Pink Revolution
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Każdy czeka, pozostaje tylko pytanie, kiedy następna część się pojawi Mr. Green Miss Spookines, orientujesz się kiedy mniej-więcej wrzucisz ciąg dalszy?



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Pon 14:40, 02 Mar 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Tak, dzisiaj będzie rozdział 4. Myślę, że za kilka godzin.



PostWysłany: Pon 15:25, 02 Mar 2009
Miss Spookines
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 35

Miasto: Jawor
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Miss Spookines, czekam z niecierpliwością, skoro to fick "+18" Mr. Green



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Pon 15:27, 02 Mar 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jak obiecałam (rany, ja dotrzymuję słowa? Chyba się starzeję!), wrzucam kolejny rozdział mojego ficka. Kto wie, może jak mi dobrze pójdzie jeszcze dzisiaj pojawi się piąta część. Czytajcie i cieszcie się krzywy

Cytat:
taka rozmarzona siedzę przed tym komputerem, jakbym oglądała dobrego pornola


Jeanne - skoro mój fick już teraz wywołuje w tobie takie emocje, to co się będzie działo, jak sytuacja zrobi się naprawdę erotyczna?! Mr. Green


4. Opary Absyntu - Czy ktoś widział piłkę?

Ledwo minęło południe, gdy wypogodziło się nieco. Ciepłe promienie słońca grzały przyjemnie, wpadając przez odsłonięte okna do gabinetu, który jeszcze w zeszłym tygodniu należał do Lisy Cuddy. Samantha Gale przeciągnęła się leniwie, rada, że udało jej się na tyle sterroryzować House'a by choć na jakiś czas, bez stawiania oporu odbębnił swoje w przychodni. Wyrzucić go z własnego królestwa. To był wyczyn. Pielęgniarki zapewne o niczym innym nie mówiły. Gale odgarnęła złoty kosmyk z czoła, uśmiechnęła się do własnych myśli - W ciągu dwóch dni bez niczyjej pomocy zrobiłam to, czego Lisa Cuddy nie potrafiła zdziałać przez tyle lat. Ten legendarny Gregory House, ten arogancki dupek robiący to, co mu się żywnie podoba nie zważając na nic. Teraz siedział w przychodni, badał zaczerwienione gardła, diagnozował rozmaite choroby weneryczne i straszył matki z dziećmi. Słyszała, że na biuro zaadaptował sobie jedną z wolnych sal na piętrze, ale było coś, czego nie znalazł wśród swoich rzeczy w magazynie, a z pewnością mu na tym zależało. Pielęgniarki jak zwykle wiedziały wszystko. Od tajemnic natury emocjonalnej wszystkich pacjentów po romanse i sympatie lekarzy i ich słabości. Słabość i sympatia - takie uczucia House żywił do dwóch rzeczy, mianowicie Vicodinu i swojej piłki. W tym drugim przypadku można było się według niektórych pokusić o stwierdzenie "bezwarunkowa miłość". Gale będąc kobietą zapobiegliwą i sprytną postarała się by mieć na krnąbrnego diagnostę jeszcze jeden haczyk.
Mając przed sobą perspektywę kolejnego miłego, pracowitego popołudnia spędzonego na robieniu kariery sięgnęła po leżące na biurku pudełko z karteczką, na której ktoś starannie wykaligrafował krótką notkę - "Gratulacje i podziękowania dla drogiej dr Gale od cichego wielbiciela. Smacznego!". Bez wyraźnego zainteresowania otworzyła prezent. Kwiaty, czekoladki, nawet bieliznę zdarzało się jej dostać w ciągu krótkiego pobytu tutaj. Zwykle od pacjentów, którzy chcieli się z nią umówić, ale dzisiaj też od dwóch lekarzy, którym wybitnie spodobało się tak przedmiotowe potraktowanie House'a. Jakkolwiek często podarunki były po prostu nietrafione, tym razem orzechowe oczy pani administrator aż błysnęły na widok kawałka truskawkowego tortu z kremem. Idealny deser do celebrowania znalezienia nowej posady zbliżającego się wielkimi krokami druzgocącego zwycięstwa nad pewnym błękitnookim dupkiem.

***

- No więc, odczuwam... eee... jakby to powiedzieć... - jąkał się kolejny pacjent.
Greg westchnął z rezygnacją. Kolejny matoł, który najpierw przez kwadrans będzie jąkał się na temat krępujących objawów ze stałego repertuaru wstydu, by potem całkowicie bezwstydnie zażądać badania, które zwykle polegało na pchaniu rąk i rozmaitych wzierników w miejsca, o których istnieniu wcześniej delikwent bał się wspomnieć. Samonapędzająca się paranoja. House chwilami miał ochotę wysłać wszystkich bez wyjątku na legendarne jak on sam drugie piętro. Znerwicowane matki z dziećmi i kretynów oddzielających co drugie słowo bezmyślnym "eee..." zwłaszcza.
- Eee... - kretyn oddzielił bezmyślnie kolejne słowo. - Chodzi o to, że eee... Gdy idę do toalety... To ja...
House stracił cierpliwość. Bez słowa, z paskudnym uśmiechem wyjął z szuflady największą strzykawkę i najgrubszą igłę jaką znalazł. Pacjent - pulchny, ciapowaty, miśkowaty typ z niemałą nadwagą natychmiast umilkł wpatrując się z przerażeniem jak House naciąga lek do strzykawki, następnie sprawnym ruchem palców wytrząsa pęcherzyki powietrza.
- Na co to?! - wykrzyknął pacjent o dziwo bez zająknięcia.
- Najwidoczniej ma pan problemy z wysłowieniem się - oświadczył Greg śmiertelnie poważnym tonem - To powinno pomóc. Zaboli, ale...
- Chodzi o to, że jak idę do toalety to siedzę i nic. Czy może mnie przez to rozerwać? Nie srałem od trzech dni - szybko wytłumaczył się grubas.
House odłożył strzykawkę, wydobył z kieszeni małą, niebieską fiolkę leku, podał pacjentowi.
- Widzi pan, już pomogło. Dwa razy dziennie jedna, góra dwie tebletki, jest niezawodny.
- Nie przebada mnie pan, doktorze?
- Sądzi pan, że ja to wyciągnę lepiej niż ten środek?
Pacjent zmieszał się wyraźnie, zszedł z leżanki i ruszył ociężale do wyjścia.
- Proszę się nie martwić - zapewnił House - Znajoma kruszy je na proszek i dosypuje do tortu truskawkowego. Działa bez zarzutów. Nie ona, lek oczywiście.
Drzwi trzasnęły głucho. House uśmiechnął się podle na myśl o kawałku tortu z truskawkami i kremem.

***

Gale poczuła nagłą falę ściskającą jelita jak imadło. Wstrętne uczucie uświadomiło jej po chwili niecierpiącą zwłoki potrzebę. Zerwała się z krzesła i tak szybko jak pozwalały na to niebotyczne obcasy pognała do przylegającej do gabinetu toalety. Poczuła, że wzbiera w niej gęsta mieszanina gniewu i upokorzenia. Do sedesu ktoś przykleił karteczkę z napisem "Oddawaj piłkę!"

***

- Jesteście idiotami - rzekł House druzgocąco, gdy Chase i Foreman zaprezentowali mu zdobycz. Do połowy opróżniona butelka zielonej wódki zwanej Absinth sprowadziła ich na ziemię. Miał rację. Jak mogli w to wątpić? Wiedzieli, że to powie, że teraz zmiażdży ich za zarozumiałość. Jedynie on mógł bezkarnie zachowywać się jak zarozumiały drań. Cały szpital to wiedział, oni dwaj też powinni.
- Powinno się wam wystawić sądowy zakaz używania mózgu, bo gdyby zostawić wam wolną rękę, w życiu nie wpadlibyście na coś tak oczywistego - House kontynuował tyradę. Ku ogólnemu zgorzknieniu Chase'a i Foremana miał co do nich niepodważalną rację. Schrzanili. - Absinth. Mocna wódka z piołunem, z odważną nutą anyżu. Moderniści paśli się na tym niczym wesoła Escherichia Coli* na resztkach w okrężnicy - Greg odkręcił butelkę, przymknął oczy wdychając charakterystyczny zapach, po czym pociągnął dużego łyka. Chase i Foreman nie skomentowali, mieli wystarczająco przekichane na najbliższy tydzień.
- Dzieciak najwidoczniej jest uzależniony - odezwał się Foreman.
- Co ty powiesz? - odrzekł House szyderczo, zakręcając butelkę - Naprawdę niezły. Bardziej jednak interesujące jest to, że zawiera piołun. Nadmierne zażywanie tej pożywki modernistycznej dekadencji może zatem prowadzić do stanów chorobowych wątroby szybciej niż inny alkohol. Jeśli nasze złote dziecko pije to tak często jak podejrzewam mamy wytłumaczenie wszystkiego.
- A jeśli nie. Może tylko chciał napić się z kolegami - odezwał się Chase.
- Jeśli miałbyś właśnie jakiś przebłysk genialności myślowej, szczególnie rzadkiej u ciebie i tego czarnego z prawej - ruchem głowy wskazał milczącego Foremana - byłbym pod wrażeniem. Ale nie jestem. To znaczy, że go nie miałeś, to znaczy jesteś większym idiotą niż myślałem.
- Chcesz założyć, że to chlanie podczas delegacji ojca...
- Nie będę zakładał, wyciągnę to z niego osobiście - House uśmiechnął się szatańsko, unosząc wysoko brwi.
Żaden z lekarzy nie powiedział "House, nie możesz". Nie chcieli wychodzić na większych idiotów.

