Niebo nad San Francisco

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Niebo nad San Francisco



Zweryfikowane przez rocket.



-A wiesz, że wczoraj jedna z pielęgniarek przyłapała Cameron i Chase`a w laboratorium? –poinformował Wilson przyjaciela, podając mu paczkę Chipsów o smaku „solone”.
- Jakoś mnie nie zaskoczyłeś. Młodzi, hormony…te sprawy…a swoją drogą, są jakieś romanse szpitalne, o których nie wiesz? –ironizował House sięgając po chipsy.
Siedzieli ramię w ramię wyciągnięci na łóżku, w pokoju dla pacjentów w śpiączce i konsumowali lunch.

Kiedy House dowiedział się, że dyżur wypada mu w niedzielę, zadbał o to, żeby nie pozostać jedyną osobą, która skazana jest w ten dzień na obecność w szpitalu. Skoro ma się męczyć, przynajmniej nie będzie się męczył sam. A przy jego umiejętnościach perswazji (lub jak kto woli szantażu), obok jego nazwiska w grafiku, szybko pojawiło się również nazwisko Wilsona.

Siedzieli tu już od godziny, zabijając czas sporządzaniem rankingów kto z kim, kiedy i gdzie, wymieniając się najświeższymi ploteczkami krążącymi po korytarzach Princeton Plainsboro Teaching Hospital.

- Już zjadłeś wszystko? –Wilson z żalem zajżał do pustej paczki.
- Kto zjada ostatki, jest piękny i gładki –wyjaśnił House.
- Nie grozi ci to…Wiesz, że Pagory idzie na urlop od jutra? Podobno leci na Maledywy –Wilson sięgnął po butelkę wody mineralnej i odkręcił nakrętkę –ciekawe co na to jego asystentka…podobno leci z żoną. –upił łyka i podał Housowi.
- On jest tak stary i ślepy, że może już nie odróżnia żony od asystentki…dziwie się, że Cuddy trzyma takiego starego pryka –House wziął butelkę.
- A propos Cuddy, słyszałeś że ma być jakieś szkolenie dla kierowników oddziałów? mamy lecieć do San Francisko.
- I czego niby mamy się uczyć? Tańca go-go? Jak Cuddy będzie instruktorką to ja mogę jechać…
Rozbawieni ta wizja przyjaciele wybuchli głośnym śmiechem.

W tym momencie drzwi sali otworzyły się na oścież. Obydwaj umilkli widząc stojącą w nich administratorkę.
- A to co? Zlot przyjaciół z wojska przy piwku? Wilson, Ty też? –zapytał oskarżycielskim tonem.
- Nie mamy piwa…-odpowiedział Wilson speszony.
- Ale jak chcesz to możemy kupić! –zaproponował House rozbawiony –to znaczy Wilson kupi.
Cuddy pokręciła głową z dezaprobatą. Czuła się jakby przyłapał właśnie dwóch rozbrykanych urwisów na psotach. Niestety tymi urwisami byli jej najlepsi lekarze.
- W tej chwili na oddział! –zakomenderowała tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Możemy razem, mamo? –wypalił House piskliwym głosem, naśladując małe dziecko.
- Osobno!

Przyjaciele wstali z łóżka, uprzątając jednocześnie papierki i butelki. Wilson w pospiechu wpakował wszystkie śmieci do kosza.
- Koniec imprezy…- westchnął House.
- Koniec –Cuddy spiorunowała go spojrzeniem.
- A czy to prawda, że będziesz nas uczyć tańca na rurze? –przypomniał sobie nagle House.
- Tak, jak wrócę z Londynu. A do Londynu się nie wybieram –odpowiedziała pozbawiając go złudzeń.
- Chyba chodzi mu o szkolenie –wyjaśnił Wilson.
-A ty skąd wiesz o szkoleniu? –spojrzała na onkologa podejrzliwie. Wilson zrobił najbardziej niewinna minę na jaką było go stać.
- Wilson! Przestań wyciągać informacje od mojej asystentki. Jeszcze trochę przebywania z nim –wskazała palcem na Housa- i będę miała dwóch opętanych lekarzy w szpitalu zamiast jednego –stwierdziła zrezygnowana.
- Ej! –House udawał oburzonego.
- Czyli to prawda? –chciał upewnić się onkolog.
- Tak. Chcę, żeby każdy kierownik, nauczył się jak zarządzać zespołem i prowadzić oddział efektywnie.
- Ale ja zarządzam oddziałem efektywnie –zaprotestował House.
- Tak? A gdzie jest twoja dokumentacja medyczna z ostatnich dwóch miesięcy? -zapytała Cuddy wymownie.
- No przecież zrobiłem z nia porządek, tak jak mi kazałaś! –bronił się diagnosta.
- Przez „zrobienie porządku” rozumiesz wyrzucenie jej do kontenera na śmieci? House, za takie rzeczy można strącić licencje!
- To nie ja! To woźny! Ja mu tylko powiedziałem, że „trzeba z tym zrobić porządek” –uśmiechnął się do niej bezczelnie.
- Nie upiecze ci się House! Choćbyś się zaszył pod ziemię, naćpał, włożył scyzoryk do kontaktu –i tak pojedziesz na szkolenia. Nawet nie waż się czegokolwiek próbować!
- Od razu tak ostro? Oczywiście, że pojadę! Jakże bym mógł zostawić Wilsona samego na pastwę wszystkich pięknych prostytutek z San Francisko! –obwieścił wielce zadowolony z siebie po czym ruszył korytarzem w stronę swojego gabinetu.

- Naprawdę masz zamiar jechać? Tak po prostu? –Wilson nie mógł ukryć zaskoczenia. Dwie godziny po tym, jak Cuddy nakryła ich na robieniu absolutnie nie tego co powinni, obaj wychodzili ze szpitala, po skończonym dyżurze.
- Oczywiście, że tak –potwierdził House, uśmiechając się przy tym szeroko.
- Gdybyś się ociągał przez dwa dni, gdybyś chciał za to czegoś w zamian, gdybyś chociaż wytargował mniej godzin w klinice, to może bym nawet uwierzył, że dobrowolnie i z własnej woli polecisz do San Francisko na szkolenie w zakresie zarządzania oddziałem.
- Niewierny Wilsonie! MI nie wierzysz? –wykrzyknął House teatralnie.
- Zwłaszcza tobie…-powiedział cicho onkolog.
- Słyszałem! –oburzył się House.
- Miałeś słyszeć…-odparł Wilson. Ten zbytni oportunizm Housa śmierdział na kilometr. Śmierdział i machał czerwona chorągiewką, a on, James Wilson, wolał wiedzieć czego ma się spodziewać po diagnoście. Chociaż z drugiej strony, trudno się spodziewać przewidywalnego zachowania po kimś, kto radośnie wkłada scyzoryk do kontaktu i z lubością narkotyzuje się wszystkim co ma pod ręką. Nie od dzisiaj wiedział, że House-człowiek-przewidywalny-i-rozsądny to oksymoron pierwszej wody…

- Chcesz sabotować, tak? Wyjdziesz na środek w czasie wykładu i złoisz laską wykładowcę? Albo jeszcze lepiej naćpasz go! Tak…albo zamówisz prostytutkę na wykład, która paraduje w trakcie bez ubrania pytając się, kto ja zbada. Cuddy cie zabije –onkolog wyrzucał z siebie domysły z prędkością karabinu maszynowego.
- Nie, Nostradamusie. Gdybyś pomyślał przez chwilę racjonalnie, zamiast tworzyć absurdalne teorie, zrozumiałbyś, że zasadniczo lepsze jest siedzenie w Frisco, obijanie się i picie darmowych drinków, niż siedzenie w przychodni. Myślisz, że zamierzam iść na jakikolwiek wykład? Cuddy będzie tutaj, a my tam. Czego chcieć więcej od zycia? -House wyjaśnił wizję wakacji w San Francisko.
- Myślisz, że Cuddy tam nie będzie? –Wilson miał co do tego pewne wątpliwości.
-Ja wiem, że jej tam nie będzie! W czasie kiedy ty zajmowałeś się leczeniem nudnych i przewidywalnych nowotworów, ja zająłem się czymś…pożytecznym…-mówiąc to wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kartkę i podał ja Wilsonowi.
Onkolog przeczytał na głos „Rezerwacje na szkolenie dla PPHT”. Przebiegł wzrokiem listę.
- Nie ma jej tu –stwierdził.
- Oczywiście, że jej nie ma. Gdyby była, nie szedłbym tak spokojnie tylko siedział o kombinował jak się wymigać. Wilson! Zabierz czepek i galoty do pływania, zabierz dużo wódki i słomkowy kapelusz! Frisko będzie nasze! –obwieścił triumfalnie House.


Cuddy weszła do swojego gabinetu i zamknęła drzwi za. Podeszła do biurka i otworzyła swój terminarz. Kartka z lista rezerwacji była miedzy stroną 23 a 24. Zostawiła ją miedzy stronami 33 i 34. Dla pewności podeszła do kserokopiarki. Policzyła kartki. Cztery czyste. Było pięć. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
`Jakiż on jest czasem przewidywalny!` -pomyślała.
Na myśl o jego minie, kiedy dowie się, jak bardzo ulotne były jego plany związane z wakacjami bez szefowej, przeszył ja przyjemny dreszcz. Zawsze lubiła wygrywać. Ale nic nie dawało takiej satysfakcji, jak wygrywanie, kiedy przeciwnikiem był Gregory House.

