapasów Czerwonego Krzyża była ściśle reglamentowana.
- Jeszcze tylko dwie sztuki i stąd idę! – House przetarł spoconą twarz. – A Ty w międzyczasie spróbuj skombinować jakiegoś burbona na wieczór! – zwrócił się na Annie.
Dziewczyna wzruszyła tylko ramionami i przyprowadziła dwoje dzieci do namiotu, w którym siedział Greg.

- Mam nadzieję, że jako szefowa tego egzotycznego kurortu możesz zaproponować spragnionemu kalece jakiś Burbon? – House wszedł do namiotu, w którym Holy odpoczywała po ciężkim dniu pracy.
- Jasne, wejdź – uśmiechnęła się mimo zmęczenia – Zasłużyłeś.
Podeszła do turystycznej lodówki, z której wyjęła butelkę bursztynowego płynu. Rozlała trunek do dwóch szklanek, z których jedną podała Housowi.
Sączył alkohol powoli, napawając się jego smakiem. W życiu burbon nie smakował mu tak dobrze jak w tej chwili.
- Jesteś niemożliwy House – Holy patrzyła na niego z nad szklanki lśniącymi oczami.
- Mówiąc to masz na myśli: zabawny, błyskotliwy i boski w łóżku? – zapytał z półuśmiechem no jaki tylko było stać jego zmęczone mięśnie twarzy.
- Miałam na myśli: bezczelny, arogancki i żałuję, ale nie wiem jaki w łóżku – poprawiła ze śmiechem Holy
- Jak to? – zapytał House ze zmartwioną miną – czyli nie było bara-bara? To za co ja cierpię te katusze?
- Może… chciałeś tu przyjechać? – zaproponowała odpowiedź Holy. – Może chciałeś jej zaimponować? Albo sprawić by się o Ciebie martwiła?
- Kto? – zapytał House autentycznie nie rozumiejąc.
- Jedyna kobieta, która mogła na serio pomyśleć, że jesteś zabawny, błyskotliwy i… boski w łóżku – spojrzała na jego niezrozumienie z rozbawieniem.

Cuddy zaczynała żałować swej emocjonalnej decyzji. Podróż do Kairu i noc spędzona w egipskim mieście w pięciogwiazdkowym hotelu, zakrawała na miano przyjemnej. Jednak lot do Al-Faszer samolotem, który zapewne pamiętał jeszcze czasy Abrahama Lincolna, należał już raczej do najgorszych chwil w jej życiu. Gdyby tylko dali jej śrubokręt spędziłaby te dwie godziny przed odlotem dokręcając wszystkie śrubki – może wtedy, by tak nie skrzypiał. Leciała właśnie na druga półkulę, w miejsce którego nigdy nie zamierzała odwiedzać tylko dlatego, że utknął tam facet, który codziennie naśmiewał się z gabarytów jej „siedzenia”. Chyba była jednak niespełna rozumu! Uzmysłowiła sobie to jeszcze lepiej gdy po długich i ciężkich próbach dogadania się z tutejszą obsługą informacji dla turystów usłyszała, że jedynym sposobem dotarcia co obozu Czerwonego Krzyża jest dwugodzinna podróż na wielbłądzie. Za okazyjne ONE HUNDRED AMERIKAN DOLARS!


Alkohol i ostatnie dwie tabletki vicodinu pozwoliły mu w spokoju wyczekiwać snu. Był bardzo zmęczony. Nieprzebrany strumień dzieci, z których większość cierpiała z głodu, a pozostałym i tak nie był w stanie pomóc w tych warunkach nie robiły na nim aż takiego wrażenia na jakie liczyła Holy. Uznał po prostu, mimo swych ateistycznych przekonań, że skoro Bóg istnieje i godzi się na to co Greg tu zobaczył to obciąża to wyłącznie Jego barki.
Pomyślał, że najłatwiej będzie zacząć liczyć barany, ale zamiast owczej wełny stanął mu przed oczami obraz ciemnych loków i zielonych, śmiałych oczu. Obawiał się, że zaraz usłysz strofujące nawoływanie do pracy w przychodni, ale twarz kobiety uśmiechnęła się tylko lekko. Zasnął.