***
- Pete! - Gale rozdarła się na swojego sekretarza. Brązowe oczy chłopaka zrobiły się wielkie, gdy jego szefowa, blada jak ściana wychynęła zza drzwi gabinetu.
- Ss-łucham, doktor Gale - wydukał nieśmiało.
- Czy ktoś tu wchodził pod moją nieobecność?
- Tak, doktor House. Mówił, żeby nie mówić, bo to niespodzianka, mówił, że powinien przeprosić.
- Ty skretyniały półgłówku! - wrzasnęła jak opętana. Przechodząca obok drzwi gabinetu pielęgniarka podskoczyła aż zaskoczona, o mało nie upuściwszy niesionego pudełka. - Ty urzędasie z odzysku, ty męska wersjo lalki do ćwiczenia mobbingu! Mówiłam jasno, że masz uważać na House'a!
- Ale myślałem, że on... - tłumaczył się nieporadnie Pete, poluzowując ciasny, ściskający chudą szyję krawat. Czuł, że ledwo może przełknąć ślinę.
- Gdybyś w ogóle myślał, nie doszłoby do tego.
- Do... Czego? - ośmielił się zapytać Pete.
- Nie interesuj się! Przynieś mi Imodium, albo cokolwiek innego, co zawiera chlorowodorek loperamidu**, byle szybko!
- Pete wstał posłusznie, kierując się do wyjścia.
- A potem siekierę - dodała - Zabiję dziś kogoś.
Kolejna fala toaletowego problemu zdawała się nadciągać. - Utłukę... Jak tylko mi przejdzie.


***

Pielęgniarka z pudełkiem szybkim krokiem podeszła do siedzącej w recepcji Julie.
- Z tym nie tutaj skarbie - powiedziała Julie patrząc na paczkę - Do magazynu na piętrze.
Koleżanka po fachu w odpowiedzi mrugnęła tylko porozumiewawczo.
- Ach, tak. Proszę bardzo - Julie uśmiechając się szelmowsko pokiwała głową ze zrozumieniem. Wyciągnęła mały notesik i długopis.
- Sto dolców - koleżanka położyła banknot na blacie - na Grega House'a.

***

Obserwował uważnie z bezpiecznej odległości jedną z małych, jednoosobowych sal. Wysoki, potężnie zbudowany, ciemnoskóry mężczyzna w lśniącym szykiem garniturze siedział przy łóżku nastolatka o nieco jaśniejszej karnacji. Matka musiała być biała - informacja przegalopowała przez neurony. Pewnie zeszła ze świata dawno temu, więc ojczulek próbuje być odpowiedzialny do tego stopnia, że wywróci świat do góry nogami dla dobra dzieciaka. Przy okazji wywraca moje życie. A tak naprawdę nie wie, że wywraca świat tego gówniarza. Po tym, co działo się przy ostatniej wizycie jestem pewien, że to tak samo chora na dyscyplinę, czarna wersja mojego ojca, tyle, że ja się postawiłem, a mały robi wszystko, co ojciec każe.
Poczekał, aż pielęgniarka krzątająca się po sali wyjdzie. Wstał z ławki krzywiąc się z bólu. Wyciągnął Vicodin, szybko przełknął tabletkę. To co chciał zrobić mogło zniszczyć wszystko. Mógł wylecieć on, mogła wylecieć Cuddy, mogły wylecieć Kaczuszki, nawet Wilson. Mógł też uratować wszystko. Czy naprawdę? Jedynym sposobem było przekonać się na własnej skórze. On nigdy nie porzucał przypadku, który wziął, nieważne za jaką cenę.

***

Szklane drzwi uchyliły się bezgłośnie. John Williams odwrócił się od łóżka swego syna, by ujrzeć w drzwiach kogoś, kogo, obiecano mu, nie zobaczy na własne oczy nigdy więcej. Pomyślał, że będzie musiał odbyć poważną rozmowę z Samanthą Gale. Już samo spojrzenie bystrych, niebieskich oczu, promieniejące arogancją, bezczelnością i cynizmem sprawiały, że John Williams gotował się z gniewu. Kto inny śmiał patrzeć nań w ten sposób?
- Hej, szukam pożółkłego dzieciaka i jego wielkiego tatusia, widzieliście ich gdzieś? - House widząc minę Williamsa zaczął kpiny już od wejścia. Miał mało czasu zanim wezwą ochronę.
- Teraz osobiście postaram się, żeby stracił pan pracę - wycedził Williams przez zęby - Jeśli natychmiast pan stąd nie wyjdzie, to pozwę pana.
- Który matoł powiedział panu, że biopsja mózgu była przyczyną? Chętnie go poznam.
- Nie prowadzi pan tego przypadku, nie pan go diagnozuje.
- Naprawdę jesteś takim idiotą, żeby myśleć, że Addisona zdiagnozowali sami? Wiedziałem, że to Addison, zanim zrobili testy. Szkopuł w tym, że biopsja mózgu nie powoduje marskości wątroby, Addison też nie - House podszedł do łóżka chorego i pokazał mu trzymaną do tej pory za plecami butelkę - Lubisz się zalać, Mickey?
- Edward nie pije! - warknął John Williams nim chłopiec zdołał się odezwać.
- Czyżby? Nie wyglądasz jakbyś sam chował Absinth pod jego łóżkiem. No, ale po dekadencji można spodziewać się wszystkiego - Greg odkręcił butelkę i wypił łyk - No dalej! - podsunął butelkę Williamsowi - Skoro on kłamie, chociaż ty tego nie rób. Za wesoło podskakujący katastrofizm! - wzniósł toast i znów łyknął zielonego płynu.
- Pod jego łóżkiem?! Przeszukał pan mój dom?! - ryknął mężczyzna, a na jego skroni dało się dojrzeć pulsującą gniewem tętniczkę.
- Czy ja wyglądam jakbym potrafił wdrapać się na balkon, żeby wejść przez uchylone okno? Lekarze Edwarda musieli się upewnić - odrzekł z rozbrajającym uśmiechem.
- Ja nie piję - odezwał się Edward słabym głosem.
- Oczywiście, że nie - zgodził się House cynicznie - Ty się regularnie zalewasz do nieprzytomności. Zalałeś swoją wątrobę. Alkoholika nie wpiszą na listę do przeszczepu, a wierz mi, będziesz go potrzebował.
- To było tylko kilka kieliszków, ja nie wiedziałem, że jak wypiję trochę... Moi koledzy są zdrowi - odparł Edward łamiącym się głosem - Nie chcę umierać...
- Edward jak mogłeś? - wycedził John przez zęby zaciśnięte do granic możliwości.
- Przepraszam tato, zawiodłem...
- Przeproś swoją wątrobę - mruknął Greg. Jego myśli znów zakotłowały się niczym w wirówce, ułożyły błyskawicznie w oczywisty wniosek. Taka mała ilość alkoholu nie mogła spowodować marskości. - To nie alkohol spowodował marskość - wypowiedział myśl na głos. - Pomogłeś w ten sposób jakiejś innej chorobie, która gdyby nie Addison i Absinth nie dałaby objawów... Jeszcze.
- Wynocha stąd House! - ryknął John Williams, dysząc z gniewu jak rozjuszony byk.
- Myliłem się. Wiesz, czemu Williams? - powiedział House odstawiając butelkę z Absinthem - Ponieważ byłem pewien, że dzieciak pije przez ciebie. Przez twoje apodyktyczne, dyktatorskie podejście. Można próbować ci się postawić i toczyć z tobą nierówną walkę. Ed nie ma matki, więc nikt go w walce nie wesprze. Nie był na tyle głupi, by walczyć. Można też się podporządkować. Wtedy nie pozostaje nic innego jak topić niedolę w alkoholu. On nie topił, bo nawet na to zabrakło mu odwagi. Wiesz skąd to wiem? Mój ojciec jest takim samym sukinsynem jak ty. Ja się postawiłem, żeby nie skończyć w ten sposób.
- Kazałem ci się zamknąć!
- Wsadź sobie w dupę twoje rozkazy! Teraz możesz szczerze i czule pogawędzić z umierającym synalkiem. Gdybyś pozwolił dzieciakowi na więcej szczerości Wilson i Turner wiedzieliby wcześniej, że to nie alkohol. Z obawy przed tobą skłamał.
- To moje ostatnie słowo, House. Ostrzegam cię!
-Taa? A moje ostatnie będzie takie: Oddasz ciało do celów naukowych, czy wolisz go w trumnie w całości?
Greg nie zdążył się odsunąć. Cios o sile młota rzucił go na podłogę, w oczach pociemniało, w ustach poczuł smak krwi. Nie zdążył się otrząsnąć z szoku, gdy solidny kopniak w lewy bok aż przeturlał go na plecy. Ktoś z zewnątrz wpadł nagle - dwie osoby. Chase zastąpił drogę Williamsowi.
- House, nic ci nie jest? - zapytał Wilson pomagając mu się podnieść. Teraz dopiero House poczuł, że lewa dłoń boli przeraźliwie, jakby ktoś ścisnął ją imadłem. W głowie miał kocioł, ledwo utrzymał się na nogach.
- To nie alkohol - rzekł nieprzytomnie.

***

Kolejna kawa wypita dzisiaj, mająca dać pobudzenie i jasność myśli zadziałała jak zbożowo cykoriowe bezkofeinowe dziadostwo. Czyli wcale. Zajęta kartą pacjentki, którą przydzieliła jej Gale, Cuddy błądziła myślami wciąż wokół tego co się zdarzyło. Czemu w ogóle ją pocałował, skoro to nie miało znaczenia?

- Gdyby czuł się samotny, poszedłby tego wieczoru do Wilsona, żeby dokumentnie spustoszyć mu barek. Jeśli byłby spragniony czegoś innego zamówiłby sobie dziwkę, a mnie nawet nie wpuścił. Nie tłumaczy tego nawet to, że po prostu House zachował się jak House. Nic tego nie tłumaczy. Nic, co byłoby możliwe. NIE! Zapomnij o tym! To jedyne wyjście.

