Konkurs Fikowy #5

 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Strona Główna -> Konkursy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Konkurs Fikowy #5

Konkurs fikowy reaktywowany! Tym razem, do wszystkich śmiałków należy spłodzenie opowiadania, którego motywem przewodnim będą WAKACJE! Można, więc wysłać House'a na księżyc, kaczuszki przenieść na plażę w Międzyzdrojach albo ulubionego szipa przeteleportować do romantycznego Paryża/ na własne podwórko/ działkę za miastem... Mówiąc krótko: NIECH WASZA WYOBRAŹNIA PRZEŁĄCZY SIĘ NA NAJWYŻSZE OBROTY!





Jednak zanim weźmiecie klawiatury dziarsko w dłoń, zapoznajcie się z zasadami konkursu:

* Można zgłaszać tylko niepublikowane wcześniej opowiadania!
* Nie zgłaszacie drabbli! (to konkurs fikowy)
* Zakazana jest wszelka autopromocja, czyli reklamowanie swojego fika konkursowego, sugerowanie własnych sympatii i antypatii, informowanie o tym, na kogo oddaliście głos etc.


Prace należy przesyłać do mnie, do końca lipca! Dla zwycięzcy przewidziana ranga FIKOPISARZA MIESIĄCA!



PostWysłany: Nie 10:21, 12 Lip 2009
rocket queen
Pumbiasta Burleska



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 57

Posty: 3122

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Informuję, że konkurs został przedłużony do 7.08, w związku z czym wszyscy chętni mają jeszcze kilka dni na napisanie i przesłanie swoich prac.



PostWysłany: Nie 11:11, 02 Sie 2009
rocket queen
Pumbiasta Burleska



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 57

Posty: 3122

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Oto (długo wyczekiwane) kandydatki:


FIK #1:

„Słońce świeci nad nami
Ogrzewa nasze nagie ciała promieniami...”


Z głośników wydobywała się słodka, porywająca do tańca muzyka. Na plaży było wielu ludzi. Skąpo ubrane dziewczyny pluskały się przy samym brzegu lub opalały się na piachu. Mężczyźni w kąpielówkach grali w siatkówkę lub przypatrywali się kobiecym kształtom. Promienie słońca okrywały całą okolicę.

Po zameldowaniu się w pobliskim pensjonacie House, Cuddy oraz Wilson wybrali się w stronę plaży.
- Kto wpadł na ten idiotyczny pomysł, żeby na wakacje przyjechać nad polski Bałtyk? - warknął House.
- Nie przesadzaj. Polska to bardzo ładny kraj... - zaczął Wilson.
- Dlatego wojna zawsze zaczyna się tutaj.
- Hej, Wilson ma rację. Polska to ładny kraj, a Kołobrzeg to bardzo piękne miasto. Ludzie są tutaj bardzo mili i fajnie się z nimi gawędzi. - powiedziała Cuddy.
- Tak? To dlaczego wszyscy żydzi stąd uciekli? Dlatego, że w Polsce nie było nawet jednego McDonalda, a do KFC ich nie wpuszczali.
- Daruj sobie te głupie docinki, House!
- Dlaczego? Myślisz, że oni nas rozumieją? Przecież oni z obcokrajowcami porozumiewają się tylko po niemiecku. Albo po rosyjsku.
- Przypominam ci, że Polska nie należała do Związku Radzieckiego. Powiesz coś do jednego z nich po rosyjsku, a on cię nie zrozumie. To nie jest zacofany kraj, tak jak ty sobie myślisz. I uważaj na słowa, bo bardzo dobrze znają angielski.
W końcu po długim spacerze dotarli na plażę. Wpatrywali się w Bałtyk i przyglądali się ludziom. House zauważył surferów, którzy wchodzili do wody. Westchnął lekko i powiedział:
- Chętnie bym posurfował, ale...
- Wiemy, House. - odparł Wilson przyglądając się jego lasce.
- Co? Po prostu zapomniałem deski!
Postanowili zejść na piasek. Cuddy i Wilson zaczęli rozpakowywać ekwipunek. Położyli koce, przygotowali ręczniki. House wyciągnął ze swojej torby butelkę czerwonego wina.
- Cuddy, mam nadzieję, że pozwolisz mi usiąść na swoim kocu.
- A co zrobiłeś ze swoim?!
- Mówisz o tym z różowym koniem? Nie chciałem go brać, ponieważ wiem z kim Polacy kojarzą różowego konia.
Cuddy lekko się uśmiechnęła i sięgnęła po krem do opalania. Wzięła butelkę i podając ją Wilsonowi powiedziała:
- Posmarujesz mi plecy?
- Jasne.
- Dlaczego on? - oburzył się House – Co jest nie tak z moimi dłońmi?
- W przeciwieństwie do Wilsona, ty masz bardzo szorstkie dłonie.
- Skąd o tym wiesz? - zapytał Wilson.
- Zdiagnozowałaś to po tym wczorajszym klepnięciu w tyłek? Bo chyba nie miałaś innej okazji.
- Klepnąłeś ją w tyłek?
- Wiesz, widząc takie pośladki po prostu trudno się oprzeć.
- Wiecie, że nie przystoi mówić tak o kobiecie w jej towarzystwie?
- Powinnaś założyć bardziej skąpy kostium. - zmienił temat House.
- Co takiego?
- Tak, bo teraz wyglądasz, jakbyś przyjechała z tatusiem na jednodniową wycieczkę.
- I bardzo dobrze, niech wszyscy sobie tak myślą.
- Okłamujesz samą siebie, bo nie przyjechałaś z tatusiem, tylko z dwoma napalonymi mężczyznami. Stringi byłyby doskonałe.
- Skoro jesteście aż tak napaleni, to spróbujcie swoich szans u Polek.
- Ja nie jestem aż tak napalony. - zdenerwował się Wilson.
- Może ona ma rację. Może w końcu nadszedł czas na posmakowanie europejskiego seksu. - powiedział House i zanurzył się w swoich myślach.


„Na plaży złoty piasek
Dziewczyny grają w siatkę
One prawie nagie
Z przyjemnością na nie patrzę...„


House, Cuddy i Wilson leżeli na plaży na swoich kocach. Wpatrywali się w bezchmurne niebo, patrzyli na nadpływające statki. Czuli się doskonale.
- Wilson, może teraz mi posmarujesz plecy?
- Co??
- Proszę, przecież wszyscy wiemy, że masz delikatniejsze dłonie od Cuddy.
- Co takiego? - zawołała Cuddy.
- No dalej, Wilson. Proszę. - powiedział House i uśmiechnął się do przyjaciela.
- Nie posmaruję ci pleców, daj spokój!
- Ale dlaczego? Przecież jestem twoim przyjacielem.
- I niech tak pozostanie.
Po chwili ciszy Cuddy zapytała:
- To może ja ci posmaruję te plecy?
- Nie, jak Wilson nie smaruje to nikt nie smaruje. Okej?
- Ale dlaczego tak się uparłeś na Wilsona?
- Ponieważ chce się przekonać na własnej skórze czy ma delikatniejsze dłonie ode mnie.
- O Boże... czy ty musisz taki być?
- Muszę wam coś wyznać. Polska muzyka ssie.
- Ale dlaczego? Mi się nawet podoba. - rzekł Wilson.
- Tobie się każde gówno podoba, dlatego umówiłeś się z tym pasztetem z psychiatrii.
- Mówisz o Daisy? Nie przesadzaj, ona była... urocza.
- Tak, a najbardziej urocze były w niej te czarno żółte zęby zakryte aparatem z błyskotkami.
- Mówicie o tej Daisy? - przerwała im Cuddy.
- Nie wiem. Prawdopodobnie wiedzielibyśmy gdybyś bardziej sprecyzowała kogo lub co masz na myśli mówiąc o „tej Daisy”.
- Daisy Hamilton, która...
- Nie, nie mówimy o Daisy Hamilton, która przypaliła sobie włosy żelazkiem.
- Aha, w takim razie ta Daisy od Wilsona nie może być taka zła, ponieważ nie znam brzydszej Daisy od Daisy Hamilton.


„Słońce, plaża, mnóstwo rozpalonych dziewczyn
uciekamy z miasta tam gdzie klimat jest najlepszy...”


