Morderstwo to nic trudnego...
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

To mój fik numer II...
Umieściłam go wcześniej na innym forum, dlatego wiele Huddzinek mogło już rzucić na niego okiem...
Obiecuję, że go skończę... Kiedyś... Laughing





I

- Doktorze, jest pan pewien, że nie muszę zdjąć bluzeczki do tego badania?
Kobieta, która miała już okres menopauzy dawno za sobą, z pożądaniem w oczach patrzyła teraz na House’a. Kobieta? Według diagnosty nie miała w sobie nic z kobiety. Testosteron nie jednego mężczyzny to nic w porównaniu z ilością, jaką ona posiadała. Ogromne, grube dłonie rozpinały guziki jasnoróżowej koszuli w rozmiarze XXXXXXX…L. Kilometry materiału z trudem okrywały jej tułów. Znad szkieł grubości dna szklanki każde, patrzyły na niego wielkie, wyłupiaste oczy. Kobieta albo miała ogromny dystans do siebie, albo nigdy nie stała przed lustrem. Teraz już wiedział, że to właśnie ona nachodziła go w koszmarach, kiedy był dzieckiem…

- Doktorze! – ponagliła House’a, by ten udzielił szybszej odpowiedzi
- Słonie widziałem już w zoo. – rzucił szybko, odwracając wzrok, by nie narazić się kolejny raz na tak paskudny widok.
- Ależ pan dowcipny – zbliżyła się do niego z lubieżnym uśmiechem. Jej szare komórki (o ile takowe posiadała) nie przetworzyły tego, co powiedział, uznając to za komplement. Podchodziła powoli, wpatrując się w niego bez najmniejszego umiaru.
- Leczę na odległość! – krzyknął, kiedy była już niebezpiecznie blisko.
- Ty kłamczuszku – wyciągnęła w jego kierunku wielkie łapsko
- Ty potworze!

Nagle drzwi gabinetu uchyliły się cichutko. Pacjentka cofnęła się odruchowo, szybko okrywając wielkie fałdy tłuszczu. House nawet nie rzucił okiem na swojego wybawiciela. Był mu ogromnie wdzięczny, mimo to nie miał najmniejszego zamiaru tego okazywać:
- Doktorze, jest pan proszony do sali konferencyjnej…
- Jeśli Cuddy liczy na poranny numerek, powiedz jej, że ostatni raz był okropny i nie idę. – odparł ze znanym sarkazmem, nie przerywając wypisywania recepty. Uniósł nagle lekko głowę, jakby coś go zaintrygowało. Niski, męski głos nie należał z pewnością do salowej Wendy. Cos tu nie pasowało…
- Nalegam – usłyszał z tyłu głowy. Właścicielowi charakterystycznej chrypki chyba naprawdę musiało na tym zależeć, bo w jednej chwili House poczuł jak zimny, metalowy przedmiot przylgnął do jego pleców. Pistolet? Niee… Chciał odwrócić się i sprawdzić, mężczyzna jednak sprytnie mu to uniemożliwił, tym razem prawie wbijając przedmiot między żebra. To jednak był pistolet. Do tego z tłumikiem.

Kobieta, znudzona już odrobinę, jak jej się wydawało – sprzeczką między mężczyznami, zaczęła nerwowo przytupywać nogą. Ile dałby, by być teraz na jej miejscu. Nie chodziło już nawet o to, by to ją ‘pan niespodzianka’ zapraszał na zewnątrz, a o to, by widzieć go tak jak ona teraz. Diagnosta stał odwrócony do niego plecami. To kompletnie uniemożliwiało mu obserwowanie przeciwnika, a co dopiero wykonywanie jakichkolwiek ruchów. Jedyne, co mógł w tej chwili powiedzieć o tym człowieku to to, że był od niego o kilka centymetrów wyższy. Stał za nim jak cień, strasząc bronią, której osoba trzecia nawet nie dostrzeże:
- Proszę przyjść jutro – powiedział stanowczym głosem nieoczekiwany gość. Kobieta, obrażona na mężczyznę, za to, że wszedł w tak nieodpowiednim dla niej momencie, fuknęła głośno i wyszła trzaskając drzwiami.
- Do windy – rozkazał dobitne, wbijając jeszcze mocniej lufę pistoletu w plecy House’a – i bez żadnych numerów
- Jakbym śmiał – odparł diagnosta jednocześnie gryząc się w język. Wiedział, że czeka go teraz jeszcze bliższy kontakt z metalowym przedmiotem. Ale czy da się mocniej wbić w żebra lufę pistoletu? Musiałaby chyba przebić go na wylot…

Winda wydawała się być strasznie daleko, a im dłużej szli, tym większe miał wrażenie, że zamiast się zmniejszać, dystans między nimi a ‘metalową puszką’ jest coraz większy. Drzwi windy rozsunęły się ukazując ogromny tłum ludzi. Spokojny wyraz twarzy każdego z nich, przeobraził się nagle w minę z rodzaju: ‘Co to za typ do cholery?’ Nie wiadomo, dlaczego wszyscy pospiesznie opuścili windę z zaciekawieniem odwracając głowy i spoglądając na nowych pasażerów. Przysiągł sobie, że zapamięta twarze ich wszystkich i jeśli przeżyje to niezapowiedziane ‘spotkanie’, powróci i zemści się za to, że zostawili go samego.
- Parter – warknął posiadacz niezwykle niewygodnej dla żeber broni. House posłusznie nacisnął klawisz z literką ‘P’ i po chwili został sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu z (jak się domyślał) niebezpiecznym facetem.
- Laska – powiedział stanowczo ‘pan niespodzianka’, charakterystycznie poruszając palcami wolnej ręki. House zdziwiony spojrzał najpierw na rękę, a potem na mężczyznę. Boże! Co to była za ręka! A co to był dopiero za mężczyzna! Ogromna dłoń, która tak bardzo domagała się tego, z czym diagnosta był najbardziej związany, miała kolor jasnego brązu lub jak to woli – ciemnego beżu. Latynos? Strój pielęgniarza miał chyba na celu nie zwracanie na siebie uwagi, co udało się w jakichś 60 procentach. Szerokie, dobrze zbudowane ramiona zmniejszały poczucie bezpieczeństwa House’a do minimum. Jak się okazało facet nie był wyższy od niego o kilka, a o kilkanaście centymetrów. Łysa, gładka jak lustro głowa odbijała światło, które wręcz raziło w oczy, a garbaty nos sprawiał, że człowiek zaczynał współczuć wszystkim bokserom, którzy kiedykolwiek spotkali na ringu ‘pana niespodziankę’. Był też jeden szczegół, dzięki któremu diagnosta rozpoznałby go w zatłoczonym centrum handlowym z odległości 50 metrów. Mianowicie – ogromna szrama na twarzy. Ach, co to była za szrama! Wyzwanie dla najwyższej klasy chirurgów plastycznych świata! Rozpoczynała swoją wędrówkę gdzieś na środku czoła wijąc się w dół i przecinając lewą brew, by potem umiejętnie ominąć oko i zatrzymać się na kości żuchwy. Dla niektórych widok przerażający, dla innych nieco odrażający. Obraz głębokiej, naprawdę głębokiej ścieżki biegnącej na jego twarzy, przywołał w pamięci diagnosty Wielki Kanion Kolorado, który dany mu było zobaczyć podczas wakacji w Arizonie.