Karta pacjentki musiała być uzupełniona przede wszystkim. Przed nią, na biurku leżał natomiast stosik dokumentów mniej priorytetowych, ale wymagających przejrzenia jeszcze dzisiaj. Spowodowana wstrętną aurą i bezsilnością senność absolutnie w tym nie pomagała. Cuddy zajęta pracą usłyszała nagle znajome kroki - tak charakterystyczne, że nie pozostawiające żadnych wątpliwości - normalny krok, ciche zetknięcie się laski z podłożem i drugi krok - trochę później niż u normalnie poruszającego się człowieka.
Westchnęła nerwowo. Drzwi uchyliły się.
- House, czy ty nigdy nie nauczysz się pukać? - warknęła nie podnosząc na niego wzroku znad papierów. - Zapewniam cię, że nie musisz tego robić prawą nogą.
- Nie? Świetnie! Miło z twojej strony - odparł sarkastycznie, ale jakby przytłumionym głosem.
Znowu żuje coś słodkiego, pomyślała Cuddy wciąż nie patrząc na niego. Co on sobie w ogóle myśli przychodząc tu?
- Nie mam ci nic do powiedzenia! - rzuciła wściekle
- Rany, Cuddy nie pochylaj się tak mocno nad biurkiem, twój olśniewający dekolt znika za blatem!
- Powiedz mi House, czy nadejdzie ten wspaniały dzień, kiedy skończysz czternaście lat? - odparła zirytowana - Najlepiej wyjdź.
- Za chwilę i tak wezwiesz mnie ponownie - odparł bezczelnie.
Cuddy wściekła spojrzała na niego, a błysk złości w pięknych oczach przeszedł natychmiast w szczere zdumienie.
- O mój Boże!
House był blady, z nosa i warg dość obficie sączyła się krew, którą tamował trzymaną w lewej ręce chusteczką. Dłoń była sina i zaczynała puchnąć.
- It's showtime! - wykrzyknął robiąc jedną z min ze swego stałego, rozbrajającego repertuaru.
- Znowu wkurzyłeś pacjenta - pokręciła głową z zażenowaniem, gdy opuściło ją zaskoczenie. Nie sądziła, że jeszcze jest w stanie ją zaskoczyć. - Kto to był? Arnold Schwarzeneger?
- Ciepło. Neger, a skoro neger to raczej nicht weiss***
- Co znowu powiedziałeś? - zapytała wstając z krzesła i podchodząc do niego. Nie wyglądał najlepiej.
- Jesteś pewna, że chcesz wiedzieć? - uśmiechnął się zagadkowo.
- Ktoś powinien to obejrzeć - stwierdziła Cuddy ujmując delikatnie opuchniętą dłoń House'a.
- Masz rację. Czy jest na sali lekarz?! - wykrzyknął dramatycznie, zwracając uwagę pielęgniarek przechodzących korytarzem.
- Musiałeś osiągnąć jakiś rekord w swojej bezczelności, przynajmniej od czasu przyduszenia faceta z pasożytami w wątrobie laską, albo, gdy mąż zmarłej w wypadku chciał połamać ci żebra.
House przewrócił wymownie oczami - Prawie mu się udało.
- Paskudnie ci się oberwało - mruknęła usiłując zbadać dłoń.
- Au! Uważaj, jestem delikatny - skrzywił się z bólu
- Czemu nie poszedłeś z tym do Wilsona?
- Robi badania, Foreman, Chase i Cameron są w laboratorium. Reszta lekarzy to w znakomitej większości dupki. Poza tym liczyłem na szybki numerek - powiedział złośliwie. Cuddy mściwie, mocniej ścisnęła sine palce - Nie jest zwichnięta, przyłóż sobie lód.
- Nie przepadam za sado-maso, ale dla ciebie zrobię wyjątek...
- Naprawdę to zrobiłeś! - wykrzyknęła nagle ze zdenerwowaniem puszczając jego dłoń - Są w laboratorium, bo ty kazałeś im tam być. Powiedz mi proszę, że to nie Williams tak cię urządził.
- To nie Williams tak mnie urządził - powiedział Greg uroczyście, niczym na szkolnej akademii.
- Kłamiesz.
- Tak - zgodził się unosząc brwi wysoko i spoglądając niewinnie niczym zakonna nowicjuszka.
- Masz w ogóle pojęcie co zrobi z tobą i ze mną Gale, gdy się dowie?! Przez twoje szczeniackie wybryki wylecę z pracy!
- Pacjent ma marskość wątroby, której nie spowodował alkohol, ani nic co wcześniej podejrzewałem.
- Nie twój pacjent, House! Twoja pacjentka dochodzi do siebie po zatruciu propanem, a ty nawet nie raczyłeś spojrzeć w kartę. Czy nigdy nie zależy ci na nikim, jeśli nie jest w jakiś sposób medycznie interesujący?! - prawie krzyknęła. Była wściekła. Stał i patrzył na nią tym nie dającym się rozszyfrować spojrzeniem.

- Co on ma takiego w tych niesamowitych oczach, że nie można się skupić, że jedno spojrzenie wystarczy, by zwątpić we wszystko?

- Dlaczego ona zawsze zmusza mnie bym żałował, bym zrozumiał, że powinienem ją przeprosić, chociaż nigdy tego nie robię. Czemu każe mi mówić rzeczy, które są bez sensu. Ta jej cholerna siła wzbudzania we mnie tych wszystkich naiwnych i rozczarowujących emocji. Przecież ona wie, że...

- Robię to dla ciebie - powiedział z trudem wyrzucając każde słowo. Zdał sobie sprawę z sensu wypowiedzianych słów dopiero, gdy jej szmaragdowe spojrzenie skrzyżowało się z jego spojrzeniem. Dostrzegł w nich coś dziwnego, coś, co kazało mu odsunąć się na bezpieczną odległość. Schrzaniłem, pomyślał.
Cuddy poczuła się jakby ktoś drwił z niej na oczach tysięcy ludzi, jakby ktoś cholernie ją oszukał, coś w niej pękło, przelało się niczym gęsta lawa po wulkanicznym stoku.
- Dla mnie? - wycedziła gniewnie, a jej oczy zwęziły się dziwnie - A kto cię prosił? Wszystko, czego się dotkniesz zamieniasz w zgliszcza. Nie potrafisz być szczęśliwy i każdego, kto zbytnio się zbliży próbujesz ściągnąć w dół. Mnie, Wilsona, Cameron, wszystkich. Od zawsze wszystko robisz dla siebie. Masz swoją zagadkę, swoje zabawki i ludzi, których możesz mieszać z błotem. Teraz jest inaczej, bo coś się zmieniło, ale ty przecież nie zmienisz reguł gry, nawet jeśli to może kosztować kogoś pracę, zranić kogoś. Nie znam drugiego takiego sukinsyna i drania jak ty, House. Nienawidzę cię!
Nie mogła uwierzyć, że to powiedziała. Była wściekła, rozczarowana.

- Jak mogłam sądzić, że coś może nas połączyć, że on zrobi coś inaczej niż zwykle. To przecież House - wielka otchłań osobistych niedoli tworzących szczelny pancerz, odgradzający uczucia od świata. Ale nie zawsze jest taki nieczuły... Tylko, jeśli sam nie zechce pokazać wrażliwszej strony ja nie będę potrafiła mu pomóc.

Otrząsnęła się, za wszelką cenę nie chcąc spojrzeć mu w oczy odwróciła się w stronę okna.
- Wynoś się House - powiedziała tak, jakby emocje przestały istnieć, jakby pozostała tylko lodowata obojętność
Słyszała każdy jego krok, gdy kierował się do wyjścia, gdy gładko i cicho zamknęły się za nim drzwi.

***

Krok za krokiem, nie zważając na ból dopadł do drzwi swego obecnego gabinetu. Nie zdziwił się nawet, gdy na swoim ulubionym fotelu zobaczył Gale. Intensywność różu w jej stroju znów drażniła oczy.
- Jak tam okrężnica? - zapytał uśmiechając się paskudnie. W myślach zalęgła się wizja Gale w trakcie występowania samego problemu, uśmiech rozciągnął wargi jeszcze bardziej.
- Podaj mi choć jeden powód, dla którego miałabym nie wylać ciebie i Cuddy z pracy.
- Przestałabyś grozić, zaczęłabyś wreszcie działać. Mam spakować rzeczy? - zignorował ją całkowicie.
Samantha uśmiechnęła się paskudnie.
- A co to, ktoś się pokłócił ze swoją szefową? Czyżby nie spodobała jej się twoja śmiałość? To chyba nie pierwszy raz... Chyba, że się mylę.
- Nie przyszłaś mnie wylać, to by było zbyt proste, czyż nie? Nie przelecę cię, jeśli o to ci teraz chodzi. To by było nie fair wobec wszystkich innych zdzir, które na mnie lecą. Masz zdecydowanie najgorszy gust.
- Williams chce, żebyś wyleciał, ja chcę żebyś poczuł się tak podle, że odejdziesz sam. Skutek jest ten sam, zgadnij co wybiorę.
- I co? przyszłaś tu uprawiać mobbing, grozić śmiercią? Jeśli stać cię tylko na porwanie mojej piłki, to daruj sobie już teraz - sięgnął po Vicodin. Fiolka była pusta. Natychmiast ruszył do stojaka na kroplówki robiącego tymczasowo za wieszak na kurtkę. Sięgnął do kieszeni po garść tabletek i połknął wszystkie od razu.
- Czy ty naprawdę sądzisz, że zabierając ci twój zespół nie wiedziałam, że tego właśnie oczekujesz?
Odwrócił się powoli, spojrzał na nią nie kryjąc już nawet zdumienia.
- Działałeś pod przykrywką wcale pod nią nie będąc. Jednak chciałeś, żebym cię wylała, bo wtedy dyrygowałbyś Wilsonem i resztą z całkowicie bezpiecznej pozycji. Gdybyś zwolnił się sam byłoby to zbyt podejrzane. Dlatego się ujawniłeś prowokując Williamsa, żeby dał ci po pysku. Niestety nie mogłeś się ujawnić nie będąc ukrytym. To było zabawne. Teraz czas na poważniejsze kroki. Nie będziesz mi przeszkadzał w diagnozowaniu przez najbliższe kilka godzin. Naprowadziłeś mnie na trop odkrywając, że to nie tylko Addison. To wystarczy. Już się mnie nie pozbędziesz.
- Czy naprawdę jesteś aż tak zapatrzoną w siebie dziwką, żeby myśleć, że sobie z tym poradzisz i zostaniesz tu na stałe? - Greg zmierzył ją morderczym wzrokiem. Jakim był idiotą dając się podejść tak łatwo. - To było pytanie retoryczne - dodał widząc, że usta drgnęły jej lekko.
- Nie czujesz się czasem słabo, Greg? - zapytała jadowitym tonem.
Dreszcz przebiegł mu po plecach. Obraz zaczął się rozmywać delikatnie.
- To nie jest Vicodin - zorientował się zbyt późno.
- Nie, to zemsta za moją okrężnicę.
Pokój zawirował nagle, House upadł na podłogę czując mdłości wstrząsające żołądkiem. Pokój rozbłysnął po czym pociemniał i świadomość zgasła.