House wszedł na lotnisko Newark pewnym krokiem. Ubrany w hawajską, żółto-zieloną, pomiętą koszulę, dżinsy i adidasy wyglądał jak przeciętny turysta wyjeżdżający na wakacje. Zdjął okulary przeciwsłoneczne i spojrzał na tablicę odlotów. „San Francisko –odprawa stanowisko 7” –przeczytał po czym rozejrzał się po wielkim budynku. Ani śladu stanowiska numer siedem, ani śladu Wilsona w słomkowym kapeluszu. House nie znosił podróży. Nie znosił biegania po lotniskach, dworcach, szukania, studiowania rozkładów…wszystko to wprawiało go w irytacje. Jego wzrok spoczął na ochroniarzu, który wpatrując się w tyłek jakiejś kobiety w mini, szedł wprost na niego. Kiedy dzieliły ich centymetry diagnosta nieznacznie wysunął nogę. Ochroniarz potknął się klnąc siarczyście. House klął jeszcze głośniej trzymając się teatralnie za nogę;
- Jak chodzisz idioto?! Ślepy jesteś! –upuścił laskę, która potoczyła się z łoskotem na podłogę. Oczy przechodzących ludzi skierowały się oskarżycielsko na ochroniarza.
- Przepraszam pana, przepraszam bardzo! –zmieszany mężczyzna podniósł laskę i podał ja właścicielowi.
- Tak się teraz traktuje kalekich ludzi, zero szacunku! –lamentował lekarz.
-Mogę panu jakoś pomóc? Może wezmę bagaż? Gdzie go zanieść? –zaproponował natychmiast ochroniarz.
- Weź bagaż, lecę do San Francisko, stanowisko numer 7 –poinformował House uśmiechając się w duchu. Oskarżenie o prześladowanie niepełnosprawnych zawsze odnosiło pożądany skutek.

Po błyskawicznej odprawie diagnosta odebrał bagaż od swojego tragarza i skierował się w stronę poczekalni przed odlotem. W grupie ludzi zauważył znajome twarze. Wilson i kilku innych lekarzy dyskutowało o czymś z ożywieniem.
- Wilson! Gotowy na mocne wrażenia? –mówiąc to klepnął przyjaciela w plecy.
- Jakich to wrażeń się spodziewasz House? –usłyszał za swoimi plecami znajomy, kobiecy głos.
House zamarł.
- Wilson…uszczypnij mnie. Powiedz, że to sen. Powiedz, że to tylko pijacki, zły sen –powiedział wolno bojąc się spojrzeć za siebie.
- Jakby ci to powiedzieć Greg…trafiła kosa na kamień…-Wilson uśmiechał się wesoło patrząc na minę przyjaciela.
Diagnosta odwrócił się powoli i stanął oko w oko z Lisą Cuddy.
- Wzięłam ci garnitur, bo pewnie w twojej torbie wypełnionej piwem nie znalazłeś dla niego miejsca –oznajmiła podając mu zapakowany w ochronna folię elegancki strój.
- Byłaś w moim domu? –nadal nie mógł uwierzyć w to co zrobiła.
- Nie mogłam pozwolić, żeby mój najlepszy lejarz poszedł na bankiet w koszuli w kwiatki…-wyjaśniła spokojnie.
-Bankiet? Boże! Stworzyłem potwora! Cuddy, ty zła kobieto! My jedziemy tam na wakacje! –House robił się coraz bardziej zły.
-Nie Greg, jedziemy pracować. I ty tez. Dopilnuje tego osobiście. Wakacje masz prawie cały czas. Ale to się zmieni.
- Co ci odbiło?! To, że twój punkt G leży gdzieś w okolicy ostatniej litery słowa „working” to nie znaczy, że wszyscy tak mają! –Diagnosta nie mógł pojąć tej nagłej krucjaty ochotniczych hufców pracy, wymierzonej w niego.
- Skończyłeś? –Cuddy była nadzwyczaj spokojna i pewna siebie. Czas utemperować trochę jej najlepszegodiagnostę. Czas pokazać mu kto tu rządzi. Będzie to z korzyścią dla wszystkich.

Dzieliły ich tylko centymetry. Oko w oko. Na obydwu twarzach malowała się zaciętość i upór. Jak dwa drapieżniki szykujące się do walki. Nie widzieli, że pozostali lekarze przypatrują się z zaciekawieniem tej cichej walce. Próbie siły. Obydwoje czuli jakieś dziwne napięcie, niemalże pole elektryczne jakie się utworzyło miedzy nimi. Złość, chęć dominacji, podziw, pożądanie –siła różnych uczuć jakie przebiegały między nimi była niemalże namacalna. Dało się ja wyczuć w powietrzu; sprawiała, że uczestnicy tego zajścia podświadomie wstrzymali oddech.

`Pasażerowie lotu do San Francisko numer 135, proszeni są o udanie się do rękawa`

Monotonny ton spikera wyrwał ich z transu.
- Jeszcze tego pożałujesz –House wyszeptał złowieszczo, odwrócił się i poszedł w stronę przejścia do samolotu.

House siedział w milczeniu obserwując chmury wiszące pod samolotem. Analizował. Tam coś było. W tej walce, złości, w zaciętości była jakaś chemia, jakaś magia. W tej krótkiej chwili przestali być niepokornym lekarzem i administratorka szpitala. Byli mężczyzna i kobietą. Ich wieloletnia przyjaźń, choć zawsze okraszona dozą erotyzmu i fascynacji nigdy do tej pory nie postawiła ich na płaszczyźnie tak wyraźnie innej. Na płaszczyźnie skomplikowanych relacji między mężczyzną a kobietą. Odczuł to. Odczuł w niej te zmianę. To nie była wcale próba utemperowania jego zawodowej niesubordynacji. To było…jak zemsta…zemsta za lata ignorowania jej jako kobiety. Ignorowania jej uczuć względem niego. Widział to w jej spojrzeniu; dumnym, niepokornym…a jednocześnie spojrzeniu zranionej sarny. Od dawna podejrzewał ją o to. Tylko taka stuknięta pracoholiczka mogła się zainteresować właśnie nim.

Zawsze ja podziwiał. Była piękna, mądra i przerażająco inteligentna. Rzadko kto mu imponował, ale jej się to udawało. Mimo swoich drobnych wad, była kobieta zupełnie idealna i zupełnie nie dla niego. Nigdy nie pozwolił sobie na nic więcej. Dla Wilsona tak…ale nie dla niego. Przypomniał sobie, jak umówiła się z Wilsonem na randkę. Powiedziała mu wtedy, że Jimmi był bezpieczniejsza opcją. Miała racje. Dobrze o tym wiedział. Mimo to czuł zazdrość…podłe uczucie, które sprawia że czujesz się jak gówno. Ostatni raz czuł się tak, jak zobaczył Stacy z Markiem.

Nie chciał więcej kobiet w swoim zyciu. Nie chciał i już. Nie chciał więcej czuć się słaby i bezsilny. Tak właśnie się czuł będąc ze Stacy. Od momentu kiedy wyszedł ze szpitala, pierwsza rzeczą jaka robił budząc się rano, było sprawdzenie czy jeszcze jest. Kładąc się spać bał, się że odejdzie. Bo co taka kobieta jak Stacy mogła robić z kulawym facetem. Mówiła, że go kocha, że będzie przy nim, że to co się stało jest nieważne. Tej miłości starczyło na dwa tygodnie.

Kiedy się obudził, a jej nie było, wiedział już, że to koniec. Że wszystko się zmieniło. Widział jak pakuje swoje rzeczy. Wtedy po raz pierwszy i ostatni prosił kobietę, żeby została. Odeszła.
W tym dniu cos w nim umarło.

Cuddy pogrążona w lekturze New York Times`a nie czuła dwoje przenikliwych niebieskich oczu wpatrujących się w nia ze smutkiem.

***
-House mamy pokój razem– Wilson podszedł do przyjaciela podając mu jedna kartę do drzwi –numer 24.
- Boisz się, że cie będę molestował w nocy? Najpierw ogól nogi –Diagnosta wziął bagaż i skierował się do windy.
- Bardziej się boje, że sprowadzisz panienki –Wilson podreptał za nim.
- Jak wolisz chłopców to mów, jeszcze nie dzwoniłem –poinformował House.
- Jestem tradycjonalista, wole jak kobieta chce, a nie jak musze jej płacić.
- Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma –stwierdził filozoficznie diagnosta wsiadając do windy.
- Myślę, że Cuddy byłaby tym zachwycona – wyraził swoje wątpliwości onkolog.
- A czy myślisz, że zamierzam się jej pytać? Po tym co mi zrobiła? Ona jeszcze będzie żałować, że w ogóle wpadła na pomysł tego szkolenia…

House i Wilson –“niezniszczalny duet” –jak byli nazywani w kuluarach Princeton Plainsboro Teaching Hospital, zmierzał właśnie korytarzem hotelowym w kierunku restauracji. Onkolog studiował uważnie plan zajęć szkolenia;
- Śniadanie, referat doktora Malcolma Philpota na temat „Teorii prowadzenia praktyki medycznej”, przerwa na kawę…kolejny referat…-czytał na głos, z coraz większym znudzeniem. Po cichu liczył jednak, że zamiast siedzenia długich wykładach, spędzą czas na zwiedzaniu zachodniego wybrzeża i Miasta Mgieł.
- Nuda goni nudę, poganiana przez Wielka Nudę w czerwonej bluzce z dekoltem –skomentował House, dostrzegając Cuddy stojącą przed salą śniadaniową w obecności wysokiego bruneta. Mężczyzna wyglądał na około 40 lat, dobrze zbudowany, w idealnie dopasowanym garniturze, wyglądał jak George Clooney za swoich najlepszych lat. Sposób w jaki patrzył na administratorkę, wzbudził jego niepokój.
- Doktor Cuddy, witam w ten piękny wiosenny poranek –zaczął niezwykle uprzejmie jak na niego.
- Doktor House, Doktor Wilson –wskazała przybyłych towarzyszącemu jej mężczyźnie, profesor John Montgomery. John jest odpowiedzialny za merytoryczną cześć szkolenia –wyjaśniła Cuddy modląc się w duchu, żeby House nie „wyskoczył” z czymś.
Uwagę diagnosty przykuł fakt, przeszli już na „ty”. Już go nie lubił.
- Witam, miło mi –Wilson energicznie potrząsnął rękę mężczyzny.
- Montgomery? Ten od autorki książek dla pensjonarek? –House nie mógł się powstrzymać od tej drobnej uszczypliwości. Miał powiedzieć cos jeszcze, ale powstrzymał go błagalny wzrok administratorki.
- Niezupełnie…-John przyglądał mu się z uwagą, jakby wyczuwając niechęć –to pan jest tym kalekim geniuszem, o którym Lisa mi opowiadała? –odpłacił pięknym za nadobne, celowo akcentując słowo „kalekim”.
House zacisnął zęby, czując niemal ból w szczęce. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Wzajemna niechęć była wyczuwalna na kilometr.
- Przepraszam, ale zmierzaliśmy właśnie na śniadanie –Wilson przytomnie przerwał niezręczna cisze, pociągając przyjaciela w stronę sali.
- Tak…mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy…-powiedział House podążając za onkologiem.