Znał go, (jeśli można to nazwać znajomością) zaledwie kilka minut, a już mógł powiedzieć, że nie będzie wyczekiwał kolejnego spotkania. Był to człowiek stanowczy i nietolerujący jakichkolwiek sprzeciwów. Dało się jednak wyczuć, że tortury i przemoc wolał pozostawić innym.
- Laska – powtórzył głośniej
- Tak, laska – stwierdził House, unosząc lekko przedmiot dyskusji. Widząc po zwężających się oczach nieznajomego, stwierdził, że zamierzona głupia mina nie wyszła mu w stu procentach.
- Dawaj laskę
- Masz rację. Jest naprawdę niebezpieczna – przewrócił oczami – Ma wbudowaną rakietnicę, noktowizor i wykrywacz kłamstw – zakpił
- Zamknij się – jednym silnym ruchem mężczyzna przygwoździł go do ściany i wyrwał mu drewniany przedmiot.


Tymczasem…

- Gdzie jest House?! – zawołała zdyszana Cuddy
- Przed chwilą wyszedł z jakimś pielęgniarzem. Chyba zjechali na parter – odpowiedziała jednym tchem podenerwowana recepcjonistka.
- Zabiję go! – warknęła cała czerwona ze złości i czym prędzej ruszyła przed siebie.


Minutę drogi dalej…

- Szybciej – ponaglał mężczyzna, bez przerwy się rozglądając. Nie krzyczał, nie wrzeszczał. Jego głos miał jednak w sobie to coś, co dobitnie dawało do zrozumienia, o, co prosi, a co za tym idzie – należało to bezwzględnie wykonać.
- Obstawiłeś zakłady? To nie gonitwa – rzucił House.
Na szczęście nie otrzymał już żadnej odpowiedzi. Usłyszał tylko ciche westchnienie, jakby jego ‘towarzyszowi’ nagle ulżyło. Znajdowali się na podziemnym parkingu. Jedynym źródłem światła były teraz białe lampy, które złowieszczo obserwowały nowych gości. Spojrzał przed siebie. Stała przed nimi granatowa furgonetka. Z miejsca kierowcy wyskoczył (w dosłownym tego słowa znaczeniu) niski, krępy mężczyzna:
- Cholera, co tak długo?! – wrzasnął do ‘pana niespodzianki’, jakby to było ich standardowe powitanie. Był szybki i sprytny. Otwierał tylne drzwi samochodu z niezwykłą precyzją i doświadczeniem, które mówiło samo za siebie – robił to już miliony razy. Jedyne, co różniło ich obydwu to jakieś 40 centymetrów wzrostu i 20 kilogramów wagi. Obaj łysi jak zapałki, obaj ubrani w skórzane czarne kurtki. Właśnie! Mężczyzna w mgnieniu oka strój pielęgniarza zamienił w grube okrycie, które sprawiało, że wydawał się jeszcze potężniejszy. Włożył broń do kabury ukrytej przy klatce piersiowej i chwycił nadgarstki House’a, by związać je za plecami. Związać czymś, co było cholernie niewygodne i wrzynało się w skórę.

- House! Natychmiast wracaj do… - usłyszeli nagle. W odległości 30 metrów stała przed nimi Cuddy. Złość, którą widać było na jej twarzy przeobraziła się w jednej chwili w zaskoczenie, a później panikę. Kobieta kompletnie nie wiedziała, co się dzieje. Patrzyła na mężczyzn zdezorientowana.
- Co…? O co tu cho…? – zaczęła drżącym głosem. Dopiero teraz diagnosta dostrzegł spływającą po jego twarzy strużkę krwi. Zapewne ‘bliższy kontakt’ ze ścianą windy sprawił, że rozciął sobie skroń.
- Uciekaj! Cuddy, uciekaj! – krzyknął najgłośniej, jak tylko się dało. Zacisnął ze złości zęby, kiedy kobieta nawet nie drgnęła, nie odrywając od nich przerażonego wzroku. ‘Nowi koledzy’ spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Jak się domyślacie nie było to spojrzenie w stylu: ‘Jak minął ci dzień?’.

W jednej chwili niższy z mężczyzn ruszył w stronę administratorki. Przerażona do granic możliwości odwróciła się i wbiegła do budynku. Z oddali dało się słyszeć stukanie obcasów, które po kilku sekundach zanikło. Nastała głucha cisza. Cisza, która nie dała spokoju House’owi. Musiało wydarzyć się coś złego… Coś naprawdę złego. W innym razie do ich uszu dotarłby przeraźliwy pisk, głośny krzyk, albo cokolwiek innego, co można spotkać tylko w kinowych horrorach. Na parking przybiegłoby stadko ochroniarzy ze słynnym: ‘Stój, bo strzelam’, a pojawiający się znikąd paparazzi zadawaliby mnóstwo pytań. Nic takiego jednak się nie stało.

Głucha cisza sprawiła, że jego serce przypominało młot pneumatyczny, a cholesterol w jego żyłach zaczął płynąć szybciej.

Z mroków ciemnego korytarza wyłoniła się nagle Cuddy. Odegrana w iście hollywoodzki sposób scena, wprawiała w zachwyt: on próbuje utrzymać ją, by mu się nie wyrwała. Ona kręci się i gryzie go w rękę zasłaniającą do tej pory jej usta, aby nie krzyczała. On mówi żeby była cicho, bo w przeciwnym razie będzie musiał sprawić jej ból. Ona kopie go w kostki. Przeszli przez wszystkie etapy, jakich wymagała filmowa konwencja i zwykła ludzka uprzejmość.

Kilka sekund szarpaniny odebrało Cuddy resztkę sił. Zrezygnowana spojrzała na House’a. Nie miała pojęcia, co się z nimi teraz stanie.
- Do furgonetki – zawołała z nieukrywaną satysfakcją ‘niższa zapałka’.

Po chwili dało się słyszeć głośny warkot silnika. Jeszcze nigdy dźwięk uruchamianego auta nie brzmiał tak złowieszczo…

Dodano 2 godzin 31 minut temu:

II

Jechali około czterdziestu minut, ciężko to jednak jednoznacznie określić mając związane z tyłu ręce. Czas słoneczny również nie wchodził w grę – jedynym źródłem światła w tylnej części furgonetki była maleńka, mikroskopijna wręcz, dziurka w drzwiach. Drzwiach, które sądząc po ogromnych ilościach rdzy po stronie zewnętrznej, służyły już dobrych kilka lat. Miało się wrażenie, że stare auto i ‘panowie zapałki’ są w podobnym wieku i od długiego czasu pojawiają się wszędzie razem. Był to tak zwany ‘pakiecik’, który miał na celu wykonywanie za kogoś lub dla kogoś brudnej roboty. Sądząc jednak po przypadku Cuddy i House’a, nie była to jak na razie aż tak brudna. Perspektywa tego kogoś ogromnie intrygowała diagnostę. Do tego stopnia, że nie mógł doczekać się celu ich podróży. Za pewne według Was odrobinę chory sposób rozumowania, jemu zupełnie nie przeszkadzał.