*Escherichia Coli - Gram-ujemna bakteria należąca do rodziny Enterobacteriaceae. Wchodzi w skład fizjologicznej flory bakteryjnej jelita grubego człowieka oraz zwierząt stałocieplnych.

** Chlorowodorek loperamidu - lek przeciwbiegunkowy

***Schwarzeneger (niem.) to w dosłownym przekładzie "czarny (schwarz) murzyn (neger)"
nicht weiss (niem.) - nie biały



Autor postu otrzymał pochwałę.

PostWysłany: Pon 17:07, 02 Mar 2009
Miss Spookines
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 35

Miasto: Jawor
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Jeanne - skoro mój fick już teraz wywołuje w tobie takie emocje, to co się będzie działo, jak sytuacja zrobi się naprawdę erotyczna?! Mr. Green

Wtedy Jeanne zaślini się na śmierć, a w nocy będzie mieć bardzo kolorowe sny Twisted Evil
Awmrrr! *musi ochłonąć* Twój fik wciąga. Bardzo. Nawet za bardzo hahaha Dzisiaj cały czas mnie prześladował, a dokładnie myśl "kiedy będzie dalej, kiedy będzie dalej?!" No i cóż, doczekałam się, ale ja dalej chcę następną część! Gale mnie wkurza. Bardzo, ale te jej zagrywki do Housa, są naprawdę świetne Very Happy On jej się podoba i tyle Very Happy I masz o taaakiego *pokazuje jakiego* plusa za to, że Housa pobito. Wiem, że to chore, ale ogromnie mi się takie sceny podobają. Cuddy, która nie wierzy Housowi - cud, miód Very Happy I jedno takie malutkie, aczkolwiek bardzo ważne pytanie. Jak możesz nas tak dręczyć urywając w takim momencie?! Gale jest zła! Ale nie w dobrym sensie zÓa, tylko złą. I jej nie lubię, o! I mam mściwe myśli w jej kierunku, o! A tytuł mnie powalił na łopatki krzywy
I czekam bardzo niecierpliwie na dalej, usychając z tęsknoty za następną częścią.
*całuje stópki autorce i Wenowi*
J.



_________________

PostWysłany: Pon 19:33, 02 Mar 2009
jeanne
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 50

Posty: 11087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Gale mnie wnerwia Twisted Evil Ale z drugiej strony, żeby House nie zorientował się, że te tabletki to nie Vicodin? Czekam na ciąg dalszy (więcej Huddy w Huddyficku Exclamation )Wink



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Wto 15:32, 03 Mar 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

kolejna świetna część Very Happy



_________________


Moje siostrzyczki Nemezis i Sevir i nasza mamuta Maagda
Mój prywatny, jedyny i niezastąpiony kaloryferek Alan
Moja prywatna pisarka zÓych dobranocek, po których nikt nie zaśnie - Guśka

PostWysłany: Wto 18:46, 03 Mar 2009
nimfka
Nietoperek
Nietoperek



Dołączył: 13 Sty 2009
Pochwał: 30

Posty: 11393

Miasto: HouseLand
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jesteś okropna, Miss Spookines! Po raz kolejny kończysz opowieść w takim momencie, że mam ochotę paść przed monitorem i - wijąc się niczym Mick Jagger na scenie - prosić o jeszcze Twisted Evil

Wiedz, że czytam Twój tekst z takim zaciekawieniem, z jakim małe dziecko rozpakowuje swój urodzinowy prezent! Jestem pełna podziwu dla Twojej pomysłowości i warsztatu, rzecz jasna. Szczególnie podoba mi się styl wypowiedzi: niesamowicie lekki i hmmm... przyjemny. Mniemam, że w wykonaniu całej rzeszy osobników (np. moim) historia ta, byłaby znacznie bardziej nudna i rozwlekła.

Twórz i... niech Ci klawiatura lekką będzie! Mr. Green



PostWysłany: Wto 19:56, 03 Mar 2009
rocket queen
Pumbiasta Burleska



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 57

Posty: 3122

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

czekam na dalszą część Smile



_________________


Znalazłam siostrę- sylrich my sis forever :*

"When the land slides and when the planet dies, that's when I come back to you"

PostWysłany: Czw 13:26, 05 Mar 2009
kasia2820
Reumatolog
Reumatolog



Dołączył: 21 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 1087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

No właśnie: kiedy następna część? Ja chcę już! Mr. Green



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Pią 15:19, 06 Mar 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Boże ..... To jest .... BOSKIE wykrzyknikwykrzyknikwykrzyknik!
Takie House'owe ... i ... no kurde ... cudne wykrzyknik nie ... nawet lepsze ... kurczę nie umiem znaleźć słów na określenie Twojego talentu ...
Plissss..... daj dzisiaj nową część wykrzyknik!



PostWysłany: Pią 21:52, 06 Mar 2009
Wercia214
Pediatra
Pediatra



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 2

Posty: 485

Miasto: Paczyna
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dlaczego ja dopiero teraz to przeczytałam? *wyciaga bicz i łomocze sie po plechach w gescie samookrytyki* Rolling Eyes

Byłam nastawiona sceptycznie -przyznaje. Dlaczego? Nie wiem. Ale dzis postanowiłam przeczytać wszystko na raz i okazało sie to byc świetnym pomysłem.

To co podoba mi sie najbardziej:

1. Warsztat -bawisz sie słowem, żonglujesz nim. Nie ma w Twoim tekście ani jednego zdania, które nie było by lekkie i potrzebne dla całego tekstu zarazem. Masz ta niezwykła łatwośc pisania, która wyróżnia Twój fik spośród innych.

2. Błyskotliwość i inteligencja. - Niestety to dośc rzadka cecha fików. Dlatego pewnie tym bardziej cenna. Twoje metafory, żart sytuacyjny i słowny, są bardzo celne, przemyslane i idealnie oddające charakter bohaterów. Nie boisz sie czerpac z różnych dziedzin wiedzy, a co więcej wiedzę ta wykorzystujesz nie "na siłę", ale w sposób zawsze trafny i tam gdzie jest to uzasadnione. Widac, że jestes osoba inteligentną i masz spora wiedzę o świecie.

3. Pomysł -nie ma tu może jakiegoś nowatorstwa -czytałam fiki o podobnej tematyce. Na Twój plus przemawia raczej sposób potraktowania tematu, a wiec przede wszystkim realizm i umiejętność wczucia sie w postacie. Fabuła jest spójna, dobrze przemyślana, nie ma żadnych "luk". Potrafisz zaintrygować. To jest ta rzadka umiejętność pisania w taki sposób, że nawet książkę telefoniczna czyta sie z wypiekami na twarzy.

4. Forma -dobrze sie to czyta. Zapis jest czytelny, przestrzegasz zasad prawidłowego dialogowania, przecinki, kropki -wszystko jest tak jak trzeba. ( Wyłapałam co najwyżej kilka błedów, ale przy takiej ilości tekstu, sa one nie irrelewantne)

5. Uwagi -bardzo bym chciała sie do czego przyczepic -kiedy widze świetny tekst, to zawsze staram sie wskazac w recenzji co jeszcze mozna by poprawic, ale u Ciebie po prostu nie ma czego. Chyle czoła i z wypiekami na twarzy czekam na więcej.

Pozdrawiam ciepło. T.



_________________

PostWysłany: Sob 11:45, 07 Mar 2009
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Bu!wykrzyknik Znów jestem, znów straszę, znów piszę. O tym, że teraz, a nie wcześniej przesądził fakt, iż mam niemały kocioł nauki. Czytelnikom powiem tak - miało być "more Huddy", no i jest. Zwykle nie piszę czegoś takiego jak to. Choć sądzę, że jak na rębajłę i speca od fantasy wszelkiej maści i tak jest przyzwoicie. I nie mam pojęcia kiedy będzie 6.

T. napisał:
Pomysł -nie ma tu może jakiegoś nowatorstwa -czytałam fiki o podobnej tematyce.


Nowatorstwa nie ma, bo i dobry fick na nowatorstwie nie musi polegać. Czytałam naprawdę sporo ficków (w tym kilka twoich) i nowatorstwo nigdy nie pojawia się często. Nowatorstwo w tym przypadku może czasami być nawet szkodliwe. Niemniej dziękuję, za poparte analizą i uzasadnieniem wyrazy uznania.

5. You can't play on broken strings

- Cuddy - Wilson wszedł do jej gabinetu. Siedziała na wstawionej pod okno kanapie. W pierwszej chwili pomyślał, że płacze, ale ona nie płakała. Gorzej, wyraz jej twarzy ewidentnie mówił, że coś straszliwie się schrzaniło, coś zdechło i cuchnie, i że cokolwiek to jest nie da się tego wskrzesić. - Cuddy, gdzie jest House?
Popatrzyła nań tak, że nie wiedział, czy ma wyjść czy ją pocieszyć.

- Co ten idiota znowu powiedział? O czym nie wiem?

- Czy ja wyglądam jakbym była jego niańką? Bo jeśli tak, to chyba muszę zmienić wizerunek.
- Pokłóciliście się - stwierdził siadając obok.
- Pokłóciliśmy? Wiesz, co zrobił?
- Wiem, zaryzykował zwolnienie ciebie, siebie samego i nas wszystkich, choć równie dobrze mógł wysłać Chase'a i Foremana, żeby wyciągnęli z pacjenta co trzeba. Mógł to zrobić dyskretnie, a on poszedł tam i sprowokował Williamsa jakby to było coś osobistego, jakby nie mógł zająć się dzieciakiem, gdy ojciec wyjdzie kupić sobie kawę. Nim Chase znalazł mnie i powiedział co on chce zrobić było za późno.
- I miał czelność przyjść tutaj i pochwalić się swoim idiotycznym wyczynem. Czemu on musi być zawsze taki...
- Egoistyczny, wredny, cyniczny i chamski, po prostu jak House? Nie wiem. czasami mam wrażenie, że coraz bardziej pogrąża sam siebie, że liczą się już tylko objawy chorób i Vicodin. Połknął dzisiaj tyle tabletek, że sam nie wiem jakim cudem jeszcze stoi na nogach.
- Miałam wrażenie, że jest inaczej, ale on kłamie i manipuluje lepiej niż śmiałam przypuszczać. Dokładnie wie co zrobić, żeby ludzie myśleli o nim to, co on chce, żeby robili co chce. A ja głupia powiedziałam coś, co definitywnie skończyło wszystko. Żebyś ty widział jak on na mnie patrzył. Jak mogłam pozwolić tak wyprowadzić się z równowagi. Przecież znam go tak długo, a mimo to... Dawno nie czułam się gorzej.
- Lisa, cokolwiek on robi, ma w tym swój cel - powiedział Wilson przysięgając sobie udusić swego przyjaciela przy najbliższym spotkaniu.