- Ty to masz talent do zjednywania sobie ludzi…-Jimmi śmiał się z tej dziwnej sytuacji –nie mam pojęcia dlaczego nie zostałeś dyplomatą.
- I ty Brutusie przeciwko mnie? Przecież ten bubek się wdzięczył do Cuddy! –powiedział House, jakby to wszystko wyjaśniało.
- No i? –Choć Wilson doskonale wyczuł motywy kierujące Housem, to jednak nie był w stanie odpuścić sobie tak dogodnej okazji do podpuszczenia przyjaciela.
- Jak to „no i”, chyba nie myśli, że będzie bezkarnie zaglądał jej w dekolt –Diagnosta był autentycznie oburzony.
- Taaa…ta przyjemność jest zarezerwowana tylko dla ciebie. Oni po prostu rozmawiali House.
- Znam takich co „tylko” rozmawiają, a potem się kończy trzema rozwodami –ironizował.
Wilson jednak już go wcale nie słuchał. Jego wzrok zatrzymał się na ślicznej blondynce popijającej samotnie kawę, przy stoliku tuz pod oknem.
- House…wybaczysz mi, że nie zjem z tobą śniadania? –zapytał nie odrywając wzroku od kobiety.
- Tylko pamiętaj, że ja chcę w nocy spać. Żadnego seksu w pokoju, bo się do was przyłącze –zagroził i poszedł w kierunku grupy znajomych lekarzy.

Doktor Malcolm Philpot nie wyróżniał się niczym szczególnym. Niski wzrost, pyzata, rumiana twarz i zaokrąglony brzuszek, dawały wrażenie człowieka poczciwego i niezbyt rozgarniętego. Małe, głęboko osadzone i rozbiegane oczka, ukryte pod grubym szkłem okularów, tylko potwierdzały tą tezę. Od publicznych występów, zdecydowanie wolał zacisze swojego gabinetu, w którym powstawały kolejne książki jego autorstwa. Czasem jednak, wydawca zmuszał go do przyjmowania propozycji referatów, co miało przynieść mu rozgłos i poprawić sprzedawalność. Stojąc przed audytorium zawsze czuł ogromna tremę i niepohamowaną chęć ucieczki. Philpot otarł chusteczką krople potu zbierające się na jego czole i z przerażeniem patrzył jak sala powoli wypełnia się do ostatniego miejsca.

House obserwował z uwagą jego zachowanie. Bez trudu odgadł, że przemówienia publiczne nie są dobrą stroną mówcy. `Tym lepiej` -pomyślał i rozejrzał się po sali. Cuddy siedziała już w pierwszym rzędzie wraz z Johnem Montgomerym. Rozmawiali. Obserwował jak mężczyzna kładzie jej dłoń na ramieniu i nachyla się nad jej uchem. Oboje wybuchli śmiechem. Ręka Housa mimowolnie zacisnęła się na poręczy fotela. Siłą woli oderwał od nich wzrok. W drzwiach pojawił się Wilson w towarzystwie blondynki z restauracji. Rozejrzał się po sali, a kiedy dostrzegł diagnostę, podążył w jego kierunku.
- Już myślałem, że masz zamiar siedzieć koło nowej znajomej –skomentował House, kiedy onkolog usiadł koło niego.
- Miałem taki zamiar, ale wtedy musiałabym spędzić z tobą wieczór, a tak się składa, że akurat mam inne plany. Zycie nauczyło mnie, że zazdrosny przyjaciel jest w stanie pieprzyc każdą randkę –wyjaśnił Wilson.
- Taaa, kolejna pani Wilson….przynajmniej ładniejsza od poprzedniej…-stwierdził House pełen podziwu dla zdolności kolegi.

Umilkli, kiedy Malcolm Philpot zbliżył się do mikrofonu i odchrząknął nerwowo.
- Witam państwa na prelekcji z zakresu problematyki zarządzania w prowadzeniu praktyki lekarskiej –rozpoczął swoja przemowę- Chciałbym zacząć od omówienia podstawowych pojęć, kluczowych dla tego zagadnienia: po pierwsze dyscyplina, po drugie regulamin, po trzecie porządek. Bez tych trzech rzeczy nie może funkcjonować prawidłowo prowadzony oddział.
- Ilu pacjentów uratował pan dyscypliną, regulaminem i porządkiem? –dobiegł głos z widowni. Wszystkie oczy skierowały się w jedną stronę.
- Słucham? –Philpot poprawił nerwowo okulary, wpatrując się ze zdziwieniem na mężczyznę, który zadał mu pytanie.
- Pytam jak wyobraża sobie pan leczenie pacjentów regułami?
- Czy pan nie stosuje żadnych reguł, nie uznaje żadnych zasad? Doktorze…
- House, Gregory House. Regulaminy są dla idiotów, którzy zamiast posługiwać się własnym mózgiem wolą zdać się na osąd innych. Uzależniają życie pacjentów, od paragrafów i artykułów, które nie mają żadnego odniesienia do praktyki zawodowej. Ale przecież pan to doskonale powinien wiedzieć. 12 grudzień 1988 roku, prowadził pan praktykę lekarską od dwóch lat jako pediatra w szpitalu św. Józefa na Manhattanie. Przywieziono troje dzieci z podobnymi objawami. Wszystkie objawy wskazywały na zatrucie potasem. Co zrobił pan Philpot?- House teatralnie rozejrzał się po Sali- Zamiast podać lek, czekał na wyniki badań –żmudnych i długich. Zanim nadeszły, pozostawało jedynie zrobić autopsje. To są pana reguły. Teraz siedzi pan w gabinecie i pisze te swoje bzdury, które nadają się co najwyżej na papier toaletowy –House skończył swoja przemowę i wpatrywał się w swoja ofiarę pewnym siebie wzrokiem.

Malcolm Philpot poluźnił krawat, nagle zabrakło mu tchu. Jego pucołowata twarz była jeszcze bardziej czerwona niż zwykle a na łysinie pojawiły się kropelki potu. Zupełnie nie wiedział co ma powiedzieć. Sto par oczu wpatrywało się w niego wyczekując jakiejś odpowiedzi. Ale on nie był do niej zdolny. Przemożna chęć ucieczki przed tymi miażdżącymi spojrzeniami wzięła górę. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi. Zatrzymał się jeszcze przed Cuddy i wysapał z wściekłością;
- Proszę się spodziewać pozwu w przyszłym tygodniu. Odpowiecie mi za to! –krzyknął po czym wybiegł trzaskając drzwiami.

W audytorium zawrzało. Wszyscy na raz zaczęli komentować najświeższe wydarzenia. Tylko House i Wilson siedzieli spokojnie na swoich miejscach; House z powodu ogarniającego go poczucia zwycięstwa, Wilson z powodu szoku.
- House…nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś –Onkolog pierwszy przerwał milczenie.
- To uwierz –odpowiedział sprawca całego zamieszania -idziemy na piwo? –Nie czekając na odpowiedź skierował się do wyjścia.

Szedł w kierunku hotelowego baru, kiedy usłyszał za sobą wołanie.
- House!
‘Kłopoty’ –pomyślał. Zatrzymał się i odwrócił. Cuddy niemalże biegła w jego kierunku, a za nią kroczył nieodzowny John. ‘Boże, czy ten facet ma smycz, że tak za nią łazi?’ –przeszło mu przez myśl.
- Słucham doktor Cuddy? –zapytał z udawaną grzecznością.
- Co to miało znaczyć? – z jej oczu biła wściekłość.
- Nic…tylko powiedziałem to co myślę…zgodnie z konstytucją stanów zjednoczonych mam do tego pełne prawo –odpowiedział spokojnie.
- Nie masz prawa, obrażać ludzi! Nie masz prawa niszczyć moich miesięcznych starań, żeby ta konferencja się odbyła! Słyszysz House?!
- A ty nie masz prawa mną manipulować i zmuszać do udziału w jakichś durnych szkoleniach. Myślałaś że będę siedział cicho i słuchał tych bzdur? Mylisz się. Nie mam zamiaru brać udziału w tej szopce.
- Dość tego –cała złość Cuddy nagle wyparowała, w jej głosie brzmiał tylko smutek –jestem zmęczona House, zmęczona cywilizowaniem ciebie i znoszeniem twoich wybryków. Nie mam na to czasu ani ochoty. Albo przeprosisz Philpota albo jesteś zwolniony.
- Nie dziwię się że nie masz czasu, skoro odkąd przyjechałaś uganiasz się za nowym dawcą spermy, przynajmniej raz twój wybór był trafny –ledwo co skończył mówić, kiedy poczuł jak ciężka pięść ląduje na jego szczęce. Z całym impetem runął na podłogę. Twarz paliła niemiłosiernie, a w ustach poczuł smak krwi. John Montgomery stał nad nim rozcierając pięść. Spojrzał na Cuddy. Widział, że próbuje powstrzymać napływające łzy. Pierwszy raz w życiu poczuł się jak gówno.

