Młoda lwica [Z, +18]

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Hameron
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Młoda lwica [Z, +18]




PART I

Widziała jak na nią patrzył, ile pożądania było w jego oczach. Widziała jak ona próbuje mu się oprzeć.
Ukradkowo spoglądała na Wilsona, który w konsternacji, tak jak ona, obserwował całe zajście.
Wszyscy wiedzieli już, że House i Cuddy lgną do siebie jak mucha do lepu.
Dla niej nie była to radosna nowina. Uważała, że ich związek jest niczym Armagedon dla całego świata. Bolały ją wszystkie ukradkowe spojrzenia rzucane Cuddy, która nieświadomie krążyła wokół House’a jak satelita. Nagle odwrócił się i spojrzał prosto na nią. Niemożliwe, że ją dostrzegł-stała przy łóżku pacjenta, kompletnie zakryta przez zielone zasłony, które jednak pozwalały jej na wyczekiwanie na jego uśmiech.
Czuła jak niebieskie oczy prześwietlają ją jak rentgen. Cała drżała z emocji.
Nie podobało jej się, że traktował ją jak dziecko, niedojrzałą dziewczynkę, która podziwia wyfiokowanego chłopaczka z plakatu. Lecz ta dziewczynka wiedziała czego chce.
A chciała jego. Pragnęła go całym swoim ciałem, duszą, umysłem.
Wciąż pamiętała pocałunek, który był całkowicie niespodziewany dla nich obojga, ale wywołał tyle niepohamowanej energii, tyle żaru, które być może zapłonęłyby bardziej gdyby nie przypadkowe wtargnięcie jakiegoś pacjenta. W snach marzyła, by dopaść i wykastrować tego gościa, który ośmielił się im przeszkodzić.
Ale śniła także o innych rzeczach-o jego ustach błądzących po całym jej ciele, o jego wyznaniach, o jego ramionach mogących skryć ją przed całym światem. Marzyła o tym, by kiedyś zatrzasnęła się z nim w windzie-pomysł banalny, ale jakże płodny w fantazje! Chciała, by ludzie wchodząc potem do tej windy wyczuwali tą niesamowitą atmosferę i by nasuwała im się myśl: „Wow, tu musiały się dziać niesamowite rzeczy!”.
Uśmiechnęła się do siebie. Nawet nie usłyszała jak House odchylił zasłonę, ale natychmiast poczuła jego wzrok na sobie.
„Nie mogę popatrzeć w jego oczy, to niebezpieczne…”, pomyślała szybko.
Lecz jej głowa sama się podniosła. A Cameron utonęła w błękicie jego oczu. Rumieniec pokrywał każdą część jej ciała, czuła to. Szczęście, że on widział tylko twarz…
A może szkoda?
Coś do niej mówił, ale nie słyszała co. Zmusiła się, by obrócić się do niego tyłem. Poczuła zapach jego perfum. Zapragnęła, by ją dotknął. Lecz nagle usłyszała drugi głos, który w momencie przywrócił ją do życia.
- House, musimy już iść.
Nie widziała wyrazu jego twarzy. Odchrząknął, poprawił marynarkę.
- Już idę. Alison, pamiętaj o tych kartach.
Na dźwięk własnego imienia obróciła się w jego stronę. Chciała coś powiedzieć, ale nic mądrego nie przychodziło jej do głowy. Bo niby co miała powiedzieć?
„Jasne, będę pamiętać, a tak poza tym to kocham Cię i do zobaczenia wkrótce…”
Spuściła głowę. On był dla niej nieosiągalny. Zostały jej marzenia.


Jej uśmiech, rumieniec na twarzy, zapach, kasztanowe loki spływające kaskadą na ramiona. Była taka młodzieńcza, taka niewinna. Wyzwalała w nim tyle energii, tyle uczuć, aż miał ochotę wznieść się do góry i latać pośród aniołów. Z nią.
Cuddy była jego oparciem, szanował ją, chociaż tego nie okazywał. Była piękną, mądrą, odważną kobietą. Sex z nią dawał tyle nowych doznań.
Ale Cameron… Była młoda i świeża. Traktował ją jak nastolatkę, ale były momenty, kiedy pragnął dotknąć jej jedwabistych ust, usłyszeć jak w ekstazie szepcze jego imię i kurczowo zaciska delikatne palce na jego nadgarstkach szukając oparcia. Nie wiedział czemu podszedł dziś i odsłonił zasłonę. Wydawała się taka zaskoczona i onieśmielona. Powiedział do niej coś, nie wiedział co. Odniósł wrażenie, że wcale go nie słuchała. Odwróciła się tak szybko. Jej włosy zatańczyły na jej szyi w świetle poranka. Stanął jak wryty. Ile było w niej piękna. Wkradające się słońce zdawało się dodawać jej blasku, który tak go czarował. Usłyszał Cuddy. Musiał iść, ale nie chciał. Pragnął by Cameron odwróciła się i wzięła w swoje ręce jego twarz. Ale nie zrobiła tego.
Powrócił do rzeczywistości. Był jej szefem i ona najwyraźniej nie chciała przekroczyć tej granicy. Odchrząknął, poprawił marynarkę, rzucił jakieś słowa na odchodnym.



Wiedział co się święci. Intrygowała go możliwość obserwowania niesamowitego trójkąta: „House-Cuddy-Cameron”. Jednak dobrze widział co tak naprawdę się działo. Niekiedy czuł, że mógłby czytać w ludziach jak w otwartych książkach. Czuł na sobie wzrok Cameron, choć nie wiedział Gdzie stoi. Widział House’a i Cuddy-takie stare dobre małżeństwo.
I dostrzegał mężczyznę, który zakochał się po uszy w młodziutkiej dziewczynie. I nie pozostawał jej obojętny.
Dziwiła go jedna rzecz. Był niemal pewny, że Cuddy też widzi całą sytuację tak jak on. Jednak czemu ta dumna kobieta, która walczy o swoje jak lwica o każdą sztukę mięsa, nie pokazała jeszcze Cameron kto tu tak naprawdę ma władzę?
A może liczyła, ze to będzie taki niewinny skok w bok? A potem House wróci jak odmieniony, pełny młodzieńczej siły?
Nie znała jednak dostatecznie dobrze swojego przeciwnika. Stara lwica pewna swojego prestiżu i pozycji nie dostrzega niebezpieczeństwa w młodym lwiątku, które już teraz ma własne cele, uparcie dąży do ich spełnienia, nie poprzestaje na małych rzeczach.
Ciekawe. Powinien był zostać psychologiem…

Znała Wilsona i wiedziała co o niej myślał. W pewnym stopniu miał rację, ale nie przewidział jednego-przebywanie z Housem nauczyło ją pewnych rzeczy, a może raczej wyzwoliło dawniej śpiące instynkty. Miała ochotę… pobawić się i nie okazywać przy tym ani odrobiny żalu. Wiedziała, że ich związek nie będzie trwał wiecznie, może nawet bała się takiej możliwości. Chciała patrzeć, jak ta młoda dziewczyna walczy, chciała ją tego nauczyć, by na przyszłość nie stała ze spuszczoną głową kiedy ktoś będzie jej zabierał to co kocha.



Nie chciał dziś jechać do Cuddy. Potrzebował odpoczynku. Puścił jakąś płytę ze swojej pokaźnej kolekcji, wyciągnął burbon z szafki i ułożył się na kanapie. Chciał zasnąć, ale myśli krążyły jak helikopter zagłuszając wewnętrzny rytm. Pogłośnił muzykę licząc na to, że zagłuszy je, ale nie udało mu się. Czuł jak wszystkie uczucia nagle zalewają go jak ogromna fala. Tylko parę razy udało mu się wyrwać na powierzchnię. Przypadek chyba sprawił, że słyszał wtedy dźwięki jej ulubionej piosenki. By odpędzić myśli zaczął powtarzać jej słowa. Fala nie zostawiła go w spokoju, ale przynajmniej pozwoliła oddychać swobodnie.

I've seen your flag on the marble arch
but love is not a victory march
it's a cold and it's a broken hallelujah

Hallelujah...


Nie powinien był puszczać tej płyty. Burbon i muzyka robiły swoje. Pozwolił, by emocje rozpanoszyły się w nim na dobre. Myślał o jej włosach i ustach. Jednocześnie czuł się zagubiony. On, Gregory House, po raz pierwszy od wielu lat nie wiedział jak ma postąpić. Myślał, że Cameron czuje coś do niego, ale drugiej strony bał się zrobić krok po tym kruchym lodzie. Nie miał żadnej pewności czy jej nie spłoszy zbyt śmiałymi wyznaniami. Martwił się też o swoje życie, ponieważ wiedział, że Lisa go zamorduje, kiedy się o wszystkim dowie, tylko nie wiedział jeszcze w jaki sposób.
Uśmiechnął się pod nosem – dziś nie przejmował się Cuddy ani nikim innym oprócz NIEJ. Pogłośnił muzykę i pozwolił, by ukołysała go do snu.

Coś boleśnie wbijało się w jego myśli. Nie, może to zbyt niezręczne wyrażenie. Wbijało się w jego… świadomość. Próbował odpędzić to od siebie, ale nie wiedział jak. Wiercił się na ciasnej kanapie. Nagle poczuł jak coś boleśnie przygniata jego bok. Otworzył oczy i zorientował się, że nic go nie gniecie, po prostu spadł na podłogę. A świadomość była męczona przez natrętny dźwięk telefonu. Przytrzymał się stolika masując tył głowy i rozglądając za komórką. Dopił burbon ze szklanki i wstał. Telefon nagle przestał dzwonić. Schylił się, by podnieść laskę i wtedy znalazł go pod stolikiem. Spojrzał na wyświetlacz i nie mógł uwierzyć własnym oczom.

Cameron
8 nieodebranych połączeń


Musiał nalać sobie i wypić pełną szklankę burbonu, a potem kolejną i kolejną. W końcu usiadł z telefonem w ręce. Obchodził się z nim równie czule jak z kochanką. Chciał znaku i otrzymał go. Nie obchodziło go dlaczego dzwoniła. Chwycił kurtkę, wpakował do kieszeni klucze, komórkę i wybiegł na zewnątrz. Wsiadł na motor i odpalił. Droga była bardzo rozmyta, widział wszystko jak za mgłą. Znowu ktoś dzwonił. Włożył rękę do kieszeni i nagle stracił równowagę. Poczuł jak uderza głową w twardy asfalt. Motor koziołkował wraz z nim i ciągnął go po ziemi, a potem zarył kierownicą w mokrej trawie. House czuł jak ból rozprzestrzenia się po całym jego ciele. Telefon wciąż dzwonił.
- Cameron…

- Dalej nie odbiera?
- Niestety nie.
– Alison ściskała telefon w ręce. Martwiła się o pacjenta, który nagle stracił przytomność. Nie wiedzieli co to jest, ale na pewno nie było to zgodne z diagnozą House’a. Zadzwoniła jeszcze raz. Nagle drzwi się otworzyły. Pielęgniarki biegały jak w ukropie. Przywieziono ofiarę jakiegoś wypadku. Nagle usłyszała znajomy dźwięk. Powtórzyła go w myślach parę razy.
The Who i „Baba O'Riley”.
Już wiedziała kim jest nowy pacjent.

Nie mogła zebrać myśli. Była zbyt roztrzęsiona, by robić cokolwiek. Nie sądziła, ze on może dla niej aż tyle znaczyć. Siedziała na korytarzu ze spuszczoną głową i stosem chusteczek. Chase był na sali operacyjnej, Foreman siedział w pokoju nad salą i obserwował wszystko. Cameron czuwała przy swoim pacjencie. Jej też było ciężko. To ona powinna tu siedzieć i płakać. Wilson poszedł do baru, nie miał na tyle mocnych nerwów.
Ile właściwie House dla niej znaczył? Dlaczego wciąż pozwalała sobą pomiatać? Przecież nie kochała go i była pewna, ze on jej też nie. Nikogo nie kochał. Nie była nawet pewna, co czuł do Stacy, bo tego nie można był nazwać miłością.
Myślała o Cameron. Dziewczyna traciła swoją młodość dla kogoś takiego jak on. Bo nie był tego wart. Ale wiedział, co Alison pragnęła osiągnąć. Liczyła, że go zmieni. Lecz to było niemożliwe. Tym razem zgadzała się z jego tezą, że „człowiek się nie zmienia”. Tak, z pewnością nie on.

Stan pana Smitha był ustabilizowany, jednak wolała siedzieć tutaj niż z Cuddy na korytarzu. Na izbie przyjęć, przeżyła najgorsze chwile swojego życia. Nie nadążała z wycieraniem krwi, ręce trzęsły się jej zbyt mocno, by była w stanie go intubować. Wiedziała, że takiego wypadku nie mógł przeżyć po raz drugi. Komplikacje mogły być zbyt ogromne. Gdyby nie obecność tylu osób… Usiadłaby i płakała nad jego ciałem, okrywała je pocałunkami i obmywała z krwi. Czuła alkohol. Dlaczego do niego dzwoniła? Dlaczego pił? Dlaczego po prostu tego nie olał tak jak zwykle i nie został w domu?
Pozwoliłaby mu umrzeć żeby nie cierpiał. Ale umarłaby razem z nim.
Siedząc tutaj wspominała każdą chwilę z nim, każdą sekundę, kiedy tak rzadko się uśmiechał. Miał cudowny uśmiech. Kiedy widziała, jak kąciki jego ust podnosiły się delikatnie ku górze i nadawały jego twarzy ten cudowny wygląd, miała ochotę śmiać się razem z nim i prosić, by zachowywał się tak zawsze. Wspominała każdy pocałunek. Był wtedy delikatny. Znowu czuła jego dłonie na swojej talii i na nowo przeżywała te rozkoszne dreszcze przenikające jej ciało. Nie powstrzymywała już łez. Pragnęła, by płynęły wartkim potokiem i zmywały z niej rozpacz. Lecz czuła jak każda kropla niesie ze sobą nowe pokłady miłości i cierpienia.
Nie chciała, by Cuddy ani ona decydowały za niego tak jak Stacy, lecz byłoby to niezbędne gdyby wystąpiły jakieś większe komplikacje. Pozwoliłaby rządzić Cuddy, byleby tylko nie miał jej później tego za złe. Nie zniosłaby jego milczenia i nienawiści, jego bólu i swoich wyrzutów sumienia.
Nie chciała, by przeżywałby to na nowo. Nie kiedy ona stanęła na jego życiowej drodze.

