Sny [5/5] [Z]
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Sny [5/5] [Z]

No i kolejny z moich tworów... Tylko, że tenm jest inny niż poprzednie. Ten jest w ogóle dziwny... W dosłownym tego wyrazu znaczeniu. Nie potrafię go inacze opisać. Najlepsze jesto to, że nawet nie będziecie podejrzewać o co chodzi aż do samego końca ^^. Mogę się założyć. No i... Uprzedzam, że chwilami to może zachodzić za fantastykę. Cóż, zapraszam, żebyście sami ocenili:



Uprzedzam, że klasyfikacja może się zmienić w trakcie.

Odc. 1

Błyszczące punkciki wyraźnie odcinały się na atramentowej czerni nieba. Punkciki układały się w większe zbiorowiska punkcików, tworząc bardzo ciekawy obraz. Obraz, który można było obserwować godzinami. Szczególnie z TEGO miejsca, gdzie gwiazdy było widać codziennie.
TO miejsce znajdowało się nad jeziorem o nieprzeniknionych ciemnych wodach, w których odbijało się owo nocne niebo. Jezioro otaczał gęsty, mroczny las, a w pewnym miejscu las zataczał półkole. W tym półkolu stało jedno drzewo; wierzba. A dookoła była zieleń. Zieleń trawy, kwiatów, małych krzewów. I brąz przewróconego pnia.
Na pniu siedziały dwie osoby. Kobieta patrzyła w niebo; mężczyzna na staw, w którym było odbite.
Oboje czuli skrępowanie. Bali się odezwać, jednocześnie na to czekając i nie mogąc się doczekać. Żadne z nich nie było nigdy szczególnie cierpliwe.
– Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? – spytała w końcu kobieta.
– Co sądzisz o tym miejscu? – spytał w zamian, nie odpowiadając.
– Ja spytałam pierwsza.
– A ja drugi. Równie dobrze mogę jako drugi odpowiedzieć.
Zaśmiała się i odgarnęła włosy za ucho tak dobrze znanym mu gestem.
– To miejsce jest magiczne – odpowiedziała.
– Magia nie istnieje.
– To zależy co rozumiesz pod słowem magia.
Powoli pokiwał głową. To zależy.
– Przyprowadziłem cię tu z powodu magii.
Jęknęła.
– Teraz to już na pewno niczego mi nie wyjaśnisz. I po co dawałam ci pretekst?
Uniósł kąciki ust ku górze. Niemal niedostrzegalnie, ale ona to widział. Wiedział, że to oznaczało, że udało jej się go rozbawić, a on nie chce tego pokazać. Jak zawsze.
– Może nie muszę niczego wyjaśniać? – spytał, patrząc w jej szaro – niebieskie oczy.
– Obawiam się, że jednak musisz – odparła. Nie wiedziała. A może nie chciała nawet dopuścić do siebie nadziei, że jednak wie.
Milczał przez chwilę. Patrzył na gwiazdy odbite na powierzchni jeziora: nie chciał ich pomylić z prawdziwym nocnym niebem.
– Jeśli powiesz „nie” to wrzucę Cię do jeziora – zastrzegł na początku. Nie mógł sobie podarować drobnej złośliwości. Ona przewróciła oczami. – Czy myślisz, że gdybym stał się bardziej znośny w pracy, to wytrzymałabyś ze mną także poza nią?
Oczywiście, nie mógł nic powiedzieć wprost. Mimo to, nie miała wątpliwości o co mu chodziło. To były najdziwniejsze oświadczyny jakie w życiu słyszała. Na razie jednak nie chciała w to uwierzyć. Wolała się upewnić.
– Jak długo?
– Całe życie.
– Brzmi interesująco. Ale dlaczego miałabym się na to zgodzić, a ty miałbyś to proponować?
Patrzył na nią przez chwilę, po czym uśmiechnął się łobuzersko; tak jak zwykle.
– Bo przepełnia nas magia. Tak jak to miejsce.
– Jaki rodzaj magii?
– Ten najbardziej niezrozumiały. Ten, w który nie wierzyłem przez długi czas.
Do najdziwniejszych oświadczyn dołączyło najdziwniejsze wyznanie miłości w dziejach świata. Co nie znaczy, że nie było piękne.
– A teraz wierzysz?
Spojrzał jej w oczy i wiedział, że mógłby tak siedzieć bez końca. W jej oczach też odbijały się gwiazdy.
– Myślę, że wierzę. A ty?
– Zawsze wierzyłam.
Uśmiechnął się. Poszło lepiej niż się spodziewał. Nawet dużo lepiej. Warto było zaryzykować.
Patrzył na nią i nie mógł powstrzymać zachwytu. Sam jej widok dawał mu rozkosz, jakiej nie potrafiły zapewnić żadne „dziewczyny do towarzystwa”. Była tylko ona; zawsze. Musiał tylko zdać sobie z tego sprawę.
– Masz oczy jak gwiazdy – powiedział cicho, czując, że powinien ją komplementować. Nawet on nie zepsułby takiej chwili mówiąc coś o jej tyłku. Czasami lepiej się powstrzymać.
Co się odpowiada w takiej chwili?
– A ty masz oczy jak księżyce – wypaliła.
Spojrzeli po sobie i zaczęli się śmiać z niedorzeczności swoich stwierdzeń. Cóż, to było interesujące.
Wziął ją za rękę. Patrzył w niebo. Miał wrażenie, że w tej chwili go dosięgnął. Wiedział, że…