Sumienie Housa znajdowało się gdzieś w jego nodze. Było to spowodowane zapewne tym, że jak twierdził Wilson, w jego sercu ani umyśle nie wykształcił się ten cały metafizyczny asortyment, odpowiadający u innych za uczucia takie jak poczucie winy. I cos w tym musiało być, bo za każdym razem, kiedy czuł ogarniający go Weltschmerz, pierwszym, a zarazem najbardziej dotkliwym objawem, był obezwładniający ból nogi. Widać taka filozofia świata, który przecież nie zna pustki –że każdy element musi znaleźć swoje miejsce –niekoniecznie takie same u wszystkich.

Wyjął tabletkę Vicodinu i roztarł ją butelką na drewnianym blacie ławki. Skrzętnie zebrał cały biały proszek i wsypał go do w połowie pełnej, a raczej w połowie pustej, flaszki Burbona. Wstrząsnął mocno i pociągnął łyka. Ognisty napój rozlał się po gardle i spłynął do żołądka. Poczuł przyjemne ciepło. Ale nie poczuł się ani trochę lepiej.

Cały dzień spędził chodząc po mieście. Przeszedł całą Lombard Street na osiedlu Russian Hill, znaną jako „najbardziej pokręcona ulica świata”, stał na środku Golden Gate, zagrał w kasynie…A od godziny siedział na ławce przed hotelem i wpatrywał się w niebo. Rzadko widać gwiazdy nad San Francisco. Zazwyczaj zasłaniają je gęste mgły albo chmury, napływające znad zatoki. Dzisiaj niebo było czyste. Wieczorne, rześkie powietrze, wypełniało jego płuca. A najgorsze było to, że nawet nie był w stanie się upić.

Sam nie wiedział jak znalazł się pod jej drzwiami. Zanim zdecydował się zapukać, pociągnął dużego łyka. ‘Lepiej niech będzie’- pomyślał. Na drugi raz nie starczy mu odwagi.
Otworzyła po chwili. Stała przed nim w samym szlafroku. Podkrążone i czerwone oczy, były dowodem na to że niedawno płakała. House zacisnął zęby. Nie chciał żeby płakała.
- Zrób mi zastrzyk z morfiny –powiedział cicho.
- Nie mogę –odpowiedziała. W jej głosie słychać było zmęczenie i smutek.
- Proszę –w jego oczach dostrzegła ból.
- Wejdź –zdecydowała po chwili przepuszczając go w drzwiach.
Usiadł na łóżku. Patrzył jak wyjmuje ze swojej apteczki strzykawkę i wypełnia płynem.
- Mam tylko jedną dawkę, więc nie przychodź więcej –poinformowała chłodno.
House rozpiął spodnie i opuścił je do kolan, odsłaniając powierzchnię skóry pokrytą bliznami. Widział współczucie w jej oczach. Nie to chciałby zobaczyć. Poczuł ukłucie i pieczenie, kiedy igła zagłębiła się w ciało.
- To wszystko? –zapytała Cuddy wrzucając zużytą strzykawkę do kosza.
- Tak…dzięki –odpowiedział podciągając spodnie.
- Cuddy…to nie miało tak zabrzmieć –nigdy nie czuł się w tym dobry.
- A jak miało zabrzmieć? Nie ma o czym mówić House. Pewnie nawet miałeś racje. Zawsze masz. Możemy się na ciebie wściekać, obrażać, prać cie po gębie. I tak będziesz miał racje. Tak w sprawie Philpota jak i w mojej –Głos jej drżał o oczy zaszkliły się od łez. Znowu! Cholera, tyle razy obiecywała sobie, że nie będzie płakać przez Grega Housa!
- Nie mów tak…-Podszedł do niej na wyciagnięcie reki. Bardzo chciał cos zrobić, ale nie wiedział co. Dotknął jej policzka dłonią. Poczuł jak zadrżała. Nachylił się i dotknął wargami jej ust. Były ciepłe i słone. Ta delikatna pieszczota oszołomiła go. Chciał ją przytulić, ale poczuł jak jej ręcę odpychają go. Zobaczył złość w jej oczach.
- Wyjdź stąd House. I pamiętaj, że cały czas jesteś zwolniony –przypomniała mu.
Westchnął ciężko i wyszedł zamykając drzwi za sobą. Stał chwilę, czekając aż jego serce powróci do normalnego rytmu. Pomyślał o jej ustach. Może nie było tak źle? Uśmiechnął się do siebie.

Czekała go jeszcze jedna trudna rozmowa. Chciał załatwić to od razu –póki był wystarczająco odurzony alkoholem, Vicodinem i morfiną. Podniósł rękę, żeby zastukać do drzwi Malcolma Philpota, kiedy zauważył że są uchylone. Otworzył je cicho i wszedł do pokoju. Na dywanie, koło łóżka, leżało bezwładne ciało mężczyzny.

- Coś ty mu zrobił, House! –usłyszał za plecami znajomy głos Wilsona. Odwrócił się i zobaczył jak Cuddy, Montgomery i Jimmi, pokonują kolejne metry szpitalnego korytarza w jego kierunku. Nie mieli przyjaznych min.
- Udusiłem go kablem od odkurzacza –pod wpływem absurdu całej sytuacji, jedyne co mu pozostało to się śmiać. Nie miał pojęcia jak do tego doszło. Kiedy go znalazł, myślał, że już po nim, na szczęście udało mu się wyczuć słaby puls. Wszystko wskazywało na zawał. Ech…a miało być tak pięknie…
- Philpot miał zawał. Lepiej? –wyjaśnił widząc zgrozę na ich twarzach.
- Facet przeszedł zawał, prawdopodobnie przez ciebie, a ty sobie żartujesz? Zdecydowanie lepiej House –ironizował Wilson.
- A myślisz, że jak będę wylewał krokodyle łzy to szybciej wyzdrowieje? A poza tym wytrzyj sobie szminkę z szyi. Jak tam się sprawuje Paris Hilton? –wskazał czerwony ślad na szyi przyjaciela.
- Jak wyszedłeś od Cuddy, chciałeś go przeprosić tak? I znalazłeś go nieprzytomnego? –wtrącił się John Montgomery.
- Brawo Sherloku! Bystrość twego umysłu mnie onieśmiela –stwierdził obojętnie. Ale gdzieś w środku zawrzało w nim. Skąd on do cholery wiedział, że był u Cuddy? Widziała się z nim później? Czy on chociaż na chwile nie może przestać myśleć o niej? To jakiś obłęd.
-Mamy wyniki pana Malcolma Philpota, tak jak przewidywaliśmy przeszedł zawał. Dobrze, że go pan znalazł doktorze House. Godzina i by nie żył –poinformował lekarz. House bez pytania wyjął mu z reki wyniki badań.
- Cos nie tak? –zapytał zdziwiony ordynator oddziału ratunkowego.
- Zboczenie zawodowe –wyjaśniła za niego Cuddy.

House już nic nie słyszał. Przez jego mózg przetaczały się fale danych, zazębiając się i tworząc całościowy obraz stanu pacjenta. Przerzucał kolejne kartki, jedne ignorował, inne czytał kilka razy, wracał, czytał znowu. Skupienie malujące się na jego twarzy, ta najwyższa uwaga i zaangażowanie czyniły z niego wybitnego lekarza. Cuddy zauważyła błysk w jego oczach. Ten błysk sprawiał, że ci którzy stawali się jego pacjentami, mogli mieć pewność, że House nie spocznie, dopóki ich nie wyleczy. A jeśli nawet przegra tą nierówna walkę z naturą, to tylko dlatego, że żaden człowiek na świecie by tej walki nie wygrał. To czyniło go tak wyjątkowym.

- To nie jest zawał –powiedział w końcu. Na twarzach obecnych odbiło się niedowierzanie. Cuddy wzięła materiały i zaczęła czytać. Montgomery i Wilson zaglądali jej przez ramię.
- To są książkowe wyniki zawału House –stwierdził Montgomery.
- A ty jesteś książkowym przykładem idioty. To nie jest zawał –powiedział spokojnie.
- To, że powiesz że nie jest to zawał, to nie znaczy, że nim nie jest. House, nikt cie nie obwinia o to co się stało. Nie musisz doszukiwać się nie istniejących chorób. To niej kolejny twój przypadek. To po prostu zawał –Wilson próbował mu przetłumaczyć.
- Cuddy załatw mi pozwolenie na badania –House jednak nie dawał za wygraną.

Administratorka milczała do tej pory. Kilka lat wspólnej pracy i przyjaźni nauczyło ją wiele. Widziała, jak House leczy ludzi, nad którymi inni lekarze załamywali ręce. Nauczyła się mu ufać. Choć był aroganckim, irytującym dupkiem ufała mu bardziej niż komukolwiek innemu. Spojrzała w jego niebieskie oczy. Widziała w nich pewność siebie i niemą prośbę.

- Doktorze Kendrick –zwróciła się do lekarza –gdzie mogę załatwić potrzebne formalności? Jestem dziekanem medycyny Princeton Plainsboro Teaching Hospital.
- Lisa! Chyba nie chcesz pozwolić temu szaleńcowi zajmować się leczeniem Philpota! –Montgomery nie mógł ukryć zdziwienia.
- Proszę się liczyć ze słowami doktorze Montgomery, doktor House jest moim lekarzem –powiedziała chłodno.
- Proszę za mną doktor Cuddy, zaprowadzę do administratora –zaoferował doktor Kendrick.

House poczuł dziwne ciepło gdzieś w okolicach lewej strony klatki piersiowej. I nie był to żaden alkohol.