Patrzył na Cuddy i jej łzy. Widział jak Cameron wyrywa sobie włosy z głowy – poczucie winy było wypisane na jej twarzy. Uśmiechnął się w duchu –nawet w takiej chwili miał w sobie odrobinę złośliwości. Nie tracił swojego czasu dla Chase i Foremana, nie lubił płaczących mężczyzn.
Jednak zrobił jeden wyjątek. Szedł powoli w kierunku „Sherries”. Już z daleka widział jej czerwony szal i beżową kurtkę. Także trzymała tabletki w ręce, ale to nie był Vicodin, tak jak w jego przypadku . Obróciła się w jego stronę i uśmiechnęła szeroko. Nie żywiła do niego urazy.
- Miło Cię widzieć ponownie, Greg.
- Amber…
-Podszedł bliżej niej. Czuł, jak krew z rozbitej głowy spływa mu na ramię. - Jak tam jest?
- House, nie idź tam. Jeśli nie chcesz tu zostać ze względu na nią, to przynajmniej nie rań przyjaciół.
– Zajrzała do baru przez szklane drzwi. – Chciałam, by był szczęśliwy. Proszę, nie odbieraj mu jedynej radości jaką ma. – Spojrzała na niego. Miała czerwony nos i grypę. W ręku trzymała tabletki, które ją zabiły. – Jesteś jego przyjacielem. On nie przeżyje tego. Ty możesz.
Popatrzył na nią . – Jak tam jest?
- Nie docenisz piękna tego miejsca, bo to jeszcze nie twój czas.
– Uśmiechnęła się i weszła do „Sherries”. Usiadła na stołku obok Jamesa. Pił ulubiony drink Grega, obok stała wódka z żurawinami. Amber spojrzała na House’a i uśmiechnęła się.
- Tak, to mój ulubiony.
Uśmiechnął się do niej i wyszedł z „Sherries”. Ktoś wołał go po imieniu.
- Greg! Greg!
To był kobiecy głos. Nigdy go nie zapomni. Prześladował go w snach...


Ostatnio zmieniony przez Pinky dnia Pią 17:25, 29 Maj 2009, w całości zmieniany 1 raz



_________________
Potrzebujesz bety? Pisz śmiało na gg:)

PostWysłany: Czw 18:26, 26 Mar 2009
Pinky
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 18 Mar 2009
Pochwał: 1

Posty: 150

Miasto: okolice Cze-wy
Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Pinky napisał:
Widziała jak na nią patrzył, ile pożądania było w jego oczach. Widziała jak ona próbuje mu się oprzeć.
Ukradkowo spoglądała na Wilsona, który w konsternacji, tak jak ona, obserwował całe zajście.
Wszyscy wiedzieli już, że House i Cuddy lgną do siebie jak mucha do lepu.
Dla niej nie była to radosna nowina. Uważała, że ich związek jest niczym Armagedon dla całego świata. Bolały ją wszystkie ukradkowe spojrzenia rzucane Cuddy, która nieświadomie krążyła wokół House’a jak satelita. Nagle odwrócił się i spojrzał prosto na nią. Niemożliwe, że ją dostrzegł-stała przy łóżku pacjenta, kompletnie zakryta przez zielone zasłony, które jednak pozwalały jej na wyczekiwanie na jego uśmiech.


coś mi tutaj nie pasuje.. znaczy dobre to i w ogóle, ale coś ze stylem taki tępy (później się rozkręca)


Pinky napisał:
Wsiadł na motor i odpalił.


nie dziwnie że miał wypadek. po burbonie nie siada się na motor

a poza tym... wow.. świetne.. naprawdę... z nieodpartą radością czekam na dalsze części...



_________________
FUS forever

sis - Sevir :**

... i dopiero wtedy stało się światło

"you are still terribly afraid to be hurt, your imaginary sadism shows that. so afraid to be hurt that you want to take the lead and hurt first." "Only with you, eternity wouldn't be boring."

PostWysłany: Pią 1:01, 27 Mar 2009
Caellion
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 15

Posty: 5591

Miasto: Bełchatów/łódź
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

- Gin z tonikiem i wodę mineralną.
Obrócił się słysząc znajomy głos.- Cześć, Lisa. – Był już mocno podpity.
- Wiedziałam, że cię tu spotkam. – Spojrzała na rządek szklanek i kieliszków stojących przed nim. – Nie wiedziałam, ze tak dużo pijesz.
- Ja tez nie. Ale nie przejmuj się mną.

Otrzymała zamówienie. Odkręciła buteleczkę i dolała wody do szklanki. Potrząsnęła drinkiem i wypiła całość duszkiem.
- House to dupek.
- James, urodziłeś się wczoraj czy co?
– Położyła głowę na zimnym blacie. – Wszyscy wiedzą jaki jest. Tylko ty go wiecznie broniłeś.
- On jest moim…
- Kim? Przyjacielem?
- Podniosłą głowę i popatrzyła na niego z oburzeniem i zaczęła bawić się serwetką. – Co to za przyjaciel, który wyłudza od ciebie pieniądze, oszukuje, podkłada ci świnie na każdym kroku, oczernia i obraża? Czy tego chciałeś całe życie?
- To nie o to chodzi. On potrzebuje…
- Potrzebuje kogoś słabszego od siebie, by pokazać jakim jest mężczyzną. Tak naprawdę jest małym zagubionym dzieckiem, które upiera się, że lepiej mu będzie bez rodziców.
- Nie jestem jego ojcem.
- To kim tak naprawdę jesteś dla niego?
– Obróciła się w jego stronę. – House dzieli ludzi na dwie grupy. Tych, którzy są za głupi, by mu się postawić i tych, którzy już mu się postawili, ale i tak nic dla niego nie znaczą. Jest zbyt pewny siebie, a zarazem zbyt zagubiony. Uważa, że lepiej będzie, jeśli odgrodzi się od wszystkich dokoła szczelnym murem, lecz jednocześnie sam postawi sobie ograniczenia, których nienawidzi. Jest paradoksem, pieprzonym, chodzącym paradoksem. – Zamówiła jeszcze jeden gin z tonikiem i położyła głowę na blacie. Wilson przez chwilę patrzył się na nią, lecz potem wstał, zapłacił i wyszedł. Oddychała ciężko i myślała o całej tej sprawie jeszcze raz.
Na co dzień House nie wzbudzał takiego zainteresowania. Nawet pomimo swojego wrednego zachowania wszyscy przyzwyczaili się do chamskich odzywek i poniżających komentarzy. Lecz teraz było inaczej. Myślała, ze kiedy coś mu się stanie, to przyjmą to jak wiadomość o śniegu w górach. Tymczasem on, choć wcale tego nie chciał, stał się sensacją miesiąca.
Myślała o tych, których zranił. O Wilsonie, który wciąż wierzył, że nie ma złych ludzi, o Cameron, która wypłakiwała morze łez nad tym bydlakiem, o pacjentach, którzy zamiast słów „Nie ma za co, taka moja praca”, otrzymywali wyzwiska i poniżające komentarze.
Co sama czuła? Czy chciała tam teraz siedzieć i patrzeć, jak Chase próbuje uratować jego brzydką twarz? Zaczęła się śmiać. Ludzie patrzyli na nią jak na wariatkę, a ona na przemian śmiała się i płakała. W końcu położyła głowę na blacie i rozpłakała się na dobre.

- Cholera, gdybym wiedział, ze to jest takie zabawne, wywracałbym się częściej. - Dlaczego akurat teraz Bóg zesłał mu natchnienie i pozwolił knuć najlepsze i najzłośliwsze plany świata? Ale kochał takie chwile, kiedy jego mózg w ułamku sekundy tworzył takie cudeńka. Wtedy wierzył w istnienie sił wyższych. Gdyby ktoś teraz stał obok niego i słyszałby jego śmiech, pomyślałby zapewne, ze właśnie ma do czynienia z wariatem. Ale nawet gdyby ktoś stałby obok to i tak by go nie zauważył. Ciało House’a leżało na ostrym dyżurze, a on sam krążył po szpitalu i najwredniej w świecie podsłuchiwał. Trochę przeszkadzała mu kapiąca nieustannie z rany na głowie krew, ale przynajmniej noga go nie bolała. Wreszcie wiedział kto kradnie cukier ze stołówki, kto ma kłopoty z trawieniem i która pielęgniarka stała się obiektem westchnień lekarza z pediatrii. Stanął przed swoim gabinetem. Ktoś siedział w jego fotelu obrócony twarzą do okna. Był ciekawy kto śmie bezcześcić jego święte miejsce dumania i zanotował sobie, by dokopać tej osobie, kiedy się obudzi. Czerwono-żółta piłeczka opadała i wznosiła się parę chwil. Z głośników sączył się cichutko najsmutniejszy blues, który zarezerwował na specjalne chwile. Przysiadł na blacie biurka. Przez chwilę żałował swojego dywanu, ale przypomniał sobie, że ta krew nie jest prawdziwa. Nagle fotel obrócił się. To była Cameron. Patrzyła wprost na niego charakterystycznie marszcząc brwi. Niemożliwe, że go widziała. Po chwili opuściła głowę. Po jej policzkach spływały łzy.
- House, jesteś głupi.
- Ja?
– Zorientował się, ze ona i tak go nie słyszy i że mówienie do siebie go nie kręci. Przysunął się bliżej. Patrzyła się prosto w jego oczy, choć nie miała o tym pojęcia. Zawsze przenikał go dreszcz, kiedy była tak blisko. Przełknęła łzy.
- Po co tu przyjechałeś? Dlaczego piłeś? Dlaczego nie zignorowałeś tego, ze dzwoniłam? Tak jak zwykle?!
- Bo to nie była zwykła chwila.
– Jej wzrok był taki intensywny. Podniosła dłonie do góry jakby chciała położyć je na jego twarzy.
- Nie możemy być razem i dobrze o tym wiem. Nie traktujesz mnie poważnie… Ja tak bardzo chciałabym… - Nie dokończyła, bo łzy popłynęły z jej oczu jak potok. – Tak chcę… Ja… - Podniosła czerwono-żółtą piłeczkę i obracała ją przez chwile w dłoniach. – Czemu Cię tu nie ma?! – Odrzuciła piłeczkę daleko od siebie, która odbiła się od ściany i uderzyła w jego stos płyt rozsypując go na ziemię. „Cholera, moja muzyka”, pomyślał. – Potrzebuję twojego głosu i wymuszonego uśmiechu, chłodu niebieskich oczu i tych… I tych uwag, tego… - Ukryła twarz w dłoniach. Poczuł się niezręcznie. Położył rękę na jej głowie. Nagle odezwał się pager. Odczytała wiadomość. Schowała go do kieszeni. Przez chwilę biła się z myślami.
- Odchodzisz… Świat będzie milszy.
- Nie, nie rezygnuj! Nie mogę w to uwierzyć!
– Wstał i zaczął rzucać się po gabinecie, jakby nagle miała go usłyszeć. – Ty, która walczysz o każdego pacjenta! Czemu tam nie idziesz?! – Nie wiedział, dlaczego to robi. Nie mógł przecież nic zrobić. Lecz nagle zaczęło mu zależeć na tym, że będzie żył. Chciał jej dotknąć. Pager odezwał się jeszcze raz.
- Cuddy… Twoja Lisa.
- Ona nie jest moja! Idź tam i ratuj mnie!
– Siadł przed nią i położył dłonie na jej policzkach. Nie znosił filmu „Uwierz w duch”, ale teraz pragnął, by uwierzyła, ze tu jest. Popatrzyła prosto na niego. Jej oczy błyszczały.
- Czy coś się zmieni, jeśli przeżyjesz? Czy będziesz inny? – Opuściła głowę. – Nie. Ludzie się nie zmieniają. Świat też nie będzie lepszy. – Pager zadzwonił po raz trzeci. Otarła nos i wstała. – Będę tego żałować. Cholera… Nienawidzę Cię. Tak bardzo Ciebie nienawidzę.
Poszedł za nią. Zaczęła biec, wiec biegł obok niej. Sala operacyjna była pełna lekarzy. Jego ciało leżało na łóżku, miał głowę w bandażach. Wszyscy zajmowali się tylko nim. Poczuł się niezręcznie. Cameron odepchnęła Chase’a i zaczęła robić masaż serca. Kiedy i to nie pomogło, chwyciła „łyżki”.
- Dalej! Cholera, dalej! Obudź się! – Patrzyła na monitor. – Greg! Greg!
Za bardzo tego pragnął. Zamknął oczy.