*
Dźwięk dzwoniącego telefonu wyrwał House’a ze szponów snu. Snu, który zapamiętał w najdrobniejszych szczegółach i o którym chciał jak najszybciej zapomnieć. W końcu to niedorzeczność!
Spojrzał na wyświetlacz komórki, przecierając oczy. Wilson. Musi mu postawić piwo. Albo przynajmniej nie wyżerać lunchu.
Cóż, skoro wybudził go z tego koszmaru, chyba może odebrać ten telefon. Chociaż czuł, że będzie tego żałował. Nacisnął zieloną słuchawkę.
– Czego? – burknął.
– Twój pacjent umiera – poinformował go przyjaciel, tonem przyjaznej pogawędki.
– Więc niech skończy to, co zaczął – odpowiedział, ale się nie rozłączył.
– Obaj wiemy, że chcesz się dowiedzieć co mu jest.. Przeskoczmy etap marudzenia i po prostu przyjedź.
House przejrzał w myślach wszystkie za i przeciw. Nie chciało mu się wstawać, ale z drugiej strony ten koszmarny sen mógł wrócić. Poza tym, naprawdę chciał wiedzieć co jest tamtemu… Eee… Jak mu tam było? No, pacjentowi.
– Dobra, spróbujcie go nie dobić przez pół godziny – mruknął i się rozłączył.

*
Tymczasem w innym domu zadzwonił budzik. Lisa Cuddy powoli otworzyła oczy, marząc o tym, żeby sen wrócił. Był taki… przyjemny i… STOP! Czy ona właśnie pomyślała, że sen w którym House wyznawał jej miłość i się jej oświadczał był… przyjemny…?
Zdecydowanie powinna się już obudzić i wypić mocną kawę. Tylko że… Ten sen był taki realistyczny… Nieważne. Powinna się pospieszyć. Inaczej po raz pierwszy od… No, od jakiegoś czasu spóźni się do pracy.

*
Wilson oczywiście jak zwykle przesadzał. Pacjentce wystarczyło podać jeden lek i już było po kłopocie – co więcej okazało się, że ten jeden lek całkowicie ją wyleczył. I po kłopocie.
Greg usiadł na swoim fotelu. Właściwie wygodnie się rozłożył. Zamierzał odespać poranek. Nawet nie podejrzewał, że to dopiero początek jego problemów ze snem…

*
Lisa zrobiła sobie chwilę przerwy. Dosłownie minutkę. Och, była taka zmęczona… Oparła głowę na oparciu fotela i nawet nie zauważyła, kiedy odpłynęła w krainę snów…

*
W pokoju grał telewizor. Komedia romantyczna, która w zamierzeniu miała wywoływać łzy, w rzeczywistości doprowadzała do tego, że widzowie żałowali wyboru filmu. To było żałosne.
House poczuł poruszenie na swojej piersi. Spojrzał w dół i zobaczył Lisę, opierającą się o niego. Zamknęła oczy. Nie dziwił jej się. Film był zbyt nudny i denny żeby obejrzeć go do końca. Mimo to, nie miał zamiaru spędzić nocy na kanapie, więc postanowił obudzić ją teraz, zanim na dobre oddaliła się w inny wymiar.
– Hej… Cuddless… – powiedział cicho, delikatnie potrząsając nią.
Otworzyła oczy i rzuciła mu pełne wyrzutu spojrzenie dziecka, któremu nie dano lizaka.
– Coo…? – jęknęła, niezadowolona, że nie pozwala jej się wyspa. Przecież było tak wygodnie…
Uśmiechnął się z rozbawieniem.
– W łóżku byłoby Ci wygodniej.
– Nieprawda – oświadczyła z naburmuszoną miną, kręcąc się, żeby znaleźć bardziej dogodną pozycję. Po chwili ułożyła się, usatysfakcjonowana i na powrót zamknęła oczy.
Zaśmiał się. Była niemożliwa. W milczeniu kontemplował wzrokiem jej twarz. Kilka kosmyków włosów opadających na delikatnie zaróżowiony policzek, rzęsy naturalnie długie i zawinięte do góry, usta, tak miękkie i kuszące… Otrząsnął się. Ostatnio coraz częściej mu się to zdarzało. Po prostu patrzył na nią, napawając się jej obecnością.
Oddychała równo. Nie mógł uwierzyć, że tak szybko zasnęła. Poważnie zastanawiał się, czy jej nie zrzucić, ale po chwili stwierdził, że jemu też jest tak wygodnie. Zignorował myśli o swojej nodze. Że będzie boleć go rano? Phi! Ale jaka wspaniała noc najpierw go czeka…

Sen został przerwany przez trzaśniecie drzwi.