Od pięciu minut wpatrywał się w wyniki najnowszego EKG, ale jego myśli błądziły zupełnie gdzieś indziej. Nie spodziewał się, że stanie po jego stronie. Po tym, jak upokorzył ją w obecności tylu ludzi, był pewien, że wyśle go do diabła. Tam gdzie jego miejsce. Zamiast tego, stanęła za nim murem. Jak lwica broniąca swojego terytorium. Wbrew logice i racjonalizmowi. Cuddy zawsze stała po jego stronie. Do tej pory po prostu to wykorzystywał. Dzisiaj to docenił. Zmusił się, żeby wrócić myślami do badań. Pierwszy raz naprawdę nie chciał jej zawieść.


Leżała na plecach i wpatrywała się w sufit. Nie mogła usnąć. Rześkie powietrze wpadające przez otwarte okno drażniło nagą skórę ramion. Jak jego oddech kiedy stał blisko. Zamknęła oczy. Nie mogła się uwolnić od napływających wizji. Wszystko miało jakiś związek z nim. Cały wszechświat skupiony wokół jej osoby, wypełniony był mężczyzną, którego pragnęła tak bardzo, że to aż bolało. Pocałunek. Dotknęła opuszkami palców swoich ust. Jakby chciała się upewnić, że nadal tam był. Nadal czuła jego wargi –które niczym muśnięcie motyla –ulotne i delikatne, pozostawiły na duszy kobiety niezatarty ślad. Tak mało, a tak wiele. Musiało wystarczyć…

Zadrżała. Czy to pod wpływem wiatru, czy też wspomnienia. Wiedziała, że w tej nierównej walce, rozum dawno już przed sercem ogłosił kapitulacje. I choć miała świadomość tego, że nawet kiedy był tuz obok, odległość jaką ich dzieliła, można by liczyć w latach świetlnych, to jednak te resztki hodowli nadziei, ukryte głęboko w niej, kazały jej na nowo odtwarzać obraz jego twarzy. Tak. W miłości jest coś z absurdu.
Ktoś zapukał do jej drzwi. Spojrzała na zegarek. Druga nocy. Pukanie powtórzyło się- głośne i intensywne, wdzierając się brutalnie w cichą i spokojną noc.
- Kto tam? –zapytała przez drzwi.
- Kubuś Puchatek przyszedł szukać miodku –usłyszała znajomy męski głos.
Przekręciła zasuwę i otworzyła mu.
- O mój Boże! Kobieto! Chcesz, żebym się moczył w nocy? Ubierz się! A gdyby to był ktoś inny, tez byś paradowała pół nago?! –Diagnosta gapił się osłupiały na nią. Krótka, aksamitna koszulka nocna, odsłaniała więcej niż powinna.
- House, jest druga w nocy. Lepiej, żeby to było coś ważnego –Cuddy przepuściła go w drzwiach uśmiechając się do siebie w duchu. Zrobiła to z czystą premedytacją. Chciała, żeby pragnął jej tak bardzo jak ona jego. Nawet jeśli, tylko na tym się wszystko skończy. Uwielbiała go prowokować, uwodzić…
- Musisz mi pomóc –stwierdził, podając jej szlafrok –muszę wejść do pokoju Philpota.
- Poproś Wilsona –odpowiedziała narzucając na siebie okrycie.
- Wilson jest tak zaaferowany ars amandi z Paris Hilton w jej pokoju, że nawet jeśli zdołałbym go stamtąd wyciągnąć, to i tak żaden byłby z niego pożytek.
- Myślisz, że to coś poważnego?
- Po dwóch dniach? Co może być poważnego po dwóch dniach?
- Czasem może…czasem może być po dwóch dniach, a czasem możesz czekać 5 lat…-powiedziała zamyślona. Natychmiast pożałowała tych słów. Może House nie domyślił się co miała na myśli…
- Jak mam ci pomóc wejść do tego pokoju, wyważyć drzwi? –zapytała, chcąc odwrócić jego myśli od tych słów.
- To też, by było niezłe, ale prościej będzie jak wywabisz recepcjonistę, a ja wezmę klucz –House przedstawił swój plan.
Cuddy nie namyślając się długo, weszła do łazienki i wrzuciła całą rolke papieru toaletowego do muszli i nacisnęła spłuczkę. Stan wody podniósł się, jak tylko papier zniknął w czeluściach rur.
- Zuch dziewczynka! Kto cie tego nauczył? –House był pod wrażeniem.
- Lata administrowania szpitala uczą wiele –powiedziała zagadkowo –idziemy, czy będziesz tak stał i gapił się na mój tyłek?



- Nic mnie to nie obchodzi! Ma pan z tym coś natychmiast zrobić! –Cuddy krzyczała na recepcjonistę z pasją. Doskonale wiedziała jak wymuszać na ludziach różne rzeczy.
- Proszę się nie denerwować, zaraz się tym ktoś zajmie –próbował uspokoić zaszczuty chłopak.
- Nie ktoś, tylko pan, nie kiedyś tylko w tej chwili! -Cuddy miała wrażenie, że jutro będzie miała wśród obsługi pseudonim „bura suka”.
- Ale ja nie mam pojęcia o kanalizacji! –bronił się recepcjonista.
- Nic mnie to nie obchodzi! Prószę iść do mojego pokoju i cos z tym zrobić –administratorka PPTH była nieugięta.
Boy hotelowy westchnął zrezygnowany i chyba tylko dla świętego spokoju poczłapał za kobietą na górę.

W tym czasie House, obserwujący cała scenę zza ściany, pokonał szybko odległość dzielącą go od tablicy z kluczami i wybrał ten właściwy. Po godzinie spędzonej w pokoju Malcolma Philpota trzymał w reku odpowiedź.

- Spójrz na te linie. Tutaj rytm przebiega, tak jak w klasycznym zawale serca, ale wyniki ponowne, dają pewne zakrzywienie fali alfa- House wskazywał na poszczególne miejsca zapisu EKG Malcolma Philpota.
–A teraz spójrz na to- Wyjął z teczki kolejną kartkę i położył obok dwóch pozostałych –Okazuje się, że nas łysawy doktorek, miał problemy z sercem już wcześniej.
Cuddy wpatrywała się w leżące przed nia wykresy.
- House! To naprawdę nie był zawał! –wykrzyknęła zaskoczona odkryciem.
- Skoro nie wierzyłaś mi od początku, dlaczego pozwoliłaś mi się tym zajmować? –zapytał nagle, patrząc na nią tym swoim przenikliwym wzrokiem.
- Chyba z przyzwyczajenia –przyznała z niechęcią –niestety w takich sprawach rzadko się mylisz.
Bo co właściwie miała mu powiedzieć? Że przestaje przy nim myśleć racjonalnie? Że wskoczyłaby za nim w ogień?
- Cieszę się, że w końcu doszłaś do tych słusznych wniosków. Przypomnę ci to następnym razem.
- No dobrze, ale jak nie zawał, to co to w końcu jest? –zapytała chcąc jak najszybciej zmienić temat.
- Musze jeszcze zrobić jedno badanie, żeby mieć pewność. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na wadę zastawki. Tak czy inaczej, będzie potrzebował operacji, ale to już nie moja działka –wytłumaczył diagnosta –zrobisz mi kawę?
- Jest druga 3 w nocy. Na pewno chcesz kawę? Może lepiej jak pójdziesz spać? –patrzyła z troską na szarą ze zmęczenia twarz i podkrążone oczy swojego najlepszego lekarza.
- Z tobą? –zapytał a w oczach pojawiło się nagłe ożywienie.
- Z Wilsonem –sprostowała pozbawiając go złudzeń.
- Wilson jest zajęty. Przynajmniej ktoś go ogrzewa w chłodne jesienne noce –poskarżył się na okrutny los, który pozbawił go tej przyjemności –a po za tym nie goli nóg.
- A skąd wiesz, że ja golę? Dobiegł go głos z aneksu kuchennego.
- Mój samczy, pierwotny instynkt mi to podpowiada –Wyobraźnia podsunęła mu obraz gładkich, długich nóg Cuddy oplatających jego biodra. Zadrżał i natychmiast odsunął niegrzeczne myśli. Rozsiadł się w wygodniej w fotelu i zamknął oczy.
- Chcesz kanapkę? –zanim odpłynął w objęcia Morfeusza usłyszał jeszcze pytanie.


Kiedy wróciła z kanapkami, pokój pogrążony był w ciszy. Nikłe światło sączące się z nocnej lampki, przegrywało walkę z mrokiem wyzierającym z każdego zakątka. Twarz śpiącego mężczyzny przybrała wyraz błogiego spokoju; zniknęło goszczące na niej zazwyczaj napięcie i czujność. Bruzdy na wysokim czole, świadectwo brutalnego i wypełnionego cierpieniem życia, rozmyły się gdzieś, sprawiając, że jego oblicze przybrało łagodny wyraz. Usta, z których tak często padały przykre i bolesne słowa, były lekko rozchylone. Proszące się o pocałunek. Pomyślała, że gdy śpi wygląda zupełnie niewinnie.

Wpatrywała się w jego twarz, zastanawiając się o czym śni. O swoich pacjentach? O Vicodinie? O kobietach? Ten człowiek zawsze pozostanie dla niej tajemnicą. Wiele twarzy Grega Housa, jakie zdążyła poznać, dawały jej obraz pełen wewnętrznych sprzeczności. Był nieprzewidywalny, zawsze o krok przed wszystkimi. Nieomylny i intrygujący. Fascynował ją. Fascynowała ją każda najmniejsza część jego osobowości.