Pierwszy etap ‘wycieczki’ przebiegał w zupełnej ciszy (nie licząc przejmującego warkotu silnika). Zdezorientowana i przerażona Cuddy, nadal próbowała wyrwać się z objęć grubego sznura, który swą szorstką powierzchnią torturował jej nadgarstki.
- Zepsułaś mi całą zabawę – zaczął House głosem obrażonego pięciolatka
- Co?! – rzuciła gdzieś przed siebie.
Najbardziej czarna czerń, jaką widziała w życiu oblewała wszystko dookoła sprawiając, że nie widziała nawet własnego dekoltu.
- Nie masz pojęcia, jak długo czekałem na własne porwanie – mówił z udawaną ekscytacją – pewnie na miejscu czekają na mnie rządne prawdziwego mężczyzny kobiety, dla których jedynym znanym słowem jest POŻ?DANIE. Ale nie… Oczywiście ty musiałaś wszystko zrujnować – zaczął zrzędzić. Wiedział, że jego szefowa okropnie się boi. Próbował chociaż w taki sposób odrobinę ją rozluźnić. Pomysł może głupi i nie zbyt przemyślany, ale czy w takiej sytuacji przyszłoby Wam do głowy coś lepszego?
- House! Jacyś faceci związali nas i wiozą nie wiadomo dokąd, a ty pieprzysz o jakichś panienkach! – Cuddy była naprawdę zdenerwowana całą sytuacją – Albo jesteś do tego stopnia pokręcony, albo jeden z nich, oprócz skroni uszkodził ci też mózg. Lepiej powiedz jak mamy się stąd wydostać!
- W tym szpitalu w końcu coś się dzieje, a ty już chcesz uciekać? Wiedziałem, że nie nadajesz się do tej gry – przedrzeźniał ją
- Cholera! Jakiej gry?! Ty kretynie! Oni nas porwali!
- Właśnie… Nas. A mogli tylko mnie, gdyby tobie nie zachciało się mnie szukać – zaczął już poważnie
- Nie udawaj bohatera – warknęła nadal próbując uwolnić nadgarstki
- Nie udawaj, że nie jestem bohaterem – odparł z sarkazmem
- Żartujmy dalej – roześmiała się kpiąco – Ciekawe, czego jeszcze się o tobie dowiem
- Szarmancki, niezwykle inteligentny, zabójczo przystojny… – zaczął wymieniać – Moment. Przecież to wiadomo wszem i wobec. – stwierdził ze znanym sobie uśmieszkiem. Całe szczęście, że Cuddy nie widziała tej miny. Gdyby nie ciemność, istniałoby większe prawdopodobieństwo, że diagnosta zginie nie z rąk porywaczy a własnej szefowej.
- Zamknij się – powiedziała ciężko wzdychając. Dzień zaczął się dla niej zaledwie kilka godzin temu, a już miała go serdecznie dosyć.

- Jesteś nudna… - rzucił po dłuższej chwili milczenia
- Słucham?
- Jesteś nudna – powtórzył
- Może jeszcze powiesz mi, że sypiam z płatnym mordercą? – odparła z satysfakcją w głosie. Żałowała, że nie może zobaczyć w tej chwili jego twarzy. Z pewnością ‘The Times’ zapłaciłby miliony za zdjęcie z jego miną.
- Twój pluszowy mis chyba nie byłby zdolny do czegoś takiego?! – pokręcił głową. Uczucie wyższości nie pojawiło się jednak. Zawsze, gdy prowadzili takie rozmowy, po pewnym czasie mógł sobie pozwolić na nazwanie siebie zwycięzcą. Tym razem jednak, to ona była górą. Postanowił, więc uchwycić temat nieco inaczej:
- Narzekasz na swoją pracę, marudzisz, że jest ciężka i monotonna, a kiedy już coś się dzieję chcesz natychmiast od tego uciekać…
- Normalni ludzie właśnie tak robią House – stwierdziła oburzona
- Normalni ludzie mają ciekawą pracę, rodzinę i grono oddanych przyjaciół. – powiedział. Oddałby całą fiolkę Vicodinu, by zobaczyć teraz jej minę. Może trochę przegiął, ale… Ale tylko trochę.
Nastała cisza (nadal nie licząc warkotu silnika i przeraźliwego dźwięku zacinających się biegów). Cisza z rodzaju tych niezręcznych, kiedy to rozmówcy uciekają myślami, jak najdalej od problemu, który został poruszony. Mimo egipskich ciemności odwrócili głowy w przeciwnych kierunkach, jakby w obawie przed tym, że mimo wszystko, jakimś cudem ich wzrok może się spotkać. Cuddy nie powiedziała już nic. Przypomniało to House’owi pewną sytuację, kiedy to była narzeczona jego kuzyna, zrobiła to samo, słysząc pytanie: ‘Czy zostaniesz moją żoną’. Zaskakujące, jak bardzo kobiety są do siebie podobne.

Furgonetka zatrzymała się nagle, pozostawiając w głowie diagnosty przejmujący dźwięk, jaki to towarzyszy nam po powrocie z głośnej dyskoteki. Po za tym, dyskoteka i ten stary grat, nie mieli ze sobą nic wspólnego.

Światło, którego do tej pory tak bardzo potrzebowali, przeobraziło się nagle w ich wroga, niemiłosiernie rażąc w oczy i sprawiając, że ich źrenice zwężyły się do wielkości kropki nad ‘i’. Dopiero po chwili dostrzegli stojących przed nimi dwóch facetów, a o ich uszy obiło się jakże miłe:
- Wysiadać k***a! – zapewne w wykonaniu niższego ‘Pana Zapałki’.
Oboje pospiesznie opuścili tylną część (jak spostrzegł House) Volkswagena. Znajdowali się w jakiejś mrocznej, bocznej uliczce. Mimo środka dnia, mokry asfalt, ‘błąkające się’ wszędzie stare gazety, kartonowe pudełka, butelki i Bóg wie, co jeszcze, skutecznie odstraszały jakichkolwiek przechodniów. Z pewnością ta okolica nie miała dobrej opinii wśród mieszkańców miasta. Miasta, bo przypuszczamy, że było to miasto.