Słońce bardzo powoli chowało się za horyzont. House, Cuddy i Wilson nadal leżeli na kocach pijąc drinki z palemkami.
- Bałtyk jest naprawdę cudowny. - powiedziała melancholijnie Cuddy.
- Tak? Chyba, że z duńskiej strony. - zażartował House.
- Ty się wcale nie znasz na pięknie, House.
- Nie znam się? Ja się nie znam? To dlaczego cały czas patrzę na twoje piersi? Jak myślisz?
- Popatrz sobie na inne, bo te widzisz prawie codziennie w New Jersey. Teraz jesteś w Polsce, wykorzystaj to. Nie wiesz, że Polska słynie z pięknych dziewczyn?
- Słyszałem o tym na czacie w pokoju erotycznym.
- Idziemy na rowery wodne? - rzucił propozycję Wilson. - Jeszcze wcale się nie zmoczyliśmy, a jesteśmy nad morzem. Dalej, chodźmy.
- Wiesz, jak ciężko chodzi się o lasce na piasku? Daj spokój.
- Gdy Cuddy się zamoczy, strój przylgnie jej do ciała.
- To wcale nie jest kuszące. - mówił House dokańczając drinka. - Chodźmy, za czym zwlekacie?
- Ty erotomanie! Obaj jesteście erotomanami. Ja nigdzie nie idę.
- Hej, Cuddy. Nie bądź taka, wiesz jaka będzie frajda, gdy wrzucimy House'a do wody.
- Nie zapomniałeś czasami, że nadal tu jestem? - zawołał House.
- Co z tego, że go wrzucimy do wody? To wcale mnie nie skłania do tego, żeby iść z wami na rowery wodne.
- Rusz się, no.
- Okej. - powiedziała Cuddy i żwawo ruszyła za chłopakami.


„Lato dopisuje, morski klimat sprawia,
że szarą codzienność w domu się zostawia,
nikt tu nie ma prawa mówić o kłopotach
choć ten kraj to Polska, dziś źle nie wygląda.”


Cuddy, Wilson i House wskoczyli na rower wodny. House miał małe kłopoty ze znalezieniem sobie miejsca, ale w końcu usiadł się porządnie i zawołał:
- Są dwa miejsca z pedałami? Więc kto pedałuje?
- Jesteś bardzo zabawny, House. - odparła Cuddy i razem z Wilsonem zaczęła pracować nogami.
- Fajnie wygląda ten zachód słońca...
- W końcu powiedziałeś coś miłego o Polsce.
- Ale nie może się równać z twoim jędrnym tyłkiem.
- Czy ty chcesz mnie przelecieć?
- Nie macie o czym gadać na wakacjach? - zirytował się Wilson.
- Sądzisz, że seks jest nieodpowiednim tematem do rozmów na wakacjach?
- Tak, tak właśnie myślę.
- To setka dzieciaków, która po nocach przesiaduje w krzakach powiesiłaby cię za jaja na czubku najwyższej wieży w tym mieście.
- Uśmiałem się jak koń, któremu uczesali ogon.
- A co do Cuddy, wiesz, miałem dzisiaj ochotę na europejski seks, ale... może zrobimy to razem na europejskim łóżku w europejskim pensjonacie?
- Przestań, już wolałabym pójść do łóżka z Wilsonem.
- Naprawdę? - zapytał Wilson. - Wiesz, chyba również jestem napalony.
House spojrzał się na nich i zobaczył jak Cuddy patrzy mu głęboko w oczy i lekko się uśmiecha. Wyrzucił swoją laskę za burtę i powiedział:
- Hej, laska za burtą. A ty nie patrz się na niego tylko na drogę, bo możesz przywalić w jakieś drzewo.
- Cholera, laska wyleciała ci do wody? - zdenerwował się Wilson.
- Tak i sam po nią nie popłynę. Zgadnij dlaczego?
- Wiem, wiem.
- To nie to co myślisz, po prostu zawsze czułem lęk przed głęboką wodą.
- Ja ci po nią nie popłynę.
- Dobra, ja się ruszę. Gdzie mniej więcej ci wypadła?
- Tam, mniej więcej.
Gdy Cuddy wskoczyła do wody House trochę się zdenerwował. To nie miało być tak. Po laskę miał popłynąć Wilson, który na jakiś czas zostawiłby go samego z Cuddy. Czuł się tak, jakby Wilson cały czas go prześladował i nie dawał mu ani trochę swobody.


„Wakacyjna miłość ma,
To może dzień a może dwa.
W wakacyjne piękne dni,
Tylko my, ja i ty.”


House, Cuddy i Wilson wrócili do pensjonatu. Słońce już zaszło i powoli miejsce po nim przejmował srebrzysty księżyc. W pensjonacie zamówili dwa pokoje, obydwa z dwuosobowymi łóżkami. Gdy stanęli przed wejściami do pokoi, House rozpoczął rozmowę:
- Dobra, rozważmy jedną kwestię. Kto dzisiaj prześpi się z Cuddy?
- Przestań, nie możesz tak mówić. Ale ja chętnie bym poszedł z nią do pokoju.
- Dalej, Cuddy. Wybieraj! Ja, seksowny, niebieskooki mężczyzna, czy ten frajer, który miał trzy żony i żadnej z nich nie zadowolił seksualnie.
- Musiałabym się zastanowić.
- Chyba nie chcesz przespać się z tym pajacem. Przecież on nawet nie zna żadnych dobrych ruchów. A ja... przeanalizowałem przed wyjazdem całą kamasutrę. - dopowiedział Wilson.
- Prześpię się z kimś...
- Z kim, kogo wybrałaś? - wołali na przemian faceci.
- Ale na pewno nie będzie to żaden z was. Chcę posmakować europejskiego, prawdziwie polskiego seksu. Wy spędzicie noc razem, w jednym łóżku. Jak ją wykorzystacie, to już wasza sprawa.
House i Wilson z opuszczonymi głowami weszli do swojego pokoju.
- Wilson! Ty śpisz na podłodze.
- Dlaczego ja?
- Bo niewygodnie się z tobą śpi. Cały czas się wiercisz.
- Chłopaki! - zawołała Cuddy. - Czy nie mówiłam, abyście porozglądali się za ładnymi Polkami? Zmarnowaliście sobie ten upojny dzień. Mam nadzieję, że nie zakłócę waszego snu. Dobranoc.
W tej chwili na korytarz wszedł mężczyzna, który czule przywitał się z Cuddy. Dyrektor szpitala zamknęła drzwi od pokoju kolegów. Oni zdenerwowani wkroczyli na korytarz z hukiem otwierając drzwi.
- I to on ma ci zapewnić ten prawdziwy, polski seks? - krzyknął House.
- No właśnie, to absurd. Przecież on nawet...
- Hej, Kuba jestem. A na dodatek Wojewódzki. A teraz bardzo was przepraszam, bo ona płonie, a ktoś musi ugasić ten ogień. Dzisiaj to ja będę jej strażakiem.
- Chodź, a nie gadaj! - wciągnęła go do swojego pokoju i zamknęła drzwi na klucz.
- Ja będę jej strażakiem. - powiedział szyderczo House. - Skąd ona wytrzasnęła takiego głupka?
- Pewnie z telewizji. Wiesz, jaka jest telewizja.
- A ja ci nie wierzyłem, że oni naprawdę znają angielski.
- No, szkoda, że te drzwi nie mają Judasza. Popatrzelibyśmy sobie.
- Nie lubię być biernym obserwatorem. Chociaż w przypadku Cuddy. Dobra Wilson, chodź do łóżka. Poopowiadamy sobie straszne historie.
- Dobra, tylko naleję sobie mleka.
- Znowu zaczynasz z tym mlekiem? Chodź, bo zaraz mi opowiadanko ucieknie.
- Mam nadzieję, że to nie jest ta historyjka o zjadających krowy krasnoludkach.
- Nie, teraz mam coś lepszego.
House i Wilson leżeli sobie w łóżku i przez całą noc opowiadali sobie straszne historie. Tak zakończyły się ich wakacje w Polsce. Ciekawe, czy wywieźli z niej dobre wspomnienia.