Słyszał jak maszyna cichutko chroboce w pokoju. Czuł zapach jej perfum. Wiedział, ze siedziała tuż obok. Starał się oddychać powoli i miarowo, ale jej obecność bardzo na niego działała. Emocje gotowały się w nim. Od czasu do czasu przełykała łzy. Chciał otworzyć oczy, ale nie mógł popsuć swojego planu. Ktoś wszedł do pokoju.
- Śpi? – Głos Foremana nie zdradzał żadnych emocji.
- Tak… - Za to głos Cameron był nimi przepełniony.
- Czemu tu siedzisz? Mamy pacjentów, nie możemy pracować sami z Chasem.
- Poradzicie sobie.
- Allison…
- Chyba podszedł bliżej niej. – Wiem, że jest Ci ciężko. Ale… Spójrz na niego. – House czuł, ze lekarz patrzy się wprost na niego. – Jest stary i marudny… A ty… Masz przed sobą całe życie. I chcesz je zmarnować?
- Miał rację…
- Kto?
- Chase. Jesteś nudny. Wynoś się.
- Ale Cameron…
- Uwierz mi, ze się stąd nie ruszę, dopóki nie przyjedzie Cuddy. Jego mózg pracuje na wzmocnionych obrotach, więc nie zdziwiłabym się, gdyby teraz coś knuł.
- Gdzie jest Cuddy?
- Pojechała z Wilsonem do domu. Nie patrz się tak na mnie, to nie tak jak myślisz. Ktoś musiał jej pomóc w pakowaniu.
- Pakowaniu? Wyjeżdża gdzieś?
- Osłabiasz mnie. House niby odgradza się od ludzi i nie lubi gdy ktoś wkracza w jego życie, jego strefę. A tymczasem sam zrobił z jej domu graciarnię.

Foreman zaczął się śmiać i wyszedł. Cameron podeszła bliżej łóżka i usiadła na brzegu. Położyła mu rękę na piersi, a drugą gładziła jego twarz. Czuł jej oddech na swoim czole. Nagle przycisnęła swoje usta do jego skóry, potem do powiek, policzków, a w końcu do ust.
House był zaskoczony. Nie wiedział co ma zrobić.
Cameron podniosła się i stanęła obok łóżka.
- To był pierwszy… I ostatni pocałunek. Obudź się, marudny królewiczu.
Nagle ktoś wszedł do pokoju. Po nerwowych krokach i mocnych perfumach poznał, ze to Cuddy.
- Dr Cameron! I jak z nim?
- Bez zmian. Albo śpi albo udaje.
- Raczej to drugie, ale jest zbyt uparty, by się obudzić.
– Położyła mu rękę na czole. – Ma gorączkę. Oby nie wdało się zakażenie.
- Lub jego mózg pracuje na zwiększonych obrotach.
– Obie zaczęły się śmiać. Gdyby mógł, posłałby im jakiś jadowity komentarz, ale nie chciał popsuć swojego genialnego wejścia. Słyszał jak wychodziły. Myślał nad tym co zobaczył kiedy był w stanie śmierci klinicznej. Zaledwie parę minut dla niego było przeszło godziną. Wiele się dowiedział. Ale nie żeby specjalnie się tym przejął.
Ktoś wszedł. Nie rozpoznał kroków ani zapachu, ale biorąc pod uwagę wszystkie osoby, które chciały go odwiedzić z własnej woli to mógł być tylko Wilson. Usiadł na fotelu obok łóżka.
- Nie wiem dlaczego wszyscy tak żywo reagują kiedy coś się z tobą dzieje złego. Powinni się cieszyć… Potrzebujesz mnie tak jak ja Ciebie. Jesteśmy przyjaciółmi, choć sam nie wiem na jakich zasadach ta przyjaźń się opiera. Niby obywasz się bez ludzi, ale nagle twój mózg wysyła ci impuls. Przez chwilę zachowujesz się, jakby ktoś cię poraził prądem, ale potem przychodzisz i udajesz, ze wcale nie zależy ci na tym, by tu być. – Wstał i zaczął chodzić po pokoju. – Cholera, jak to dobrze, ze śpisz. W końcu mogę się na tobie powyżywać!
- Cholera, jak to źle, ze przyszedłeś. Tak mój plan powiódłby się.
– House podniósł głowę i otworzył oczy. – Jestem głodny. Masz jakieś kanapki?
- Ho… House?! Ale jak… Ty nie spałeś?
- Jasne, ze nie. – Podparł się na łokciach i usiadł. - Masz pozdrowienia od Amber.
- Ale ty…
- Wilson usiadł na fotelu. – Ty… Yyy… Widziałeś się z Amber?
- Cholera, ona ma dar przekonywania.
– Popatrzył na Jamesa. – Tylko mi tu nie płacz. Ona też tego nie lubi. Czyli jednak jest Bezwzględną Zdzirą.
- Ty się uśmiechasz!
- Wcale nie! Przynieś mi coś do jedzenia. I nie wpuszczaj tu Cuddy.
– House położył głowę na poduszkach. Brakowało mu Vicodinu. Rozejrzał się po pokoju. Gdzieś tu musiały być jakieś tabletki. Odrzucił kołdrę i zerwał wenflon. Chwycił się krzesła stojącego obok łóżka i wstał. Pokuśtykał powoli na korytarz. Jakaś pielęgniarka zatrzymała się i wytrzeszczyła oczy. Popatrzył na nią i skrzywił się.
- Mam coś na twarzy? – Pokręciła głową. – To co się gapisz?
Pielęgniarka zmrużyła oczy ze złości i odeszła. House rozejrzał się. Nie widział żadnego wroga na horyzoncie. Pokuśtykał do apteki.
- Vicodin, dwie dawki.
- Ale pan jest pacjentem.
– Starszy mężczyzna w kitlu odwrócił się w stronę regałów.
- Jestem lekarzem, tylko… Chcę dwie dawki Vicodinu.
- Ma pan receptę?
- Nie… Ale mogę ją wypisać.
- Też umiem wypisywać podrobione recepty.

House otworzył drzwi i wszedł do magazynu.
- Co pan robi?
- Wypisuję sobie recepty.
– Wyciągnął rękę w stronę półki, ale aptekarz chwycił go za nadgarstek.
- Proszę wyjść albo zawołam ochronę.
- Może pan wołać, ale i tak wezmę to po co tu przyszedłem.
- Proszę wyjść!

Wyrwał rękę z uścisku i uderzył mężczyznę, który potoczył się na regały wywracając je na House’a. Barwne buteleczki i tabletki wszelkiego rodzaju posypały się na deszcz. A jak na ironię Vicodin stał w drugim magazynie.
Pielęgniarki pospieszyły z pomocą, ale na widok House’a ich zapał się ostudził. Zaraz za nimi pojawili się w równych odstępach czasu Cameron, Cuddy, Foreman i Wilson. Chase wolał nie tracić czasu.
- House! – Cuddy dostała furii.
- A ty myślałaś, ze kto? Święty Walenty? – Próbował wygrzebać się spod regału, ale dokuczał mu ból. Nadbiegli ochroniarze. Wyciągnęli najpierw zakrwawionego aptekarza, który cały czas wykrzykiwał „To wariat!”, a dopiero potem Grega. Nie mógł ustać na nogach, szwy na twarzy puściły. Był na głodzie i to jeszcze bardziej pogarszało jego wygląd. Foreman i Wilson położyli House’a na łóżku, a w sali przypięli go do specjalnego łóżka z podwójnymi pasami, które ledwie sekundę temu rozszalała Cuddy kazała przywieźć z innego oddziału. Zaaplikowali mu zestaw kroplówek, a Cameron zabrała się za zszywanie ran.
- Będziemy musieli Cię zabrać na prześwietlenie. – Starała się nie patrzeć mu w oczu. Czuła, że nieustannie ją obserwuje.
- Nigdzie mnie nie zabiorą, czuję się świetnie. – Był wkurzony. Cieszyła się, ze pasy są podwójne.
- Tak, poza ewentualnie złamanymi miednicą i nogami nic ci nie jest.
- Ałaaaa! Cholera, postaraj się być delikatna.
- Przepraszam.
– Pochyliła głowę starając się już w ogóle na niego nie patrzeć.
- Nie przepraszaj tylko daj mi ten cholerny Vicodin! – Szarpnął głową. Szwy znowu puściły. Opuściła ręce.
- Daj mi skończyć to co zaczęłam. To moja praca.
- Ty przeszkadzasz mi w całkowitym zrelaksowaniu się! Daj mi te tabletki.
- Nie dam!
– Popatrzyła na niego gniewnym wzrokiem. Ściągnęła usta i zaczęła zszywać go od nowa, lecz szarpnął głową zanim zdążyła wbić igłę. – Przysięgam, ze zostanę tu dopóki ty nie zaśniesz lub dopóki ja nie wbije ci się tą igłą w mózg. – Nie opuściła wzroku kiedy próbował ją telepatycznie zmusić do poddania się. W końcu odrzucił głowę na poduszki.
- Dotknij mnie tylko, a zobaczysz.
- Uważaj, bo ja ci zacznę grozić.
– Wyciągnęła igłę, ale odwrócił twarz plamiąc poduszkę krwią. – Zaraz przyjdzie Cuddy sprawdzić jak się czujesz. Jeśli zobaczy, ze dalej się z tobą nie uporałam, to ona przyjdzie tu z wiertłem, przykręci cię do tego łóżka i zaszyje twoją paskudną gębę. Więc siedź w spokoju.
- Marudna księżniczka…
- Mruczał ze złością pod nosem. Spojrzała na niego w osłupieniu.
- Co powiedziałeś?
- Nic.
- Ty… Ty nie spałeś.
– Zacisnęła wargi i przysunęła do niego igłę. Dla pewności chwyciła go za brodę. Szarpnął się mocniej sprawiając, ze ukłuła się. Zdesperowana zrobiła pierwszą rzecz jaka jej przyszła go głowy.
Przycisnęła wargi do jego ust. Oboje byli tym faktem mocno zaskoczeni. Chciała oderwać się od niego, ale położył rękę na jej dłoni. Zaciekawiona wysunęła język i sprowokowała go, by otworzył usta. Nie protestował. Igła wypadła jej z ręki.
- House, jak się… - Wilson stanął jak wryty. Cameron oderwała się od Grega i schyliła się, by podnieść igłę, a House położył głowę na poduszce i udawał, ze śpi.
- Aha… Czyli, ze wszystko w porządku. – Rzucił jeszcze raz okiem na Allison klęczącą na podłodze i dalej szukającą igły i wyszedł.
Odchrząknęła i usiadła na krześle. Popatrzyła się na niego. Na ustach igrał mu bezczelny uśmiech.
- Mogę dokończyć?
- Ale co?

Odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się.
- Chcę cię zszyć, byś wyglądał jako tako.
- Qui pro quo, Clarice.
– Uśmiechnął się jeszcze szerzej i ułożył grzecznie na poduszce.


Myśleli, ze o niczym nie wiedziała. Lecz nie bez powodu była oczami i uszami całego szpitala. Widziała jak Wilson osłupiał, kiedy stanął na progu sali, a potem wyszedł zakłopotany.
I nagle poczuła cos, do czego ani ona, ani tym bardziej House by się nie przyznali.
Nie chciała nazywać tego uczucia, bo to by było tak, jakby przyznawała się do niego.
Nie bała się ich okazywać (w przeciwieństwie do niego), ale uważała, że przyklejanie komuś lub czemuś etykiet automatycznie i niezaprzeczalnie uznaje istnienie tego czegoś. A niektóre rzeczy miały na zawsze pozostać w ukryciu.
Siedziała na kanapie i obejmowała łydki rękami i opierała głowę na kolanach. Myślała. Przydałaby jej się ta cudowna piłeczka House’a. Wszyscy wierzyli, ze ma jakąś cudowną moc, chociaż sam właściciel w żadną magię czy inne bzdury nie wierzył. Oboje byli jak oświeceniowi uczeni, który wierzyli w siłę rozumu. Lecz czasem odzywała się w niej romantyczna dusza. Po prawdzie, to wstydziła się tych chwil. Wstydziła się być taka jak Cameron, która zdawała się nie dostrzegać całego zła i wciąż nosiła uśmiech na ustach. Miała wystarczająco dużo siły i chęci, by zmienić House’a.
Jedyną przeszkodą była ona sama, administratorka i kochanka rzeczonego lekarza.
Bo tego… nie można było nazwać związkiem. Nie wypowiedzieli żadnych wiążących słów przysięgi, nie obiecali sobie miłości aż po grób. Nawet nie drażniło jej to. Lecz z drugiej strony nigdy nie spróbowała okazać mu przywiązania. W koncu byli dorośli i nie mieli czasu na gierki.
Cameron… Ona stała na pograniczu jakiejś bajki i świata rzeczywistego. Nie znała słowa „niemożliwe”, a jeśli nawet spotykała na swojej drodze przeszkodę, to albo za wszelką cenę starała się ją zwalczyć, albo próbowała ją obejść. Nigdy się nie poddawała, nie odpuszczała, nie rezygnowała. Chciała wciąż więcej od życia. I na pewno nie bałaby się spróbować przywiązać do siebie House’a. Młoda lwica dojrzała do tego, by odebrać pozycję przywódczyni stada.
Cuddy poczuła się pokonana i nie widziała sposobu, by zwalczyć ją, usunąć na drugi plan.
Do gabinetu wszedł Wilson. Był zły, cholernie zły. Zdziwiło ją tą. Lecz wiedziała, że i tak jej nie powie, w czym rzecz. Ostatnimi czasy był zamknięty w sobie, trudno było wyciągnąć z niego jakąkolwiek informację. Usiadł na fotelu przy biurku i siedział. Nie potrzebowali słów. Potrzebowali spokoju i planu.