Cuddy zagryzła wargę i z pomocą przewodnika wspięła się na cuchnące zwierzę. Upał, smród, wchodzący w oczy piasek - czy to wszystko było warte ściągnięcia z powrotem do New Jersey Gregory’ego Housa?! Czy PPTH nie poradzi sobie bez tego zadufanego w sobie, aroganckiego lekarzyny? …hm, pytanie powinno raczej brzmieć czy ona sobie bez niego poradzi, a wtedy już odpowiedź okazała się być prosta.
Lisa Cuddy kochała tego „bezczelnego dupka” jak zwykli o nim mawiać pracownicy szpitala Pinceton-Plainsboro. Kochała od dawna. Może nawet tego nie chciała, ale jego gesty, złośliwe docinki, lubieżne spojrzenia wszystko to składało się w sieć, w którą po prostu wpadła. A teraz jechała do niego nie wiedząc nawet czy nie jest szczęśliwy z jej dawną przyjaciółką.
„Liso, jesteś żałosna. Żałosna i głupia” myślała tak całą drogę starając się nie popaść w chorobę morską. Na pustyni.

Cuddy już z daleka dostrzegła wysoką blondynkę uwijającą się przy pracy wśród gromady sudańskich dzieci.
- Holy! – krzyknęła Lisa odkaszlując zalegający w jej gardle piasek.
Stanton odwróciła się i dostrzegłszy Lisę podbiegła na spotkanie przyjaciółki. Pani dziekan schodziła w tym czasie z garbatego zwierzęcia obiecując sobie, że nigdy już nie skorzysta z tego środka lokomocji.
- Witaj! Nie spodziewałam się Ciebie tak szybko! – najzwyczajniej na świecie zapewniła ją Holy całując w oba policzki.
- Ja… ja przyjechałam po Housa – wydukała Cuddy przyglądając się lekarce zdziwiona. „Jak to nie spodziewała się tak szybko? …Eh, tak to jest prosić Wilsona o dyskrecję! Wstrętna klepa!” – niesłusznie oskarżyła w myślach onkologa.
- Domyślam się… - uśmiechnęła się tajemniczo Holy i wzięła od Lisy jedną z toreb prowadząc ją do namiotu, w którym Greg badał uchodźców.