„Już niedługo trzeba będzie wracać,
skończy się czas i powieje pustką
ale w przyszłym roku wszyscy znowu wrócą”


- Wilson, śpisz?
- Nie, nie śpię. A co?
- Postanowiłem, że już nigdy nie przyjadę na wakacje do Polski.
- Dlaczego?
- Jeszcze nigdy nie czułem się bardziej skompromitowany.
- No, masz rację. Ja też tu już na wakacje nie przyjadę. Wiesz co?
- Co?
- Szkoda, że te ściany są dźwiękoszczelne.
- Przestań mnie dobijać. Dobranoc.
- Dobranoc, House.



FIK #2:

1.
Budzi mnie ostry, dźwięczny głos budzika. Wyciągam rękę, chcę dosięgnąć tego narzędzia szatana, gdyby tylko udało się to zrobić bez otwierania oczu…
W jednej chwili czuję, jak znienacka ląduje na mnie ciężkie, ciepłe, ruchliwe ciało. Powietrze przecina mój głuchy jęk. Ciało wije się i sądząc po odgłosach, ono pierwsze dosięgło budzika. Zapada słodka, głęboka cisza, która niestety prawie od razu zostaje przerwana.
- Hahaha! – rozlega się triumfalny okrzyk. Ja tylko jęczę głośniej, próbując zwrócić uwagę na mój ból. – Byłem pierwszy! Wstawaj leniu! – szepcze mi do ucha. – Zanim wyjedziemy na te nasze wakacje… co powiesz na śniadanie do łóżka?
I zanim nawet jestem w stanie się zdziwić, poczuć mile połechtaną, rozpłynąć nad troskliwością mojego mężczyzny, on dodaje:
- Mam ochotę na jajecznicę z bekonem. Tylko się pospiesz, nie mamy aż tyle czasu!


2.
Nie twierdzę, że życie z Gregiem jest proste. Prawdę mówiąc, dla zwykłej kobiety byłoby koszmarem. Wieczne balansowanie na linie nad przepaścią pomiędzy prawdą a żartem. Cały czas muszę być czujna, muszę się domyślać, analizować, wyciągać wnioski, zwracać uwagę na drobne gesty, półsłówka, rozwiązywać jego zagadki i grać w jego gry. Bo przecież sam nic nie powie. Zamknie się w swoim pokoju, zacznie walić laską we wszystkie meble albo zaszyje się w szpitalu i nie wróci do późnych godzin nocnych.
Tak jakbym jeszcze w ogóle spała.
Nie twierdzę też, że życie z Gregiem jest trudne. Dla mnie samej jest ono – paradoksalnie – o wiele prostsze, niż było bez niego. Nie ma już samotnych nocy, samotnej szczoteczki w kubeczku, samotnej pary kapci w przedpokoju, samotnego kubka w zlewie. Bo on jeśli chce, to potrafi, jeśli ma racjonalny powód, który na dodatek jeszcze jakoś poruszy zardzewiałe struny w głęboko ukrytej duszy, to wreszcie pokazuje, na co go stać.
Greg. Nie kubek.
Nie twierdzę, że nagle zrobił się miły. Że nie zdarza mi się przez niego płakać. Że przestał narzekać i gapić się na o wiele młodsze i ładniejsze pielęgniarki. Że nie kłamie, nie oszukuje, nie kręci, nie rani. Robi to wszystko. Może trochę rzadziej, a może po prostu wtedy, kiedy nie patrzę.
Ale na pewno nie przy dzieciach.
Nie twierdzę, że jest idealnym ojcem. Do tego mu wiele brakuje. Czasem zapomina odebrać Rachel ze szkoły, a raczej zwyczajnie mu się nie chce po nią jechać. Pozwala Amy wpychać sobie do nosa różne przedmioty mniejsze od kostki do gry i nazywa ją (Amy, nie kostkę) pieszczotliwie ‘Amyloidozą’. Na śniadanie zamiast kakao nalewa im burbonu. Nie umie zaplatać warkoczyków.
Chociaż nie sądzę, żeby to było aż tak ważne.
Nie twierdzę, że tak nagle stał się wylewny. Przecież to takie nie w jego stylu – podejść i przytulić, pocałować, potrzymać za rękę. On wyraża uczucia na swój własny sposób. Jeśli się go dobrze zna, to potrafi się odczytywać te drobne znaki, spojrzenia, gesty. Kiedy Amy była mała, przyłapałam go nad jej łóżeczkiem. Stał, pochylony, spoglądał w jej uśpioną twarzyczkę i trzymał ją za malusi nadgarstek. Kiedy myśli, że nie patrzę, szepcze jej swoje własne tajemnice.
Na co dzień jednak tylko rzuca piłkę i każe jej aportować.
Nie twierdzę, że nie da sobie z nimi sam rady, więc przestań się na mnie gapić tym wzrokiem skopanego spaniela, do cholery, i uspokój się, Wilson, bo zaraz nie wytrzymam i wyjdę z siebie, zaraz zaczniesz mi mówić tym swoim pieprzonym, rakowym głosem, że powinnam się zastanowić, że to nie jest dobry pomysł, że nic nigdy nie wiadomo, a ja w niego wierzę, zawsze wierzyłam, jedna jedyna…
…i teraz płaczę, a ty nawet jeszcze nie wypowiedziałeś ani jednego słowa i przytulasz mnie z całych sił, i myślisz, że rozumiesz.
Ale nie rozumiesz.


3.
Jeśli jest coś, w czym jestem naprawdę dobra, to jest to zarządzanie.
Zarządzam w moim domu.
Zarządzam w calutkim szpitalu.
Zarządzam w ogromnym pakowaniu.
Ogromne pakowanie to jedyna w swoim rodzaju akcja zorganizowana na pół godziny przed wyjazdem, ponieważ nikt nie pomyślał, żeby zrobić to wcześniej. To znaczy, mnie znów bolała głowa, Rachel surfowała po Internecie, a Amy nawet jeśli na to wpadła, to nie miała nam tego jak przekazać – wciąż nie odnaleźliśmy efektywnej drogi komunikacji z nią. Natomiast mój szacowny współtowarzysz życia bawił się piłeczką.
Właśnie tak. BAWIŁ SIĘ PIŁECZKĄ.
Bawi się piłeczką tylko wtedy, kiedy ma zbyt szybko umierającego pacjenta. A teraz żadnego nie ma, bo żadnego mu nie przydzieliłam, a prędzej meteoryt spadnie z nieba, niż on sobie sam jakiegoś weźmie (leń patentowany, już nawet mu się nie chce szukać po izbie przyjęć, to Cameron musi do niego przychodzić. To znaczy nie Cameron, tylko Chase. Znaczy nie Robert Chase, tylko Allison Chase. Uff.)
Zwyczajnie nie chciało mu się nic robić.
Tak więc mamy pół godziny do odjazdu, a tkwimy w kompletnym chaosie. Pakuję do pojemników artykuły spożywcze, wykrzykując jednocześnie polecenia do Grega i Rachel. Greg wrzeszczy, że jest kaleką i to jest psychiczne molestowanie, tak go wykorzystywać. W tej sytuacji to Rachel musi znosić wszystkie walizki na dół.
Wreszcie prawie wszystko jest już załadowane. W ostatniej chwili przypominamy sobie, że mamy jeszcze drugie dziecko, wobec czego Greg w (udawanej) panice wybiega z samochodu, za nim wybiega Rachel, bo czegoś zapomniała, a ja zostaję i wzdycham ciężko. Po chwili obydwoje wracają. To znaczy obydwoje i pół, bo Greg pod jedną pachą dźwiga Amy, a pod drugą… olbrzymiego kaczora, którego dawno temu podarował mi Wilson!
- House, ty chyba sobie żartujesz! – syczę, otwierając drzwi i wychylając się w jego stronę. – Nie będziemy tego brać ze sobą…!
Rachel marudzi, ale ustępuje i Greg zawraca się. Obserwuję go w lusterku wstecznym. W następnej chwili prawie padam na zawał – House znów pojawia się w drzwiach, ale tylko z samym kaczorem! Robi zaskoczoną minę, rozdziawia szeroko usta i w te pędy wraca do domu. Na powrót pojawia się, tym razem bez kaczora, za to z naszym dzieckiem.
Pięć minut do odjazdu. W sam raz na to, żeby przymocować wrzeszczącą dwulatkę do fotelika.