_________________
Potrzebujesz bety? Pisz śmiało na gg:)

PostWysłany: Pią 16:38, 01 Maj 2009
Pinky
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 18 Mar 2009
Pochwał: 1

Posty: 150

Miasto: okolice Cze-wy
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Pięknie!
Scena z zszywaniem i pocałunkiem jest naprawdę świetna. Szkoda, że scenarzyści nam takich nie fundują Wink



_________________

Banner pożyczony od Jeanne
Zamałżowiony kochanej Pauli :*

PostWysłany: Pią 20:02, 01 Maj 2009
lesio
Starachowicki Magnat
Starachowicki Magnat



Dołączył: 31 Sty 2009
Pochwał: 15

Posty: 5489

Miasto: Starachowice
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

PART III

Czuła się jak w siódmym niebie. Wargi miała nabrzmiałe od pocałunków. House nie dał jej skończyć szycia. W końcu zawołała pielęgniarkę, która bez ceregieli unieruchomiła głowę pacjenta, kilkoma sprawnymi ruchami założyła szwy i nałożyła opatrunek. House patrzył na Allison z miną zbitego psa. Nie lubiła tego. Spuściła głowę i wyszła, chcąc wszystko przemyśleć. Po drodze wpadła na Lisę.
- Doktor Cuddy!
- Dzień dobry…
- O dziwo, ona była równie speszona. Popatrzyły sobie w oczy i jednocześnie w ich głowach pojawiło się jedno: „House!”.
Cuddy dumnie uniosła głowę i wyminęła Cameron. Nie zamierzała przegrać. Nie z takim podlotkiem. Allison nie odrywała od niej wzroku. Poczuła niepokój.

Gdyby miał wybierać, wolałby Cuddy. Świetnie się z nią rozumiał, mieli te same priorytety. Lecz z Cameron nie miał szans. Gdyby House byłby właśnie z nią, to już nikt nie miałby nad nim kontroli. Allison była marzycielką, wierzyła w przemianę Grega, jego przejście na jasną stronę życia. Dawałaby mu wolną rękę, by okazać swój dowód dozgonnej miłości. Lecz jego ustatkowanie się było niemożliwe. Prędzej ten zatwardziały ateista uwierzyłby w Boga. Wilson wszedł do gabinetu i wtedy jego wszelkie nadzieje prysły jak bańki mydlane. Cuddy zrezygnowała. Nie płakała, nie rwała włosów z głowy, nie szalała. Wydawała się normalna. Lecz jej ciało krzyczało: ,,Nie mam już siły!”.

Był zły, nie mógł pogodzić się z przegraną. To tak jakby umarł mu pacjent, którego leczył już kilkanaście lat. A kiedy w koncu pokazuje się światełko w tunelu, przychodzi Kostucha i zabiera go bez walki. Jej bronią jest szybkość i zaskoczenie.
To ich powaliło.

Nagle przyszła mu do głowy myśl. Można byłoby uznać, że House jest w stanie śmierci klinicznej. Kostucha stoi przy drzwiach, lecz pomiędzy nią a pacjentem jest jeszcze on i Cuddy i tylko ich szybko interwencja może pomóc umierającemu.

Uśmiech zajaśniał mu na twarzy, a Cuddy poczuła się tak, jakby nagle zza zimowych chmur wyskoczyło słońce oblewając ich gorącą falą.
Wilson wyłożył jej swoją teorię. Potrzebowali tylko czasu.

Zmierzała do sali z naręczem świeżych bandaży. Potrzebowała w końcu jakiejś wymówki, by móc na niego popatrzeć!
Już z daleka słyszała podniesione głosy. House i Cuddy wszczynali kolejną bitwę.
- Masz się wynieść z mojego mieszkania! Nie chcę robić z niego graciarni!
- Moje płyty to nie graty!
- Ale ty ich w ogóle nie słuchasz!
- Słucham! Tylko w tajemnicy...

Cameron nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Odwróciła się na pięcie i pobiegła na immunologię. Tam odpoczywała najchętniej.

Cuddy czuwała w pokoju House’a całą noc. Wystąpiły komplikacje, pojawiła się gorączka, obawiali się zakażenia. Drżała ze strachu. Kątem oka dostrzegła skradającą się Cameron. Nie chciała, by ona tu siedziała, kiedy Greg się obudzi.

Nie miała pojęcia co tak naprawdę do niego czuje. Bała się zaufać, nie chciała cierpieć. Nie wiedziała jak on zareaguje na nagłe zwiększenie dawki czułości. Miłość podobno leczyła z wszelkich cierpień, lecz nie miała pojęcia, jak on poczuje się po zaaplikowaniu tego nowego narkotyku.

Ciekawe, jak by się to wszystko potoczyła, gdyby jego noga była zdrowa. Z pewnością jego charakter nie zmieniłby się, ale może nie byłby taki rozgoryczony i przestraszony. Tak, bo on bał się zaufać, powierzyć komuś swój los w czyjeś ręce po raz kolejny. Może Stacy byłaby znośniejsza. Może ona sama nigdy nie odważyłaby się pocałować House’a przy wszystkich ludziach. To były jego urodziny, pocałunek tylko okazyjny, w policzek. Lecz wszystko potoczyło się nie tak jak trzeba. Chciała się odsunąć, lecz on przylgnął do niej całym ciałem. I nagle świat przestał dla niej istnieć, był tylko Greg, a raczej jego usta. Nieprzyzwoicie miękkie i kuszące, nie pasujące do stalowoniebieskich oczu i cynizmu. Nawet teraz przez jej ciało przebiegł dreszcz podniecenia.

Zamknęła oczy i starała sobie wyobrazić, jak całował Cameron. Na pewno nie mógł położyć jej ręki na głowi lub plecach, bo był cały skrępowany pasami. Próbowała odgadnąć, czy jego usta były miękkie, czy ona oddała pocałunek, czy był delikatny, czy kiedy oderwali się od siebie czuł jeszcze smak jej pomadki na swoich wargach, a w głowie miał zamęt. Tak, pocałunki były jak narkotyk. Sama uzależniła się od dotyku jego ust na swoim ciele, wciąż pragnęła ich więcej. Chciała być budzona co rano muśnięciem delikatnym jak powiew letniego wietrzyka o poranku.
Cholera, znowu odezwała się w niej romantyczka. Pochyliła głowę i oparła ją na kolanach płonąc ze wstydu. Czuła się winna. Lecz po chwili znowu popatrzyła na jego usta. Czuła się jak mała dziewczynka, która dotyka kruchych porcelanowych zabawek. Kusiły, choć wiedziała, ze jeśli ją ktoś zobaczy, to zostanie skarcona. Ale teraz było teraz. Chciała się napatrzeć, by móc śnic o tych ustach.

Czuł jej obecność. Chichotała pod nosem. Chyba spała. Mógł na nią wreszcie popatrzeć. Siedziała skulona na fotelu obok. Jedną rękę zarzuciła na podkurczone nogi i oparła na niej głowę, a drugą trzymała na swoim obojczyku nieświadomie odchylając materiał bluzki i ukazując delikatną skórę.

Bał się przywiązania, bo wiedział, że w pewnym momencie tak bardzo zawierzamy drugiej osobie, że nie dopuszczamy do siebie myśli, iż ta osoba może kiedyś pomylić się, choćby nieumyślnie, i zaszkodzić nam. Bał się bólu, jak każdy. Nie chciał okazywać słabości. Dlatego tylko kiedy nikt nie widział, mógł prowadzić ze sobą bój.

Nie wiedział co czuł do każdej z nich. Sprawy, których nie dało się logicznie wytłumaczyć, były ciężkie dla niego. Chciał się po prostu kiedyś obudzić i zobaczyć, że wszystko samo się wyjaśniło i poukładało. Ale to było możliwe tylko w snach. Nie chciał pochopnych decyzji, bo wtedy mógłby spieprzyć życie nie tylko sobie. Mógłby zaprzepaścić okazję, o której tyle razy mówił Wilson, choć dla niego samego wydawała się abstrakcyjna.

Miłość. Obezwładniające uczucie, głupie i ślepe, niezrozumiałe w swych poczynaniach i nieprzewidywalne, powalające największych mocarzy i najświetniejsze umysły. Nie chciał mu się poddawać, ale jak na razie źle mu wychodziło. Najdziwniejsze jest to, że od czasu Stacy nie pokochał nikogo, a tu nagle kiełkują w nim dwa zalążki. Musiał zdecydować, który z nich uśmiercić.


Miała mętlik w głowie. Nie wiedziała, czy wolno jej mieć nadzieję, czy może powinna już dawno się poddać. Kiedy zobaczyła Cuddy i jej oczy… Uświadomiła sobie, że może zapędza się za daleko. W końcu House nie jest wolny. Ale z drugiej strony nie związał się żadną obietnicą, a przynajmniej tak myślała, bo po prostu to do niego pasowało. Nagle ktoś otworzył drzwi i powoli wszedł do pokoju. Przystanął i zapewne rozglądał się. Wcisnęła się mocniej w fotel.
- Nie bawimy się w chowanego, Cameron. I zmień w końcu te perfumy, są okropne. – House odwrócił się i wyszedł. Oparła brodę o kolana.
„Cholera, musiał się przyczepić do perfum”.
Wyszła na korytarz i poprawiła włosy. Nagle jej uwagę przyciągnęła rudowłosa kobieta w jeansach i granatowej bluzce na ramiączkach. Odwróciła się w stronę Cameron i pomachała do niej ręką.
- Allison, cały szpital cię szuka specjalnie dla mnie! – ruda uśmiechnęła się szeroko. Była tak ujmująca, ze wszyscy wokół również się uśmiechnęli.
- I po to nawet House ruszył się z gabinetu? – szły powoli w stronę Diagnostyki. – Jen, co ty tu robisz?
- Przyjechałam w odwiedziny do matki i pomyślałam, że zajrzę również ciebie.
– Znowu się uśmiechnęła. Minęły gabinet House’a. Były tak zagadane, że nawet nie zauważyły, a wpadłyby na niego, kiedy chciał wyjść na korytarz.
House rozejrzał się ze zdziwieniem i pokuśtykał za nimi. Obserwował tyłek Cam i tej drugiej. Była atrakcyjna, miała bujne rude włosy i była wyższa od swojej koleżanki. Nagle przystanęły, więc niby przypadkiem wpadł na nie.
- Wow! Uważajcie jak chodzicie!
- Nie mogłeś nas ominąć?
– Oczy Jen zapłonęły, a Cam zwęziły się.
- Nie mogłem! Jestem kaleką! – Rzucił jej w twarz. – Co ona tu robi? – Zwrócił się do Allison. – Jeszcze zarazi nam pacjentów! – Zrobił wielkie, zmartwione oczy i poszedł do swojego gabinetu.
- Kto to jest?
- House.
- Aha… Sexowny. Ale ma kłopoty z mózgiem.
– Jen odwróciła się i weszła do gabinetu, gdzie siedzieli Chase i Foreman.


Wparował do gabinetu Cuddy jak burza. Nawet nie podniosła głowy znad biurka, bo nie robiło to już na niej żadnego wrażenia.
- Cameron nie żyje.
- O mój Boże, tak mi…
- Podniosła na niego zasmucone oczy.
- A przynajmniej umrze za jakieś dziesięć minut, jeśli nie będzie się stosować do regulaminu. – Zrobił oburzoną minę. Cuddy otworzyła szeroko usta. – Zamknij buzię, bo ci jeszcze zęby wypadną. – Pokiwał głową, usiadł na kanapie i oparł nogi o stolik.
- Ale… jak to nie stosuje się? I od kiedy tak bardzo przejmujesz się takimi… - Otworzyła szeroko oczy. – Niemożliwe.
- Co?!
- Muszę powiedzieć o tym Wilsonowi.
– Uśmiechnęła się i wyszła. Chciał ją zatrzymać, ale nie zdążył.
Tymczasem Cuddy pobiegła do Jamesa.
- Wilson, w życiu nie uwierzysz co się stało. – Wparowała do jego gabinetu.
- Boże, po co ja zamontowałem tu te drzwi, skoro nikt nie puka… - Spuścił głowę i podsunął jej kanapki.
- Nie, dziękuje. House właśnie się oburzył…
- Hej, hej! Ploteczki o nim to nie mój dział. Pielęgniarki maja swoją stację ze dwa metry od mojego pokoju.
- Ale to dotyczy Cameron.
- To mów.
– Przysunął się bliżej.
Kiedy wyłożyła mu cały problem, popatrzył na nią zdziwiony. – No i?
- I ty się jeszcze pytasz? On po to do mnie przyleciał, bo mu zaczęła zawadzać ta Jennifer… A jeśli mu ktoś zawadza, to…
- O mój Boże. To znaczy, ze…
- Że co?
– House wziął sobie kanapkę i oparł się o futrynę. – Mówcie, mówcie, jestem ciekawy. – Zaczął powoli żuć, ale zamarł. – Hej, udawajcie, ze mnie tu w ogóle nie ma! – Patrzył na nich z wyczekiwaniem.
- To udawanie będzie bardziej wiarygodnie wyglądało jeśli stąd wyjdziesz. – Cuddy wstała, wypchnęła go na korytarz i wyszła za nim zamykając drzwi. Wilson oparł głowę na dłoniach i sięgnął po kanapkę.
- O mój Boże… House napalił się na kogoś innego niż Cuddy, Cameron, Stacy, Kate i Amber. To robiło się już nudne. – Zaczął się śmiać.