*
House błyskawicznie otworzył oczy. Nie mógł uwierzyć, że znowu śni o Cuddy. Gdyby to były jeszcze jakieś przyjemne sny (czytaj fantazje erotyczne) to mógłby to przecierpieć, ale to… Sobotni wieczór przed telewizorem? Coś tak normalnego, coś tak codziennego? Chyba jednak bierze za dużo Vicodinu…
Przeniósł wzrok na drzwi i osobę, która go obudziła. W pierwszej chwili miał ochotę jej podziękować. Zdusił w sobie ten odruch, stwierdziwszy, że to Cameron z kartą nowego pacjenta. Westchnął i skinął na nią, żeby podeszła.
W końcu ktoś musiał ratować ludziom życie, prawda?

*
Cuddy powoli podniosła głowę z oparcia. Kark ścierpł jej od snu w niewygodnej pozycji. Kolejny sen z House’m w roli głównej. Tylko, że House z jej snu był trochę inny. Bardziej… ludzki? Zdolny do uczuć. Uczuć do niej… O czym ona właściwie myślała? I o czym śniła? O Housie? Coś było zdecydowanie nie tak z jej podświadomością.
Spojrzała na osobą stojącą w drzwiach gabinetu. Och, sponsor. Faktycznie, miała mieć z nim spotkanie. Przywołała na twarz swój najpiękniejszy uśmiech i wskazała mu krzesło.
W końcu ktoś musi utrzymywać ten szpital, prawda?

cdn.


Ostatnio zmieniony przez scribo dnia Sob 17:46, 18 Kwi 2009, w całości zmieniany 4 razy



_________________
"Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć."

W. Wharton "Ptasiek"

PostWysłany: Sob 16:51, 11 Kwi 2009
scribo
Kochanka klawiatury
Kochanka klawiatury



Dołączył: 25 Lut 2009
Pochwał: 12

Posty: 748

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Natknęłam się na literówki i ze dwa błędy stylistyczne, ale jest ok. Pomysł ciekawy, chyba wiem do czego zmierzasz (nie tylko ty piszesz skomplikowane, zawikłane fiki Very Happy ).
Czekam na kolejne części.



_________________
Potrzebujesz bety? Pisz śmiało na gg:)

PostWysłany: Sob 17:49, 11 Kwi 2009
Pinky
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 18 Mar 2009
Pochwał: 1

Posty: 150

Miasto: okolice Cze-wy
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Tymczasem w innym domu zadzwonił budzik. Lisa Cuddy powoli otworzyła oczy, marząc o tym, żeby sen wrócił. Był taki… przyjemny i… STOP! Czy ona właśnie pomyślała, że sen w którym House wyznawał jej miłość i się jej oświadczał był… przyjemny…?

Kocham ten fragment, a pomysł rzeczywiście bardzo fajny Wink



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Nie 10:20, 12 Kwi 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ja jestem zachwycona.
Absolutnie trafiłaś w mój gust i do tego pięknie to ubrałaś w słowa. Zapowiada się bardzo, bardzo interesująco. A taka fabuła + Twoje zdolności = świetny fik.

Czekam na CD Smile



PostWysłany: Nie 11:35, 12 Kwi 2009
Sarusia
Patomorfolog
Patomorfolog



Dołączył: 08 Kwi 2009
Pochwał: 14

Posty: 846

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Pinky, gwarantuję Ci, że takiego czegoś jeszcze nie czytałaś ^^ I że jest to najbardziej absurdalana rzecz, jaka mogłaby Ci wpaść do głowy xDD A co do błędów, to jeśli mogę, proszę cię o wypisanie, bo jak to się mówi - zawsze może być lepiej. Chciałabym je poprawić.
Sarusia, zaneta94, wam też dziekuę za komenatrze. Dedykowane waszej trójce Very Happy

Odc. 2 (paskudny)