4.
Przedwczoraj byłam na zakupach.
Przez ostatnie miesiące nieustannie krążyłam między domem i szpitalem, nie pozostawiając sobie czasu na nic innego. Nawet na głupie wyjście do spożywczaka. Dom szpital, dom, szpital, szpital, dom.
Wzięłam ze sobą Cameron, to znaczy Chase, znaczy… Allison, Trzynastkę i moją przyjaciółkę Kate. (Greg był lekko zaskoczony moim doborem znajomych, chyba zapominając, że tyle czasu spędzałam niedawno z jego zespołem. No, a przecież nie będę brać na zakupy Foremana czy Tauba!) Trzynastka okazała się niezawodna w kwestii kolorów.
No, i jako jedyna nie traktowała mnie jak trędowatą.
Wspólnymi siłami rozwiązałyśmy arcytrudny problem – czerwony kostium czy niebieski? – i jak to zwykle bywa w kobiecym gronie, obmówiłyśmy wszystkich znanych nam facetów, po czym wpadłyśmy w manię przebierania. Prawdę mówiąc, to robiłyśmy te obydwie rzeczy naraz. Ja mówiłam o moim użeraniu się z Gregiem, Allison opisywała słodkie aż do mdłości życie z Robertem, Trzynastka zdradzała wszystkie tajemnice z jej związku z Foremanem, a Kate, z zawodu psycholog, zdiagnozowała nas jako trzy chore, nienormalne babsztyle.
I chociaż po tej opinii zgodnie wybuchnęłyśmy śmiechem, myślę, że ten pierwszy epitet mógł przesądzić sprawę. Bo potem zanurzyłam się w jakąś zapomnianą alejkę, przemyszkowałam po wszystkich wieszakach, znalazłam prześliczną bordową spódniczkę i kiedy potajemnie wynurzyłam się z moim trofeum, zobaczyłam między półkami przykucniętą, zapłakaną Allison i pocieszającą ją Trzynastkę z niepewną miną.
Nie widziały mnie.
- Ja tak nie mogę, nie mogę, do cholery – wyrzucała z siebie cicho Allison. – Ona jest taka radosna, pełna życia… a przecież…
Trzynastka nic nie powiedziała. Bo i co mogła powiedzieć? Żeby pocieszać, trzeba dystansu, a Remy Hadley umierała tak samo jak ja, z taką tylko różnicą, że miała trochę więcej czasu, żeby się z tym oswoić.


5.
Przymocowaliśmy wrzeszczącą dwulatkę do fotelika.
Mamy już odjeżdżać, kiedy nagle przypominam sobie.
- Torba!
Greg przez moment patrzy na mnie wilkiem, aż wreszcie na jego twarzy pojawia się oznaka zrozumienia. Donośny jęk z tylnego siedzenia oznacza, że i Rachel pojmuje aluzję.
Torba zostaje zapieczętowana i załadowana (z trudem) na tył.
Torba składa się z dużego, czarnego worka i całej tony zużytych Wyjątkowych Superchłonnych Pieluszek, które cuchną tak obrzydliwie, że nie uznano za stosowne wspominać o tym w reklamie, oraz tak intensywnie, że śmieciarz nieuprzejmie odmówił jej zabrania.
Teraz jest doskonała okazja, żeby się Torby pozbyć.
Ale kiedy się tak wesoło pomyka krajową drogą, a z radia wolno sączy się zmysłowy głos Franka Sinatry, a mój współtowarzysz życia śpiewa razem z nim na cały samochód ku wielkiej uciesze naszych dzieci, wielka radość z możliwości pozbycia się Torby ulatuje w górę i zastępuje ją melancholia. Przekręcam głowę w bok i spoglądam przez okno na umykający krajobraz. Czuję się tak, jakbym ja sama umykała gdzieś daleko.
I chyba umykałam zbyt szybko, bo nagle za nami rozlega się syrena policyjna. Greg klnie i już chce dodać gazu, ale posyłam mu mordercze spojrzenie, po którym potulnie acz niechętnie zatrzymuje samochód na poboczu. Kiedy policjant każe mu wyjść z samochodu i otworzyć bagażnik, Greg nie rzuca nawet jednego złośliwego komentarza. Posłusznie oddaje wszystkie dokumenty.
Myślę sobie: będzie dobrze. I nagle policjant wskazuje ręką na Torbę i pyta podejrzliwie:
- Co jest w środku?
Odwracam się gwałtownie. Rachel również. Nawet Amy obraca główkę do tyłu.
Mój współtowarzysz życia – widzę to, napawa się tą chwilą! – uśmiecha się sardonicznie, nachyla lekko w stronę policjanta, po czym odpowiada:
- Gówno.
Piszczymy z uciechy.


6.
Morze jest ciche i ciepłe, i świeże. Leżę na piasku w nowym, czerwonym kostiumie i wystawiam twarz do słońca. Obok mnie siedzi Greg w spodniach do kolan i razem z Amy i Rachel robi babki z piasku. Unoszę się na łokciach i spoglądam na moją rodzinę. I jest mi tak dobrze.
Poprawiam chusteczkę na głowie i wsłuchuję się w szum morza. Mój współtowarzysz życia na moment przerywa zabawę i siada obok mnie. Razem wpatrujemy się w spienione fale, które galopują z daleka tylko po to, żeby ostatecznie rozbić się w nicość o brzeg. Zaczynam lekko drżeć i przysuwam się bliżej House’a, żeby tylko czuć ciepło jego ciała.
- Posejdon – mruczę cicho, nie odrywając wzroku od morza.
- Gregory – poprawia mnie usłużnie House.
Siedzimy tak razem – i naprawdę jesteśmy razem, i ta chwila jest magiczna, tylko nasza.
Ale wszystko, co dobre, szybko się kończy. Obok nas rozkłada się rodzina, również z małym dzieckiem. Matka natomiast zdecydowanie nie jest mała, wprost przeciwnie, jest niebywale wielka i nosi niebywale mało zakrywające bikini. Greg na jej widok marszczy czoło, ale znów powstrzymuję jego komentarz jednym sugestywnym spojrzeniem.
- Idę zadzwonić po ludzi z Greenpeace, ktoś musi zepchnąć tego walenia do wody – mruczy mi do ucha i odchodzi w stronę toalet. Chichoczę cicho.
Nawiązuję z wielką nieznajomą miłą rozmowę. Beztrosko plotkujemy o dzieciach i przez moment czuję się jak zwyczajna kobieta. Z dumą opowiadam o swojej pracy, z jeszcze większą o współtowarzyszu życia – sławnym diagnoście. Porzucam ponure nastroje ostatnich dni, porzucam melancholie i humory – teraz jestem Lisą Cuddy, pewną siebie, piękną kobietą, która wie, czego chce, i jest dumna z tego, co osiągnęła w życiu. Boże, co za cudownie uczucie!
Greg wraca. Widzę jak drżą mu kąciki ust, już chce coś powiedzieć, ale ubiega go wielka nieznajoma.
- Ładna chusteczka – chwali mnie bez skrępowania. – No tak, straszny upał, powinno się zakrywać głowę.
To trochę tak, jakby strzelił we mnie piorun. Kiwam głową z uśmiechem, ale w gardle rośnie mi wielka gula. Cała tężeję i nieważne już, że nieznajoma nie powiedziała nic takiego uszczypliwego. Wmawiam sobie, że to przez leki, że drażliwość to efekt uboczny, że… cholera, chce mi się płakać i…
- A pani powinna sobie zakryć coś innego – słyszę głos Grega. – DUŻO czegoś innego.
Zrywam się z miejsca i idę przed siebie, nawet nie wiem gdzie, bo łzy wypełniają mi oczy i nic nie widzę. Chłodny wiatr sprawia, że przejmują mnie dreszcze. Chcę uciec, chcę uciec jak najdalej…
Ktoś łapie mnie za rękę.
- Lisa…
- Zostaw mnie, do cholery! – syczę wściekle, nie za głośno, bo przecież ludzie się patrzą. – Nie potrzebuję twojej pomocy!
Tym razem ja ranię, mocno i dotkliwie, odchodzę i idę przed siebie, i ranię, za to wszystko, co przez niego wycierpiałam, za te wszystkie lata, za nieprzespane noce, za uszczypliwe komentarze, za niewybredne plotki, za kłamstwa, za gierki, za przedmiotowe traktowanie, za brak pomocy, za obojętność…
…za to, że przez ostatnie miesiące był ze mną, że znosił moje humory, że woził mnie na chemioterapie, że nigdy mnie nie zdradził, że nigdy nic nie mówił, że rozumiał, że chyba kochał, pomimo wszystko…
W pokoju hotelowym rzucam się na łóżko i czuję cały ciężar mojego życia na sercu. Powoli wdycham lawendowy zapach pościeli i myślę o tym, ile oboje poświęciliśmy, ilu rzeczy się wyrzekliśmy. Przypominam sobie, jak kłamałam dla niego w sądzie, przypominam sobie jego odwyk i wszystko to, co było później, przypominam sobie nas, całych, takich, jakimi jesteśmy. Ściągam chusteczkę. Podchodzę do lustra i patrzę na samą siebie. Patrzę na swoją nagą głowę. Zamykam oczy, ale zmuszam się, żeby znów je otworzyć. Staję twarzą w twarz z samą sobą.