Wprowadzono ich do ogromnego, opustoszałego budynku – równie mrocznego, co ulica i równie starego, co furgonetka. Patrząc z zewnątrz miało się wrażenie, że to opuszczona fabryka, kiedy weszło się do środka było się już tego pewnym. Zbyt wilgotne powietrze oplotło ich nozdrza, pozostawiając, delikatnie mówiąc – niemiłe wrażenie. Obskurne ściany nie wyglądały na gościnne, strasząc odpadającym tu i ówdzie tynkiem. Szli prowadzeni przez ‘Pana Niespodziankę’, co chwila wodząc oczami za jakąś zniszczoną maszyną czy połamanym meblem. Tu wybita szyba, tam przewrócone krzesło. Gruba warstwa kurzu pokrywała wszystko dokoła pozostawiając na podłodze szeroką na metr, długą ścieżkę. Wyglądało na to, że nie byli tu pierwsi, wręcz przeciwnie – ktoś dosyć często zaglądał w to miejsce. Wszystko to sprawiało, że adrenalina wzrosła do granic możliwości. Adrenalina Cuddy i House’a rzecz jasna.
- Jerry?! – dało się nagle słyszeć za plecami.
Przeraźliwy piskliwy głos odbił się echem po ogromnym korytarzu i pomknął niczym bolid Formuły 1, do jeszcze większej hali produkcyjnej. Cała trójka odruchowo odwróciła głowy w stronę niespodziewanego hałasu, mrużąc jednoczenie oczy.
- Jerry… – powtórzył niższy z facetów – Szy to jego laszka? – wyseplenił z papierosem w ustach, unosząc do góry drewniany przedmiot.
House zamiast rzucić w jego stronę jakąś ciętą uwagę, zmierzył uważnie wzrokiem ‘Pana Niespodziankę’. Od czubków butów po krańce łysej głowy… Jerry? Spojrzał na wielką szramę na jego twarzy… Jerry? Obejrzał łysą głowę... Jerry? Jak ktoś taki może mieć na imię Jerry?! Prędzej ochrzciłby tak Wilsona, ale nie jego.

Ktoś jednak musiał kiedyś usłyszeć to imię – nadał mu je, zawołał go na kolację, wymruczał podczas uprawiania seksu, wstawił w odpowiednią rubrykę wypisując mandat, wykrzyczał na głównej ulicy jakiegoś miasta widząc go idącego drugą stroną chodnika. To wszystko musiało się kiedyś zdarzyć. Wierzcie mi jednak, że rozwiązując quiz z pytaniem: Jak ma na imię ‘Pan Niespodzianka’? i mając do dyspozycji tylko odpowiedź ‘a’, czyli: Jerry – z pewnością nie bylibyście jej do końca pewni. Ba! Szukalibyście innego rozwiązania sądząc, że to jakiś haczyk.
Tak bardzo ten facet i jego ‘nazwa’ do siebie nie pasowali.

‘Pan Niespodzianka’… Ekhem… Przepraszam – Jerry. A więc Jerry skinął głową koledze i zerknął na swoich ‘zakładników’. Może nie miał gąszczu włosów na swojej głowie, ani miłego wyrazu twarzy, ale miał za to wysoki iloraz inteligencji. I właśnie ta inteligencja nakazywała mu w tej chwili nie wierzyć bezbronnym minom, jakie z iście aktorką gracją ukazywali House i Cuddy.
- Przynieś ją – odparł jak zawsze opanowanym, ale jakże dobitnym tonem.
‘Niższa Zapałka’ skinął głową i wyjrzał za drzwi wyrzucając w połowie wypalonego papierosa. Zanim je zamknął rozejrzał się jeszcze uważnie, jakby w obawie przed własnym cieniem, postawił kołnierz skórzanej kurtki i ruszył w ich stronę. Kiwał się na boki, jednocześnie robiąc maleńkie kroczki. Gruby brzuch sprawiał, że z pewnością nie widział palców własnych stóp, a ledwo zauważalne oczy topiły się gdzieś w tłustej twarzy. Mimo to mężczyzna był niezwykle sprytny pod względem fizycznym.

Podszedł do nich i podał laskę Jerry’emu, rzucając lubieżne spojrzenie w kierunku Cuddy. Spojrzała na niego z obrzydzeniem. Ten jednak, nie poddawał się i jak wyrafinowany Casanova (za pewne za takiego się uważał) puścił jej oczko z miną w stylu: ‘Jak się masz, maleńka?’. Odpowiedziała. Ukląkł czując silny ból nad kostką lewej nogi. Zacisnął zęby i rozmasował miejsce, w którym obcas spotkał jego kość.
- Idziemy! – popchnął ją do przodu

Otoczenie nie zmieniało się jeszcze przez najbliższych kilka minut. Jak się okazało, celem ich wędrówki były obszerne metalowe drzwi. Może nie one same, ale to, co znajdowało się za nimi. Dwa głośne pukania sprawiły, że po chwili pojawiła się w nich zgrabna, dosyć wysoka blondynka o długich włosach. Wyglądała na jakieś osiemnaście – dziewiętnaście lat. Zmierzyła wszystkich wzrokiem i gestem kazała wejść do środka, otwierając drzwi na oścież.
- Jest twoja panienka... – warknęła Cuddy

House nie zwracał na nią jednak uwagi. Obserwował dyskretnie tajemniczą kobietę. Ubrana w czarne skórzane spodnie i obcisły T-shirt, chowała do kabury ogromny pistolet – ani trochę nieprzypominający kobiecej broni. Musiała mieć jednak jakieś dwadzieścia trzy – dwadzieścia pięć lat.

- Jak żyjesz? – rzucił w kierunku blondynki, o głowę od niej niższy, grubszy z ‘Zapałek’ nie zapominając o koślawym uśmiechu.
- Zamknij się Henry – odparła nawet na niego nie patrząc.
Musiała mieć jednak około dwudziestu siedmiu - trzydziestu lat.
– Co ona tu robi?! – zwróciła się do Jerry'ego z oburzeniem patrząc na Cuddy – Jacob nie będzie zadowolony…
- Pojawiły się małe komplikacje. Zaraz ją usuniemy…
_________________



_________________
Każdy błąd kobiety jest winą mężczyzny.

PostWysłany: Wto 15:43, 23 Gru 2008
LicenceToKill
Pulmonolog
Pulmonolog



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 11

Posty: 1292

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

LicenceToKill napisał:
To mój fik numer II...
Umieściłam go wcześniej na innym forum, dlatego wiele Huddzinek mogło już rzucić na niego okiem...
Obiecuję, że go skończę... Kiedyś... Laughing

Rzuciłam wcześniej, rzuciłam i tutaj - bardzo dobrze mi sie to-to czyta, ALE kiedy nastąpi to KIEDYŚ? Pliiiiiiiiiiiiissssss
przytul proszę głaszcze



_________________




Codziennie budzę się piękniejsza, ale dziś to już chyba
przesadziłam...

PostWysłany: Wto 16:16, 23 Gru 2008
lizbona
Diabetolog
Diabetolog



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 8

Posty: 1682

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ach, kocham tego fika ^^
I mam nadzieję, że to "kiedyś" nastąpi dość szybko ^^ Bo jak nie, Licence, to wiesz, że Cię odwiedzę, prawda? Very Happy *evil smajl*



_________________

Osoba, która doprowadza mnie do największego szału to ja sama. (J.C.)
Moje [nie]najnowsze dziecko Wink -> Komentarze karmią Wena Very Happy
Huddy w starym stylu -> Wen[ta] jest głodny Very Happy

PostWysłany: Wto 16:37, 23 Gru 2008
Schevo
Fikopisarz Miesiąca
Fikopisarz Miesiąca



Dołączył: 22 Gru 2008
Pochwał: 5

Posty: 368

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Kolejny fragment...
Dziękuję Karoli za weryfikację i za mnóstwo innych rzeczy, które dla mnie robi :*
Z dedykacją właśnie dla Niej i dla Shevo :*


III

- Pojawiły się małe komplikacje. Zaraz je usuniemy…

Co?! Czy dobrze usłyszała?! Jakie komplikacje?! Jakie usuniemy?! Cholera! Cała ta chora sytuacja za bardzo wymykała się spod kontroli! Ba! Już od dawna nikt nie miał nad nią żadnej władzy.