Krajobraz za oknem z każdą chwilą stawał się mniej monotonny. Wreszcie. Po trzech godzinach jazdy po bezdrożach zaczynali dojeżdżać do celu.
– Greg…
– Wiem. Mam się zachowywać porządnie, nikogo nie obrażać, nie wytykać języka i nie stroić fochów – przerwał jej.
Uśmiechnęła się pod nosem. Jak dziecko.
– Gdybyś mógł.
– A co z tego będę miał? – spytał łobuzerskim uśmiechem, odrywając na chwilę wzrok od drogi.
– Patrz gdzie jedziesz – upomniała go. Przewrócił tylko oczami.
– Nie no, poważnie, co mi dasz jak będę grzeczny?
– Jak będziesz grzeczny to może uda Ci się złapać dobry kontakt z przyszłymi teściami – poinformowała go.
Prychnął.
– Nie wiem, czy warto się wysilać…
– Wierz mi, warto. Inaczej będziesz miał przymusowy celibat.
Zrobił zbolałą minę.
– Ale mamooo…
Pokręciła głową z rozbawieniem. Zza drzew wyłonił się dość duży biały dom, otoczony czerwonym murem, pasującym kolorystycznie do dachówki. Lisa westchnęła. Witamy w domu.
Greg zatrzymał samochód. Oboje wysiedli – ona zestresowana, on całkowicie rozluźniony. Wątpiła, czy cokolwiek byłoby w stanie doprowadzić go do rozstrojenia nerwowego. Cóż, niedługo miała się przekonać, jak łatwo tego dokonać, ale nie uprzedzajmy wydarzeń.
Cuddy podeszła do furtki i nacisnęła dzwonek.
Już po chwili po schodkach schodziła ku nim starsza kobieta. Brązowe, przyprószone lekka siwizną włosy rozwiały się w nieładzie, kiedy szybkim krokiem podchodziła do furtki. Otworzyła drzwi i stanęła przed nimi, opierając się o futrynę.
– Cześć mamo – uśmiechnęła się Lisa, podchodząc do kobiety i przytulając się do niej. – A to mój narzeczony.
Rzuciła diagnoście spojrzenie pod tytułem: „Jeśli coś spaprzesz – śpisz na podłodze. I nie obchodzi mnie twoja noga.”
– Greg House, miło mi panią poznać – odparł, całując matkę Cuddy w rękę. Kobieta delikatnie się zarumieniła.
– Och, możesz mi mówić Sophie – odparła.
Cuddy patrzyła na to z lekkim niedowierzaniem. House robiący coś takiego? Niby go uprzedzała, ale nawet przez chwilę nie myślała, że jej posłucha i zachowa się jak trzeba… I pierwszy raz widziała, żeby jej matka polubiła jej ukochanego. Zwykle miała krytyczne uwagi.
Greg uśmiechnął się uprzejmie. Sophie poprowadziła ich do środka. Nie mieli bagaży – przyjechali tylko na ten jeden dzień, żeby House poznał rodziców Lisy. Jak na razie wszystko szło dobrze.
– Czy tak jest odpowiednio, pani doktor? – spytał jej szeptem. Uśmiechnęła się delikatnie, czując jego oddech na policzku.
– Najgorsze jeszcze przed tobą – odszepnęła, z lekko złośliwym uśmiechem. Przewrócił oczami. Przecież teściowa to postawa – skoro go lubi, to na pewno nie zacznie go okładać torebką, za to może się okazać, że ma duży talent kulinarny, którym może chcieć się mu pochwalić. Słowem – darmowa wyżerka.
Dotarli do salonu. Na fotelach i kanapie siedział już reszta rodziny. Cuddy była zachwycona z postawy House’a – chociaż się jej nie spodziewała. Nie uciekał, nie wydurniał się. Możliwe, że miało to coś wspólnego z tym, że poprosiła Wilsona, żeby założył się z Gregiem, czy wytrzyma cały dzień udawania normalnego faceta. W końcu musiała mieć jakieś ubezpieczenie, prawda?
Jej matka odchrząknęła. Spojrzenia całej rodziny zwróciły się na nich.
– Kochani, Lisa przyjechał. Ze swoim narzeczonym – powiedziała, z naciskiem na ostatnie słowo.
Wszyscy natychmiast się ożywili. Cuddy mocniej ścisnęła Grega za rękę. Niech tylko przetrwa pierwszą falę, a będzie dobrze.
– Ach. A więc to ty jesteś tym, któremu udało się w końcu zdobyć serce naszej córki – oznajmił z uśmiechem starszy pan, o włosach pół czarnych, pół białych. Cuddy miała jego oczy. To musiał być jej ojciec.
Greg skinął głową i uśmiechną się uprzejmie. Lisie zachciało się śmiać. Zachowywał się zupełnie jak nie on.
Mężczyzna ciągnął dalej.
– Walter Cuddy.
– Greg House.
Nagle młoda kobieta, bardzo podobna do Cuddy, popijająca własnie drinka zachłysnęła się.
– Coś się stało, Stello? – spytała Lisa, głosem przesyconym ostrzegawczą nutą.
– Ni – ic – wykrztusiła kobieta.
Odkaszlnęła i uśmiechnęła się.
– Nazywam się Stella Ward, jestem młodszą siostrą Lis. To mój mąż, Zack, a to nasza córka, Mary – powiedziała tonem swobodnej konwersacji. House odnotował sobie w pamięci, żeby dowiedzieć się czemu tak zareagowała na jego nazwisko. To mogło być interesujące…
Jasnowłosy mężczyzna uśmiechnął się do Grega przyjaźnie, a pięcioletnia dziewczynka zmierzyła spojrzeniem od góry do dołu.
– Cześć wujku – powiedziała swobodnie i wróciła wzrokiem do ekranu telewizora.
Lisa parsknęła śmiechem na widok miny House’a.
Greg otwierał usta, żeby skomentować to w swoim stylu – tym samym przegrywając zakąłd, no ale czego się nie robi, żeby zobaczyć wściekłą Cuddless – kiedy coś mu przerwało. Bardzo natarczywy dźwięk, coś jak syrena policyjna… Syrena policyjna?!