- Zabiję go, cholera! Wyręczę, zanim sam zniszczy sobie i innym życie.

- Nie broń go Wilson - Cuddy wstała z kanapy, usiadła przy biurku. Ten gabinet po prostu przesiąknięty był Housem. Można zmienić wystrój, przemalować ściany, a i tak to dziwne uczucie pozostaje. - Po tym wszystkim, co się wydarzyło, po tym jak zaopiekował się mną, gdy nie mogłam sobie poradzić z tym, co się stało... Gdy mnie pocałował przez chwilę myślałam, że nie liczy się nic prócz niego. Opamiętałam się w porę. A teraz to jego "Robię to dla ciebie", by wzbudzić we mnie poczucie winy...
Oczy Wilsona w przeciągu dwóch sekund urosły do rozmiarów spodków.
- Pocałował cię? I nie powiedział mi ani słowa?! To nie jest normalne, chyba, że... Cuddy, jemu zależy, naprawdę zależy. Dlatego tak się wykręcał, gdy chciałem z nim porozmawiać na twój temat. Nie chciał by ktoś odkrył, że jemu jednak może zależeć.
- Wilson, mniej telenowel i romansideł, więcej realizmu. Cokolwiek to było, jest skończone. Oboje powiedzieliśmy za dużo, pogrzebaliśmy wzajemne relacje. Nie licz, że nagle się opamiętamy, wyznamy sobie miłość, czy co byś tam jeszcze chciał. Przejrzyj na oczy, to nie ma szansy na zaistnienie, nigdy nie miało.
Wilson pokiwał głową ze zrozumieniem. Naprawdę nie rozumiał już niczego.
- Odwieźć cię dzisiaj do domu? - zapytał nie chcąc dalej ciągnąć tego tematu.
- Tak. Dziękuję, jesteś niezastąpiony.
- No to widzimy się jak już skończysz pracę - powiedział wychodząc.

- Muszę znaleźć House'a. Ten idiota nie powinien być teraz sam.

***

Pakował walizkę, w gniewie upychając wszystko po prostu na siłę. Co ośmieliło się nie zmieścić było brutalnie deptane lub kopane.

- Ja nie pójdę na medycynę? Ja? Bo ty tak chcesz? Niedoczekanie! Ja ci pokażę ty stary idioto. Nareszcie będę wolny.

Ulubiona książka za nic nie chciała się zmieścić. Bzdury, pomyślał i cisnął ją za siebie. Niemiły brzdęk uświadomił mu, że niechcący trafił w gitarę. Odwrócił się, patrząc na dwie zerwane struny. Emocje opadły, wzburzone morze myśli uspokoiło się, ucichło. Szybko zapakował to, co leżało porozrzucane na podłodze, chwycił gitarę, wyszedł z pokoju. Wiedział, że już tu nie wróci.

***

Adrenalina krążyła w żyłach niczym płynny ogień. Ogień zdolny roztopić lodową taflę boiska do hokeja. Łyżwy cięły lód, kij prowadził krążek. Niemal czuł na karku oddech przeciwnika.
- House! Tutaj! - głos kolegi z drużyny dobiegł z prawej strony. Przyśpieszył tylko, zignorował go. Bramka była już blisko. Goniącego za nim zawodnika potraktował ciosem z łokcia. Zrozumiał, że teraz jest właściwy moment. Wyczuł tą krótką chwilę. Trzaśnięty z całej siły krążek pomknął po lodzie niczym pocisk. Bramkarz nie zdążył. Ryk na widowni zabrzmiał niczym muzyka. Muzyka specjalnie dla niego.
Nagły cios gdzieś od tyłu powalił go na zimną taflę. Nie miało to teraz znaczenia. Któryś z kumpli z drużyny za chwilę go pomści. To również znaczenia nie miało. Nie miał ochoty podnosić się z tafli. Lubił ten chłód, to kąsające zimno. Tylko noga bolała trochę od upadku. Prawa.

***

Otworzył oczy, leżał na wznak. Było przeraźliwie ciemno, nie widział nic. Zerwał się i natychmiast tego pożałował, gdy jego czaszka spotkała się gwałtownie z czymś metalowym, jakby z blachą. Jęknął bezsilnie, rozcierając głowę. Ledwo mógł się poruszyć. Było tak ciasno, nieprzyjemnie i zimno. Chłód był nie do wytrzymania.

- Gdzie ja jestem? Co się stało?

Dezorientacja i otępienie powoli ustępowały miejsca trzeźwym myślom. Nagle zdał sobie sprawę, że nie ma na sobie nic prócz bokserek, a całe jego ciało drży z zimna. Po chwili zęby zaczęły szczękać nieprzyjemnie. Głowa bolała, jak się zdawało nie tylko od uderzenia, noga rwała niemiłosiernie, jakby ktoś ciął ją skalpelem. Gdy zaczął zastanawiać się, gdzie jest zimno i gdzie można zamknąć kogoś w ciasnej szufladzie, dodając do tego charakterystyczną woń formaliny zdał sobie sprawę, że jest w kostnicy.

- Ta różowa małpa będzie tego żałować. Wyleci stąd choćbym miał za to trafić do paki. Nie będzie mnie terroryzować, nie będzie pastwić się się nad Cuddy. Nie pozwolę, cholera! Cuddy... Co ja narobiłem... Powiedziała, że mnie...
To już nie ma znaczenia. Nic już nie ma. Ten dzieciak, Gale, Cuddy. Schrzaniłem. Coraz częściej, gdy wydaje mi się, że mam nad czymś absolutną władzę, jest inaczej. Przynajmniej Gale nie wie wszystkiego. Jestem w kostnicy, ale żyję. Może nie powinno mnie tu być, a może... Nie powinienem żyć. Gdyby to, co połknąłem było w całości Vicodinem mógłbym być na właściwym miejscu... Z bólu nie panuję nad sobą. Po co w ogóle to wszystko?


Leżał wsłuchując się we własny ból, w drżenie przemarzniętego ciała. Myśli jakby oddzieliły się, jakby umysł był ponad tym wszystkim. Nie bardzo wiedział, co powinien zrobić, gdy już wyjdzie.

- Może jednak powinienem stąd wyjść?

Spróbował odepchnąć się od ściany, wysunąć szufladę. Nie mógł. Został zamknięty, uwięziony w kostnicy, rozebrany do samych bokserek, przechytrzony przez wredną lalkę Barbie.
- Hej! - Rozdarł się na całe gardło. - Ta trumna mi się nie podoba! Gdzie mogę złożyć reklamację?!
Cisza. Nikt nie odpowiada.
- Dean! Ty beznadziejny strażniku umarłych! Rusz dupę i przywitaj się z nowym gościem! Tylko bez nekrofilskich chwytów! - wołał praktykanta, który pracował w kostnicy.
Miał nadzieję, że nie był nieprzytomny zbyt długo, że nie obudził się w środku nocy, gdy nikogo tu nie ma.
Westchnął z rezygnacją. Leżał w milczeniu przez dłuższy czas. Nagle usłyszał kroki. Wybawienie nadeszło.
- Hej! Wypuść mnie! Jak będę chciał pożyczyć komuś organy sam tu wrócę! Wątroba i tak się nie nadaje!
Światło uderzyło w źrenice zwężając je boleśnie szybko. Zamrugał oczami.
- Ty idioto - powiedział Wilson kręcąc głową z dezaprobatą.
- Też się cieszę, Jimmy - odparł wstając ociężale. Mięśnie były sztywne, rozpaczliwie domagały się choć odrobiny ciepła. - Czuję się prawie jak Jezus. Z tym, że ja będę miał większą frajdę, bo będę się mścił po zmartwychwstaniu.
- Naprawdę myślisz w tej chwili tylko o tym, House? Nic więcej się nie liczy?
- Nie, jeszcze przydałaby się gorąca kawa - odparł zabierając swoje ubrania i laskę rzuconą w kąt. - Jak tam dziecko dekadencji? Pogorszyło się? Jakiś nowy objaw?
- House, czy jeszcze się nie nauczyłeś, że nie możesz niszczyć wszystkiego czego dotkniesz?
- Już gdzieś to dzisiaj słyszałem. Czy ty nie nauczyłeś się jeszcze, że nie możesz zrzędzić jak stary pryk, gdy tylko zamierzasz się do mnie odezwać? Objawy, Wilson! Objawy! - ponaglił zapinając klamrę od paska.
- Gale szaleje, kazała szukać tak długo, aż znajdziemy, ale obawiam się, że jeśli nie znajdziemy niczego do jutra, to...
- "Gale szaleje" to nie objaw, jakkolwiek nie byłaby straszną zarazą. Myślę, że nawet ebola to przy niej potulna infekcja - przerwał ironicznie - Ona tego nie znajdzie. Postaraj się powstrzymać ją przed czymś, co mogłoby zaszkodzić do czasu, aż ja coś wymyślę.
- Jeśli się zbliżysz do pacjenta to skończy się źle dla nas wszystkich.
- A czy ja mówiłem coś o zbliżaniu się? Mam ograniczoną ilość zębów do wybicia. Poinformujesz mnie...
- Nie, House, zagroziła, że wylecimy wszyscy, jeśli powiemy ci w tej sprawie cokolwiek.
- Potrzebuję Vicodinu - mruknął House przeszukując wszystkie kieszenie.
- Oszalałeś?! Weź jeszcze kilka tabletek, to wylądujesz na OIOMie. Przestań niszczyć samego siebie, wystarczy, że zniszczyłeś swoje życie uczuciowe.
- Nie można zniszczyć czegoś czego się nie ma. Powiedz lepiej mojej nodze, żeby przestała boleć. - powiedział gorzko, kierując się do wyjścia.
- I co teraz zrobisz? Odegrasz się na Gale, wrócisz do domu i zalejesz smutki Burbonem, albo naszprycujesz się morfiną?
- Niegłupi plan, dzięki Wilson - odrzekł znikając za drzwiami.