Była przerażona… A kto nie byłby na jej miejscu? Nie był to jednak strach, jaki towarzyszy pięciolatkowi, kiedy ten nie może odnaleźć pod choinką prezentu ze swoim imieniem. Nie było to też nic z rodzaju przerażenia, które ogarnia księgową, kiedy w dokumentacji brakuje kilku ‘stówek’. To było cos, co czuje nurek, kiedy kilkadziesiąt metrów pod wodą, jego rurka tlenowa nieszczęśliwie przecina się w kontakcie z ostrymi skałami.

Wyobraźcie sobie… Ach… Przecież nie możecie sobie tego wyobrazić… Możemy tylko o tym mówić, czytać, czy choćby pisać. Nikt nie zasmakuje tego, co czuła Cuddy… Chyba, że… Chyba, że ktoś, kiedykolwiek w taki sposób poinformował Was o nadchodzącej śmierci.

Nóż? Pistolet? A może gruby sznur? Te okropne myśli, jedna po drugiej przebiegały w jej głowie sprawiając, że trzęsła się jak ręce chorującego na Parkinsona. Podchodząc bardziej racjonalnie do sprawy, uznała, że najodpowiedniejszym narzędziem będzie jednak pistolet. Ze wszystkich rodzajów broni jest chyba najbardziej elegancki. Po za tym, jedna, mała kulka trafiająca w głowę nie sprawi tyle bólu, co podcinane gardła nożem. Najlepiej byłoby, gdyby wszystko odbyło się sprawnie i szybko. I tu właśnie widać kolejną zaletę broni palnej – krótki, stłumiony dźwięk wystrzału, zamiast przedłużającej się ceremonii zaplatania na szyi węzła. Cudownie…

W mgnieniu oka jej dotychczasowe nastawienie legło w gruzach. Własne domysły sprawiły, że jeszcze chwila, a sama kazałaby siebie ‘zlikwidować’. Od tego pomysłu odwiodło ją jednak silne szarpnięcie. Poczuła na nadgarstkach mocny uścisk ‘Pana Zapałki’.
- Idziemy! – wrzasnął jej nad uchem sprawiając, iż dopiero teraz przypomniała sobie, że nie jest tu sama. O jej uszy obił się przyjemny dźwięk odbezpieczanej broni (przyjemny dla osoby, która miała te broń w rękach). Spojrzała na House’a. Jeśli to ona miała ‘zniknąć’, dlaczego to jemu, ‘Pan Niespodzianka’ przystawiał spluwę do karku? Ironia losu – moglibyśmy powiedzieć.

Zgrabna blondynka zwinnie przemknęła między obskurną ścianą, a właścicielem niezbyt twarzowej szramy, by otworzyć przed nimi równie obskurne drzwi. Ich oczom ukazało się dosyć duże pomieszczenie, które znacznie różniło się od tych mijanych wcześniej. Już na pierwszy rzut oka wdać było, że służyło do ‘celów wyższych’.

Weszli do środka… Przepraszam, zostali wepchnięci! Jak jakiś margines społeczny! Ach… Wepchnięci to zbyt delikatne nazwanie całej sytuacji. Należałoby użyć tu innego słowa, którego niestety nie odważę się napisać ze względu na brak informacji dotyczących wieku czytających.
A więc… ‘zostali potraktowani’ jak najgorsi przestępcy, bandyci lub ktokolwiek inny, uważany powszechnie za wroga społeczeństwa. Z nisko pochylonymi głowami i lufami wbitymi w karki weszli do środka spostrzegając, ze nie śmierdzi tam tak jak kilka ścian wcześniej.

Kiedy nieprzyjemny nacisk na szyję zmalał, diagnosta uniósł nieco głowę, by po chwili całkowicie się wyprostować. Drugi raz w ciągu niecałej godziny, Jerry dał mu do zrozumienia, ze używa siły tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne. Jak to bywa w każdym filmie akcji, schwytany spojrzał w stronę swojego towarzysza (w tym przypadku towarzyszki), by sprawdzić czy nic mu nie jest. Cuddy, zgięta w pół, nadal trzymana była przez ‘Pana Zapałkę’. Jak się domyślacie nie była to dosyć wygodna pozycja. Niskiemu, krępemu typowi chyba bardzo odpowiadała figura, w jakiej się teraz znajdowała. Po pierwsze, mógł wykazać się ogromną zręcznością (obezwładnił przecież kobietęwykrzyknik!). Po drugie – był wtedy wyższy od swojej ‘zakładniczki’.
Duma wyparowała jednak wraz z jednym znaczącym spojrzeniem Jerry’ego.
- Szefie… – zaczął ‘Pan Niespodzianka’ – mamy go…
- Nikt was nie widział? – przerwał mu niski męski głos.
- Nie… Z wyjątkiem jej… – wskazał ręką Cuddy.
‘Nowa postać w grze’ zmierzył kobietę wzrokiem. I wierzcie mi, że nie był to wzrok zwyczajny. Przenikliwe spojrzenie przeszyło ją na wylot i sprawiło, że po plecach przemknął dreszcz.
- Zróbcie z nią coś. – rzucił szybko i zwrócił twarz do okna, przy którym stał od samego początku.
- Ja się tym zajmę szefie! – prawie krzyknął ‘Pan Zapałka’, po czym głośno zarechotał.
- Jerry, ty to załatwisz. – odparł, nie odrywając oczu od okna.
- Ale szefie… - nie dawał za wygraną niższy z facetów.
- Zamknij się Henry. - ugasiła jego zapał zgrabna blondynka, która straciła nagle zainteresowanie House’a. Zamiast w nią, wpatrywał się teraz w tajemniczego mężczyznę stojącego przed oknem. Odwrócony do nich prawym bokiem, bez przerwy czegoś wypatrywał. Dramaturgii dodawał trzymany w ręce duży pistolet.
- Na pewno nikt was nie śledził? – oderwał się w końcu od okna i odwrócił w ich kierunku. Znacznie różnił się od dwóch pozostałych mężczyzn. Przede wszystkim – miał włosy. Krótko przystrzyżone, w kolorze głębokiej czerni, pasowały długością do nieogolonej brody. Idealne, męskie rysy twarzy, około 185 cm wzrostu i sylwetka przypominająca greckiego boga sprawiały, że z pewnością nie jedna przedstawicielka płci pięknej oglądała się za nim na ulicy. Czarny podkoszulek, ciemne okulary przeciwsłoneczne i trzymana w ręce broń mogły połowę tych pań doprowadzić do omdlenia, a połowę połowy, od razu pozbawić życia. Dlatego właśnie, już na pierwszy rzut oka, diagnosta uznał, że nie polubi tego faceta.