Chłonęła jego obecność. To, że mogła patrzeć na niego do woli było dla niej nowym doświadczaniem. Zawsze musiała ukrywać swoje uczucia. Był dla niej zakazanym owocem –kawałkiem raju, który teraz był na wyciagnięcie ręki…
Skarciła się w duchu za tą chwilę słabości i oderwała oczy od tego obrazu. Spojrzała na zegarek. Straciła godzinę gapiąc się na niego. Gdyby się dowiedział śmiałby się z niej co najmniej miesiąc. Ziewnęła przeciągle i wstała z fotela. Zdjęła z łóżka koc i przykryła nim śpiącego mężczyznę. Wiedziona impulsem nachyliła się i dotknęła ustami jego czoło.
- Niech ci aniołki sny prostują, House –wyszeptała z czułością.

Obudził ją szum lejącej się wody dochodzący gdzieś z bliska. Odrzuciła ciepłą kołdrę i przeciągnęła się leniwie. Spojrzała na zegarek –dochodziła siódma. Narzuciła puchaty szlafrok i wyszła z sypialni swojego apartamentu. Rzuciła okiem na fotel, leżał na nim tylko koc porzucony w nieładzie. Ani śladu Housa. Szum wody dobiegający z łazienki ucichł, a po chwili drzwi otworzyły się. Najpierw zobaczyła pare buchającą z wewnątrz, a zaraz z nią, niczym diabeł wyłaniający się z czeluści piekieł, wyszedł House. Stał przed nia w samych dżinsach, ukazując jej oczom szerokie ramiona, gładki brzuch i tors, z małymi kręconymi włosami, które wciąż były mokre. Kropelki wody spływały ze zmierzwionej czupryny,na jego twarz i plecy. Promienie wstającego słońca iskrzyły się w nich, sprawiając wrażenie że to on cały promieniał. A może rzeczywiście tak było? Uśmiechnął się do niej świeżo i radośnie.

- Wybacz, że nie poczekałem na ciebie, ale tak słodko spałaś, a ja muszę zaraz jechać do szpitala, zanim tamtejsi lekarze zaczną podawać Philpotowi leki na wszystko, tylko nie na to co potrzeba –wyjaśnił podchodząc do stołu, na którym leżały jeszcze wczorajsze kanapki. Jego bose stopy zostawiały mokre ślady na marmurowej posadzce.
- Nie mogłeś się wykąpać w swoim pokoju? Czy w ogóle już zamierzasz się do mnie wprowadzić? - ironia próbowała zakryć wrażenie jakie zrobił na niej półnagi House wychodzący z jej łazienki.
-Hmmm…kuszące! –odpowiedział po chwili zastanowienia -Czy wiesz ile czasu Wilson spędza na porannej toalecie? Przecież on suszy włosy! –powiedział jakby to była najgorsza zbrodnia –ja bym dotarł do tego szpitala w południe. A swoja drogą, czemu my nie mamy takich apartamentów?
- Szczerze mówiąc sama nie wiem. Chyba doszli do wniosku, że organizator powinien mieć najlepszy apartament –odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Następnym razem zamawiam pokój z tobą –zapowiedział wkładając kanapkę do ust i kierując się do aneksu kuchennego.
- Chcesz kawy? –zaproponował zakładając koszulkę.
- Uhum –kiwnęła głowy z wdzięcznością przyjmując propozycje. House zachowywał się tak swobodnie, jakby był u siebie. Obserwowała jak bez skrępowania przegrzebuje szafki w poszukiwaniu potrzebnych rzeczy. Dla niej to nie było takie proste. Wdarł się niezapowiedzianie w intymność jej poranka. A nawet więcej! Stał się jego częścią. Tak jakby była to dla niego najnaturalniejszą rzecz na świecie. Czy tak wyglądały by ich wspólne poranki? Jej myśli skręciły na niebezpieczny tor. Westchnęła przeciągle i odepchnęła je w najgłębsze zakamarki świadomości.

Gorąca aromatyczna kawa zadziałał na nia pobudzająco i wlała w nią nowe pokłady energii. Popijali w milczeniu. House myślał nad czymś intensywnie. Widziała to po wyrazie jego twarzy. Tak dobrze go znała, że bez błędnie potrafiła rozpoznać symptomy; ściągnięte brwi, nieobecne spojrzenie, wyraz pełnego skupienia malujący się na jego twarzy.

- Czas na mnie odstawił kubek i wstał od stołu.
- Pamiętaj, że dzisiaj bankiet, masz tam być, bo cie zaciągnę za uszy –przypomniała mu kiedy był już przy drzwiach.
Skrzywił się teatralnie na myśl o czekających go katuszach.
- Nuda… -westchnął –uprasujesz mi koszule?
- A nie możesz sam tego zrobić?
- A widziałaś, żebym kiedykolwiek robił? -uśmiechnął się z rozbrajającą szczerością i wyszedł.

Idąc korytarzem zastanawiał się czy Wilson będzie jeszcze spał. Ciekawe jaką zrobi minę jak się dowie, gdzie spędził tę noc…Przecież nie musi wiedzieć, że na fotelu… House uśmiechał się w duchu na sama myśl o reakcji przyjaciela. Kiedy był już przy drzwiach i sięgał po klucz, zauważył katem oka znajomą sylwetkę wyłaniająca się zza rogu. Włosy przyjaciela były w beztroskim nieładzie, a wymięta koszula zapięta była tylko na kilka guzików. Widać nie tylko House spędził tę noc nie tam gdzie powinien. Kiedy onkolog podniósł głowę i zobaczył Housa przy drzwiach, stanął jak wryty.

- House? Co ty tu robisz tak wcześnie? –zapytał uśmiechając się jak urwis przyłapany na psotach.
- Mógłbym ciebie zapytać o to samo…-House tez się uśmiechał –znacie się trzy dni, a ty już się jej pakujesz do łóżka? Jimmi, nie poznaje cie. To ja jestem specjalista od przygodnego seksu.
Onkolog zarumienił się po same cebulki.
- Ona jest… ona jest taka niezwykła…-stwierdził otwierając zamek.
- Paris Hilton? –zadrwił House –no nie wątpię, że ma wiele atrybutów…-zadrwił kładąc przesadny akcent na słowo „atrybuty”.
- Pozwolę sobie zauważyć, że nie tylko ja nie spałem dziś w swoim łóżku…-spojrzał wymownie na diagnostę.
- Cuddy było zimno w nocy i mnie wezwała, jakbym mógł odmówić szefowej –powiedział z miną niewiniątka.
- Sypiasz z Cuddy? –Na twarzy Wilsona malowało się zaskoczenie.
- Ty to tylko seks i seks…-House za nic w świecie nie przyznałby sie, że spędził tę noc na niewygodnym fotelu –przecież liczy się cos więcej…-teatralnie zawiesił głos.
- Powiedział ten co pół pensji wydaje na prostytutki…-ironicznie skomentował onkolog.

House stał oparty o balustradę tarasu ze szklaneczką Burbona w reku. Obserwował przybyłych na bankiet gości, których przybywało z minuty na minutę. Kilka par podrygiwało w takt granej przez kwartet podstarzałych muzyków melodii. Inni stali grupkami rozmawiając i wybuchając co chwila głośnym, choć niekoniecznie szczerym śmiechem. Jeszcze inni po prostu przyszli na darmowe drinki. Wśród tej grupy plasował się House.

W drzwiach pojawił się Wilson z Paris Hilton. House już chciał się ukryć za filarem, ale niestety przyjaciel wypatrzył go, pomachał i skierował w jego stronę. Diagnosta obrzucił krytycznym wzrokiem jego wybrankę. Była piękną kobietą –tyle mógł stwierdzić na pewno.
- Doktor House, Doktor Amanda Grey…-Wilson dokonał prezentacji –moja narzeczona…- dodał niemal szeptem.
-TWOJA CO? –House wrzasnął na tyle głośno, że kilka par oczu zwróciło się w jego stronę.
- Też mu mówiłam, że to głupi pomysł, ale się uparł –Amanda wyjaśniła z przepraszającym uśmiechem.
- Dobrze, że chociaż jedno z was zachowało jeszcze resztki rozumu –westchnął z ulgą –wiesz ile on miał żon? –zapytał kobiety, ignorując kompletnie obecność przyjaciela.
- A wiesz ilu ona miała mężów? –Wilson spojrzał na niego znacząco –trzech.
House obrzucił ja jeszcze raz badawczym spojrzeniem.
- Uuuu…modliszka…trafił swój na swego…-stwierdził z uznaniem.
- Amanda jeszcze tego nie wie, ale zostanie moją żoną –Wilson był co do tego absolutnie przekonany -a teraz wybaczysz, ale idziemy tańczyć.
- A ty, tak sam będziesz tu stał? –zapytała Amanda podążając już za ciągnącym ja na parkiet onkologiem.
- Dziwki już w drodze –odpowiedział House ku jej zaskoczeniu.

Nie miał zamiaru się stad ruszać. Obrał sobie to miejsce, bo było doskonałym punktem obserwacyjnym. Jego wzrok podążał właśnie za Johnem Montgomerym. Z niechęcią musiał przyznać, że w tym swoim idealnie skrojonym smokingu wyglądał doskonale. Kobiety spoglądały na niego prowokacyjnie i zachęcająco. On jednak sprawiał wrażenie jakby tego wcale nie zauważał. Większość czasu spędzał przy barze, pijąc jednego drinka za drugim. Albo ten gość ma piekielnie mocna głowę, albo za chwile będzie leżał pod stołem –kalkulował House. Nagle wzrok Johna powędrował do drzwi i zatrzymał się na nich. Był jak zahipnotyzowany –szklaneczka z napojem zatrzymała się w połowie drogi do ust i zamarła. House doskonale wiedział co Montgomery zobaczył, zanim jeszcze skierował wzrok w tamtą stronę.

Lisa Cuddy. Kroczyła przez tłum niczym królowa, przyciągając oczy mężczyzn i wywołując zazdrość wśród pań. Obcisła czarna sukienka, podkreślała jej kształty, wysokie szpilki, sprawiały wrażenie, że jej nogi nie mają końca, a miękkie czarne loki nadawały jej demoniczny powab. Chodzący seks –przeszło przez Husową głowę, kiedy z wrażenia omal nie zalał koszuli Burbonem.