*
House gwałtownie otworzył oczy. Przód jego samochodu był zgrabnie owinięty wokół drzewa, a on sam cudem uniknął obrażeń. Radiowóz opuszczało właśnie dwóch policjantów, zapewne w celu sprawdzenia, czy jeszcze żyje i wezwania karetki. Cóż…
Te sny stawały się coraz bardziej irytujące. Dopadały go wszędzie, coraz częściej zasypiał, a najgorsze było to, że zupełnie nad tym nie panował. Jęknął w duchu. On poznający rodziców Cuddy. Wujek dla Mary. Zakład z Wilsonem, że będzie miły i czarujący. Cudnie. Tylko jego mózg mógł być na tyle porąbany, żeby wymyślić coś takiego.
Musiał wrócić do rzeczywistości i wyjaśnić tym niemiłym panom dobijającym się do okna, dlaczego wjechał w drzewo. Zapowiadał się ciekawy wieczór.

*
Lisa obudziła się błyskawicznie. Uff… Była wdzięczna policji, która przejechała pod jej oknem własnie w tej chwili. House poznający jej rodzinę – nawet we śnie – mógł oznaczać tylko jedno: kłopoty. Poza tym nie lubiła swoich krewnych aż tak bardzo, żeby skazywać ich na towarzystwo diagnosty. Decydowanie miała dla nich jeszcze trochę litości.
Chociaż ten wujek… Mary zdecydowanie była bezpośrednim dzieckiem. Lisa przyzwyczaiła się do tego, ale mina House’a… Warta była wszystkiego.
Poza tym… Chyba powinna wracać do domu. Drzemanie na kanapie jest strasznie niewygodne.

Nie miała pojęcia, że przez jej jedną, małą, niewinną drzemkę House skończył z samochodem w drzewie. Z drzewem w samochodzie. Nieważne.

*
Telefon dzwonił i dzwonił. House wpatrywał się w niego, chcąc uciszyć go siłą woli. Cóż, jego wysiłki spełzały na niczym.
– Może po prostu odbierzesz – zasugerowała Lisa, wychylając głowę z łazienki.
– To by było za proste – odparł diagnosta.
– To nie była prośba – ucięła autorytatywnym tonem.
House wniósł oczy do sufitu i sięgnął po słuchawkę.
– Taak? – spytał, specjalnie przeciągając samogłoskę.
Milczał przez chwilę, słuchając uważnie.
– Powiem jej – odparł po chwili, a na jego twarzy odmalowała się powaga. Odłożył słuchawkę. Oczywiście, jak zwykle miał rację – lepiej by było, gdyby nie odebrał.
Ukrył twarz w dłoniach, zastanawiając się, jak to ująć.
– Co się stało? – Poderwał głowę, słysząc glos Cuddy. Stała przed nim, z troską wymalowaną na twarzy.
Pociągnął ją na kanapę. Usiadła bez wyrażania sprzeciwu.
– Kto dzwonił? – spytała, lekko zaniepokojona.
– Cuddless… – zaczął. Chciał obrócić wszystko w żart, sprawić, żeby się roześmiała, tak, jak zawsze to lubił. Nie mógł. Nie w tej sytuacji. – Dzwoniła Stella…
– Coś się stało – powiedziała z przekonaniem. Nie zaprzeczył. Złapała go za nadgarstek; ścisnęła tak mocno, że ledwo powstrzymał jęk bólu.
– Twoja mama nie żyje – powiedział cicho, jednocześnie, przygarniając ją do siebie.
Przez chwilę siedziała zdrętwiała, nie ruszała się. Po chwili poczuł jak koszulę moczą mu łzy. Nie przeszkadzało mu to. Nie tu i nie teraz. Po prostu ją przytulał, gładził ją po włosach, pozwalając, by wyrzuciła z siebie ból tym bezgłośnym płaczem.
Podniosła głowę i wpiła się ustami w jego usta. Całowała go zachłannie, z pasją. A kiedy oderwała się na chwilę, dla złapania oddechu wyszeptała:
– Potrzebuję cię…
Tym razem to on ją pocałował. Chciał wyrazić swoje uczucia, pokazać, że ją rozumie, że jest przy niej.
Jej dłoń powędrował do guzików jego koszuli, rozpinając jej jeden do drugim, konsekwentnie, do końca…


*
Dźwięk tłukącej się butelki przerwał mu sen. No tak. Musiał się przekręcić i zrzucić Burbon ze stolika. Tylko dlaczego akurat w tej chwili?! Kiedy z jego durnych snów miało w końcu wyniknąć coś dobrego i interesującego…
Od dzisiaj nie pije Burbona. To zdecydowanie dobry pomysł.