***

Nie zdziwiło go wcale, gdy okazało się, że nie ma ani grama Vicodinu zarówno w gabinecie, jak i w aptece. Jakimś cudem przeszło setka tabletek wyparowała niewytłumaczalnie.

- Teraz chce mnie wykończyć bólem? Niedoczekanie. Ona niszczy wszystko, co może mieć dla mnie znaczenie, zniszczę to, co ona kocha. Wiem już jak.

Wyszedł na zewnątrz. Chłód nadchodzącej nocy sprawił, że zęby znów zaczęły szczękać. W gardle czuł niemiłe drapanie. Każdy krok sprawiał ból, wlókł się powoli coraz bardziej poirytowany i zdeterminowany. Obszedł budynek, by znaleźć się przy oknach gabinetu Gale. Jedno skrzydło okna pozostawiła uchylone. Ciemności panujące wewnątrz świadczyły o tym, że wyszła. House wsunął laskę przez wąską szparę. Manewrował chwilę zanim udało mu się przestawić klamkę. Spróbował wspiąć się na wąski parapet. Próba za próbą. Czemu to musi tak boleć?! Zaprzestał. Oddychał nerwowo, przymknął oczy.

-Gdybym nie był kaleką...

Kontuzjowana dłoń zdążyła już paskudnie posinieć, również nie ułatwiała zadania. Gdyby tylko mógł choć na chwilę zapomnieć o nodze, gdyby ból zelżał minimalnie. Spojrzał na dłoń. Tak, to było rozwiązanie.
Uderzył w ścianę z taką siłą, że ból sparaliżował na moment całe ciało, jakby cierpienie krążyło w żyłach. Zdawała mu się wiecznością chwila zanim błoga ulga zastąpiła ból. Endorfiny. Wdrapał się na parapet natychmiast, wkładając w to całą siłę. Dosłownie wtoczył się do środka, gdy noga stała się jak z ołowiu. Wcisnął twarz w podłogę z trudem powstrzymując krzyk. Leżał przez chwilę, ochłonął. W końcu odważył sie wstać. Obdarta do krwi dłoń drżała dziwnie. Najmniejszy ruch palcami był torturą. Nie miało to teraz znaczenia. Wyjął z kieszeni gumowe rękawiczki. Założył i włączył spoczywający na biurku laptop. Rozsiadł się na krześle prawą dłonią szybko wystukując adres konta mailowego. Hasła był pewien już od dawna. Z triumfalnym uśmiechem, litera po literze wpisywał to, co było oczywiste. Obsesjoniści chwilami byli do bólu przewidywalni. Ona nie stanowiła wyjątku.

Password: GregoryHouse

Gdy wcisnął enter złośliwy uśmiech rozciągnął się jak tylko to było możliwe ukazując równą linię zębów. Miał rację. Jakże mógłby nie mieć?

***

Nieduży parking przed szpitalem teraz zdawał się miejscem ogromnym, a odległość kilkudziesięciu metrów jaka dzieliła go od miejsca, w którym stał jego motor, była długą drogą przez mękę. Nie przeszkodziło mu to co prawda, gdy mijał różowe BMW, w zapchaniu zamków w drzwiach gumą do żucia.
Gdy dotarł do celu, gdy oparł dłonie na kierownicy czuł jakby coś się skończyło. Miał swój przedsmak triumfu, którego tak pragnął. Niczym cholerny, mityczny Achilles zdobył swoją Troję, niby Aleksander Wielki miał swoją małą, prywatną Aleksandrię, swoją gwarancję zwycięstwa. To było jego miejsce. Teren, w którym nigdy nie zamierzał ustępować pola. Tylko co z tego? Nie cieszyło go nic, bo i nie liczyło się nic. Pozostał sam ze swoim zwycięstwem i swoim bólem. Obie te rzeczy miał na wyłączność i nie budziły one za grosz emocji.
Ruszył z piskiem opon, przyśpieszył, gdy koła chwyciły gładką wstęgę asfaltu. Adrenalina stanowiła swoisty substytut emocjonalny. Wywoływała coś, co pozwalało poczuć, że się żyje, gdy serce biło energicznie, a całe ciało spinało się w gotowości. Czym właściwie są emocje? Misterną grą hormonów, to z pewnością, ale czy tylko?
Wskazówka prędkościomierza powoli, acz nieustająco chyliła się w prawo, ku czerwonej linii.

- A co, jeśli jednak liczy się coś więcej, co jeśli tylko ode mnie zależy co z tym dalej zrobię? Od kogo niby ma zależeć jeśli nie ode mnie? Zaraz będę miał ten cholerny Vicodin, tylko, czy to zmieni cokolwiek, prócz bólu...

Nagły ruch kierownicy, ta straszna siła burząca równowagę. Iskry metalu trącego o asfalt sypnęły się by zgasnąć w locie. Ból, uderzenie, dezorientacja. Okropny brak tchu, żelazisty posmak w ustach. Huk i nagła, kojąca cisza.
Jakby odruchowo ściągnął kask, sprawdził żebra. Dotknął lewego ramienia. Pod palcami poczuł coś lepkiego i ciepłego, stygnącego powoli. Czuł na policzku źdźbła trawy rosnącej na poboczu. Zapach ziemi i roślin, niemiła woń krwi. I gwiazdy, dużo gwiazd.

***

- Na pewno dasz sobie radę? - zapytał Wilosn z wrodzoną troską - Może lepiej będzie jeśli zostaniesz u mnie?
- Nie, Wilson. Chcę być sama. Muszę odpocząć od tego cyrku - odparła Lisa patrząc jak odblaski na słupkach odbijają światła samochodu.
- Dobrze. Jak będziesz czegoś potrzebować służę pomocą.
Wilson zawsze jest uczynny, pomyślała obserwując drogę. Zawsze jest i zawsze robi to, co powinno się robić w takich sytuacjach.
- Chyba będziesz miał okazję szybciej niż myślisz.
- To znaczy?
- Weź moje rzeczy z mieszkania House'a. Ja tam nie chcę wchodzić.
- Nie ma sprawy.
- Dziękuję ci Wilson.
- Nie pierwszy raz dzisiaj - uśmiechnął się lekko. Zwolnił nagle, wytężył wzrok. - Coś chyba leży na drodze. Tam. Na zakręcie.
Przytaknęła w milczeniu. W miarę jak zbliżali się do leżącego przy drodze obiektu coś nieprzyjemnie zimnego wzbierało w żołądku. Pomarańczowy, połyskliwy lakier odbił smugę światła. Po chwili widoczny stał się zarys koła. Wilson zaklął, ale ona nie usłyszała. Widziała leżącą obok laskę. Jej spojrzenie padło na pobocze. Wtedy go zobaczyła - zdezorientowany siedział na trawie. Trzymał się kurczowo za lewe ramię. Z niespotykaną u niego niepewnością, jakby nie wiedział co dalej robić.
- House - Wilson z trudem przecisnął słowo przez gardło - Coś ty narobił idioto?

***

- Ostrożnie! Jeszcze kawałek. Do jedynki.
Jedna z pielęgniarek otworzyła drzwi do gabinetu, Wilson z trudem doprowadził wiszącego na jego ramieniu House'a do leżanki.
- Oddałbyś wreszcie moją laskę, pewnie się stęskniła - warknął House niewdzięcznie.
- Wolałbym, żebyś nie wybił sobie zębów na najbliższym progu. Zostaw trochę dla rozjuszonych pacjentów.
- Daj spokój, Jimmy, nic mi nie jest.
- Jesteś w szoku. Co ty wyprawiasz kretynie?! Mogłeś się zabić.
- Nie jestem w szoku idioto, nie potrafisz nawet prawidłowo stwierdzić szoku? Potrzebuję morfiny, boli mnie. - odparł House dociskając rolkę bandaża do krwawiącego ramienia.
- Jak będzie trzeba szyć dostaniesz lidokainę. O morfinie zapomnij - powiedział Wilson, ku zdumieniu House'a kierując się do wyjścia.
- Jakbyś zapomniał lidokaina miejscowo znieczula, a nie uśmierza ból. To różnica jakbyś nie zauważył. I dokąd ty cholera idziesz, sam się nie zszyję!
Wilson nie odpowiedział, minął w drzwiach Cuddy, która posłała mu niemiłe spojrzenie. Zamknął drzwi pozostawiając ją i House'a w gabinecie.
Spojrzeli na siebie badawczo, jakby jedno chciało odgadnąć i zrozumieć myśli drugiego. Cuddy przerwała ten lustrujący kontakt. Z szuflad i szafek poczęła wyjmować opatrunki i leki. Podeszła do niego z latarką. Delikatnie odchyliła mu głowę, ale chwycił jej dłoń, odsunął.
- Daj spokój Cuddy, nic mi nie jest. Trochę ran i zadrapań.
- Nie bądź dzieckiem House! - syknęła nie rezygnując. Odpuścił. Pozwolił się zbadać
- To chyba zbyt duże wymaganie, nie sądzisz? Tylko ostrożnie z nieposkromionym instynktem macierzyńskim... Au!
- Nie ruszaj się, trzeba zdjąć kurtkę - powiedziała chłodnym tonem.
Wolałby żeby nawrzeszczała na niego, zwymyślała od nieodpowiedzialnych idiotów. Wszystko, tylko nie ta zimna obojętność. Skrzywił się, gdy zaczęła odklejać od rany przesiąkniętą krwią koszulę Podwinęła rękaw jego szarej koszulki, żeby nie przeszkadzał jej przy pracy. Była niewypowiedzianie wściekła na Wilsona za to co zrobił, za to, że wcisnął ich oboje w tą uciążliwą sytuację niczym cholerna swatka. Jakby to mogło coś zmienić. Nie mogło, już nie.
Milczeli oboje, gdy ostrożnie oczyszczała ranę i skórę wokół ze stygnącej krwi. Ręka mu drgnęła, znów skrzywił się z bólu. Całe ramię było porządnie obtarte, podobnie lewy bok.
- Trzeba będzie ci podać surowicę przeciwtężcową.
- Co ty powiesz - zakpił próbując ją zirytować, wywołać jakąkolwiek emocję, czy ripostę -Twoja biegłość wyjaśnia kilka spraw, jak choćby...
- Zamknij się, House! - warknęła nerwowo - Tylko przez jakiś durnowaty spisek Wilsona w ogóle z tobą rozmawiam. To niczego nie zmienia.
Odsunął jej dłonie od siebie. Popatrzył na nią w sposób w jaki nieraz patrzył na szalenie interesującą kartę potencjalnego pacjenta, na swoją ukochaną tablicę zapisaną setką niewytłumaczalnych objawów. Tak, jak tylko sporadycznie zwykł spoglądać na ludzi.
- Przepraszam - wyszeptał przez zaciśnięte gardło. Milczał przez chwilę, ale emocje wzbierały. Wyrwały się - Nie chciałem, żebyś poczuła się jakbym tobą manipulował. To chcesz usłyszeć? Czy teraz to coś zmienia?
- Nie wiem - odparła całkiem szczerze. Nie miała pojęcia. Nie chciała, by zawsze było tak jak przez ostatnie kilka godzin, ale czy mogło być znów w porządku? Naprawdę robił to dla niej? House zdecydowanie był wystarczająco pokręcony by zrobić coś takiego.
Ominęła szybko jego wzrok, wróciła do rany na ramieniu. Bez słowa wstrzyknęła surowicę na tężec, potem lidokainę, wyjęła z rany kilka drobnych kamyczków, które wbiły się w ciało w trakcie upadku. Szybko i sprawnie założyła trzy szwy i opatrunek. Zajęła się sporym zadrapaniem na szyi.
House czuł jej dłonie, niesamowity i delikatny dotyk. Zapach jej perfum, jej skóry, przytłumiał woń krwi, sprawiał, że miał ochotę przyciągnąć ją do siebie, zwalczyć ten dystans.
Gdy go dotykała, czuła coś, co z jednej strony skłaniało by cofnąć dłoń, choć na chwilę odpocząć od tego uczucia, ale z drugiej ciągnęło by przedłużać to w nieskończoność. Znów była za blisko.
- Twoja niemal obsceniczna fascynacja moimi zadrapaniami jest urocza - powiedział drwiąco, dręcząc ją przeszywającym, wciąż nieodgadnionym spojrzeniem - ale chyba odmówię ci tej macaniny, obejdziesz się.