Jadły z Jen lunch w stołówce, kiedy nagle przysiadł się do nich House. I jak gdyby nigdy nic zaczął jeść sałatkę warzywną (!) i to kupioną za własne pieniądze. Widelec, który Cameron podnosiła do ust zatrzymał się w miejscu. Gapiła się na niego jak na kosmitę. W pewnym momencie otworzył szeroko usta i również zaczął wlepiać w nią oczy. Jen obserwowała wszystko z rosnącym zainteresowaniem. Nagle Cameron opuściła rękę i pochyliła się nad talerzem.
- Zamknij usta, bo ci jedzenie wypadnie, a to nie będzie zbyt efektywne ani tym bardziej sexowne. – Jen śmiała się do rozpuku.
- Co ty tak z tym sexem wyjeżdżasz od rana? – Cameron starała się mówić cicho, by nie słyszała tego reszta stołówki.
- Nie uprawiasz to nie wiesz. – Uśmiechnęła się do House’a figlarnie, który, o dziwo, też się uśmiechnął. Odwróciła się do Cam. – Nie uważasz, ze on jest sexy? – Powiedziała do niej jak gdyby House’a tam w ogóle nie było. Allison patrzyła to na Grega, to na nią, ale nie odpowiedziała. – Czy uważasz, że jesteś sexowny? – Jen obróciła się w jego stronę.
- Boże, kobieto, jesteś niewyżyta czy co? – House udał oburzonego, ale uśmiechnął się.

Cameron osłupiała. – Jesteś starym pierdołą, House. – Nawet nie wiedziała skąd wzięły się u niej takie słowa. Wzięła przyjaciółkę za rękę i poprowadziła do wyjścia.
Tymczasem diagnosta rzucił w kąt sałatkę, łyknął podwójną dawkę Vicodinu i oparł brodę na dłoniach.


Wilson podrywał właśnie nową pielęgniarkę kiedy przed oczyma mignęła mu burza ognistoczerwonych loków. Jego głowa automatycznie się obróciła, a nogi podążyły za Cameron i Jennifer. Nagle Jen odwróciła się i stanęła z nim twarzą w twarz ze swoim nieodłącznym uśmiechem.
- Dzień dobry. – Powiedziała jak gdyby nigdy nic, a potem poszła za Allison. James osłupiał. Wpadł jak burza do swojego gabinetu. Tam czekał już na niego House.
- Wreszcie! Myślałem, ze nigdy się nie doczekam! – położył się na kanapie i odłożył laskę.
- Matko Boska… Ona rzeczywiście jest… Genialna.
- Wiem, te płomienie…
- Te kształty…
- Prosta i twarda…
- Idealna…
- I taka… Wesoła!
- O czym ty mówisz?
– House, udając zdziwienie, podniósł głowę.
- A ty? – Wilson był naprawdę zdziwiony.
- O mojej lasce, idioto.
- Boże… A widziałeś Jen? Żywy ogień!
- Moja laska też ma płomienie! Z czym ona jest gorsza od tej… Tej… Jak jej na imię?
- Nie udawaj. To Jen. JEN. Boska Jen.

House podniósł brwi do góry. – Żartujesz, prawda?
- Ale z czym?
- Że niby ja…?! Napalony na nią?
- Ale przyznaj, musiała cię nakręcić, skoro tutaj przyszedłeś.
- Chciałem kanapkę.
- Dopiero co byłeś na stołówce. Z nią.
- Z NIMI. Podlotek też był. Sałatka mi nie wystarczy.
-Wow.
- Co?
- Cameron to PODLOTEK? Przypominam sobie jasno… Tak, tak jakby to było wczoraj!
– Popatrzył na niego z udawanym zachwytem. – Wybierałeś dla niej kwiaty! Ooooo tak… A teraz… TO?!
- Co?
- Co co?
- Hę?
- Możesz mówić po ludzku?
- Ty zacząłeś.
- Nieprawda.
- Prawda.
- Nieprawda!
- Zamknij się i daj mi kanapkę!
Wilson usiadł w fotelu i patrzył w sufit. House jadł i myślał. Do gabinetu wpadła Cuddy.
- House! Dlaczego jej nie wyrzuciłeś?
- Jen jest spoko.
– Greg zdawał się nie przejmować słowami szefowej, a Wilson w zamyśleniu pokiwał głową.
- Spoko? Jeszcze pół godziny temu chciałeś ją wyrzucić razem z Cameron, a teraz ten rudzielec jest SPOKO?!
- Zazdrosna?

Cuddy zawyła ze złości i wybiegła.


Siedziała przed białą tablica i gryzła skuwkę od mazaka. Patrzyła się na trzy pośpiesznie nakreślone słowa:
Cameron House Cuddy
- Jak to się dalej potoczy?
- Powinnaś dopisać jeszcze mnie.
– Jen usiadła obok niej i się uśmiechnęła. – Jak bardzo ci na nim zależy?
- Nie zależy.
- Gdyby tak było, to pośrodku napisałabyś kogoś innego, na przykład tego miłego i zakłopotanego lekarza.
- To przyjaciel House’a.
- Przyjaciel?! Jakim cudem jeden nie zabił jeszcze drugiego?
- Jejku, jest jeszcze tyle rzeczy, które cię zadziwią, siostrzyczko.
– Popatrzyła na Jennifer i zmazała tablicę.


House stał przed gabinetem i przyglądał się jak Cameron maże tablicę. Widział też burzę rudych włosów przy stoliku. Jen siedziała tyłem do drzwi. Dziwna dziewczyna. Zachowuje się swobodnie, lecz jakby wymuszenie. Wprowadza zamieszanie do szpitala, próbuje coś pokazać, ale nikt nie wie, a już z pewnością ona sama, co to niby ma być. Patrzył na Cameron i czytał z ruchu jej warg. Była rozgoryczona i smutna. Nawet uśmiech Wielkiego Słońca, jak nazywał Jennifer w myślach, nie pomagał. Zdziwił się kiedy Allison nazwała tę kobietę siostrą. Chciał wiedzieć, czy to prawda, ale nie mógł się teraz ujawniać. Różnice między nimi były ogromne. Cameron jest drobna i niepozorna, chce pomóc całemu światu i o swoje dobro dba na końcu, wytyka mu błędy, co jest dla niego bolesne. Odkrywa jego duszę i rozkłada na części pierwsze. Intryguje go jej radość życia. Pomimo krzywd i trudów jest wesoła. Zaraża tym jednych, a drugich, w tym jego, denerwuje. Dlaczego? Bo sam nie potrafił być taki sam? A może życie za bardzo mu dokopało?

Przypomniał sobie jej nadgarstek. Zalała go fala nieznanych uczuć. Pamiętał dotyk jej skóry i delikatny zapach, Miała inne perfumy niż zazwyczaj. Rozdrażniło go to, ale jednocześnie podnieciło. Gdyby nie obecność śpiącej Cuddy w pokoju, inaczej by się to wszystko potoczyło. Nie byliby teraz z Cameron w stanie cichej wojny.

Jennifer… Przy niej był inny. Wyzwalała w nim nieznane dotąd instynkty. Czuł się jak samiec modliszki – wiedział, że w końcu zostanie przez nią pożarty, ale i tak zbliżał się coraz bardziej. Kiedy będzie już za późno, oboje osiągną to do czego dążyli, a on pogrąży się w agonii. Przerażała go ta wizja, tak bardzo, że aż postanowił trzymać się z daleka. Wstydził się swojego zachowania. Była o wiele młodsza od niego, lecz powalała go tą swoją młodością i świeżością, przypierała do muru. Był bezbronny. On, który patrzył na wszystkich z góry i szydził z nędznych prób podrywania go przez Cameron; on, który bał się wykonać krok dalej w związku z Cuddy.

Cuddy…? Otrząsnął się. Przecież był z nią! Tak mało wnosił w ten związek, że zapomniał o nim. To było karygodne. Nawet nie miał pojęcia jak to zakończyć. Ale wiedział, że i tak będzie miał przerąbane. Nagle ktoś zapukał w szybę. Podniósł głowę i spojrzał prosto w oczy Cameron. Była taka przestraszona. Przymknął powieki i odszedł.

Zauważyła go już wcześniej, ale była ciekawa co zrobi. Nagle jakby się wyłączył. A po chwili znów się ożywił. Pokręcił głową. Coś było nie tak. Podeszła i zapukała w szybę. Uniósł głowę.

Oddałaby wszystko, by zatrzymać wyraz jego oczu. Zdążyła go uchwycić przez niecałą sekundę. Zaskoczenie i strach, zauroczenie i głęboko skrywane pragnienia. Czuła się jakby zajrzała mu prosto w umysł i przeczytała wszystkie sekrety.

A po chwili znów był tym samym Housem. Nieczułym, zimnym, cynicznym zrzędą. I znowu, po raz setny w tym tygodniu zadała sobie pytanie: „Dlaczego on?”

Usiadła obok Jen. Przypomniała sobie te kilka dni, kiedy House wracał do siebie. Ten pocałunek, który dla niej był już ostatnim, ponieważ obiecała sobie, ze nigdy nie straci głowy.
Przed oczami jeszcze raz stanęła jej ta sala, on, pozornie bezbronny i zagubiony i ona, skulona na fotelu obok:

Cuddy głęboko spała. Jej ręka była wyciągnięta w stronę House, który spał, a przynajmniej tak to wyglądało. W pokoju panował delikatny półmrok. Podeszła do łóżka i zaczęła poprawiać pościel. Potem nerwowo obejrzała się na śpiącą lekarkę i przysiadła na krańcu posłania. Już podnosiła rękę, by dotknąć jego twarzy, lecz złapał ją za nadgarstek.
- Ani słowa. – Szeptał. Poczuła się strasznie dziwnie. Nastrój panujący w pokoju był bardzo intymny.
- A Cuddy…?
- Była tak rozhisteryzowana, ze kazałem zaaplikować jej podwójną dawkę środków nasennych.
- Zwariowałeś? Przecież mogłeś…
- Nic jej nie będzie. Przynajmniej nie gnębi mnie po nocy jak ty. – Popatrzył na nią uważnie. - Czego chcesz? Nie jestem twoim pacjentem.
Chciała wstać lecz cały czas ją trzymał. Delikatnie, ale zdecydowanie.
- Puść mnie.
- Nie wykręcaj się od odpowiedzi.

Milczała. Niespodziewanie pociągnął ją ku sobie. Cameron w porę zorientowała się o co mu chodzi i podparła się drugą ręką, tuż przy jego głowie, by nie spaść z łóżka i nie narobić hałasu. Ich usta były bardzo blisko. Przymknęła oczy. Tak bardzo tego pragnęła. Tu i teraz. Nagle House cicho się zaśmiał. Odepchnął ją od siebie i złożył na jej nadgarstku delikatny pocałunek, muśnięcie.

Zadrżała i odsunęła rękę. Widziała zaskoczenie w jego oczach i strach. Czemu tak się bał? A może to tylko jej obecność? Bał się, obserwowała to codziennie, z dnia na dzień coraz częściej. Denerwowało ją to.
Nagle Cuddy poruszyła się.
- House…
Cameron zerwała się i uciekła.


- Allison? – Jen potrząsnęła nią. – Obudź się.
- Nie śpię.
– Cameron podniosła głowę i rozejrzała się. Dotknęła ustami nadgarstka i wzięła głęboki oddech. Miała wrażenie, że wdycha także jego zapach. Wstała i spojrzała na Jen. – Chodźmy. Nie powinno Cię tu być. Mam trochę pracy.

Wilson uwielbiał obserwować ludzi. Wprawdzie nie miał takiej wprawy jak House, ale widział emocje, podczas gdy jego przyjaciel skupiał uwagę na szczegółach i swoim doświadczeniu. Wielu ludziom brakowało empatii, nie rozumieli się nawzajem, co często było przyczyną wielu konfliktów. Gdyby znali potrzeby innych, może świat byłby lepszy.

Ale Wilson do tej pory, pomimo wielu obserwacji i analiz, nie potrafił zrozumieć co tak naprawdę jest między Cameron a Housem. Ta dziewczyna była inna niż wszystkie jakie spotkał. Był nią zachwycony, ale z drugiej strony przerażało go to jak daleko mogła zajść zyskując pełną kontrolę nad Gregiem. O dziwo, tylko ona miała na niego jakikolwiek wpływ. Nikomu innemu nie udało się nakłonić go do stawiania diagnoz kiedy był w stanie wojny z Cuddy i siedział w domu ani do częstszych, aczkolwiek i tak krótkich, pobytów w klinice. Miała doprawdy magiczną moc, bo nakłonić go do czegokolwiek była wielką sztuką i sam w duchu składał jej pokłony do ziemi.
Ale to było niebezpieczne. Potrafiła pokazać pazurki. Sprawiała wrażenie słabej, ale bał się, że postawi wszystkich do pionu. Zadrżał…

W górę. I w dół. W górę. I w dół. Monotonia, przyczyny i skutki, wszystko po sobie następuje. Jest z Cuddy, więc musi coś z tym zrobić. Są objawy, więc jest choroba, a potem leczenie. Są słabe kobiety, więc jest Wilson.
Ale co, do cholery, robiła tu Jennifer?!
Piłka odbiła się od ściany. Zamyślił się i zamiast do jego rąk, to trafiła go w głowę. Zdenerwował się. Nie potrafił jej rozgryźć.

Obserwował je. Patrzył na wzajemne reakcje, nieświadome. Nie zachowywały się jak siostry, bardziej jak jakieś… Kto?
Nie umiał znaleźć odpowiedniego słowa. Łyknął Vicodin. Przepływająca w tym samym czasie przez jego umysł myśl tak bardzo go zadziwiła, ze nieomal udusił się tabletką.
Wypił trochę wody. Brakowało mu burbonu. Wstał, zabrał laskę i kurtkę i wyszedł.

W holu natknął się na Cameron. Kartkowała karty pacjenta. Kiedy go dostrzegła, podbiegła z naręczem kartek.
- House…
- Nie teraz.
- To kiedy?
- Może wpadniesz?
– Mrugnął do niej okiem i od razu zignorował.
- Ale… Mamy pacjenta!
- No właśnie. WY macie. Ja mam czas wolny.
– Pokuśtykał do drzwi z zamiarem natychmiastowego przerzucenia się do „Sherries”.