John Montgomery już był przy niej. Już nachylał się i z galanterią całował jej rękę.
- Damn! Zaklął House pod nosem.
Patrzył jak rywal prowadzi administratorkę na parkiet i zaczynają wolno kołysać się w rytm muzyki. Te parę minut wydawało mu się wiecznością. Co chwila wybuchali głośnym śmiechem, a Montgomery wyraźnie niwelował odległość między nimi. Kiedy muzyka ucichła. Objął ją i poprowadził do stolika. Usiedli koło siebie. John nachylił się do jej ucha i coś jej szeptał. Wtedy stało się cos niespodziewanego. House zobaczył jak jej twarz poważnieje i napina się. Doskonale znał tą minę. Cuddy była wściekła. Odpowiedziała coś szybko, a potem wstała i skierowała się w stronę drzwi. John Montgomery patrzył osłupiały jak wychodziła.

Obserwował tą scenę z narastającym zaciekawieniem. Czym John Montgomery naraził się Cuddy do tego stopnia, że administratorka opuściła przyjęcie? Pospiesznie skierował kroki w kierunku nadal oszołomionego mężczyzny. Dosiadł się do niego bez pytania.
- Jeśli chcesz wiedzieć co zaszło, to zapomnij House –powiedział Montgomery zanim diagnosta otworzył usta –nie dam cie tej satysfakcji.
- Widzę, że poznałeś już charakterek administratorki –zaśmiał sie House triumfalnie.
Montgomery milczał, pijąc kolejny kieliszek bursztynowego alkoholu.
- Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, ona woli ciebie –powiedział po chwili –Nie macie w Princeton więcej takich kobiet?
- Takich nie –po raz pierwszy od dłuższego czasu House czuł ogarniający go spokój –ale kilka niezłych tez się znajdzie. Wpadnij kiedyś –zaproponował klepiąc go w plecy. Nawet było mu go trochę żal. John Montgomery nie był dla niego żadnym zagrożeniem.

Podszedł do barku, wziął butelkę szampana i dwa kieliszki. Droga do jej pokoju ciągnęła się niemiłosiernie. W tym czasie, setki razy na nowo przezywał swoje wątpliwości, na nowo uspokajał się w duchu, aż w końcu stanął pod jej drzwiami. Czuł się jak student pierwszego roku przed swoim pierwszym egzaminem. Wziął głęboki oddech i zapukał. Kiedy nie usłyszał odpowiedzi, nacisnął na klamkę. Drzwi były otwarte.

Stała na tarasie, oparta o balustradę, ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko. Podszedł do niej cicho.
- Chcesz, żeby cie ukradli wraz z łóżkiem? –drgnęła na dźwięk jego głosu i odwróciła się.
- House? –była zdziwiona jego obecnością. W jej oczach malował się smutek.
- A spodziewałaś się kogoś innego? –zapytał zaczepnie. Chciał odwrócić jej myśli od wszystkiego, co napawało ją smutkiem.
- W takim razie mogę odegrać role lokaja, lepiej? –zaproponował podając jej kieliszek z szampanem.
- Nie dość, że upierdliwy diagnosta, to jeszcze upierdliwy lokaj? –uśmiechnęła się w końcu – ja dziękuję.
- Czemu jesteś tu sama? –spytał nagle z powagą w głosie –to ja mogę się wymigiwać od przyjęć.
- Nie jestem sama. Chyba, że ciebie uznamy za wyrośnięty okaz pantofelka –odpowiedziała z nuta goryczy w głosie. Czuł że pod maską żartu, kryje się jakaś gorzka prawda. Zapadła cisza. Oboje wpatrywali się w mrok nocy –zabrakło słów, żeby powiedzieć to, co już dawno powinno zostać wypowiedziane.
- Wiesz, co wspólnego ma Gregory House z niebem nad San Francisco? –zapytał nagle diagnosta przerywając cisze.
Spojrzała na niego pytająco.
- Mamy swoje zasady: ono zawsze jest zachmurzone, a ja nigdy nie tańczę z moją szefową –stwierdził nadal patrząc na idealnie widoczne gwiazdy –i ja i ono czasem robimy wyjątki.
- To najbardziej kretyńskie zaproszenie do tańca jakie kiedykolwiek słyszałam –stwierdziła Cuddy uśmiechając się ciepło.
- Liczy się skuteczność -House powiesił laskę na balustradzie tarasu i przyciągnął ją do siebie. Jedna reką objął ja w talii a drugą chwycił jej dłoń. Z Sali bankietowej dobiegły takty spokojnej, nastrojowej muzyki.

I can feel what you have inside
But you lie to yourself
Look in to my eyes
'cause you have it all
You know it too
So why don't you do something about baby don't deny
Would you even try
Break the wall to face it all
What can I do for you to believe me

Czuł jak przywarła do niego ufnie. Pachniała świeżością i czymś…czymś czego nie potrafił zidentyfikować… jej bliskość była odurzająca. Tyle murów wzniósł, żeby się ochronić przed kobietą, której miękkie włosy czuł na szyi. Tyle razy sobie obiecywał, tyle razy zaklinał się, że już nigdy nie otworzy się przed żadną kobietą… teraz to wszystko wydawało mu się puste. Teraz była ona. Tu i teraz. I nic więcej nie miało znaczenia.

I can see the shine
I can see the shine in you
I can see it in your eyes
So why don't you do something

Chciał w końcu coś zrobić. Chciał coś zmienić. Jeszcze raz chciał podjąć ryzyko. Delikatnie odchylił dłonią jej włosy, odsłaniając, długą białą szyję.

do something
do something
do something
do something
do something

W głowie wirowały mu słowa piosenki. Nachylił się i dotknął wargami jej szyi. Poczuł jak zadrżała. Przyciągnął ja mocniej do siebie i ponowił pieszczotę. Spojrzała mu w oczy. Zobaczył w nich zaproszenie. Pociągnął ja za sobą do pokoju i przymknął drzwi. To co chciał zobaczyć miało być przeznaczone tylko dla jego oczu. Powoli, bojąc się popełnić jakikolwiek fałszywy ruch, dotknął wargami jej ust.
Chwycił w palce dwa cieniutkie paseczki materiału i zsunął z jej ramion. Materiał jej sukienki gładko ześlizgnął się i opadł na podłogę.
Wszystkie kart zostały odkryte.

Mój mężczyzna
Myśl ta napawała ją radością duma i całym szeregiem intensywnych uczuć, których nawet nie potrafiłaby nazwać po imieniu. A może na nazywanie ich było jeszcze za wcześnie?
Mój mężczyzna
Uśmiechnęła się do swojego lustrzanego odbicia. Usta nadal miała nabrzmiałe od pocałunków, a skórę zaczerwienioną i wrażliwą. Wszystko to przypominało jej wydarzenia ubiegłej nocy, których wspomnienie wywoływało rumieniec na twarzy.
Mieszkanie skapane w porannym blasku słońca, zdawało się być jeszcze pogrążone w leniwej, nocnej ciszy. Tylko strumień lejącej się wody, dwa kieliszki i krzywo zawieszona na oparciu krzesła marynarka, były świadectwem jego obecności. Znowu uśmiechnęła się do swoich myśli. Zawsze już będzie się tak uśmiechać?
Mój mężczyzna
To było więcej niż suchy fakt. Więcej niż słowa. Nigdy żadnego mężczyznę nie nazwała naprawdę swoim. O żadnym do tej pory tak nie myślała. I nie była to kwestia tego, że nie mogła. Ona nie chciała. Nigdy się nie czuła gotowa. Nigdy nie była przekonana i tak bardzo pewna słuszności tych słów. Te przeklęte zaimki – „mój”, „moja”, „twój”, „twoja” – nakładały na człowieka olbrzymią odpowiedzialność. Były granicę, po przekroczeniu której, nie można już wyjść i trzasnąć drzwiami. One sprawiały, że bierze się w swoje ręce życie innego człowieka. One splatają dwie odrębne historie w jedna, tworząc nierozerwalna wieź. Do tej pory nie była na to gotowa. A może po prostu do tej pory nie mogła nazwać tak właśnie JEGO?
Mój mężczyzna.
Jak ona mogła do tej pory nie zauważyć niezwykłej magii i piękna tych słów. Myśl, że należy tylko do niej przepełniała ją radością granicząca niemal z euforią. Nawet tej niezwykłej nocy, kiedy to raz po raz udowadniali sobie, jak bardzo tylko do siebie należą, nie wiedziała, czy rozkosz, którą przeżywała, płynęła z doznań cielesnych, czy z faktu, że ta słodka myśl kiełkowała już w jej głowie.
Mój mężczyzna
Kiedy otworzyła oczy, czuła miarowy oddech i ciepło jego ciała, wtulonego w jej plecy. Czuła jego zapach, szorstkość brody, ciężar ramienia obejmującego ją w talii. Leżała w ramionach mężczyzny –jej mężczyzny. Naprawdę był obok. Najbardziej zdumiewający był jednak fakt, że to wciąż był ten sam człowiek, co dzień czy tydzień temu. Ten sam, co przez ostatnich kilka lat. A jednak nie taki sam. W zasadzie nie zmieniło się nic. W zasadzie zmieniło się wszystko.
Mój mężczyzna
Nigdy przed żadnym mężczyzną nie otworzyła się tak bardzo. To nie była tylko jedność ciał, rozkosz i spełnione pragnienie. To była jakaś więź, wypracowana przez wiele lat, zbudowana na kłótniach, sporach, kompromisie i zrozumieniu. Przyjmując go w sobie, bez wahania patrzyła mu w oczy –nic z tej chwili nie było tylko jej –chciała dzielić się z nim wszystkim.
Mój mężczyzna
Nadal nie mogła w to uwierzyć. Znała go lepiej niż ktokolwiek inny. Wiedziała, ile nosi w sobie, goryczy, bólu i cierpienia. Wiedziała, jak ciężko było mu zaryzykować raz jeszcze. Teraz należał do niej. A ona do niego. Dusze i serce oddała mu już dawno. Dzisiaj podarowała mu również i ciało. Gdyby miała coś jeszcze –oddałaby i to bez wahania.
Nie ciało było tu najważniejsze i o tym obydwoje wiedzieli już od dawna. Jednak w tym ostatecznym akcie zjednoczenia było coś takiego, czego żadna rozmowa, czy wymiana spojrzeń nie mogłaby im dać. Po raz pierwszy stali się dla siebie kobietą i mężczyzną w pełni. Nie przyjaciółmi.
Kochankami.
Granica, którą wyznaczyli sobie tak dawno, i którą tyle razy przesuwali coraz dalej, została definitywnie przekroczona.
Mój mężczyzna
Szum wody ucichł. Wiedziała, że za chwile zobaczy go mokrego, z zabawnie rozrzuconymi włosami. Stanie w drzwiach owinięty rzecznikiem i uśmiechnie się do niej. I tak zacznie się pierwszy dzień całej reszty ich życia.
Na samą myśl o tym, że za chwilę będzie stał przy niej, ogarnęła ja ekscytacja. Czy można stęsknić się za kimś w 10 minut? Kobieta w lustrze uśmiechnęła się ponownie i powiedziała, że tak.
Stanął w drzwiach sypialni i uśmiechnął się…
Mój mężczyzna
Tak zaczyna się nowy rozdział…ale to już zupełnie inna historia…