- Czemu on zawsze to robi? Jeśli raz w jakiś sposób się zrazi, to nie pozwoli już do siebie dotrzeć. Zawsze jest z nim tak trudno, bo nie pozwala na popełnianie błędów. Nigdy i nikomu.

- No to co tu jeszcze robisz? Czemu nie uciekasz przerażony moimi rzekomymi fascynacjami, co? Czyżbyś nie mógł biegać? - odcięła się czując, że znów wzbiera w niej gniew.

- Najpierw z trudem wyrzuca z siebie przeprosiny, by po chwili na jakąkolwiek troskę, zainteresowanie zareagować jakimś złośliwym komentarzem. Co on sobie do cholery wyobraża?!


O dziwo nie odpowiedział nic. Cuddy patrzyła zdumiona jak w milczeniu wstaje ostrożnie, chwiejnie, szukając czegoś, czego można się złapać. Nie miał swojej laski. Wiedziała, że bez jej pomocy nie postawi kroku. On też wiedział, aż za dobrze. Wyprostował się, ale nim spróbował ruszyć z miejsca, coś zakłuło go w boku, zdominowało, zabolało jakby ktoś zaciskał mu żelazną obręcz gdzieś w środku. Pochylił się kładąc odruchowo dłoń w tym miejscu.
- Chyba jednak coś sobie zrobiłeś - zauważyła Cuddy.
- Nie udawaj Cameron, nic mi nie będzie, chcę po prostu wrócić do domu i pójść spać.
- Nie rób z siebie większego idioty, House! Kładź się, zbadam cię, możesz mieć mały krwotok wewnętrzny.
Położył się powoli. Cuddy bezceremonialnie podwinęła mu koszulkę. Zaczęła szukać urazu uciskając lekko podbrzusze - Boli?
- Tak. I nie uciskaj niżej, sikać mi się chce.
- Jesteś jak pies, założę się, że nie możesz się powstrzymać żeby nie lać na drzewa i hydranty w drodze do domu.
- Boli - House jęknął krzywiąc się, gdy przesunęła dłonie jeszcze bardziej w lewo.
- Nic szczególnego nie czuję, to jakiś drobny uraz, no i wcześniej ojciec pacjenta obił ci to i owo.
- To nic, po prostu mnie puść!
- Leż spokojnie - powiedziała kontynuując badanie. Sam widok jego ciała i ta niedbale podwinięta koszulka sprawiały, że znów coś się w niej budziło. Nie dała się ponieść, skupiła się na samej czynności badania. Poczuła, że on nie jest już tak dziwnie spięty. Mięśnie rozluźniły się, gdy jej dłonie powędrowały lekko w prawo, tam gdzie nie bolało. Spojrzała na niego pytająco zatrzymując się na chwilę.
- Nie musisz przestawać, to całkiem przyjemne, wiesz - powiedział patrząc spod półprzymkniętych powiek z bezczelnie słodkim uśmiechem. Nie wiedziała, że każdy jej dotyk był dla House'a jak test na siłę woli. Naprawdę trudny test.
- Nazwałabym cię dupkiem, ale w twoim przypadku to będzie niemal eufemizm - odparła chcąc zabrać dłonie, ale chwycił je nim zdążyła. Uniósł się obejmując ją szybko w pasie, przyciągając do siebie. Siadł na brzegu leżanki, po czym wstał nie wypuszczając jej z mocnego chwytu. Chciała się wyrwać.
- Nie rób tego, jestem silniejszy - powiedział jedwabistym głosem. Znów skrzyżowały się spojrzenia niemal krzesając iskry. Cuddy przestała walczyć. Ten magnetyzm między nimi, jego zapach, ciepło rąk trzymających ją w objęciach. Jakże mogła się oprzeć? Zbliżył się jeszcze bardziej. Gdy tylko poczuła muśnięcie jego warg znów przeszedł ją dreszcz ekscytacji. Wycofał się nieco, by powtórzyć ten ruch, drażnić się z nią. Zaczęła odpowiadać tym samym. Ta bliskość była nie do wytrzymania, sprawiała, że całe ciało drżało z podniecenia. Znów delikatny dotyk warg, teraz na jej policzku, potem niżej, na szyi.
House nie był pewien, w co się pakuje, ale jej obecność zniewalała. Teraz dopiero uświadomił sobie jak bardzo tego chce. Nie był pewien, a mimo wszystko chciał. Nie zastanawiał się już, jej bliskość na to nie pozwalała. Przywarł do jej ust zaczynając delikatnie, powoli, by szybko utonąć w namiętności. Oddała pocałunek z ochotą, zaplotła mu dłonie na karku, pozwoliła przyciągnąć się blisko. Wzdrygnął się z bólu, gdy nieopatrznie dotknęła ramienia. Jeden pocałunek po drugim, każdy dłuższy niż poprzedni. Nie chcieli tego kończyć, nie chcieli przestać. Musieli.
Drzwi otworzyły się gwałtownie. House pomyślał, że byłoby to zbyt pretensjonalne, by w progu zobaczył kogoś, kogo oglądać nie chciał. Życie niestety takie bywało. Gale oparła się o futrynę. Trzymała czort wie po co jego laskę. Greg podejrzewał, że Wilson nie oddał jej dobrowolnie.
- Ciekawa metoda leczenia - powiedziała z wrednym uśmiechem. Nieśpiesznie, demonstracyjnie wolno House wypuścił Cuddy z objęć - Szkoda, że nowy regulamin zakazuje takich poufałości między pracownikami.
- Rutynowa wymiana śliny to poufałość? Nie podejrzewałem - odparł House. Z trudem dobrnął do Gale i bez ceregieli zabrał swoją laskę. Trzymał ją jednak nie podpierając się.
- No tak, burzymy sterylność, prawda? - zadrwiła Cuddy wychodząc z gabinetu, ignorując Gale, która z trudem skryła wściekłość.
- Więc albo ty, albo on - powiedziała Samantha z mściwą satysfakcją przyjmując widok zaskoczonej Cuddy - macie czas na decyzję do jutra.
- Nie zaczyna się zdania od "więc" - złośliwie upomniał House.
- Tego regulamin nie przewiduje.
- Umiejętność wkurzania ludzi, gdy tylko otworzy się paszczę też nie.
- Do jutra House... albo Cuddy.
Gale wyszła. House jednym ruchem złamał podpiłowaną laskę.

***

Palce spacerowały po klawiszach z niezwykłą, wpojoną przez lata precyzją. Swobodnie, bez zbędnych potknięć. Melodia nie należąca do jego ulubionych, ani nie mająca pozornie żadnego znaczenia. A mimo to słowa piosenki perfekcyjnie opisywały sytuację, oddawały emocje. Dlaczego nawet nie zechciał zamienić z nią słowa, gdy wychodził? Sam nie wiedział. Może dlatego, że nie potrafił otwarcie rozmawiać o uczuciach, a może chciał stłumić emocje, zabić to, co między nimi wyrosło. Wycofać się tak, jak robił to wielokrotnie. Strach przed zaangażowaniem, przed pokazaniem tego, co odgrodził od świata fosą pełną złośliwości i ostrokołem zrobionym z cynizmu. Wiedział, że przyjdzie. Wejdzie i z żalem, niezrozumieniem, bez słowa zabierze swoje rzeczy, wyjdzie. Może spróbuje porozmawiać o tym, co powiedziała Gale, a on rzecz jasna nie podejmie tematu, by rozmowa nie zeszła na temat tego, co między nimi było i jest. Znów zrani jedyną osobę, która naprawdę potrafi go zrozumieć. Wiedział, że będzie tego żałował, że zaleje smutek Burbonem, spróbuje stłumić ból Vicodinem, ale nie postąpi inaczej. Po prostu tego nie zrobi.