7.
W środku nocy, już pogodzeni, wymykamy się na plażę.
Jest ciemno i pusto. Fale wydają się większe niż za dnia i z jeszcze większym hukiem rozbijają się na brzegu. Czuję chłodny wiatr na twarzy i czuję pocałunki House’a na moim karku. Zamykam oczy i oddycham chwilą.
Jestem tu. I ty jesteś ze mną. I będziesz. Zawsze. Wiem to.
Jutro, pojutrze, za tydzień, za miesiąc, być może stracę wzrok. Stanę się cieniem samej siebie. Nie zostało nam wiele czasu, prawdę mówiąc, zostało nam go rozpaczliwie mało… ale co nas to obchodzi?
Tu nie ma szczęśliwego zakończenia. I nie będzie. Ale będziesz ty, ze mną. Zawsze.



FIK #3:

- House! - wrzasnęła zdenerwowana Cuddy. - Możesz mi wyjaśnić po jaką cholerę zleciłeś pacjentowi trzy lewatywy?
- Pół dnia mi marudził, że potrzebuje oczyszczenia, więc mu je dałem - mruknął niewinnie diagnosta.
- Gdybyś choć przez chwilę słuchał, co się do ciebie mówi - kontynuowała Cuddy - może dotarłoby do ciebie, że chodziło mu o oczyszczenie duchowe.
- Naprawdęzapytajnik - udał zdziwienie, bawiąc się przy tym doskonale. - W takim razie zaraz wezwę egzorcystę.
- Przestań się wygłupiać i weź się do roboty!
- Kiedy ja ciężko pracuję - obruszył się House. - Trzy lewatywy to nie lada wyczyn - ironizował, doprowadzając przy tym szefową do rozstroju nerwowego.
- Bardzo śmieszne - warknęła. - Jak już skończysz pastwić się nad panem "zabrudzona dusza", to może mógłbyś zająć się prawdziwym pacjentem, a nie lekko szurniętym staruszkiem? - zakończyła złowrogo mając przy tym minę jakby chciała go poćwiartować i zakopać w swoim ogródku.
- Myślisz, że to dobry pomysł? - zakpił House. - Lubię pana "zabrudzoną duszę".
- Jeśli w ciągu pięciu minut nie znajdziesz się w swoim gabinecie – wrzasnęła wytrącona z równowagi Cuddy, a na jej skroni pojawiły się malutkie pulsujące żyłki – to obiecuję ci, że dostaniesz gratis miesiąc w przychodni z panem "brudna dusza" jako asystentem.
- Whoa. Powiało grozą... Ale ja i tak się nie boję. Jesteś zbyt... Zbyt... No właśnie, jesteś zbyt i tyle...
- Taak?? - bezlitośnie przerwała mu Cuddy. - Naprawdę uważasz, że nie jestem w stanie zrobić nic, z czym się nie zgadzasz?? No to się doigrałeś. Pakuj walizkę! Lecisz do Madrytu, leczyć jakiegoś stetryczałego hiszpańskiego gbura, z poduszkami wypchanymi pieniędzmi.
- Super! - zadrwił Greg, robiąc dobrą minę do złej gry. - Nigdy nie byłem w Hiszpanii, a stetryczały dziad, to nie moja działka. Taub będzie do niego chodził...
- Dobra, zmiana planów - rzekła Cuddy z uśmiechem, którego nie powstydziłby się nawet największy troll. - Do Madrytu pojedziesz, ale na wakacje! Słyszysz, wakacje! I żeby nie było Ci nudno weźmiesz ze sobą "trzynastkę", Tauba i Foremana.
- Chyba żartujesz?? - udał przerażenie House. - Bi, rogacz i czarnuch razem w Hiszpanii? Toż to będzie armagedon.
- Razem z tobą na pewno, ale cóż mnie to obchodzi? - zadrwiła Cuddy. - Ja będę miała spokój i doprowadzę do porządku ten szpital. Aha, jeszcze jedno - dodała widząc nadchodzący sprzeciw diagnosty. - To jest polecenie służbowe.
- I co z tego, że służbowe - zadrwił House. - Najwyżej mnie zwolnisz...
- Efekt będzie taki sam. Ja będę miała spokój, a ty będziesz umierał z nudów i bezradności - powiedziała, uśmiechając się złośliwie. - Do ciebie należy wybór, czy chcesz, żeby to trwało tydzień, czy wieczność.
- Dobra, wygrałaś - rzekł, widząc że szefowa prawdopodobnie dostała okresu i nic tu nie wskóra. - Pojadę z tymi cieciemi, na tę... Na to coś... Może chociaż mają tam tanie prostytutki.
- Jutro o 8:00 macie samolot - dodała na koniec, po czym oddaliła się w stronę swojego gabinetu, byleby tylko nie słuchać narzekań diagnosty.


* * *
Pogodziwszy się z przykazaniem szefowej, House postanowił podzielić się tą jakże wspaniałą wiadomością z kaczuszkami. Wiedział, że z nimi pójdzie łatwo, bo są trochę zużyci. A poza tym z nimi zawsze idzie łatwo... Tylko murzyn, czasem podskakuje, ale to chyba jakieś urazy z dzieciństwa.

- Czołem sługusy piekieł - wrzasnął najgłośniej jak tylko potrafił. - Wiecie co jest najlepsze na kaca? - zadrwił bezlitośnie ze swych przemęczonych kaczuszek. - Abstynencja dnia poprzedniego! Ale wam to już nie pomoże, więc lepiej zróbcie sobie mocną kawę, bo mamy sprawę do obgadania.

Skąd House wiedział, że kaczuszki były wczoraj na suto zakrapianej alkoholem imprezie, tego nikt nie mógł się domyślić. Czasu na zastanowienie się nad tym także nie mieli, więc zmuszeni byli do uznania wyższości diagnosty. Znowu...

- Sprawę do obgadania? - pierwszy otrząsnął się Foreman. - Jaką znowu sprawę?
- Wiedziałem, że czarni mają mocniejsze głowy - House nie mógł się powstrzymać, żeby nie dogryźć Foremanowi. - Wilson wisi mi 20$... A teraz do rzeczy… Bo tak właściwie, to niczego obgadywać nie musimy. Informuję Was po prostu, że jutro o 8:00 mamy samolot do Hiszpanii. Wyjeżdżamy na wakacje...
- Że co proszę - obruszyła się Remy
- Nie, nie masz halucynacji wywołanych alkoholem - mruknął House do "trzynastki", widząc jej zmieszanie i niedowierzanie, którego nawet nie starała się ukryć. - Jutro rano macie być zwarci i gotowi, bo jedziemy na wycieczkę! Do zobaczenia rano, dzieciaczki - zadrwił, starając się ukryć własne niezadowolenie z powodu tego nakazu szefowej. Ehh, ta Cuddy... Najchętniej sam wysłałby ją na Grenlandię… Albo jeszcze dalej, byleby tylko mieć spokój...
-Żeby to jeszcze Vegas było - pomyślał. - Przynajmniej miałbym gdzie spędzić czas, a tak co? Madryt?? Przecież tam w marcu temperatura dochodzi nawet do 20oC?? Matko, co ja tej heterze zrobiłem, że mnie tak karze??