Tak jak anorektyczce z łatwością możemy policzyć kości, tak patrząc na niego, oczom nie umknie ani jeden mięsień. Zero zbędnego tłuszczu. Wszystkie idealnie wykształcone. Własną pracą i ćwiczeniami. Bez grama jakichkolwiek ‘wspomagaczy’.

Był dosyć szczupły. Żyły wyraźnie zaznaczone na przedramionach. Marzenie każdego punktu krwiodawstwa. Wyglądał na około trzydzieści lat i na wystarczająco sprytnego, by kierować grupą ludzi.

Dało się jednak zauważyć, że ‘Szef’ nie jest dzisiaj w formie. Ciężkie krople potu spływały po jego twarzy pozostawiając podłużne smugi, jak na źle nawoskowanym aucie. Przyspieszony oddech i przebiegające, co chwila po jego ciele ostre dreszcze, nie dawały mu dobrych prognoz na przyszłość. Grypa? Z pewnością nie. Opisując jego wygląd ominęliśmy jeden znaczący szczegół - mężczyzna na wysokości żeber był owinięty grubą warstwą bandaża. Na lewym boku materiał przybrał kolor intensywnego bordu.
- Czy wyglądam na lekarza? Musicie mnie wymienić na kogoś innego. – zaczął House.
- Posłuchaj… Gówno obchodzi mnie, czy nim jesteś czy nie. Masz wyjąć mi to żelastwo z żeber, albo pogadamy inaczej. – zwrócił się do niego Jacob i aby dobitniej przekazać sens swoich słów, skierował lufę swojego pistoletu prosto w czoło diagnosty.
Głowa House’a była oddalona od mężczyzny o około pięć metrów, nie śmiał jednak wątpić w umiejętności strzeleckie tego faceta.
- Siadaj – wyjęczał mężczyzna i najostrożniej jak tylko mógł, ułożył się na starym dębowym krześle, przy starym dębowym stoliku. Widać było, że każdy, nawet najmniejszy ruch sprawia mu ogromny ból.

Nie było czasu na jakiekolwiek dyskusje. Bo czy można prowadzić rozmowy z porywaczami? Punkt ‘X’ na liście działań, których absolutnie nie powinniśmy wykonywać w takich sytuacjach: - Nie sprzeciwiaj się!

Diagnosta kątem oka zerknął na Cuddy. Chyba pierwszy raz w życiu, chciał, by to ona zadecydowała. Niestety. Jak to mówią – nie można mieć wszystkiego.

Posłusznie usiadł na wyznaczonym przez ‘Szefa’ miejscu. Pusty blat stołu i wrodzona ciekawość zmusiły go jednak do zadania pytania:
- Mam to zrobić zębami? – rzucił dodając do powietrza nowy pierwiastek – sarkazm.
- Posłuchaj… - mężczyzna znowu skrzywił się z bólu, kierując lufę pistoletu w stronę House’a – Nie pogrywaj sobie ze mną. - zagroził – Jerry… – skinął głową na mężczyznę.
W mgnieniu oka na stoliku pojawiła się czerwona ‘skrzyneczka’ z głównym wyposażeniem każdej karetki. Diagnosta zdziwiony spojrzał na obu facetów. Z twarzy ‘Pana niespodzianki’ nie potrafił odczytać niczego, a Jacob z pewnością nie przypadkowo miał na nosie swoje ciemne okulary.
- Skąd to macie?
- Nie chcesz wiedzieć. – odparł mężczyzna i skierował swój wzrok na Jerry’ego, który chwycił mocno Cuddy.
- Tylko dobrze ukryjcie ciało. – dodał.
Administratorka przełknęła głośno ślinę. A jednak… To już koniec. Koniec tego, co dobre i tego, co złe. Koniec życia. Koniec marzeń. Koniec pracy. Koniec tych beznadziejnych podsumowań, które od kilku minut robiła. Może dane jej było odejść z tego świata w taki, a nie inny sposób. Może ktoś ‘na górze’ wszystko już wcześniej zaplanował. Podsumowując, lepsza jest śmierć w rękach porywaczy, niż po upadku ze schodów.
Ale cholera! Czy to naprawdę konieczne?!


Ciąg dalszy nastąpi...


Ostatnio zmieniony przez LicenceToKill dnia Pią 1:04, 26 Gru 2008, w całości zmieniany 1 raz



_________________
Każdy błąd kobiety jest winą mężczyzny.

PostWysłany: Pią 0:57, 26 Gru 2008
LicenceToKill
Pulmonolog
Pulmonolog



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 11

Posty: 1292

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Kochana pisałam już, że jest cuddowne ^^
Dziękuję bardzo za dedykację :* Czymże na nią zasłużyłam?
Umówmy się tak... Jutro edytuję posta i napiszę coś sensownego, okay? Bo teraz mój mózg już nie pracuje...
Boskie, podoba mi się :*



_________________

Osoba, która doprowadza mnie do największego szału to ja sama. (J.C.)
Moje [nie]najnowsze dziecko Wink -> Komentarze karmią Wena Very Happy
Huddy w starym stylu -> Wen[ta] jest głodny Very Happy

PostWysłany: Pią 1:03, 26 Gru 2008
Schevo
Fikopisarz Miesiąca
Fikopisarz Miesiąca



Dołączył: 22 Gru 2008
Pochwał: 5

Posty: 368

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

:* Dzieki za dedykacje, swietna czesc, pisanie przychodzi ci z coraz wieksza lekkoscia.



Autor postu otrzymał pochwałę.

_________________




Ważne, żeby iść. K. Kieślowski

WYZNAJE NIEMODNA WIARE ... WIARE W CZLOWIEKA

PostWysłany: Pią 1:16, 26 Gru 2008
Karola
Pediatra
Pediatra



Dołączył: 20 Gru 2008
Pochwał: 2

Posty: 413

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Wspaniałewykrzyknik! Tylko tyle jestem w stanie napisać.
Świetnie napisany fik z przemyślaną fabułą(oryginalną) i trzyma w napięciu. Z niecierpliwością czekam na kolejne części.



_________________

Ona jest czernią i bielą, ona jest smutkiem i nadzieją
Ona ostatnią bogów wybranką, moją sekretną siostrą i kochanką

PostWysłany: Pią 1:27, 26 Gru 2008
Shaia
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 24 Gru 2008

Posty: 43

Miasto: Pruszków
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Pisałąm ci jużna drugim forum, ale JAK MOŻESZ PLANOWAć ZABIć CUDDY I TO W ŚWIęTA! No wiesz! Opowiadanie genialne! A Pan Zapałka dalej mnie śmieszy Very Happy I nie mogę sie doczekać ciągu dalszego :*



_________________

PostWysłany: Pią 13:43, 26 Gru 2008
jeanne
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 50

Posty: 11087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

hej, a więc wreszcie i ja tu jestem Very Happy! Licence, moja kochana, no WIESZ co?! Trzęsę się ze strachu, że zabijesz Cuddy - a jednocześnie mam nadzieję - całe morze Mr. Green, że tego nie zrobisz, że House zagra bohatersko i powie, że nie kiwnie nawet palcem, jeśli oni nie zostawią Cuddy w spokoju krzywy . Powieeeeeedz, że mam rację SmileSmileSmile? Oczywiście, odcinek podobał mi się szaleńczo - jak zawsze zresztą Smile - i nawet nie wiesz, jak ja się cieszę, że mogłam to przeczytać - tą misternie utkaną, przecudowną zabawę słowem godną prawdziwej pisarki Very Happy. Uściski i buziaki wielkie :*:*:*:*:*