- NIE WKŁADAJ KAMYKÓW DO NOSA! – Greg cedził każde słowo siedząc na wprost trzyletniego chłopca, który patrzył na niego wielkimi oczami, nie rozumiejąc ani słowa. – Weź mu to wytłumacz! – zawołał do dzielnie mu sekundującej Annie.
Lisa stała przed namiotem obserwując całą scenę. Nie mogła uwierzyć, że House przyjmuje pacjentów, nie mówiąc już o tym w jakich warunkach.
- Więc wystarczyło zagrozić Ci odebraniem obiadu?! – zaśmiała się wchodząc do namiotu.
Spojrzał na nią zdziwionymi, niebieskimi jak niebo oczami w spalonej słońcem czerwonej twarzy.
- ŁAAA! Fatamorgana! – krzyknął podskakując na krześle i wyginając usta w komicznie przestraszonym grymasie – …Przyjechałaś zatruć mi wakacje? – zapytał pewnym siebie tonem.
Nie mógł jednak pozbyć się uczucia, które faktycznie targnęło nim gdy ją zobaczył. To coś na kształt wyświechtanego miodu na serce, on jednak widział to raczej jako zsiadłe mleko na spieczonych ramionach.
Ulga, przyjemność…
- Wpadłam po drodze podrzucić Ci to! – wyjęła z kieszeni pomarańczową fiolkę z vicodinem i zagrzechotała mu nią przed oczami.
House zerwał się na nogi i przygarnął ją do siebie jedną ręką, drugą wyjmując pojemniczek z jej dłoni.
- Z dostawą do domu! Mmm… to lubię – wyszeptał kilka centymetrów od jej twarzy wtapiając w nią orzeźwiające, niebieskie oczy. Po chwili jednak zabrał rękę z jej talii tak gwałtownie, że o mało się nie przewróciła. Otworzył pudełeczko, wyjął z niego dwie, białe pastylki i połknął z błogim wyrazem twarzy.
„Tak, to powinno mi wystarczyć za dziękuję” pomyślała Cuddy. „Niczego innego nie należało oczekiwać!”
- Pakuj się, za cztery godziny mamy powrotny samolot do Kairu – powiedziała ostro Lisa.
- Jak to? – zmrużył oczy przyglądając się z niezrozumieniem stojącej w progu namiotu Holy.
- Pytałeś wtedy o najbliższy, darmowy transport, prawda? – zapytała wyraźnie rozbawiona.
- Nie rozumiem – Cuddy przybrała bliźniaczo podobny do Housa wyraz twarzy patrząc to na niego to na Holy. – Zamierzałeś wracać?
- Hm, gdybyście kiedykolwiek szczerze wugarnęli sobie co Wam leży na wątrobie udałoby się uniknąć nie jednego nieporozumienia – powiedziała Holy wychodząc z namiotu zabierając ze sobą stojącą z otwartą buzią Annie.
House spojrzał na Lisę ze złośliwym uśmieszkiem błąkającym się na jego twarzy.
- Mam uwierzyć, że przejechałaś pół świata, żeby przywieźć mi lek, którego zażywania nie pochwalasz? – zapytał robiąc krok w jej stronę.
- Masz uwierzyć, że Przejechałam pół świata, żeby Cię poinformować, że nie wypełniłeś wniosku urlopowego dlatego masz natychmiast wracać do pracy! – Lisa śmiało zrobiła krok w stronę House patrząc mu prosto w twarz.
House odgarnął z jej policzka niesforny kosmyk włosów.
Bała się zareagować naturalnie na ten wydawałoby się romantyczny gest. Ale zbyt dobrze go znała by wiedzieć, że on potrafi takie chwile wykorzystać do zrobienia sobie z niej żartów. Stała więc i wpatrywała się w niego czekając na…
Powinna była go pocałować, a ona stała i wbijała w niego swoje szmaragdowe oczy. Był zbity z tropu. Wydawało mu się że potrafi przewidzieć każdą jej reakcję. Delikatnie dotknął jej ramion i przysunął do siebie, bardzo blisko.
- Cieszę się, że tu jesteś – wyszeptał tak cicho, że ledwo dosłyszała.
Wspięła się na palce i dotknęła ustami jego warg.
-- …bo nie mogłem znaleźć w okolicy żadnego hipopotama – dokończył House i oddał pocałunek.


FIK 5

Gorąca sierpniowa noc od kilku godzin oplatała swym mrocznym ramieniem piasek jednej z greckich plaż. Maleńkie drobiny zanurzały się, co chwila w słonej wodzie, jakby chciały się przed czymś ukryć. Fale leniwie zalewały plażę, a biała, morska piana staranie zatarła ślady bosych stóp. Z oddali ruch wody z utęsknieniem obserwowała wąska asfaltowa ścieżka, gorąca jeszcze od południowego słońca. Kłębiaste chmury spowiły niebo nie pozwalając zaprezentować swej pełni srebrnemu Księżycowi, który tego wieczoru musiał dać za wygraną. Nawet potężne wzgórza skryły się przed światem, nie imponując już wszystkim swoim rozmiarem. Zmęczone minionym dniem, ze spokojem spoglądały w czarną dal.

Ciemność ogarnęłaby każdy zakamarek, gdyby nie dzielni rycerze stojący na straży światła. Wysokie latarnie rozciągnięte wzdłuż szarej alejki, jak co wieczór rzuciły wyzwanie mrokowi, by przystąpić do nierównego pojedynku. Drewniane leżaki wylegiwały się w świetle żarówek, a brązowe dotąd, trzcinowe parasole, choć przez kilka godzin mogły przybrać odrobinę jaśniejszy odcień.

Lekki wiatr pojawiał się, co chwila, próbując wprawić w ruch szerokie liście palm i zasłony wiszące w oknach piętrowych hoteli. Rezygnował jednak szybko z nadzieją, że może za chwilę powróci ze zdwojoną siłą.

Zgiełk dnia przeniósł się do ukrytych w głębi miasteczka małych knajp. Czerwone i niebieskie światła neonów bawiły się, odbijając w szybach okien, a gorzki smak drinków przyjemnie łaskotał gardła pijących. Dotychczasowe śmiechy znikły gdzieś. Nawet niedawno przybyła cisza ziewnęła przeciągle i przetarła oczy broniąc się przed zaśnięciem.