*
Cuddy otworzyła oczy. Musiała przypadkiem strącić ze stolika kieliszek z winem. Na jej twarzy pojawiły się wypieki, kiedy uświadomiła sobie, o czym prawie śniła. No tak. Prawie. Zdecydowanie żałowała, że ten kieliszek spadł. Inaczej mogłoby się wydarzyć coś… Coś co zapamiętałaby do końca życia, ta jak ten pierwszy raz. Nawet, gdyby to by tylko sen.
Od dzisiaj nie pije wina. To zdecydowanie dobry pomysł.

cdn.



_________________
"Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć."

W. Wharton "Ptasiek"

PostWysłany: Nie 18:31, 12 Kwi 2009
scribo
Kochanka klawiatury
Kochanka klawiatury



Dołączył: 25 Lut 2009
Pochwał: 12

Posty: 748

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Cytat:
– Wierz mi, warto. Inaczej będziesz miał przymusowy celibat.

brawo

Cytat:
Od dzisiaj nie pije Burbona. To zdecydowanie dobry pomysł.

brawo brawo

Cytat:
Od dzisiaj nie pije wina. To zdecydowanie dobry pomysł.

brawo brawo brawo

Świetne brawo A co tam, mogę tak w kółko brawo



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Nie 18:44, 12 Kwi 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Chylę czoła!

Świetne! Very Happy Się uśmiałam, podoba mi się jak to samo ich budzi. I ta nutka tajemnicy, czy czegoś... nadprzyrodzonego - super!

Ale nic się Hałsiowi nie stanie, co? *robi oczy kota ze Shreka*

Niecierpliwie czekam na CD! I pięknie dziękuję za dedykację Wink



PostWysłany: Pon 13:07, 13 Kwi 2009
Sarusia
Patomorfolog
Patomorfolog



Dołączył: 08 Kwi 2009
Pochwał: 14

Posty: 846

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dziękuję za komentarze Smile
A oto kolejny, trzeci już odcinek Very Happy

Liście podnoszone przez wiatr tańczyły w powietrzu. Tworzyły spirale i najróżniejsze wzory, lecąc omijały postacie zgromadzone dookoła dziury w ziemi. Dziury, do której opuszczano trumnę.
Wokół panowała cisza. W tej chwili nikt nie mówił – zwykle na pogrzebach słychać płacz, szepty i słowa ludzi wspominających zmarłą osobę. Nie tym razem. Słowa dusiły. Zamierały w gardłach, nie chciały wydobyć się z krtani. Słowa były nieważne – bo to tylko słowa. Uczucia i emocje, tak wielkie, niespodziewane, gwałtowne nie mogły zostać wyrażone. Ludzie mieli ochotę krzyczeć, wyć, wydobyć to z siebie w jakikolwiek sposób. Nie mogli.
Cisza mówiła. Dzwoniła w uszach, dając ukojenie skołatanym nerwom. Świst wiatru ukazywał lamet przyrody na kołem historii – coś się kończy, coś się zaczyna.
Greg trzymał Lisę za rękę. Wiedział, że tego potrzebuje – bardziej niż kiedykolwiek. Stała tam jakby jej poruszenie zostało zarejestrowane na stop klatce – wyglądała jak rzeźba spod dłuta samego Fidiasza. Tak przeraźliwie smutna, zrozpaczona i zrezygnowana. Nikt nie mógł walczyć z odwiecznymi prawami natury – nawet ona. A jednocześnie codziennie stawiała im opór. W swojej pracy. W końcu była lekarzem. Walczyła. Niestety, choć odnosiła drobne zwycięstwa jej walka była z góry przegrana. Śmierć miotała nią na wszystkie strony, nie pozwalała się uwolnić, iść własną drogą, oplatając całe jej życie dookoła – jak wiatr rzucający liśćmi.
Sophie Cuddy była niezwykłą osobą – tak dobrą, współczującą, pełną życia, niosącą pomoc wszystkim, którzy jej potrzebowali. Teraz nigdy już nie usłyszą jej narzekań, że o siebie nie dbają, śmiechu z opowiedzianego żartu, obietnicy, że wszystko będzie dobrze. Chcieliby, żeby po prostu wstała z tej drewnianej trumny, żeby wyszła, pocieszyła ich, pokazała, że świat się nie kończy.
Nic już nie mogło się zmienić. Przypieczętowała to pierwsza grudka ziemi, z głuchym odgłosem uderzająca w wieku trumny…


*
Gwałtownie otworzył oczy. Cały czas widział smutne twarze żałobników, ciemne stroje, kwiaty trzymane w dłoniach i czuł tą bezradność co wtedy. Nie mógł się otrząsnąć. Co się z nim działo? Co to były za durne sny…? Nie rozumiał. Nic nie rozumiał.
Odetchnął głęboko. W duchu dziękował śmieciarzom za to, że postanowili przyjechać właśnie w tej chwili. Uratowało go to przed dalszą częścią tego ponurego przedstawienia…

*
Poczuła chluśniecie w twarz. Stwierdziła, że jest mokra, włosy całkowicie jej oklapły, a makijaż się rozmazał. Ale przynajmniej się obudziła. Nad nią pochylały się zmartwione twarze obcych ludzi. Ostatnie co pamiętała to przejście przez ulicę, a potem był sen… No nie, to przestawało być zabawne. Zasypiała w środku dnia, podczas spaceru i śniła o pogrzebie własnej matki. Poważnie rozważała wizytę u psychiatry…

*
Siedzieli naprzeciwko siebie. Żadne z nich nie uważało za stosowne się odezwać. Oboje byli pogrążeni we własnych myślach, obserwowali się ukradkiem. Każde z nich myślało o drugim. O swoich snach. O tym co się dzieje…
Czekali na Wilsona, który kazał im tu przyjść. Podobno miał im coś ważnego do zakomunikowania…
Żadne z nich nie zauważyło kiedy odpłynęli w sen.