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Pią 18:47, 26 Gru 2008
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dedykacja dla Karoli... Dziękuję :*


IV


- Tylko dobrze ukryjcie ciało. – dodał.
Administratorka przełknęła głośno ślinę. A jednak… To już koniec. Koniec tego, co dobre i tego, co złe. Koniec życia. Koniec marzeń. Koniec pracy. Koniec tych beznadziejnych podsumowań, które od kilku minut robiła. Może dane jej było odejść z tego świata w taki, a nie inny sposób. Może ktoś ‘na górze’ wszystko już wcześniej zaplanował. Podsumowując, lepsza jest śmierć w rękach porywaczy, niż po upadku ze schodów.
Ale cholera! Czy to naprawdę konieczne?!

- Sam tego nie zrobię… – House podniósł głos. W takich okolicznościach trudno było perfekcyjnie zagrać obojętność. Strużka potu płynęła po jego plecach, jak leśny strumyk w piękny majowy dzień.
- Sam tego nie zrobię… – powtórzył nieco bardziej opanowany, tak jakby to było zwykłe zamówienie piwa w pubie.
‘Szef’ spojrzał na Jerry’ego, potem na House’a, jeszcze raz na Jerry’ego i znowu na diagnostę. Na końcu zmierzył wzrokiem Cuddy. I mogę się założyć o roczny karnet na basen, że to był zdziwiony wzrok!
- Posłuchaj… To niezły towar i szkoda pozbywać się takiej d***y, ale sama jest sobie winna. Nie wyglądasz na głupiego, więc wydaje mi się, że zrozumiałeś. – powiedział.
No tak… IQ tego gościa z pewnością było bliskie 150. Znał się na rzeczy i ostrożnie stawiał każdy krok. Młody, a jednak doświadczony przez życie.
- Matka zawsze powtarzała żebym nie opuszczał zajęć… - zaczął diagnosta, jakby do siebie i chwycił nożyczki leżące w ‘skrzynce’. Zakręcił nimi na palcu, jak Clint Eastwood rewolwerem. Metalowy przedmiot zawirował jak karuzela, oddając przy tym subtelny dźwięk. Los chciał, że nożyce wyślizgnęły się naszemu kowbojowi, pozostawiając tylko uniesioną do góry rękę. Jedno ze lśniących ostrzy wbiło się z impetem w gipsową ścianę pokoju, obok której stał wcześniej już wspomniany stary, dębowy stolik. Na blat posypały się kawałki tynku i szary pył.
- Ups… - szepnął House, widząc jak zaciśnięte pięści Jacoba bieleją coraz bardziej. Do ich uszu dobiegł głośny śmiech ‘Pana Zapałki’. Jerry machnął łokciem, aby go uciszyć. Ręka natrafiła na prawe ucho, sprawiając, że małżowina prawie wbiła mu się w czaszkę. Głowa lekko odskoczyła na bok, tak, iż miało się wrażenie, że nie powróci na swoje miejsce. A jednak! Matka Natura od milionów lat nas zaskakuje.
Henry’emu nie pozostało nic, jak tylko zamknąć się i skrzywić z niesmakiem.

Zgrabna blondynka chwyciła klamkę, stwierdzając zapewne, że nie znajdzie tu dla siebie odpowiedniej rozrywki. Wychodząc zakołysała biodrami i trzasnęła na pożegnanie drzwiami.

- To, co? Zaczynamy? – zapytał House, charakterystycznie zacierając ręce.
- Posłuchaj… Uważasz mnie k***a za debila? Myślisz, że się przestraszę? – zbliżał powoli twarz do diagnosty, tak jak to robi stara, gruba niania, chcąc wyznaczyć małemu ‘potworkowi’ karę – Masz do dyspozycji Henry’ego – skwitował na koniec.
House spojrzał na krępego mężczyznę.
- Nie zawiodę się… - powiedział nie odrywając od niego kpiącego wzroku. Oczy Jacoba powędrowały na ‘Pana Zapałkę’, który był teraz czymś naprawdę zajęty. Trzymał przed sobą małe lusterko i delikatnie gładził palcami swoją łysą glacę, wykonując przy tym jednocześnie miliony dziwacznych min. Buziaczek, zawadiackie mrugnięcie okiem, znowu buziaczek, szeroki, koślawy uśmiech, groźna mina, jeszcze raz mrugnięcie.
Jacob głośno westchnął:
- Dobra! – uderzył pięścią w blat stolika – Ale jeden zły ruch skurwielu i dwie metalowe kuleczki znajdą się w waszych główkach. Zrozumiano?
Nie musiał powtarzać.

Jerry uwolnił nadgarstki Cuddy, sprawiając, że kobieta prawie podskoczyła z radości. Żyje! Jest cała! Będzie żyć! I będzie cała! Przynajmniej na razie…

Jeden znak ‘Szefa’ i obaj faceci stali pod drzwiami jak bramkarze przed wejściem do dyskoteki. Przygotowani na wszystko, w pełnym skupieniu obserwowali całą trójkę. Zaopatrzeni w najlepszą broń dostępną na czarnym rynku, pewni siebie i swoich możliwości sprawiali, że pod wpływem potu, koszula House’a przybrała ciemniejszy kolor. Trzymana przez Jacoba ostatkiem sił spluwa, również nie pozwalała odprężyć się choćby na chwilę. Facet wyglądał okropnie. Był wycieńczony, ręce mu drżały, woda lała się z niego strumieniami. Mimo wysokiej gorączki nadal zachowywał bystrość umysłu. Panował nad sytuacją, albo przynajmniej próbował panować.

House wyjął z kieszeni fiolkę Vicodinu, wzbudzając tym samym zainteresowanie Jacoba. Lufa pistoletu automatycznie powędrowała w stronę głowy diagnosty:
- Posłuchaj… Mówiłem, bez żadnych numerów, k***a!
Cuddy z przerażeniem cofnęła się o krok do tyłu. Bała się jak cholera. Kto wie, co może przyjść do głowy temu facetowi.
House – ryzykant wysypał dwie tabletki, które po chwili rozpoczęły wędrówkę wzdłuż jego przełyku:
- Zaczynamy – powiedział do Cuddy. Poczuli się przez chwile, jak astronauci, których rakieta ma za moment wynieść na orbitę. Oby tylko nie powtórzyło się: ‘Houston, mamy problem’.

- Przynieście cos do picia. Wszystko z wyjątkiem wody… i butelkę szkockiej. – rzucił w stronę panów w czarnych kurteczkach. Jerry znowu machnął łokciem. Tym razem małżowina uszna odkleiła się od głowy ‘Pana Zapałki’ wydając przy tym charakterystyczne ‘klapnięcie’ Zadowolony z takiego rozwoju wypadków, wyszedł z pokoju w poszukiwaniu magicznych składników.