Mimo wszystko dnia następnego, cała czwórka punktualnie stawiła się na lotnisku. Nie obyło się bez gderania Tauba, marudzenia "trzynastki" i kąśliwych uwag Foremana na temat wyjazdu na wakacje do Hiszpanii, ale House dzielnie to znosił, gdyż dowiedział się od Wilsona, że Madryt ma bardzo bogate nocne życie. Wiedział, że właśnie to będzie mu odpowiadało, dzięki czemu jego wyjazd wydawał się być coraz bardziej ciekawy.

- Wzięliście odpowiednią ilość kremu do opalania? - mruknął zjadliwie przerywając kłótnię pozostałych, o to, kto jest pomysłodawcą tego absurdu.

Na szczęście wszyscy byli na tyle zmęczeni całą sytuacją, iż zaraz po wejściu do samolotu każdy zajął się swoimi sprawami. Z powodu problemów technicznych lot się opóźniał, co House powinien był wziąć za zły omen i zrezygnować z tej farsy, jednakże cała ta wyprawa zaczęła mu się podobać. W ciągu tego jednego tygodnia dowie się więcej o swoich kaczuszkach, niż w ciągu ostatniego miesiąca.
Po godzinie, kiedy w końcu samolot wystartował, Taub od dawna drzemał, House słuchał muzyki, a Foreman i "trzynastka" prawdopodobnie robili coś niegodziwego w toalecie samolotu. Poza tym początkowym opóźnieniem lot przebiegał całkiem spokojnie. House podrywał coraz młodsze stewardessy, Taub upijał się darmowymi drinkami, a Foreman i "trzynastka" mieli zaskakująco małe i co najdziwniejsze zgrane w czasie pęcherze.

- Może podać wam chociaż urosept - zagadnął House po którejś z kolei wizycie w toalecie.
- Po co? - zdziwiła się Hadley.
- Racja, bardziej przydałyby się prezerwatywy, bo sadząc z częstotliwości niewiele wam zostało - rzekł z kpiącym uśmieszkiem. Trzynastka spłonęła rumieńcem i czym prędzej oddaliła się w stronę swojego miejsca, a Foreman wolał nie wdawać sie w dyskusje z szefem.

Strasznie dłużyła im się podróż, prawie jakby lecieli na "jedynce"… A tak właściwie, czy samoloty mają skrzynię biegów? House wpadł w trans, próbując wydobyć interesującą go informację od stewardess, ale żadna nie chciała go słuchać. Zrezygnował w momencie, kiedy zagrozili mu zamknięciem w luku bagażowym.

Lecieli dopiero godzinę, która ciągnęła się jakby było ich kilkanaście, kiedy nagle stało się coś, czego nikt się nie spodziewał i po czym wszyscy bez wyjątku pragnęli wrócić do niekończącej się nudy.

Nagle, gdzieś bardzo blisko kabiny pilotów wywiązała się jakaś walka. Szamotanina ogarniała coraz więcej osób. Padł strzał. Jakiś mężczyzna z końca samolotu także wyciągnął broń, a po chwili dołączył do nich jeszcze facet, siedzący koło Housa.

- Niech nikt się nie rusza! – wrzasnął ten koło kokpitu. Na jednej ręce miał zwisające bezładnie kajdanki, a w drugiej trzymał pistolet. – Niech nikt się nie rusza! – powtórzył, po czym dodał złowieszczo – to może przeżyjecie.

Kobiety wpadły w panikę, co tylko rozwścieczyło zarówno bandytów jak i Housa. Krzyk wzmagał się, powodując narastające huczenie w głowie diagnosty, niczym ogromny rój pszczół. Albo szerszeni. - Przecież w takich warunkach nie da się myśleć! – zaklął w duchu.

- Zamknąć się, albo zacznę strzelać jak do kaczek – wrzasnął jeden z tych, trzymających broń. A trzeba przyznać, że miał argument nie do odrzucenia. Wszyscy umilkli. Słychać było jedynie ciężkie oddychanie, dochodzące gdzieś z przodu samolotu; jakby ktoś właśnie przebiegł maraton.

House wychylił się na bok, żeby dojrzeć co tam się dzieje, ale prawie natychmiast dostał kolbą pistoletu między żebra.

- A ty co? – warknął ten, co kiedyś był na tyle. – W kinie jesteś?
- Raczej nie – odparł House. – Widzisz, żeby ktoś miał popcorn??
Już po chwili pożałował swojego ciętego języka, o czym przypominała mu pulsująca rana na skroni. Marne miał koleś poczucie humoru. Na szczęście Remy powstrzymała go od dalszej dyskusji, dzięki czemu mógł rozczulać się tylko nad jedną raną.

Korzystając z okazji, House postanowił przyjrzeć się sprawcom zamieszania. Zwłaszcza temu koło kabiny pilota, stojącego obok jakiejś sapiącej lokomotywy. Kolesie wyglądali na zawodowców: wysocy, umięśnieni, włosów wiele nie posiadali, a najbrzydszy był ich szefem. Do tego gadali między sobą po rosyjsku. - Jeszcze ruskiej mafii nam tu brakowało – pomyślał. – Pięknie kurde, pięknie.

Nagle ciszę przerwał jęk gościa-lokomotywy, co zwróciło uwagę wszystkich. Bandyci poszczebiotali coś do siebie w tym śmiesznym języku, ale House był za daleko, żeby usłyszeć co. Wiedział jedynie, że coś idzie nie po ich myśli. Nie potrzebował bowiem do tego uszu, ale oczu, które jak dotąd spisywały się bardzo dobrze.

Zajęty był wpatrywaniem się w tego najbrzydszego, prawdopodobnie ich szefa, kiedy tamten poczuł jego wzrok na sobie. Odwrócił się i spoglądając na Housa rzekł:
- Czy jest na pokładzie lekarz? – zapytał, ale odpowiedziała mu głucha cisza, czemu w zasadzie nie powinien się dziwić, bo terror jaki zasiał już dawno wykiełkował i nawet wydał plon.
- Tam jest – wtrącił się ten, siedzący niegdyś koło Housa i niestety wskazywał właśnie na niego. – Słyszałem jak coś gadali o jakimś szpitalu, pacjentach i lekarzach.

W tym momencie nawet Taub zdawał się wytrzeźwieć w mgnieniu oka, a Hadley i Foreman prawdopodobnie mieli pełne portki, tylko House zdawał się być opanowany jak nigdy.

- Hej ty! – krzyknął ten najbrzydszy. – Hej! Ty z laską!
- Do mnie mówisz? – House udał zdziwienie i teatralnie rozejrzał się dookoła.
- A widzisz tu jakiegoś innego kalekę? – zaśmiał się bandzior. W sumie to zacharczał, bo śmiechem tego nie można było nazwać.
- Oczywiście, że widzę – odparł mu Greg najpoważniej jak tylko umiał. – Większość z tych ludzi to umysłowe kaleki… Statystycznie rzecz biorąc dwie, może trzy osoby w tym samolocie cierpią na nieuleczalną chorobę, kilkanaście osób choruje, ale przeżyje, a spora część ma nierówno pod sufitem. Bez obrazy oczywiście – dodał tak na wszelki wypadek.
- Ooo, widzę, że żartowniś się znalazł – wycharczał ze wschodnim akcentem szef bandy. – Zobaczymy czy później będzie Ci do śmiechu – zakończył złowieszczo. – A teraz podejdź tutaj. Tylko żwawo!
- Żwawo to ja raczej nie mogę, bo… - drażnił się a bandytami.
- To może ci pomóc – zagroził ten z tyłów. – Jedno słowo i migiem znajdziesz się na przedzie.
- Spokojnie – rzekł House. – Aż takim kaleką nie jestem.