Koniec części pierwszej:D



Autor postu otrzymał pochwałę.

_________________

PostWysłany: Sob 18:55, 20 Gru 2008
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

aaa... świetne dawno nie czytałam takiego fajnego opowiadania



_________________
"Mówi się, że nie można żyć bez miłości. Uważam, że ważniejszy jest tlen."Dr. Gregory House

PostWysłany: Pią 17:23, 24 Kwi 2009
LisaHouse
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 16 Kwi 2009

Posty: 15

Miasto: Zabrze
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

dziękuje T. te opowiadanie pomogło miprzetrwać w szpitalu Smile



_________________


Znalazłam siostrę- sylrich my sis forever :*

"When the land slides and when the planet dies, that's when I come back to you"

PostWysłany: Wto 9:56, 28 Kwi 2009
kasia2820
Reumatolog
Reumatolog



Dołączył: 21 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 1087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Czytałam to opowiadanie w zeszłe wakacje. Sciągnęlam wtedy piosenke w rtym której tańcza na tarasie. Do dziś mam ją w stałym zestawie w mp3 i gdy jej słucham powraca gwieździste niebo nad San Francisco.

T. napisał:
Koniec części pierwszej:D


kolejna część to The Tooms, o ile dobrze pamietam.



_________________
ikonka od woźnego rocket queen

FUS - Frakcja Uaktywnionych Seksoholików

PostWysłany: Czw 21:59, 07 Maj 2009
Lupus
Kot Domowy



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 5

Posty: 3179

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

ja tez do tej pory mam ta piosenke i ją uwielbiam...
ona jest taka huddy... chyba najbardziej huddy piosenka jaka znam

Tak, II czesc to teh Tooms -to byly czasy kiedy fiki produkowałam masowo. teraz...chyba nie mam wena:(



_________________

PostWysłany: Pią 10:03, 08 Maj 2009
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

a jaki to tytuł piosenki?



_________________


Znalazłam siostrę- sylrich my sis forever :*

"When the land slides and when the planet dies, that's when I come back to you"

PostWysłany: Pią 13:43, 08 Maj 2009
kasia2820
Reumatolog
Reumatolog



Dołączył: 21 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 1087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

"Shine"zespołu Kwan



_________________

PostWysłany: Pią 14:05, 08 Maj 2009
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Nie wkurzaj mnie, T., bo się wkurzęwykrzyknik! I dawaj kolejną częśćwykrzyknik



_________________

"Rise and rise again until lambs become lions"

PostWysłany: Pią 14:41, 08 Maj 2009
matrixa1
Dermatolog
Dermatolog



Dołączył: 21 Lut 2009
Pochwał: 6

Posty: 942

Miasto: Legionowo
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

alez ona jest:P o tu:
http://forum.housemd.info.pl/the-tooms-t60.html



_________________

PostWysłany: Pią 15:02, 08 Maj 2009
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

T., dzięki Bogu Very Happy



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Pią 15:05, 08 Maj 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dlaczego ja wcześniej tego nie zauważyłam? Pojęcia nie mam... I co ja mam ci napisać T., żeby zabrzmiało sensownie? Na początku, że chciałbym skomentować wszystkie twoje ficki, ale nie da się tego zrobić tak, żeby się nie powtarzać i tak, żeby pod każdym napisać coś więcej niż tylko "świetny fick". Oczywiście,mogłabym to zrobić, ale... Wole raz a porządnie, niż piętnaście i po tzw. "łebkach".
Ale to nie zmienia faktu, że dalej nie wiem, co mam ci napisać...
Zacznijmy od tego, że wciągasz T. Kiedy zaczęłam czytać z dystansem przebiegłam wzrokiem po pierwszych linijkach. I nawet nie wiem kiedy dystans zniknął. Zgubił się gdzieś po drodze, zniknął pośród fabuły, bohaterów, słów. Nic nie było w stanie odciągnąć mnie od komputera kiedy już zaczęłam czytać - dosłownie. Nawet dziwny łomot dochodzący z pokoju moich braci Smile
Wiesz, tego ficka wlaściwie się nie czyta - jego się przeżywa. Nim się obejrzałam siedziałam już urywałam się z dyżuru z Wilsonem i House'm, później szłam z nimi do samochodu, cieszyłam się razem z Cuddy po przechytrzeniu House'a. Zupełnie jakbym stała tam i na wszystko patyrzyła - nie, ja po prostu czułam, że jestem bohaterami. Dałaś im zycie T. i pozwoliłaś czytelnikom się z nimi utożsamić.
O samej treści chyba nie muszę dużo mówić? Urzekajaca, wciągająca, kończąca się tak, ja trzeba. Intrygująco, interesująco, elektryzująco... Ten fick wręcz woła o to, żeby czytać go w kółko i w kółko a potem sięgnąć po kontynuację! Nie dość, że wspaniała treść - i jak dla mnie prawdopodobna - to jeszcze jak napisana.
Krótko mówiąc jestem pod ogromnym wrażeniem. Może i wzdycham i nie krytykuję ale żadnej krytyki z siebie wykrzesać nie mogę - nie po przeczytaniu takiego dzieła.
Pozdrawiam cieplutko.



_________________
"Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć."

W. Wharton "Ptasiek"

PostWysłany: Pią 16:35, 08 Maj 2009
scribo
Kochanka klawiatury
Kochanka klawiatury



Dołączył: 25 Lut 2009
Pochwał: 12

Posty: 748

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Fantastyczne opowiadanie, ciekawy pomysł, wciągająca akcja, świetne, przemyślane dialogi, erotyzm...w zasadzie mogłabym wymieniać bez końca ochy i achy Smile Za każdym razem kiedy czytam coś Twojego autorstwa jestem pod wrażeniem i zazdroszczę Ci talentu, który ja chyba bezpowrotnie straciłam. Choć może kiedyś uda mi się napisać fik. Very Happy

Twoje fiki są jak wejście do innego świata, niesamowicie oddajesz charakter, myśli, uczucia bohaterów, wzbudzasz emocje od śmiechu po łzy tak jak ten cudowny serial Smile Według mnie powinnaś koniecznie wysłać którąś ze swoich prac do Shore'a, na pewno zainteresowałby się i powstałby scenariusz na podstawie Twojego opowiadania! Smile I really mean it!

Czekam na więcej prac, (może jakiś fik ogólny?) i życzę powrotu weny!! (jeśli nie chce przyjść)



_________________

"Successes only last until someone screws them up. Failures are forever"
"People get what they get. It has nothing to do with what they deserve"

PostWysłany: Nie 20:34, 05 Lip 2009
Bloody Mary
Rezydent
Rezydent



Dołączył: 14 Kwi 2009

Posty: 274

Miasto: Torino
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

ciekawe... Cool



_________________
kiciaipanfu

PostWysłany: Wto 20:21, 26 Sty 2010
kiciaipanfu
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Gru 2009

Posty: 49

Miasto: gdzieś na świecie
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

fik mnie rozbroił ; oo jest piękny , a szczególnie fragment ich tańca czytany podczas gdy słychać tą piosenkę ^^ jej. rozpływam się!
Wielbię Cię, za tego fika ... za ten pomysł, za to wykonanie ! Mr. Green
a to:

T. napisał:
Kiedy otworzyła oczy, czuła miarowy oddech i ciepło jego ciała, wtulonego w jej plecy. Czuła jego zapach, szorstkość brody, ciężar ramienia obejmującego ją w talii. Leżała w ramionach mężczyzny –jej mężczyzny. Naprawdę był obok. Najbardziej zdumiewający był jednak fakt, że to wciąż był ten sam człowiek, co dzień czy tydzień temu. Ten sam, co przez ostatnich kilka lat. A jednak nie taki sam. W zasadzie nie zmieniło się nic. W zasadzie zmieniło się wszystko.

spowodowało u mnie dreszcz. Dreszcz miękości ... z jaką rozpłynęłam się to czytając ^^ dzięki Ci Smile



PostWysłany: Pon 20:26, 12 Kwi 2010
Housetka
Lekarz rodzinny
Lekarz rodzinny



Dołączył: 23 Lut 2010
Pochwał: 1

Posty: 332

Miasto: Gdańsk
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.11722 sekund, Zapytań SQL: 14