- Gdzie Cuddy? – Cameron płonęła z wściekłości. Nie mogła teraz wyjść, ich pacjent miał poważne problemy z oddychaniem, musieli jak najszybciej postawić odpowiednią diagnozę i zacząć leczenie.
- Nie wiem. Pewnie u House’a. – Wilson nie podnosił wzroku.
- Cholera. – Cameron pobiegła korytarzem.

Wiedział, że kłamstwo nie popłaca. Ale tylko tak mógł pomóc Lisie. Wiedział, że Allison będzie chciała jechać teraz do House’a. Natknął się na Chase’a.
- Doktorze Wilson! Gdzie House?
- Nie wiem... Pilnujcie Cameron. Chce jechać do niego, a teraz przede wszystkim musicie zdiagnozować pacjenta.

Chase popatrzył na Jamesa zdziwionym wzrokiem, ale kiwnął głową i odszedł. Wilson przymknął oczy.
,,Oby się udało..."

Wyszedł z "Sherries" koło dziesiątej wieczorem. Nie zważał na to, że był porządnie wstawiony. Wsiadł na motor i pojechał. Myślał o dwóch kobietach i był wściekły, że nie mógł wybrać. Kochał...? Nieobca mu była ta kwestia, ale nie potrafił rozstrzygnąć co tak naprawdę dzieje się w jego duszy... W głowie mu pulsowało, choć był po podwójnej dawce Vicodinu.
Cholera... Jasna cholera...

Przed samym domem przewrócił się. Ogarnął go strach, ale w ostatniej chwili jakoś udało mu się nie zyskać większych obrażeń niż rany na twarzy. Zaklął i próbował wyciągnąć swoją nogę spod motoru. Nie przestawał myśleć. Kiedy w końcu się uwolnił, już wiedział. I postanowił. Z uśmiechem na ustach, trochę się zataczając, szedł do drzwi.

Czuła, że zrobił coś głupiego. Bała się, tak okropnie się bała. Obiecała sobie, że odsunie się od niego, ale nie potrafiła. Jego oczy... Jego usta... Jego okropny charakter... Działał na nią. Boże, jak bardzo pragnęła mieć go tylko dla siebie.

Wsiadła do autobusu. Z nerwów nie mogła usiedzieć na miejscu. Prosto z przystanku pobiegła pod jego dom. Zobaczyła jego przewrócony motor i łzy same napłynęły jej do oczu.
Uklękła na chodniku i zaczęła płakać. Umarł... To nie mogła być prawda. Inaczej straciłaby sens swojego życia.
Nagle zobaczyła światło w jego oknie. Z bijącym sercem wstała i szła powoli do jego mieszkania. Słyszała jak ktoś trzaska się za drzwiami.
Zapukała.

Bała się, ze otworzy jej ktoś inny. Ale to był on. Oślepiło ją światło padające zza jego pleców. Wyglądał strasznie. Skóra była poszarpana i zakrwawiona. Ale żył!
- Cameron...
Zarzuciła mu ręce na szyję i zamknęła usta pocałunkiem. Nagle ktoś wyrwał House'a z jej objęć.



_________________
Potrzebujesz bety? Pisz śmiało na gg:)

PostWysłany: Pią 17:34, 08 Maj 2009
Pinky
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 18 Mar 2009
Pochwał: 1

Posty: 150

Miasto: okolice Cze-wy
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

taka jednak sprawa.. za często używasz słów z by i to w takich miejscach że źle brzmią...

Cytat:
by przeżywałby
- lepiej brzmi "by przeżywał"

Cytat:
i słyszałby
- "i słyszał"

a piłeczka nie jest czerwono-zielona?

Dodano 2 godzin 18 minut temu:

Cytat:
Bał się przywiązania, bo wiedział, że w pewnym momencie tak bardzo zawierzamy drugiej osobie, że nie dopuszczamy do siebie myśli, iż ta osoba może kiedyś pomylić się, choćby nieumyślnie, i zaszkodzić nam. Bał się bólu, jak każdy. Nie chciał okazywać słabości. Dlatego tylko kiedy nikt nie widział, mógł prowadzić ze sobą bój.


toj jest dobry tekst.. taki prawdziwy.. nie tylko House tak myśli^^

Cytat:
- Nie, dziękuje. House właśnie się oburzył…
- Hej, hej! Ploteczki o nim to nie mój dział. Pielęgniarki maja swoją stację ze dwa metry od mojego pokoju.
- Ale to dotyczy Cameron.
- To mów. – Przysunął się bliżej.


dobre... szybka zmiana zainteresowania u Wilsona^^

BTW po polskiemu seksowny pisze sie przez "ks" a nie "x" Razz

Cytat:
- Matko Boska… Ona rzeczywiście jest… Genialna.
- Wiem, te płomienie…
- Te kształty…
- Prosta i twarda…
- Idealna…
- I taka… Wesoła!
- O czym ty mówisz? – House, udając zdziwienie, podniósł głowę.
- A ty? – Wilson był naprawdę zdziwiony.
- O mojej lasce, idioto.
- Boże… A widziałeś Jen? Żywy ogień!
- Moja laska też ma płomienie! Z czym ona jest gorsza od tej… Tej… Jak jej na imię?
- Nie udawaj. To Jen. JEN. Boska Jen.


dobre.. hahaha

Dodano 1 minut temu:

a fik świetny.. walka Cuddy z Cameron i Wilson stojący teraz po stronie Cuddy (choć zwykle się nie miesza)



_________________
FUS forever

sis - Sevir :**

... i dopiero wtedy stało się światło

"you are still terribly afraid to be hurt, your imaginary sadism shows that. so afraid to be hurt that you want to take the lead and hurt first." "Only with you, eternity wouldn't be boring."

PostWysłany: Sob 14:07, 16 Maj 2009
Caellion
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 15

Posty: 5591

Miasto: Bełchatów/łódź
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

PART IV

Przewiercał ją wzrokiem na wylot. Widziała, ile zdziwienia, ale i tęsknoty było w jego oczach. Piekły ją usta, była ubrudzona jego krwią.
- Trzeba go opatrzyć. – Wilson posadził pijanego House’a na kanapie i poszedł po apteczkę. Allison usiadła obok Grega. Był rozkojarzony i zmęczony, a pomimo tego wciąż wbijał w nią natrętny wzrok. Widziała tyle pytań w jego oczach. Przyszedł James i odepchnął ją.
- Idź do domu.
- Nie mogę.
– Czuła jego zdziwiony wzrok, chociaż stała odwrócona tyłem. – Przyszłam do House’a.
- Jest zmęczony… I pijany. Nie potrzebuje, by ktoś się nad nim użalał.
- Wyjdźcie oboje.
– House podniósł się i usiadł na kanapie pocierając czoło ręką. – Wynoście się oboje. – Odepchnął Wilsona i pokuśtykał w stronę sypialni. Zataczał się i podtrzymywał o ściany.
- Ale…
- Nie rozumiecie słowa „oboje”?
– Popatrzył na nich ze złością. – To znaczy TY i TY. O-B-O-J-E! – Wskazał na Wilsona i Cameron, i odszedł.
Spojrzała na Jamesa. Już chciała wychodzić, ale złapał ją za ramię i wyszedł razem z nią. Palce zaciskał mocno. Był wkurzony. Próbowała się wyrwać, ale nie mogła. W koncu znaleźli się na ulicy. Złapał ją za rękę i przyciągnął ku sobie. To bolało.
- Po co tu przyszłaś?!
- Myślałam, że coś mu się stanie! Był pijany, mógł zginąć na tym motorze!
- To wyobraź sobie, że znam go lepiej od ciebie! Niepotrzebnie tu przyjeżdżałaś.
– Obrócił się i poszedł w swoją stronę. Stała na środku ulicy i wpatrywała się w ciemność jakby zaraz miało pojawić się tam wybawienie czy coś.
Nie jest taki miły i niewinny jak myślałam… Ale nie może mi zabronić, żebym widywała się z Housem.

Zdziwił się, kiedy zobaczył Wilsona w swoim mieszkaniu. Już miał go wyrzucić, kiedy nagle ktoś zapukał. Przełknął ślinę i otworzył. Światło oświetlało jej twarz zalaną łzami i nadawało połysk jej włosom. Patrzył na nią z góry. Piekła go skóra na twarzy. Widział troskę w jej oczach i prawdziwą rozpacz. Nie mógł się odezwać. Czas jakby stanął w miejscu, chwila wydawała się wiecznością. Chłonął jej obraz i starał się go zapamiętać. Odtwarzał go w głowie i zachwycał się nim. To nie mogła być prawda. Ona. Tutaj. W jego mieszkaniu. Martwi się. O niego.
O niego!
Chciał się ruszyć, ale nie mógł. Bał się, że to tylko sen i pragnął go jakoś utrwalić. Może gdyby pochwycił ją w ramiona, zostałaby na zawsze. Ale nie mógł nic zrobić. Troszczyła się o niego, o jego życie… Ona… W głowie miał pustkę.
- Cameron…
Te słowa były jak muzyka dla jego uszu. Zobaczył błysk radości w jej oczach. A kiedy poczuł jej dłonie na swoich ramionach, niby tak lekkie, a jednak wgniatające go w tę podłogę i nie pozwalające mu się ruszyć, kiedy dotknęła jego ust… To było jak magia, w którą nigdy nie wierzył, jak sen. I żałował, że musi się obudzić i zostawić jej obraz w objęciach Morfeusza.
Nagle poczuł jak jakaś okropna siłą odciąga go od niej. Znieruchomiał. Czuł, że to koniec, dlatego bał się zareagować, by ta mara jeszcze została. Nie chciał jej rozproszyć.
Kiedy w końcu zorientował się, że tą siłą był Wilson, a Cameron jest prawdziwa i naprawdę go pocałowała, poczuł gniew. I nagle, z niezwykłą siłą, uderzyła go ta niemoc, którą zwykle odczuwa się po kilku głębszych. Wilson posadził go na łóżku, a ona usiadła obok. Był wściekły, że dał się tak omamić, a jednocześnie wstydził się jak dzieciak, którego przyłapano na całowaniu z lalką. Usta go piekły. Ona była prawdziwa… I patrzyła na niego z takim zatroskaniem. Powróciło jego stare, zrzędliwe „ja”. Chciał coś powiedzieć, ale plątał mu się język. Chciał dosłownie przebić ją wzrokiem, by uświadomiła sobie jaki błąd popełniła. Wiedział, że nawet Cuddy nie pocałowałaby go w drzwiach.
Chciał, by Cameron wiedziała ile zła wyrządza sobie zakochując się w nim.
Nie czuł żalu ani smutku kiedy ich wyrzucał. Nie paliły go jej pytające spojrzenia. Można nawet powiedzieć, że ucieszył się, kiedy został sam.
Ale po chwili ogarnęła go samotność i pustka, naciskały na niego jak ściany pułapki. Przymknął oczy i wzniósł głowę do góry. Dotknął palcami ust, wodził po nich i czuł pod palcami jej ślad. Czuł jej zapach wokół siebie, dotyk dłoni na ramionach. Odwrócił się i pokuśtykał do telefonu.
-Cuddy...? Mam prośbę…

Wilsonowi musiało się udać, skoro House zadzwonił do niej w środku nocy. Wiedziała, że pił i mogło mu się coś, ale i tak nie udałoby się jej go powstrzymać. Chciała wyjść i jechać do niego, ale musiała trzymać się planu. Inaczej Greg zacząłby coś knuć. Nie chciała, by podejrzewał ją o zazdrość. Boże, chyba po raz pierwszy nazwała to uczucie po imieniu. A tak bała się tego.
I just call to say I love you...
Jechała samochodem, była cała w skowronkach. Nie zważała na to, ze była druga w nocy. Zachowywała się dziwnie i wiedziała o tym, ale nie mogła siedzieć spokojnie w domu. Z jednej strony byłą zła, że musiał jechać na tym przeklętym motocyklu, ale z drugiej szczęśliwa, że ma powód, by mu pokazać jak bardzo go kocha. Zatrzymała się przed jego domem, poprawiła makijaż. Wyszła z samochodu i pewnym krokiem skierowała się w stronę drzwi. Zapukała i czekała, aż otworzy. Czekała i czekała. W końcu pchnęła je delikatnie i weszła cicho do środka. Bała się go zawołać, strach ścisnął ją za gardło. Bała się, ze zobaczy go leżącego gdzieś w pokoju, cierpiącego, może konającego...
Było ciemno, pokój oświetlało światło księżyca. House siedział w fotelu, opierał głowę na oparciu i spał.
Uśmiechnęła się, odrzuciła płaszcz i podeszła bliżej. Usiadła delikatnie na jego kolanach. Zbudził się, ale zamknęła jego usta pocałunkiem, by nic nie mówił. Pozwoliła, by rozpiął jej bluzkę i położył dłonie na piersiach. Specjalnie nie włożyła biustonosza. Ściągnęła mu koszulę. Gładziła jego tors długimi palcami. Rozpięła jego spodnie, wstała i ściągnęła spódniczkę. Pchnął ją na kanapę i całował począwszy od szyi, a skończywszy na udach. Jej ciało przebiegały dreszcze rozkoszy. Kiedy była gotowa, wszedł w nią. Ich ruchy zsynchronizowały się. Oplotła go nogami i cichutko jęczała. Jęki przerodziły się w krzyk. Opadł na nią, spocony i zmęczony. Całowała jego twarz i gładziła po plecach. House wysunął się z niej i stanął na środku pokoju. Był całkiem nagi, światło księżyca oświetlało jego postać. Poczuła, że wciąż go pragnie. Greg odwrócił się, wciągnął na siebie bieliznę i spodnie, a potem wyciągnął w jej stronę studolarowy banknot. Popatrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami.
- Nie dam Ci więcej. Wszystko wydałem w barze. A teraz idź i znikaj z mojego życia. - Rzucił w jej stronę pieniądze i spódnicę. Usiadła na brzegu kanapy. Stał i czekał, aż ona się ubierze. Poczuła złość, upokorzenie, żal, zawstydzenie. Naciągnęła majtki i spódnicę, narzuciła na ramiona bluzkę, wzięła buty w ręce i wybiegła. House zamknął drzwi i oparł się o ścianę w korytarzu oddychając ciężko.
Płakała. Nie chciała, by tak ją potraktował. Drżącymi rękami wybrała numer Wilsona. Lecz nie mogła mówić. James słyszał tylko jej rozpacz.