Delikatnie uniósł powieki. Przyjemny słodki zapach oplótł jego nozdrza. Wziął głęboki oddech, chcąc zachłysnąć się powietrzem. Miało idealny, niesamowity smak. Smak kobiety. Uniósł ostrożnie głowę, a podmuch morskiego wiatru musnął lekko jego nagie ramiona i tors, przyprawiając tym samym o gęsią skórkę.

Okno hotelowej sypialni było uchylone, jakby w obawie przed tym, że promienie latarni nie zdołają przedostać się do środka przez grubą warstwę szkła. Niesforna firana chroniąca przed owadami, powiewała lekko, poddając się letniemu wietrzykowi, a stojący na stoliku zegar leniwie i z niechęcią przesuwał swoje zgrabne wskazówki. Leżące w nieładzie ubrania przypominały zmęczone dziecko, które nie dało rady dotrzeć do łóżka i zasnęło już na podłodze. Cztery buty rozbiegły się po sypialni, a czerwony krawat trwał wtulony w gruby dywan.

Uniósł się ostrożnie tak, by jej nie zbudzić. Spała zanurzona w aksamitnej pościeli nieświadomie eksponując swoje piękno. Blask ulicznego światła przedzierał się przez okno, jakby tylko po to, by podziwiać każdy centymetr jej ciała. Jasne promyki opadały delikatnie na nagie ramiona i długą gładką szyję. Zgrabne kobiece udo wynurzyło się spod miękkiego okrycia, by wyjść na spotkanie mrocznej nocy. Ciemne loki rozsypane na poduszce układały jakieś tajemnicze wzory. Jeden z nich zagubiony oplótł policzek wijąc się aż do długich rzęs. Błogi spokój i lekkość biła z jej twarzy w niczym nie przypominając drapieżnej kobiety sprzed kilku godzin.

Powoli pochylił się nad nią i sięgnął ręką jej twarzy. Delikatnie pogładził policzek i odsunął osamotniony kosmyk włosów. Miękkość jej skóry sprawiła, że znowu poczuł ten zapach… Zapach namiętności. Zapach pożądania. Woń, którą ta kobieta dla niego jeszcze nie pachniała. Aż do dzisiejszej nocy…

Musnął wargami jej zamknięte powieki. Lekko. Delikatnie. Jak kropelka rosy, która upada na wysuszoną ziemię.

Westchnęła tak cichutko, że lekki podmuch wiatru zdołałby ją zagłuszyć. Zapragnął poczuć jeszcze raz jej zapach, miękkość jej skóry. Tym razem jego wargi zatrzymały się na gładkim policzku. Leniwie otworzyła oczy. Kąciki ust uniosły się na jego widok. Odpowiedział tym samym.

Magia tego miejsca trwała nadal. Biała zasłona poszybowała w górę i do hotelowej sypialni wdarł się świeży podmuch wiatru. Okno lekko zaskrzypiało i uderzyło głośno o brzeg ściany. Niesforny dotąd, cienki kawałek materiału zaplątał się na klamce niszcząc tym samym swoje szanse na dalszą wolność.

Jego ciepła dłoń ostrożnie spoczęła na jej nagim biodrze. Kciuk swobodnie nakreślał jakieś nieznane kształty, chcąc jeszcze bardziej zatracić się w jej jedwabiście gładkiej skórze. Była kobietą idealną. Figura, uśmiech, ciemne loki, a przede wszystkim oczy. Za jej cudowne oczy mógłby oddać wszystko. Zatopił się w tej głębokiej szarości, zapominając o całym świecie. Mimo mroku widział doskonale każdy najmniejszy szczegół. Wpatrywał się w nią, by zachować w pamięci wszystkie kształty, by odkryć w końcu, dlaczego ten piękny uśmiech potrafi hipnotyzować.