- Musisz położyć się na kanapie – stwierdziła Cuddy próbując zdjąć brudny bandaż.
- Będę siedział tutaj, skarbie – odparł.
- Ta kobieta pierwszy raz zaprasza kogoś do łózka. To grzech nie skorzystać – wyparował House.
- Zamknij się! – warknęła obrzucając go najbardziej wrogim spojrzeniem na jakie tylko dała radę się zdobyć – Inaczej nie wyjmiemy kuli – zwróciła się do Jacoba, jak do pięciolatka.
- Czy nie wyraziłem się jasno?! – uderzył dłonią w stół
- Nie zmuszaj go. – diagnosta zrobił najgrubszą minę jaką miał w swoim repertuarze - Czuję się jak w Tybecie… - westchnął.
Cuddy przewróciła oczami, zaplatając ręce na piersiach:
- Masz rację, utrudnijmy sobie to jeszcze bardziej. Skoro McGyver potrafi zrobić akumulator z drutu i zapałki, ty na pewno poradzisz sobie z tym.
- Ach, uwielbiam twoją wiarę we mnie. Ruszamy! – chwycił w dłoń wielką strzykawkę i przybrał iście Bondowską pozę.
- House! – krzyknęła. Kompletnie nie wiedziała już, o co chodzi. On naprawdę był nienormalny. Stoją o krok od śmierci, a ten najzwyczajniej w świecie kpi sobie z tego. Ach… Lepiej powiedzmy, z czego sobie nie kpi, lista będzie krótsza.

Oboje włożyli gumowe rękawiczki. Cuddy delikatnie zaczęła zdejmować bandaż z tułowia Jacoba. Nie wyglądało to ciekawie. Facet nieźle się dorobił. A wyglądał na inteligentnego…

Rana mocno krwawiła. Nie był głęboka, aczkolwiek kula uszkodziła sporą część ciała.
Czyste bandaże. Krwawienie. Brudne bandaże.
Czyste bandaże. Krwawienie. Brudne bandaże.
Czyste bandaże. Krwawienie. Brudne bandaże. Było trudno.

Do pokoju jak burza wpadł nagle ‘Pan Zapałka’. W lewej ręce trzymał butelkę z sokiem pomarańczowym, w prawej ze szkocką. Zanim zdążył się zorientować, Cuddy chwyciła napój z procentami i jednym ruchem zerwała nakrętkę.
- To jest kobieta – stwierdził z zachwytem Henry, lekko trącając House’a ręką. Z otwartymi ustami patrzyli jak pani Administrator wlewa w siebie szkocką, wpuszczając do butelki tylko bańki powietrza. Kiedy uznała, że wystarczy, odstawiła trunek na stolik i głęboko odetchnęła:
- Teraz jestem gotowa.

Akcja tamowania krwi szła już dosyć sprawnie. Aby Was nie straszyć, nie przytoczę słów, których użył House, by zmusić Jacoba do picia soku. Kłopoty zaczęły się dopiero w chwili, kiedy wielka gruba igła miała zatopić się w ramieniu ‘Szefa’:
- Posłuchaj… Nie będziesz mnie niczym faszerował, k***a!
- To lek przeciwbólowy – tłumaczyła Cuddy
- Gówno mnie to obchodzi! Wytrzymam.
- Jest ma… maszko… mi… mire… - wtrącił nagle ‘Pan Zapałka’
- Masochistą – poprawił go Jerry
- Właśnie!
- Nie masochistą, tylko idiotą – podsumował House i z impetem wbił ostrze strzykawki w jego ramię. Jacob zawył z bólu.
- Ty skurwielu! – wrzasnął i z całej siły nacisnął spust pistoletu. Od ścian odbił się głuchy dźwięk wystrzału. Wszyscy zamarli. Tylko delikatny dym wymknął się z lufy nie zwracając na nikogo uwagi.
- Cholera… - szepnął House i podzielił los leżącej na podłodze łuski naboju…


Ciąg dalszy nastąpi...



Autor postu otrzymał pochwałę.

_________________
Każdy błąd kobiety jest winą mężczyzny.

PostWysłany: Sob 17:09, 27 Gru 2008
LicenceToKill
Pulmonolog
Pulmonolog



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 11

Posty: 1292

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dzieki:*:* Moja ulubiona czesc, brawo Smile



_________________




Ważne, żeby iść. K. Kieślowski

WYZNAJE NIEMODNA WIARE ... WIARE W CZLOWIEKA

PostWysłany: Sob 17:20, 27 Gru 2008
Karola
Pediatra
Pediatra



Dołączył: 20 Gru 2008
Pochwał: 2

Posty: 413

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

zła Licence, bardzo zła. Przez nią będę miec koszmary!
Ale za to był mój Pan Zapałka! Very Happy I świetne teksty :* Tylko coś ty do laski Hałsowej, zrobiła Hałsowi?! ;(
Czekam niecierpliwie na dalej :*



_________________

PostWysłany: Sob 17:21, 27 Gru 2008
jeanne
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 50

Posty: 11087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

dzięki!wykrzyknikwykrzyknikwykrzyknikwykrzyknikwykrzyknikwykrzyknik wiedziałam, że spełnisz moją wczorajszą prośbę na gg i go psotrzelisz Twisted Evil Very Happy *odtancowuje taniec radosci*. Ups... nie, nie jestem sadystką Very HappyD. Oczywiście, mam nadzieję, że przezył Wink. Znaczy, musi przeżyć Very Happy. Ale Cuddy żyje i Cuddy go opatrzy, a jesli tylko Jacob spróbuje jej w tym przeszkodzić, to ja przeszkodzę jemu kiler . Jestem absolutnie zachwycona tym odcinkiem. Jest niesamowicie, wspaniale napisany, a mi opadła szczęka pod ciężarem twojego talentu :*:*:*. Nie mogłam oderwać wzroku, póki nie przeczytałam każdziusieńkiego słówka do konca. Jestem pod wrażeniem i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko oddać pokłom :*:*:*. proszę proszę proszę . Buziaki, czekam niecierpliwie na kolejną część Smile



_________________

"- And so the lion fell in love with the lamb...
- What a stupid lamb.
- What a sick, masochistic lion" - cytat z "Twilight"

Banner by Ewel
zakochany

PostWysłany: Sob 18:18, 27 Gru 2008
amandi
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 26 Gru 2008
Pochwał: 1

Posty: 148

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Takiego tekstu nie powstydziłby się sam Mistrz Hammett (Dashiell, nie mylić z Kirkiem - choć ten też nieźle wymiata! Twisted Evil ) Świetne, naturalistyczne opisy, okraszone czarnym humorem - wszystko to, czego mi było trzeba!



PostWysłany: Sob 18:27, 27 Gru 2008
rocket queen
Pumbiasta Burleska



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 57

Posty: 3122

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Kolejna część już wkrótce...



_________________
Każdy błąd kobiety jest winą mężczyzny.

PostWysłany: Wto 19:24, 30 Gru 2008
LicenceToKill
Pulmonolog
Pulmonolog



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 11

Posty: 1292

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.23481 sekund, Zapytań SQL: 14