Ktoś próbował się włamać do jej domu. Nagle usłyszała jak przewraca się lampa w korytarzu. Powinna byłą już dawno ją wyrzucić, wszyscy tylko na nią narzekali. Usiadła cicho na łóżku i naciągnęła na siebie szlafrok. Bała się zapalać światło. Szukała czegoś, by móc się obronić. Nagle spostrzegła w kącie pokoju kij baseballowy i przypomniała sobie, jak Robert próbował nauczyć ją grać. Nie udało mu się oczywiście. Musiał go zostawić kiedy się od niej wyprowadzał. Chwyciła kij i z sercem w gardle spojrzała na zegarek. Cholera, była trzecia w nocy... Wyszła na korytarz. Włamywacz musiał usłyszeć jej kroki, bo również był cicho. Poczuła zapach alkoholu. Kiedy zobaczyła czarną laskę z płomieniami, odłożyła kij i zapaliła światło.
House ledwo stał na nogach. Był pijany jak bela. Trzymał w dłoni długą różę. Popatrzyła na niego zdziwiona. Wyciągnął kwiatek w jej stronę.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Allison.
Nie zdążyła złapać róży, która wypadła z jego ręki. Obrócił się, z wielką trudnością otworzył drzwi i wyszedł zawracając się przytrzymując ścian. Stała oniemiała w korytarzu i ściskała w rękach różę zalatującą burbonem.

*
Obudziło go walenie do drzwi. Niebo za oknem było różowe – świt się zbliżał. Zwlekł się półżywy z łóżka i poszedł otworzyć. W drzwiach stał House.
- Co ty tu… - Nie zdążył dokończyć, bo ten wypchnął go na środek pokoju. Wilson przewrócił się. Greg był pijany, ale świadomy tego co robi. Stanął przed James i popatrzył na niego marszcząc czoło.
- Nigdy więcej nie waż się wplątywać w moje prywatne sprawy.
- Ale o co…
- Zwróć mi stówkę.
- Czemu?
- Musiałem jakoś zapłacić Cuddy.
– Odwrócił się i wyszedł chwiejnym krokiem.

- Żartujesz! – Jen nieomal udusiła się herbatą. Ściskała w dłoni „pijaną różę”, jak ją sama nazwała. Siedziały z Cameron w kawiarni i jadły lunch. – Allie, ty szczęściaro. – Rudowłosa kobieta uśmiechnęła się, po raz kolejny przycisnęła kwiat do nosa i odłożyła go. – Boże, od dziś będę kupować burbon, bo będzie mi się z nim kojarzył. Z prawdziwym mężczyzną.– Popatrzyła na siostrę, widocznie przestraszoną tą perspektywą. – Głupia, nie martw się. Nic mu nie zrobię. –Uśmiechnęła się szeroko.
- Jen, nie zbliżaj się do niego, błagam. – Cameron patrzyła na nią z rozpaczą. – Znam cię i wiem, że jesteś nieobliczalna.
- A ty cholernie zazdrosna.
- Nieprawda!
- Już ja dobrze wiem…
- Pokiwała głową i uśmiechnęła się.
- A jak między tobą a Wilsonem? – Cameron zmieniła temat i przycisnęła różę do ust.
- Tajemnica. – Jennifer położyła rękę na ustach, co oburzyło Allison.
- No wiesz co?! Ja powiedziałam ci wszystko, a ty nie zdradzisz się ani słowem!
- I to jest właśnie główna różnica między nami. W tobie można czytać jak w otwartej księdze, a ja jestem dyskretna. Nawet James mnie nie zna tak.
- Nic dziwnego. W końcu spotykacie się dopiero od dwóch tygodni.
- A ty nad tym ubolewasz.
– Jen uniosła brwi. – Ty lepiej rozpracuj tego swojego kochasia, bo inaczej wymknie ci się z rąk. Albo ktoś ci go ukradnie.
Allison popatrzyła na siostrę w zamyśleniu.

Wiedziała, że narobiła sporo zamieszania pojawiając się w PTTH. Przyjechała tu z zamiarem odwiedzenia matki, a przy okazji dawno nie widzianej siostry. Myślała, że szybko stąd wyjedzie, a tymczasem znalazła się w centrum największej szpitalnej intrygi. Popsuła wszystkim szyki. Znalazła dla siebie cel i zamierzała go wypełnić do końca. Dla niej nie istniały rzeczy złe i dobre. Były tylko rzeczy ważne i nieważne dla niej samej. Patrzyła na wszystko przez pryzmat swojej osoby, nauczyła się skrywać swoje myśli, uczucia, zamiary. Wykreowała obcą sobie postać wesołej, uszczypliwej sexbomby, która wspiera siostrę w działaniach i wywiera wielkie wrażenie na wszystkich facetach dokoła. Miała czar, to „coś”, co przyciągało wszystkich. Tak, nikt jej nie znał. Nawet ona sama nie wiedziała, ile jeszcze osobowości skrywa jej podświadomość.

Bolała go głowa. Niepotrzebnie poszedł rano do Wilsona. Nie żałował dlatego, że miał wyrzuty sumienia. Po prostu okropnie huczało mu teraz w głowie. Zsiadł z motoru i opatulił się szczelniej kurtką. Całym ciałem wstrząsały dreszcze, źle się czuł. Wszedł powoli do szpitala i pierwsze co rzuciło mu się w oczy to ruda grzywa zaraz obok Wilsona. Gdyby nie potężny kac, zaraz poszedłby na przeszpiegi, ale jego ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Poszedł do gabinetu, gdzie siedział już cały zespół. Jego wzrok spoczął na Cameron. Stał przez chwilę wpatrzony w nią, a potem spuścił głowę i wyszedł. Miał mieszane uczucia. Nie wiedział dlaczego poszedł do niej w środku nocy. Nie pamiętał skąd wziął różę i jakim cudem znalazł się tam pijany, bez laski i motoru.
I skąd wiedział, że miała dziś urodziny?

*

To wszystko stawało się nudne i przygnębiające. Cała ta gra z Cameron i Cuddy, niby niewidoczne podchody Jen i pozorna obojętność Wilsona. Zdawał sobie sprawę z intrygi, w której to on był głównym bohaterem. Męczyło go to, wzmagało wewnętrzny ból. Potrzebował spokoju, by wszystko przemyśleć, ale też, paradoksalnie, bał się tego, co może się wydarzyć. Bał się zmian, bał się tych trzech kobiet, które czyhały na niego jak padlinożercy na jakiejś pustyni. Skrył się w gabinecie zasuwając wcześniej żaluzje, popił Vicodin kawą i wsłuchał się w melodię płynącą z głośników.
Mówią, że istniejesz i pomagasz ludziom, myślał w przypływie filozoficznych rozważań, jako że nie miał nic lepszego do roboty. Mnie jak dotąd nie pomogłeś, ale oczekuje, że coś mi się za tę tyradę należy, no nie?
Wzniósł do góry kubek z kawą i wykrzywił usta w grymasie. Zagraj ze mną – daj mi wskazówki, zagadki, które będę mógł łamać pokazując, że nie jesteś mi potrzebny. Daj mi znak.
Do pokoju wszedł Wilson.
- Cuddy Cię zabije, jeśli nie zjawisz się w jej gabinecie za dziesięć minut.
Cholera, dzięki! Nie mogłeś tego inaczej rozegrać?! 1:0 dla ciebie.

Z pozoru była taka jak zwykle. Przekroczył próg gabinetu z zamiarem ignorowania jej na całej linii. Kiedy jednak spojrzał jej w oczy, ignorowanie stało się niemożliwe – była czerwona jak burak, jak wielki znak stopu, którego nie sposób nie zauważyć. Stłumił śmiech i usiadł na krześle.
- Za mało pieniędzy ci dałem?
- Nie chcę ich.
– Położyła banknot na stole i odwróciła głowę. – Mogłeś nie dzwonić do mnie.
- Mogłaś się nie rozbierać.
- Mogłeś nie pić.
- Mogłaś się nie rozbierać.
- Mogłeś mnie wyrzucić.
- Mogłaś się nie rozbierać.
- Ile się jeszcze będziemy licytować?
- Jeśli chcesz gadać o pieniądzach…
- House! To nie jest śmieszne! Najpierw uprawiałeś ze mną sex, a potem… Potem…
- Nie uprawiałem sexu z tobą.
– Popatrzył na jej zdziwioną minę i spuścił głowę, jakby speszony. – Uprawiałem sex z kobietą, która chciała przez to spełnić jakiś cel, dążyła do czegoś. Kiedyś nazywano taką kobietę kurtyzaną, teraz jesteś zwykłą prostytutką. – Obrzucił ją jeszcze raz pustym wzrokiem i wstał.
- Wynoś się z mojego gabinetu. I z mojego życia.
- Z twojego życia wyniosłem się już dawno.
– Odwrócił głowę i usłyszał jej szloch, lecz nie zareagował.
- Mam nadzieję, że naprawdę kochasz Cameron. Inaczej… współczuję jej. – Próbowała stłumić płacz, ale nie udało jej się. Wyszedł na korytarz i podniósł głowę do góry.
2:0 dla ciebie.

Skradał się niczym kot. Starał się nawet tak głośno nie stukać laską. Powoli i ostrożnie podkradł się do swojego gabinetu i starannie zasunął wszystkie żaluzje. Potem zamknął drzwi na klucz, usiadł przy szybie oddzielającej gabinet od pokoju, gdzie zwykle „stacjonował” jego zespół, rozsunął delikatnie palcami żaluzję i czekał. Wiedział, że jak zwykle o tej porze Cameron, ze zwykłego przyzwyczajenia przyjdzie, by go szukać, a potem, jak małe dziecko, weźmie jego mazaki (w takich chwilach najtrudniej było mu okazywać opanowanie i spokój) i zacznie coś mazać na tablicy. Spostrzegł już dawno, z nieukrywanym niezadowolenie, że obserwowanie jej uspokaja go, a nawet podoba mu się i zaczyna wkradać w jego codzienny plan dnia pomiędzy gnębienie Cuddy a podjadanie Wilsonowi kanapek.
Nie mylił się i tym razem. Alison przekroczyła próg pokoju, jak zwykle pełna spokoju, zrozumienia, wewnętrznego spokoju. Była naprawdę atrakcyjna. Akurat teraz, nie wiedział czemu, przypomniał sobie ich wszystkie pocałunki. Nie było ich za wiele – tylko dwa. Lecz nagle namacalnie poczuł miękkość jej ust, zapach, smak. Potrząsnął głową ze złością i odwrócił głowę w kierunku szyby.
Cameron płakała.
Tak bardzo pragnął się dowiedzieć dlaczego. Nurtowało go to w największym stopniu. Zwykle interesował go sam przypadek, zagadka, która potrzebowała rozwiązania.
Teraz, kiedy patrzył na płaczącą Alison, uświadomił sobie, że tym razem interesuje go także „pacjent”.
Ona. I to nie od dziś.
Przez meandry jego umysłu przegalopował szatańsko genialny plan, który pozwoliłby mu zabawić się, a jednocześnie przekazać to co zapycha cenne obszary jego rozumu. Już miał zostawić w spokoju żaluzję i wyjść na korytarz kiedy dostrzegł w głębi pokoju tablicę pomazaną przez Alison. Zmrużył oczy i próbował wyczytać co jest na niej napisane, ale nie udało mu się. Nie chciał dać się złapać na podglądaniu. Wyszedł na korytarz i ostrożnie podkradł się do szklanej szyby, przez którą widać było wnętrze pokoju. Tablica stała teraz naprzeciwko niego, a Cameron, na szczęście, siedziała tyłem do drzwi. Zmrużył oczy i powoli składał tekst, litera po literce. Dość krótki, ale napisany w pośpiechu i niewyraźny. Był tak pochłonięty pragnieniem rozszyfrowania go, że nie zauważył kiedy Alison wstała i ocierając łzy spojrzała wprost na niego. Oderwał wzrok od tablicy dopiero gdy cały tekst stał się dla niego jasny i przejrzysty. Popatrzył na Cam. Widział w jej oczach strach, ból, miłość, niepewność. Nie wierzył, że aż tyle uczuć może odczuwać na raz jedna osoba. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. I wtedy fragment tekstu z tablicy stanął mu przed oczami wbijając się w pamięć:

…i że cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż Bóg.


Nieznany strach pochwycił go za gardło. Komu przysięgała miłość…? Nie mógł się ruszyć, nie potrafił. Był jak sparaliżowany. A ona podchodziła coraz bliżej. Była taka drobna i delikatna. Teraz oddzielała ich już tylko szyba. Przyłożyła do niej rękę, mokrą od łez. Machinalnie wyciągnął swoją. Gdyby nie szklana ściana, ich dłonie zetknęłyby się. Czas jak gdyby się zatrzymał. Niemal czuł jej oddech tuż przy swojej szyi. Pragnął jej dotknąć. Przyłożył czoło do zimnej szyby i spojrzał Alison w oczy. Wymówiła bezdźwięcznie jego imię. Chciał, by ta chwila trwała wiecznie. Ale wiedział, że to niemożliwe. Ta szyba będzie oddzielać ich już zawsze. Symbol muru poglądów, wieku, charakterów, doświadczenia, ludzkiej zawiści i plotek. Zapora nie do przebicia. Chciała otworzyć drzwi, by wyjść mu na spotkanie, ale przytrzymał je. Nie mógł patrzeć na jej łzy, więc spuścił głowę i odszedł bez słowa.