***
Cuddy nie zapukała. Słyszała pianino. Nie przerwałby sobie, aby otworzyć komuś drzwi, choć mogła się założyć, że on wie, kto stoi po drugiej stronie. Weszła. Zaszczycił ją badawczym spojrzeniem, przerwał grę na chwilę.
- Przyszłam tylko po moje rzeczy - powiedziała Cuddy. Przyszło jej to jakoś tak ciężko, bez ulgi jakiej się spodziewała. Instynktownie czuła, że nie zbudują razem żadnej relacji, która nie skończyłaby się wzajemną frustracją i toną emocjonalnego gruzu. Nie było jednak drugiego takiego jak on, kogoś, kto mógłby go zastąpić.
- Są w sypialni - odparł kierując wzrok na klawiaturę.
Szybko pozbierała to, co należało do niej. Większość ubrań i tak była w torbie. Usłyszała jak miękkie nuty płynące z drugiego pokoju. Melodia znana i popularna. Zrozumiała dopiero, gdy dołączył do muzyki niski, przyjemny głos.
Stanęła obok kanapy wsłuchując się w słowa.

You can't play on broken strings
You can't feel anything that your heart don't want to feel
I can't tell you something that ain't real

Oh the truth hurts
And lies worse
How can I give anymore
When I love you a little less than before

Cuddy podeszła do niego, oparła się o fortepian.
- Jesteś pewien?
House przerwał grę. Podniósł na nią wzrok. Cień dyplomatycznego uśmiechu zabłąkał się w kącikach ust.
- To tylko piosenka - odparł wciąż taksując ją wzrokiem. Jakby chciał zobaczyć coś, o czym ona sama nie miała pojęcia - Robisz się szalenie sentymentalna.
- Tylko piosenka? Ty nie śpiewasz chwytliwych, radiowych kawałków jeśli nie mają dla ciebie jakiegoś znaczenia. Przecież ty nawet nie lubisz tej piosenki. House, powiedz mi proszę, czy między nami zawsze wszystko musi wyglądać tak jak wygląda?
- Nie można grać na zerwanych strunach - odparł próbując być na jej obecność obojętnym. Nie szło mu najlepiej
- Struny można wymienić - podjęła temat wpatrując się w niego, torturując całkowitym skupieniem na nim swej uwagi.
- Ale gitara nigdy już nie brzmi całkiem tak samo.
- Może brzmieć lepiej. Nigdy się nie dowiesz, jeśli nie spróbujesz.
- Można pokłuć sobie palce zmieniając struny. Końce bywają cholernie ostre.
- Ale czy nie warto zaryzykować, by znów usłyszeć jej brzmienie?
- Wiesz, że to się nam nie uda - powiedział House poważnie - Jak długo to może potrwać?
- Wiem. Tylko powiedz mi chociaż, co ty do cholery sobie myślałeś, gdy próbowałeś się zbliżyć do mnie? Myślałeś, że może się nie udać? - warknęła wściekle, chciała odejść, ale chwycił ją za rękę. Splótł jej palce ze swoimi.
- Cokolwiek powiem, jaka jest szansa, że dostanę w twarz?
- Niewyobrażalna. Jesteś ostatnim osłem, Greg - odparła pozwalając przyciągnąć się bliżej.
- W każdym tego słowa znaczeniu - uśmiechnął się promiennie, jakby powiedziała niebłahy komplement. Chciał wstać, ale noga i poranione w wypadku części ciała posadziły go z powrotem. Poruszył prawym barkiem, gdzie coś bolało uciążliwie.
- Może powinieneś wreszcie położyć się i przespać. Dochodzi północ, jakbyś nie zauważył.
- Nadwyrężyłem coś - stwierdził House krzywiąc się komicznie.
- Tak, połowę ciała - powiedziała Cuddy stając za nim. Jej dłonie powędrowały po przykurczonych mięśniach rozluźniając je, przynosząc ulgę. Przymknął oczy, zamruczał cicho, z aprobatą. Przerwał, gdy poczuł, że może wstać bez obaw obciążając bark. Spojrzał na nią. Za błękitem jego oczu kryło się znów coś nieodgadnionego. Uśmiechnął się jakby do własnych myśli, a Cuddy wiedziała już dlaczego.
- Wiesz jak się bałam, gdy zobaczyłam cię wtedy na poboczu?
- Wiesz, jak parszywie się czułem, gdy powiedziałaś, że mnie nienawidzisz?
Wylądowali na podłodze i nic, absolutnie nic nie obchodziło ich, że jest twarda. Pozbywali się ubrań w pośpiechu, co chwila łącząc usta w głębokich pocałunkach. Zsunął się po jej szyi znacząc drogę leciutkimi śladami zębów. Sprawiając, że Cuddy z niecierpliwością oczekiwała, aż jego palce poradzą sobie z guzikami bluzki, aż niecierpliwie pozbędą się czerwonego stanika. Aż jego usta sięgną już twardniejących sutków. Nie kazał jej czekać długo. Jego dłoń zsuwała się wzdłuż jej ciała doprowadzając do szaleństwa. Zamruczała jak kotka, niecierpliwie skłoniła go, by wsunął dłoń pod cienką koronkę karminowych fig. Wyprężyła się, poruszyła gwałtownie, próbując przejąć kontrolę, ale House przyparł ją do chłodnej podłogi. Tak zdecydowanie, stanowczo, bezdyskusyjnie. Czuł wilgoć pod palcami, gdy poruszał nimi powoli pod skąpym materiałem, gdy wsuwał je w jej wnętrze wsłuchując się w jej przyśpieszony oddech, czując jak manewruje przy klamrze od paska jego spodni. Odsunął się nieco chcąc kontrolować pożądanie. Seksualne pragnienie zdominowało wszystkie inne myśli. Chciał tego i pozwalał na to. Jego usta wędrowały w dół. Ściągnął z niej ostatnią część garderoby. Czuła silne dłonie z niesamowitą dokładnością i wyczuciem badające jej uda. Dreszcz podniecenia, pożądanie sprawiające, że ciało płonęło niby w gorączce odpowiadając na najlżejszy dotyk. I ekscytacja. Tak diabelnie dużo płoszącej zmysły ekscytacji. Rozwiodła szerzej nogi chcąc poczuć wilgotne ciepło jego warg i rozbiegany język. Westchnęła głośno, gdy spełnił błaganie jej ciała. Czując falę rozkoszy zalewającą świadomość wyswobodziła się szybko, zdecydowanie, choć delikatnie przewróciła go na plecy. Uważając na rany powędrowała na jego podbrzusze muśnięciami języka i pocałunkami torturując go długo, bardzo długo. Gdy jej smukłe dłonie skierowały się niżej przerwał jej, położył ją zdecydowanym ruchem. Poczuła zniewalający ciężar jego ciała. Znów niecierpliwe wargi na szyi. Gorący oddech i język w czułym miejscu za uchem. Poruszyła się pod nim pragnąc by wreszcie złączył się z nią.
- Moja... - wyszeptał głosem wibrującym od podniecenia - Czegokolwiek pragniesz... Proś... Błagaj...
Wszedł w nią zdecydowanie, stanowczo, władczo. Brał ją, brał wszystko, co mu oddała - całą siebie. Dla nich obojga liczyło się już tylko mocniej, tylko więcej i szybciej, na sam szczyt. Rytm skrzypiącej miarowo deski w podłodze, akompaniament westchnień. Mogli istnieć tylko dla siebie, ponad czasem, ponad światem. Nic innego się nie liczyło, bo nic innego nie istniało. Paznokcie w kolorze krwi wpijające się w jego plecy, coraz szybsze oddechy. Wpierw ona, głośno i dziko, bez zahamowań, potem on cicho, chłonąc wszystko z tej jednej chwili. Moment wrzenia, by wyciszyć się po chwili, uspokoić dwa kołatające serca.
Cuddy niewyraźnie pamiętała chwilę, gdy przenieśli się do łóżka. Ogarnięta gąszczem męczących wrażeń, plątaniną emocji, słyszała całkiem wyciszony oddech Grega. Zasnął nie wypuszczając jej z objęć. Zasnęła zaraz po nim. Nie liczyły się wątpliwości. Jeszcze nie teraz. Choć ani przez moment nie robiła sobie nadziei, że ich kalkulacja nie nastąpi nigdy.



PostWysłany: Czw 1:16, 12 Mar 2009
Miss Spookines
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 35

Miasto: Jawor
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ło Bosz! Zabierasz mi chleb powszedni... jak tak dalej pójdzie to puścisz mnie z torbami! Świetny fik Mr. Green Mr. Green Mr. Green

Biednego Housa sponiewierałaś jak sie tylko dało. Ale Kuracja Huddy seksem była chyba skuteczna i pacjent powinien szybko wrócic do formy. Mr. Green

Ta cześć była chyba najsmutniejsza. Przesycona emocjami, obawami, strachem i bezsilnością. Jakby jakies dziwne fatum zawisło nad śpiacymi kochankami. Bardzo to wszystko przejmująco opisałaś -wzajemne morze pretensji, niedopowiedzeń i gwałtownych uczuc, które nie przestają towarzyszyć bohaterom nawet na chwile. I w tym całym dramacie chwila wytchnienia:

Cytat:

- Moja... - wyszeptał głosem wibrującym od podniecenia - Czegokolwiek pragniesz... Proś... Błagaj...


Gdzies pośród tego wszystkiego sie odnaleźli. I to jest na prawdę piękne.
czytając to... na prawde sie wzruszyłam.

Czekam na nastepny kawałek. Tyle ile będzie trzeba.

Edit: Przeczytałam drugi raz i jedna rzecz mnie powaliła:

Cytat:
- Wiesz jak się bałam, gdy zobaczyłam cię wtedy na poboczu?
- Wiesz, jak parszywie się czułem, gdy powiedziałaś, że mnie nienawidzisz?
Wylądowali na podłodze i nic, absolutnie nic nie obchodziło ich, że jest twarda.


W mojej głowie szybko zarysowała sie wizja jak Cuddy wykonuje precyzyjny rzut przez biodra a House w mgnieniu oka ląduje na podłodze. hahaha hahaha hahaha Brakuje mi przejścia. Ludzie zazwyczaj ot tak nie lądują na podłodze. Rozumiem skrót myślowy, ale spowodował on mój nieopanowany wybuch śmiechu. Ale to tylko drobiazg. Cała scena Ero pieknie napisana Wink



_________________

PostWysłany: Czw 10:38, 12 Mar 2009
T.
Mecenas Timon
Mecenas Timon



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 37

Posty: 2458

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Złego słowa na ten fick powiedzieć nie mogę... Opłacało się czekać tak długo Mr. Green



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Czw 15:18, 12 Mar 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3  Następny
Strona 2 z 3

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.12318 sekund, Zapytań SQL: 14