Diagnosta szedł bardzo powoli w stronę najbrzydszego i tego jeszcze niedawno siedzącego obok niego. Starał się zauważyć lub usłyszeć, coś co mogłoby mu się przydać. W całym samolocie panowała tak przerażająca cisza, że słychać było tylko rytmiczne stukanie laską i szuranie butami Grega. Samolot zdawał się zawisnąć gdzieś w czasoprzestrzeni, a dla ludzi w nim siedzących czas zatrzymał się jakieś pół godziny temu. W powietrzu unosił się odór strachu i przerażenia, mający władzę nad niemalże każdą ludzką jednostką z samolotu.

- Masz coś z nim zrobić – rozkazał szef wskazując na jakiegoś gościa, który sapał jak lokomotywa. – Nie może umrzeć.
- To trzeba było do niego nie strzelać – warknął House. – Nie byłoby problemu.
- Taki chojrak z ciebie? – rozjuszył się rusek. – A może sam chcesz robić za żywą tarczę?
- A ty sam chcesz go operować? – odgryzł mu House. – Proszę bardzo…

Nastała chwila ciszy, podczas której House niemal widział jak obracają się trybiki w głowie tego najbrzydszego. Wiedział już jaka będzie decyzja, ale wolał bardziej go nie denerwować. W swym fachu i w jego głupocie upatrywał jedyną szansę na wyjście z tego cało.

- Macie w apteczce paraminobenzensulphonamide? – zwrócił się w stronę jednej ze stewardess o lek z najtrudniejszą nazwą jaka przyszła mu do głowy.
- Nie mam pojęcia co to jest – odrzekła mu kobieta. – Niech pan pójdzie ze mną, to sam pan poszuka potrzebnych rzeczy.

House nawet nie przypuszczał, że wszystko ułoży się tak wspaniale. Ta kobieta była dla niego wręcz błogosławieństwem. Wstał, chcąc udać się za stewardessą w celu poszukiwania jakiegoś konkretnego leku, rzucił spojrzenie w kierunku szefa, a gdy ten skinął mu głową, ruszyli przed siebie.

Stewardessa zaprowadziła go w miejsce, gdzie trzymają apteczkę, a House zręcznym ruchem ją otworzył i mgnieniu oka zlustrował.

- Chloroform? – zdziwił się diagnosta. – Po cholerę wam chloroform? Przecież tego już od dawna się nie używa.
- Niech pan się tak na mnie nie patrzy – odburknęła kobieta. – Nie ja uzupełniam apteczkę.
- I chwała Bogu – warknął w swoim starym stylu, ale tak naprawdę cieszył się ogromnie, że jakiś zacofany bucefał uzupełniał braki w środkach znieczulających i usypiających.

Musiał działać szybko, bo ten najbrzydszy mimo wszystko skończonym kretynem nie był i na pewno coś zwęszy. Zaopatrzył się w chloroform, apteczkę podał stewardessie a sam zaczął dobierać się do wentylacji. Jeśli tylko uda mu się znaleźć odpowiedni kabel, zakończy tę farsę raz na zawsze. Tylko który jest prawidłowy?? Szkoda, że nie uczyli ich na medycynie jak zbudowany jest system wentylacyjny, wtedy nie byłoby problemów.

- Ej, ty! – usłyszał zbliżający się złowrogi głos. – Co ty wyprawiasz?

Jeszcze tylko chwilka, już prawie wszystko przelał. Nie może dać się złapać

- Szukam rurki – odrzekł Greg, którego oświeciło dosłownie w ostatniej chwili. – Muszę jakoś zamocować mu kroplówkę, bo koleś uzupełniający apteczkę, to kompletny idiota i nie raczył włożyć całego kompletu do kroplówki.
- To lepiej się rusz – zagroził bandyta – bo zaraz ci nóżki przetrącę.
- Znalazłem! – krzyknął triumfalnie House, natrafiwszy przypadkiem na jakąś cienką rurkę. – Mam nadzieję, że nie jest tu potrzebna – rzekł i silnie pociągnął. – Umyj to i zdezynfekuj alkoholem – polecił stewardessie, po czym sam udał się w stronę szefa ruskiej mafii.

- Potrzebuję jednej z maseczek ratunkowych – zwrócił się do kolejnej stewardessy
- Po co? – warknął ten najbrzydszy. – Czy ty czasem czegoś nie kombinujesz?
- Ja? Kombinuję? – oburzył się diagnosta. – A wąchałeś kiedyś ludzkie bebechy? Jeśli nie, to masz teraz niepowtarzalną okazję. Tylko nie gwarantuje, że nie zemdlejesz, albo przynajmniej nie puścisz jakiegoś widowiskowego pawia.
- Dobra, zakładaj co chcesz, tylko uratuj mi tego glinę – warknął rusek. – To moja najlepsza karta przetargowa.

Bardzo się ucieszył, że może w końcu założyć maskę, bo minęło już kilka minut od kiedy chloroform zaczął się rozprzestrzeniać w samolocie i zaczynał odczuwać jego działanie. Jeszcze tylko kilkanaście minut i zaczną padać jak muchy, pogrążając się w błogim śnie. Wiedział już, że jego plan wypali, a jedyne o co się martwił, to żeby piloci pozostali jednak przytomni, bo co jak co, ale pilotować samolotu nie będzie.

Na szczęście nie musiał. Piloci najwyraźniej nie byli zmęczeni i jakimś cudem wystarczająco długo opierali się działaniu chloroformu. House z uśmiechem na twarzy wrócił na swoje miejsce i oglądał śpiące kaczuszki. Nie wiedzieć czemu widok nieprzytomnego Foremana z wywalonym jęzorem, wprawiał go w dobry humor. Biedny Eric, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że kolejny miesiąc spędzi znosząc kąśliwe uwagi Housa na temat jego zadziwiająco białego języka.

Gdy tylko wylądowali na najbliższym lotnisku House był w centrum uwagi. Być może dlatego, że uratował samolot przed ruską mafią, a być może dlatego, że cała reszta była nieprzytomna. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że puszczono go dopiero jak wszyscy się pobudzili i poskładali zeznania. Dzięki temu dotarł do domu grubo po północy.

Nastał kolejny piękny dzień, a House jak zwykle spóźnił się do pracy. Stwierdził, że musi się wyspać, bo senny bohater, to bezużyteczny bohater. Kiedy w końcu dotarł do Princeton Plaisboro Teaching Hospital pierwszą osobą nie był woźny, nawet nie był to Wilson, ale oczywiście Lisa Cuddy.

- House! – wrzasnęła, po czym rzuciła się na szyję diagnosty. – Tak się martwiłam. Jesteś cały? Czemu masz wyłączony telefon? Nie szło się do ciebie dodzwonić! Co się tam w ogóle stało? – Cuddy najwyraźniej postanowiła zasypać go lawiną pytań. – Czemu się nie odzywasz? House! House, powiedz coś wreszcie!
- Nigdy więcej nie jadę na wakacje – odparł diagnosta, po czym oddalił się w stronę swojego gabinetu.



FIK #4:

Wakacje. Dla każdego znaczą coś innego. Dla jednym wakacje są chwilą odpoczynku gdzieś daleko od domu, gdzieś gdzie nie dosięgną nas problemy. Dla drugich wakacje to zupełnie inna historia. Jedno jest pewne. Dla każdego wakacje mają inny odcień.

Dla Cameron wakacje są białe. Są chwilą czystości, bezgranicznej wiary, nadziei i miłości. Są czasem bez zazdrości, bez pychy, bez gniewu. Są właśnie tym ułamkiem sekundy, w którym wszystkie złe wspomnienia znikają, w którym nie ma niesprawiedliwości i, w którym króluje prawda. Wakacje są nieskazitelne, są dziewicze i nie zepsute przez ludzkie działanie. Dla niej wakacje mają zapach świeżej pościeli, proszku do prania i świeżo skoszonej trawy. Mają złoty blask poranka i srebrzystą poświatę zmierzchu. Wakacje mają soczysty smak truskawek i malin. Dla Cameron wakacje są święte. Bezbronne. Nietykalne.