Podniosła słuchawkę i wybrała numer.
- Jen… Ja nie mogę tego zrobić…
- Zrobisz, bo dałaś słowo.
- Ale…
- Jeśli nie masz gotowej przysięgi, to ci pomogę.
- Zaskoczył mnie, gdy próbowałam ją napisać.
- I co z tego?
- Nie mogę… Nie mogę wziąć tego ślubu.
- Gadasz głupoty, Allie. Czym cię tym razem oczarował, hę? Jakiej sztuczki użył?
- Nie mów tak, Jen, błagam…
- Nie wierzę mu. To oszust i stary zrzęda. Zachciało mu się młodej panienki, więc wziął się za ciebie.
- Ale ja go kocham!
- A Jack? Zresztą… House kochał też tą… Jak jej było… Ta kierowniczka…
- On już nie jest z Cuddy. Nie oceniaj ludzi po pozorach!
- Nie oceniam. Mówię co widzę. Jeżeli ciebie kocha tak jak ją, to lepiej uciekaj gdzie pieprz rośnie.
- Jen…
- Słucham.
- Powiedz mu, że zrywam zaręczyny.
- Sama mu to powiedz. Na pewno nie będzie zadowolony.
- Błagam…
- Nie słuchasz moich rad. Idź do House’a, może on ci pomoże.- Jen rozłączyła się.



Była przebojowa i seksowna, a czerwień sukienki jeszcze bardziej ją w tym utwierdzała. Bardzo szybko pokonała odległość dzielącą ją od kawiarni do PPTH. Wpadła do szpitala jak burza. Pierwsze kogo zobaczyła to Wilsona biegnącego jej na spotkanie. Uśmiechnęła się słodko i niemal rozpłynęła w powietrzu. Nie jego chciała zobaczyć. Jak na skrzydłach pobiegła do windy, a stamtąd w prostej linii do gabinetu diagnostyka. Przed samymi drzwiami przystanęła i rzuciła okiem na korytarz. Tak, nie było nikogo. Ani Foremana, ani Chase’a. W końcu miała odwagę, by stanąć z nim twarzą w twarz i powiedzieć mu co czuła. Tak bardzo tego pragnęła… Wzięła głęboki oddech i przekroczyła próg gabinetu House’a.
Siedział w swoim fotelu i ściskał w ręku piłeczkę. Był bardzo zamyślony, nawet jej nie zauważył. Dopiero kiedy stanęła obok biurka i pochyliła nad Housem burzę swoich rudych loków, wstrząsnął nim dreszcz. Podniósł głowę i spojrzał prosto w jej zielone oczy. Nie potrzeba było słów. Przysunęła się o parę kroków i usiadła mu na kolanach. Oparła swoje ręce na jego ramionach i pochyliła głowę nad jego twarzą. Zakryła ich burza rudych loków. Jej wargi były niesamowicie czerwone i miękkie. Ich usta były coraz bliżej siebie.
- Jen… - Jej imię tak seksownie brzmiało, kiedy je wypowiadał. – Zapomniałem zapytać ile mam ci zapłacić.
Podniosła głowę i spojrzała na niego pytająco. Był śmiertelnie poważny.
- No mów. Bo nie wiem czy starczy mi na obiad w stołówce.
Zsunęła się z jego kolan i poprawiła sukienkę. Mierzyła go wzrokiem od stóp do głów. – Jesteś śmieszny.
- A ty puszczalska. Nie wiedziałem, że Cameron tak bardzo się pomyliła wybierając cię na swoją powiernicę.
- Nie miała wyboru.
– Podeszła do House’a i złożyła delikatny pocałunek na jego wargach. – Żegnaj.
- Do nie zobaczenia.


To wystarczyło. Kiedy zobaczyła jak Jennifer dotyka go swoimi ustami, zadrżała. Odwróciła się na pięcie i pobiegła na immunologię. Zamknęła się w laboratorium i zalewała łzami. Płynęły strumieniami po jej twarzy i szyi. Tak bardzo chciała się przekonać, że to nieprawda. Lecz nic nie mogło być bardziej wiarygodnego niż widok Jen i Grega całujących się. To przechodziło wszelkie pojęcie. Zacisnęła pięści, tak że paznokcie wbijały się w skórę do krwi. Próbowała zatrzymać płacz, ale bezskutecznie. Ten obraz odtwarzał się w jej pamięci jak zacięta płyta. Nagle zadzwonił telefon. Dzwonił Jack. Nie miała ochoty z nim rozmawiać. Po chwili przyszedł sms:

O której kończysz pracę?

Popatrzyła na mały ekranik z determinacją dziecka próbującego ściągnąć zabawkę z najwyższej półki. Wystukała na klawiaturze krótką wiadomość i wyszła z laboratorium.

Przyjedź po mnie za pół godziny. Muszę wybrać jeszcze kwiaty na ślub.

Wilson siedział cichutko ukryty wśród swoich papierów kiedy do pokoju wtargnęła Jen. Stanęła przy biurku i spojrzała na niego wyzywająco. Poczuł się mały i bezbronny. Nie dość, że House i Cuddy codziennie szarżowali na jego prywatność, umniejszali wartość i lekceważyli zdanie, to jeszcze teraz Jennifer przychodzi rozjuszona jak byk. Skulił się i podniósł ręce do góry.
- House dobierał się do mnie.
James popatrzył na nią jakby powiedziała mu właśnie, że na dach PPTH przyleciał statek kosmitów. Przez chwilę wahał się co ma zrobić, lecz nie mógł się już dłużej powstrzymywać. Wybuchnął głośnym śmiechem, który dudnił na całym korytarzu. Po chwili w drzwiach stanęła również Cameron zaalarmowana przez śmiech Wilsona i burzę rudych włosów wystającą z jego pokoju. Popatrzyła na Jamesa i zmierzyła wzrokiem Jen.

- Co tu się dzieje? – Cameron była pewna, że zaraz przybiegnie ochrona, by ratować Jen przed atakiem jej furii lub Wilsona przed uduszeniem się ze śmiechu. Był już fioletowy na twarzy, ale wciąż nie mógł przestać. Jennifer usiadła na stołku i dumnie wypięła pierś. Dopiero wtedy James zatkał dłonią usta i spojrzał na obie kobiety. Były jak dwa rozjuszone byki. A on był chyba ich czerwoną płachtą. Skulił się i zaczął udawać, że papiery pochłaniają go w największym stopniu.
- Czyli masz zamiar mnie ignorować? – Jen przewiercała onkologa wzrokiem. – Nie obchodzi Cię, co House mi zrobił?
-Nie no… Jakoś trudno mi uwierzyć, że się do ciebie dobierał…
- Starał się nie okazywać emocji. – On jest… Bardzo zamknięty w sobie. Jeśli chce uprawiać sex z jakąś kobietą, to dzwoni po prostu po prostytutkę.
- Pierwszy raz widziałam, żeby ofiara molestowania wpychała oprawcy język w usta.
– Skwitowała Alison i wyszła na korytarz. Jen powiodła za nią wzrokiem pełnym nienawiści i spłonęła rumieńcem.

- House!
Udawał, że nie słyszy. Kuśtykał spokojnie dalej i popijał kawę.
- House, do cholery, zatrzymaj się!
Nie drzyj się tak…, pomyślał. W głowie tupotały mu białe mewy wprawiając go w stan nieznośnego kaca. Nagle poczuł jak ktoś chwyta go za ramię i ciągnie do tyłu. Ilość wypitego alkoholu niekorzystnie działała na jego zmysł równowagi. Poleciał do tyłu oblewając gorącą kawą siebie i Wilsona.
-Ty jesteś pijany! – James zatkał nos i odsunął się. – I przychodzisz w takim stanie do pracy?!
- Nie jestem pijany. – Miał poparzone wargi i nie za bardzo mógł mówić. – Jestem skacowany.
- Śmierdzisz.
- Dzięki. Pomożesz mi wstać czy będziesz dalej poniżał biednego kalekę? – Wyciągnął rękę. Po chwili stał już na nogach. – Zwołaj mój zespół. Mam parę spraw.
- Nie mogę.
House popatrzył na niego podejrzliwie i z niedowierzaniem. – Słucham? Bo chyba się przesłyszałem.
- Nie mogę ich wezwać. Za godzinę Cameron bierze ślub. Chase i Foreman zostali zaproszeni. Twój zespół dzisiaj świętuje.
- Piłeś coś dzisiaj?! Bo gadasz od rzeczy. – House odwrócił się i pokuśtykał w stronę swojego gabinetu.

Biała suknie z małymi różyczkami leżała idealnie. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze i uśmiechała się.
Już niedługo. Jeszcze tylko godzina…
Do pokoju wszedł Foreman. – Wszystko w porządku?
- Hej. Jasne, jest dobrze.
- Wyglądasz obłędnie.
- Dzięki. Widziałeś Jacka?
- Siedzi gdzieś w kącie i kryje się przed blaskiem twojej urody. Naprawdę wyglądasz olśniewająco. House…
- Ani słowa o nim. – Uśmiech spełzł jej z twarzy. Odwróciła się znowu do lustra i zaczęła nerwowo prostować fałdki na sukni. – House to… nieznośny, nieprzyzwoity, stary, zrzędzący facet, cynik, alkoholik, narkoman, zadufany w sobie egoista…
-Ale ty i tak go kochasz.
-Nieprawda.
-Cam… - Chciał ją przytulić, ale go odtrąciła.

- House!
Odwrócił głowę. Ale zaraz przyspieszył, kiedy zobaczył, że to Jen podąża za nim.
- Głuchy jesteś?!
- Zostaw mnie w spokoju. Stówka ci nie wystarcza?
- Przestań i zatrzymaj się!
- Boże, kobieto, to ile ty bierzesz za numerek?! – Skręcił i wpadł prosto na Wilsona. – Trzeba uciekać. Jen tu idzie wraz ze wszystkimi piekielnymi mocami.
Zawinęli się na pięcie i zniknęli w męskiej toalecie. Wilson oparł się o ścianę i popatrzył w zamyśleniu na House’a. Wciąż miał na koszuli plamę po kawie.
- Hej, nie patrz tak na mnie. To, że unikam Jen nie znaczy, że mam ochotę na jakieś kontakty męsko-męskie, a już szczególnie z tobą. – Podszedł do lustra i ochlapał twarz wodą.
- Cameron wychodzi za mąż.
- Wspominałeś coś o tym.
- I co? Nie zamierzasz nic z tym zrobić?
- A co mam zrobić? Wpaść tam i krzyknąć: „Zostaw ją! Ona woli kobiety!”
- Nie, może coś bardziej subtelnego w stylu „Nie zgadzam się na ślub bo ją kocham?”
- Eeee tam, przesłodzone.
- Ale prawdziwe, sam to przyznasz.
- To dlaczego nie dała mi żadnego znaku, hę?!
- Może dlatego, że jesteś krótkowzroczny? Albo… Zobaczyła ciebie i Jen całujących się?
House znieruchomiał. Potem podniósł głowę, popatrzył na swoje odbicie w lustrze i przesunął palcem po swoich wargach. To nimi całował Stacy, Cuddy, Jen, Cameron…
Cameron… Dwa pocałunki. Najsłodsze pocałunki w jego życiu.
- Przypomnij mi, żebym zabił Jen. W którym kościele mam zrobić burdel?
- W St. Michael.

Nerwowo ściskała w dłoniach mały bukiecik kwiatów. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze i próbowała zatrzymać łzy.
Nagle do pokoju wszedł House. Zobaczyła jego odbicie w lustrze. Widziała jak zaparło mu dech w piersiach i mimowolnie uśmiechnęła się. W jego oczach czaiła się niepewność.
-To nie była moja wina. Jen sama przyszła do mnie i…
-Wiem. Ale to nie ma znaczenia. – Odwróciła się w jego stronę i popatrzyła mu w oczy. Była niesamowicie piękna. Nie mógł się powstrzymać – uniósł dłoń i dotknął jej policzka. Spłonęła rumieńcem, ale podeszła bliżej niego.
-Chcę… chcę, żebyś została. - Szepnął zbliżając usta do jej ust. Zarzuciła mu ręce na ramiona, przyciągnął ją bliżej siebie. Czuła jego oddech na swoich wargach, a potem złożył na nich pocałunek delikatny niczym muśnięcie wiatru. Pragnęła więcej i więcej, więc pogłębiła pocałunek. Nagle zabrzmiał Marsz Mendelssona. Powoli oderwała się od niego i spojrzała mu w oczy. Widział w nich nieme pytanie i próbował zrobić szybką analizę „za i przeciw”, ale nagle pociągnęła go ku drzwiom. I już wiedział, że nie zamierza się dłużej opierać.



_________________
Potrzebujesz bety? Pisz śmiało na gg:)

PostWysłany: Pią 17:24, 29 Maj 2009
Pinky
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 18 Mar 2009
Pochwał: 1

Posty: 150

Miasto: okolice Cze-wy
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

wow poprostu genialny jupi



PostWysłany: Sob 20:13, 15 Maj 2010
fan fan tulipan
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 27 Kwi 2010

Posty: 1

Miasto: kraków
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Hameron Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.26991 sekund, Zapytań SQL: 14