*
Lustro ciągnęło się od podłogi do sufitu przez całą szerokość ściany. Utrzymane w czystości, idealnie ukazywało obraz. Lisa Cuddy ubrana w ładną, białą sukienkę stała przed nim i z uwagą wpatrywała się w swoje odbicie. W dłoniach ściskała bukiet białych frezji – wybór kwiatów nie był przypadkowy. Frezje były jej ulubionymi kwiatami, a poza tym, według symboliki oznaczały: „tylko z tobą”… A oprócz Grega nie było w jej życiu nikogo innego. Był tylko on.
Nie mogła uwierzyć, że to się w końcu działo. Wychodziła za mąż. Och, jasne, to tylko skromna uroczystość w urzędzie stanu cywilnego, kilka podpisów, jeden papierek. A mimo to tak ważny dzień. Nie zdecydowali się na ślub kościelny. On ateista, ona żydówka.
Usłyszała za sobą chrząkniecie. Nie odwróciła się – widział go w lustrze. Podszedł do niej, stanął bezpośrednio za nią i objął ją ramionami.
– Żałujesz? – spytał cicho.
– A ty? – odparła szeptem.
Uśmiechnął się i delikatnie pokroił głową.
– Teraz twój tyłek oficjalnie będzie tylko i wyłącznie mój – oświadczył wesoło.
Uśmiechnęła, choć trochę nerwowo. Ciężko było oczekiwać, że uspokoi się i zostanie obwołana wzorem opanowania. W końcu wychodziła za mąż za faceta swoich marzeń.
Każde z nich wbijało wzrok w odbicie drugiego i tak, tą okrężną drogą, patrzyli sobie w oczy.
Byli tylko oni – zapomnieli, że już za chwilę zacznie się ceremonia, że wszyscy na nich czekali.
Chwilę przerwała im Stella wchodząc do pomieszczenia.
– Hej, gołąbeczki, przyfruńcie na salę, co? Chyba, że mamy zacząć bez was?
– Bez nas? Toż to profanacja! – oburzył się Greg i uśmiechając się do Cuddy poprowadził ją w stronę drzwi. Stella pokręciła głową. Była świadkiem panny młodej. A House nadal nie wiedział, dlaczego kobieta tak zareagowała na jego nazwisko przy pierwszym spotkaniu. Cóż, ona nie miała zamiaru go uświadamiać. Co do Lisy… podejrzewała, że siostra w końcu pęknie. Przecież już za chwilę miała zostać skazana na towarzystwo tego człowieka do końca życia. To w sumie dość długo.

House jakoś przeżył sam początek, ożywił się dopiero przy akcie dokonanym i zakładaniu obrączek. Niemniej czekał na to, co będzie na końcu – impreza! Co najlepsze nikt nie mógł mieć mu za złe tego, że chce oblać własny ślub. Lisa tylko pokręciła głową, widząc blask w oczach Grega. Oczywiście, przewidziała że to będzie jego ulubiony element ceremonii. I jakoś nie mogła mieć mu tego za złe.
Wszyscy świetnie się bawili, o czym świadczył choćby ciągle powiększający się stos pustych butelek w wyznaczonym do tego osobnym pomieszczeniu.
Zaproszono w sumie niewielką liczbę osób, zarówno tu jak i na ślub. Tylko ojciec Lisy, Stella Zack i Mary, oprócz tego Wilson i drużyna House’a. Dostali również telefon od Stacy. Z gratulacjami. Cóż, miło z jej strony, prawda?
Greg własnie napełniał kieliszki panów – po raz niewiadomo który – kiedy Mary podeszła do niego i pociągnęła go za rękaw. Nachylił się do niej, zaciekawiony.
Dziewczynka uśmiechnęła się ślicznie i powiedziała:
– A kiedy będę mieć kuzyna?
House o mało nie wypuścił z rąk butelki. Ta dziewczynka przyprawi go kiedyś o zawał. W tej samej chwili pojawiła się Cuddy, z tacą z kanapkami. Z uśmiechem zaproponowała żeby coś przegryźli. Jak zwykle, pani sytuacji. Greg uśmiechnął się, widząc ją.
Mary pociągnęła go za rękaw, chcąc na powrót zwrócić jego uwagę.
– To jak będzie? – Spytała ze zniecierpliwieniem.
– Z czym? – zainteresowała się Lisa.
– Kiedy dostanę kuzyna? – powtórzyła dziewczynka. Spojrzeli po sobie.
Cuddy zacięła się na chwilę. Wyglądała jakby się nad czymś zastanawiała.
– Za jakieś osiem miesięcy skarbie – odparła z delikatnym uśmieszkiem.
Tym razem House rzeczywiście upuścił butelkę.