Widział jak jej oczy błyszczą. Promienie latarni sprawiły, że dostrzegał w nich brąz własnych tęczówek. Patrzył. Ciągle patrzył. Zatracał się coraz bardziej. Nie mógł uwierzyć, że ta kobieta należy do niego, że oddała mu się cała. Chciał, by ta chwila nigdy nie dobiegła końca. Pragnął nie myśleć o tym, co wydarzy się potem. Własne obawy nie dały mu jednak spokoju:
- Lisa, powiemy House’owi?



PostWysłany: Nie 21:18, 15 Mar 2009
rocket queen
Pumbiasta Burleska



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 57

Posty: 3122

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Moi Drodzy!
czas na wyniki głosowania:
Pierwsze miejsce z wynikiem 5 oddanych głosów uzyskał FIK NR 4, którego autorem jest SYŚKA.

Drugie miejsce exeqou, z wynikiem 3 głosów, zdobyły Fik nr 5 -LicenceToKill, oraz Fik 2, PannyN



_________________

PostWysłany: Pon 11:01, 23 Mar 2009
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dziękuję - jest mi bardzo miło!
Gratuluje współuczestnikom konkursu, bo fiki były świetne - wiem, bo sama głosowałam!
Gratuluję głosującym, bo każdy z nich dokonał najlepszego wyboru!
Gratuluję przeprowadzającym konkurs!
Gratuluję mojemu mężowi, który w życiu nie uwierzy, że ma taka zdolną żonę Wink
Gratuluję Pinky, która mnie natchneła do napisania tego fikaszona!
Mr. Green
Jeszcze raz naprawdę dziekuję :*



_________________

POLSKA! BIAŁO-CZERWONI!

PostWysłany: Pon 13:40, 23 Mar 2009
Syśka
Reumatolog
Reumatolog



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 15

Posty: 2076

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Syśka, gratuluję serdecznie zwycięstwa!! jupi naprawdę zasłużyłaś Very Happywykrzyknik Tak, jak już ci mówiłam - do tego fika można z przyjemnością wracać wiele razy :*:*... tak samo serdecznie ściskam Licence i PannęN. Brawo, dziewczyny Very Happy :*:*!



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Pon 16:55, 23 Mar 2009
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem


Gratulacje *kłania się w pas*
To zaszczyt, że mogę znaleźć się w takim gronie

Dziękuję za głosy oddane na mojego ficka :*


Ostatnio zmieniony przez LicenceToKill dnia Pon 18:27, 23 Mar 2009, w całości zmieniany 1 raz



_________________
Każdy błąd kobiety jest winą mężczyzny.

PostWysłany: Pon 17:20, 23 Mar 2009
LicenceToKill
Pulmonolog
Pulmonolog



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 11

Posty: 1292

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Gratuluję zwycięzcom! To przede wszystkim!
Ale podziękowania posypią się dla każdego uczestnika! BRAWO!



_________________

Banner od Jeanne

PostWysłany: Pon 17:22, 23 Mar 2009
bozenka21
Urolog
Urolog



Dołączył: 12 Lut 2009
Pochwał: 10

Posty: 2404

Miasto: Gdańsk
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Syśka, piękny debiut na forum.

Serdecznie Ci gratuluję. No i wiesz, ranga zobowiązuje - teraz musisz wstawiać przynajmniej trzy fiki miesięcznie.

Twoja wierna huddy-czytelniczka.

Dziękuje również pozostałym uczestnikom konkursu. Wasze fiki dotarczyły mi wiele usmiechu i wzruszeń i zaskoczenia też.



_________________
ikonka od woźnego rocket queen

FUS - Frakcja Uaktywnionych Seksoholików

PostWysłany: Pon 22:47, 23 Mar 2009
Lupus
Kot Domowy



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 5

Posty: 3179

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Gratuluje zwyciężczyni! No i dziekuję za głosy oddane na mój fik : D



_________________



Ennonychus raptor vel Szczęki Przeznaczenia

PostWysłany: Wto 11:22, 24 Mar 2009
PannaN
Patomorfolog
Patomorfolog



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 13

Posty: 885

Miasto: Katowice
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Gratulację Syśka ! :* OGROMNE ! : )



PostWysłany: Wto 11:37, 24 Mar 2009
ann
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 15 Mar 2009
Pochwał: 49

Posty: 7847

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Strona Główna -> Konkursy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.24014 sekund, Zapytań SQL: 14