Dla Cuddy wakacje mają żółty kolor papierów, które z okazji chwili wolnego czasu można powypełniać. Mają zapach brudnych pieluch i dziecięcych wymiotów. Wakacje można usłyszeć już z daleka. Płacz dziecka i opiekunka na urlopie zwiastują długie godziny opieki nad potomkiem i brak pomocy z jakiejkolwiek strony. Dla Cuddy wakacje to czas samotności. Czas, w którym może liczyć tylko na siebie. W którym oprócz płaczu dziecka nie słychać nic. Czas, w którym drzwi do jej pokoju nie otworzą się ani razu. Czas, w którym nikt jej o nic nie poprosi. Nikt się na nic nie poskarży. Nikt nie będzie jej potrzebował. Żółty kolor tęsknoty za pracą, żółty kolor osikanych pieluch i żółty kolor papki dla dziecka. Żółty kolor beznadziejności.

Dla Wilsona wakacje są szare. I to wcale nie oznacza, że są nijakie. Dla Wilsona wakacje mają zapach talii kart, stołu krupierskiego i kolorowy poblask żetonów. Są cygarami, dymem, samochodem, pieniędzmi, pokazami monster trucków. Są czasem z przyjacielem. Dla Wilsona wakacje mają smak tequili i zapach truskawkowego balsamu do ciała jednej z panien lżejszych obyczajów. Mają kolor siwych już w większości włosów Housa i jego niebieskoszarych oczu. Są chwilą zapomnienia. Są marną, szarą, milczącą prośbą o chwilę bliskości. Są tęsknotą za uczuciem i odrobiną miłości. Są chwilą w, której może robić głupstwa i może na moment zapomnieć o odpowiedzialności. Są chwilą zapomnienia. Szary to kolor przyszłych wyrzutów sumienia owianych dymem z kubańskiego cygara.

Dla Housa wakacje są bezbarwne. Nie różnią się zbytnio od reszty roku. I tak nie odwiedza przychodni, i tak nie zjawia się w szpitalu dobrowolnie. I tak nie przejmuje się niczym. I tak chodzi grać w pokera, i tak pali drogie cygara. I tak umawia się z Wilsonem na drogie kolacje, za które płaci jego przyjaciel. W wakacje tak samo jeździ motorem, jak w pozostałe dni. Tak samo ogląda filmy dozwolone od lat osiemnastu i tak samo popija szkocką. Mają smak dobrej kawy. Brzmią jak gra na gitarze i delikatne dźwięki pianina. Mają smak zupek z paczki. I wysokiego rachunku za połączenia z panną na telefon. Wakacje mają kolor normalności. O ile ta normalność jest normalna.

Wakacje dla różnych osób mają różne kolory. Są osoby, które na świat patrzą przez różowe okulary i zawsze i wszędzie widzą wszystko w najlepszych barwach. Inni nie mają tyle szczęścia i nie potrafią cieszyć się życiem.


-----------------
Spośród wyżej zamieszczonych fików wybieracie ten, który najbardziej przypadł Wam do gustu i którego autor, Waszym zdaniem, powinien otrzymać tytuł i rangę FIKOPISARZA MIESIĄCA. Swój głos przesyłacie do mnie na PW, do 15.08.2009r.

N'joy!



PostWysłany: Pią 23:43, 07 Sie 2009
rocket queen
Pumbiasta Burleska



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 57

Posty: 3122

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Wyniki 5-go Fikatonu prezentują się następująco:


- fik nr 2

- fik nr 1

- fik nr 3


Serdecznie gratuluję zwycięzcom!


* Autorką grafik jest chocolate (żeby nie było, że sobie coś przywłaszczam;)


Ostatnio zmieniony przez rocket queen dnia Nie 13:13, 16 Sie 2009, w całości zmieniany 2 razy



PostWysłany: Nie 12:03, 16 Sie 2009
rocket queen
Pumbiasta Burleska



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 57

Posty: 3122

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Shee, gratulacje!
Twój fick był boski! Sama na niego głosowałam, bo według mnie był najlepszy.

Pozostałym uczestnikom również gratuluję Very Happy



_________________

Banner od Jeanne

PostWysłany: Nie 12:11, 16 Sie 2009
bozenka21
Urolog
Urolog



Dołączył: 12 Lut 2009
Pochwał: 10

Posty: 2404

Miasto: Gdańsk
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Gratuluję Shitzune , pani której zwyciężyła i BARDZO zasłużyła ! spoko
Ale także OGROMNE gratulacje i oklaski dla DracoPola i Bożenki ! :* i dla resztę uczestników !
* klaszcze na całego i buziakuję wszystkich uczestników*



PostWysłany: Nie 12:48, 16 Sie 2009
ann
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 15 Mar 2009
Pochwał: 49

Posty: 7847

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Congrats Shitzune brawo Twój fik jest przepiękny, dostarczył mi wiele emocji, od śmiechu po łzy! No i fajnie, że mój faworyt wygrał Very Happy Pozostałym uczestnikom też gratuluję, bo prace były naprawdę dobre i na wysokim poziomie Smile



_________________

"Successes only last until someone screws them up. Failures are forever"
"People get what they get. It has nothing to do with what they deserve"

PostWysłany: Nie 14:50, 16 Sie 2009
Bloody Mary
Rezydent
Rezydent



Dołączył: 14 Kwi 2009

Posty: 274

Miasto: Torino
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

gratulacje, fiki były wspaniałe brawo



_________________
avek mój
"Jestem nieuczciwy i uczciwie możesz liczyć na moją nieuczciwość.To uczciwi są nieprzewidywalni ,zawsze mogą zrobić coś niewiarygodnie głupiego..."- Kapitan Jack Sparrow
Zazdrość to chyba najstarszy motyw morderstw na świecie.-Seeley Booth
houselove kliknij, jeśli jesteś fanem serialu Bones

PostWysłany: Nie 17:27, 16 Sie 2009
poprostuxzjawa
Reumatolog
Reumatolog



Dołączył: 20 Maj 2009
Pochwał: 39

Posty: 2061

Miasto: Młodocin
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Gratuluję wszystkim laureatom i nie laureatom też, wszystkie fiki były świetne i wybór najlepszego był niesłychanie trudny Smile



_________________

avek i banner mojej roboty

TuSinka No. 16
Bo oboje nie lubimy poniedziałków... - Raz3r's sister ;*

PostWysłany: Nie 20:31, 16 Sie 2009
kremówka
Chirurg ogólny
Chirurg ogólny



Dołączył: 06 Maj 2009
Pochwał: 11

Posty: 2786

Miasto: Kraków
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dziękuję Wam ;* Moją pierwszą reakcją był donośny kwik Mr. Green Serdeczne gratulacje dla Bożenki i Draco, i dla czwartego pisarza również. Wasze prace są fantastyczne. (:



_________________

In 30 years, kids as young as 6 or 7 will be sitting in classrooms hearing that women didn’t always have the rights to their own bodies and how boys couldn’t marry boys and girls couldn’t marry girls and they’re going to be as confused and disturbed as when we first learned about slavery and Black Codes.

PostWysłany: Nie 22:00, 16 Sie 2009
Shitzune
Katalizator Zbereźności



Dołączył: 07 Kwi 2009
Pochwał: 47

Posty: 10576

Miasto: Graffignano
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Gratuluje zwycieszczyni! Brawo! Very Happy
Oczywiscie gratulacje rowniez dla pozastalych uczesnikow konkursu! Mr. Green



_________________
"Doing nothing is not a plan it is a specyficly lack of a plan"

PostWysłany: Nie 22:31, 16 Sie 2009
Betti
Chirurg dziecięcy
Chirurg dziecięcy



Dołączył: 13 Kwi 2009
Pochwał: 13

Posty: 2631

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Shitzune, moje gratulacje :*
Mój typ wygrał Very Happy Fik naprawdę wspaniały, na bardzo wysokim poziomie.
Gratuluję też pozostałym uczestnikom konkursu, których prace również zasłużyły na wyrazy uznania Wink



_________________
"Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć."

W. Wharton "Ptasiek"

PostWysłany: Nie 23:20, 16 Sie 2009
scribo
Kochanka klawiatury
Kochanka klawiatury



Dołączył: 25 Lut 2009
Pochwał: 12

Posty: 748

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Strona Główna -> Konkursy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.10693 sekund, Zapytań SQL: 14