*
Jednocześnie się obudzili. Serce Cuddy waliło jak oszalałe. Greg nerwowo mrugał, chcąc odgonić od siebie obrazy ze snu i wrócić do rzeczywistości. Oboje wydawali się wyprowadzeni z równowagi.
Greg wciąż widział Lisę w pięknej białej sukience, która pozostawiała niewiele miejsca dla wyobraźni, Lisę z bukietem frezji w dłoni, Lisę z obrączką na palcu… Zerknął na jej rękę, by upewnić się, że to był tylko sen. Kiedy nie dostrzegł błyskotki odetchnął z ulgą, ale jednocześnie poczuł… Coś jakby rozczarowanie.
Cuddy odetchnęła głębiej. Oczyma wyobraźni wciąż widziała House’a obejmującego ją w talii i patrzącego w oczy jej lustrzanemu odbiciu, House’a wkładającego jej obrączkę na palec, House’a rozmawiającego z Mary… Tak słodko wyglądał z dzieckiem, nawet już trochę większym niż niemowlę… Zaraz… Słodko? Cóż… Kwestia gustu. Niemniej zrobiło jej się przykro, kiedy pomyślała, że prawdopodobnie nigdy nie będzie mogła zaskoczyć Grega podobną rewelacją, że on zapewne nigdy nie dowie się jakby to było, gdyby był ojcem… Ona zresztą też nie.

Oboje unieśli wzrok i ich spojrzenia się spotkały.
– Wilson chyba nas wystawił – zauważyła Cuddy, chcą przerwać niezręczną ciszę jaka zapadła.
House skinął głową.
– Za karę zjem mu lunch – obiecał.
Uśmiechnęła się delikatnie.
– Co ty, to robisz zawsze. Posuń się do czegoś naprawdę paskudnego…
– Podrzucić mu do gabinetu wszystkie zużyte pampersy z pediatrii? – spytał, unosząc brew.
– To mogłoby być ciekawe – zgodziła się. Przez Jamesa musiała odwołać spotkanie.
– Zobaczę co da się zrobić – uśmiechnął się szeroko.
Przewróciła oczami i wstała. Podeszłą do drzwi, rzucając mu jeszcze ostatnie spojrzenie. Cieszyła się, że udało im się porozmawiać prawie normalnie, nie docinając sobie w żaden sposób. Za to docinając komuś innemu…
Został w fotelu. Siedział i nie mógł się zdecydować czy jechać do domu. Te sny stawały się niebezpieczne. Pozbawiły go samochodu, a motoru nie chciał ryzykować. W końcu z miną cierpiętnika wyszedł z gabinetu przyjaciela i skierował się na parking.

Nie zwrócił najmniejszej uwagi na dziwne spojrzenia i szepty jakie rozbrzmiewały po całym szpitalu. A szkoda. Bo gdyby posłuchał, mógłby dowiedzieć się kilku intrygujących rzeczy. Rzeczy, które prawdopodobnie pomogłyby mu rozwiązać zagadkę snów. I tę drugą, która niebawem się pojawi…

cdn.



_________________
"Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć."

W. Wharton "Ptasiek"

PostWysłany: Pon 13:36, 13 Kwi 2009
scribo
Kochanka klawiatury
Kochanka klawiatury



Dołączył: 25 Lut 2009
Pochwał: 12

Posty: 748

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

1. dziękuję za dedykację
2. czyżby H&C byli wplątani w jakieś czary?? ;>
3. odwaliłaś kawałek dobrej roboty, choć nie obyło się bez pomyłek (a kto ich nie popełnia?)
4. ile będzie tych części? nie wiem, czy mam się spodziewać wielgaśnego tasiemca (którego, szczerze mówiąc, nie lubię Razz)
5. ciekawy pomysł - teraz będę zachodzić w głowę czy są poddani czarodziejskim (szamańskim) praktykom Wilsona lub mają jakąś psychiczną więź, a może to szczególny, nadnaturalny przypadek narkolepsji?



_________________
Potrzebujesz bety? Pisz śmiało na gg:)

PostWysłany: Pon 16:09, 13 Kwi 2009
Pinky
Stażysta
Stażysta



Dołączył: 18 Mar 2009
Pochwał: 1

Posty: 150

Miasto: okolice Cze-wy
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Tak się nie bawię.
Teraz ja będę miała sny! Albo wręcz przeciwnie - pogłębi się moja bezsenność, bo będę się zastanawiać coś Ty wymyśliła?

Milion razy już to mówiłam, powiem milion pierwszy: zaintrygowanie czytelnika to klucz do sukcesu!
Czuję sie zaintrygowana, a Tobie gratuluję wyobraźni i fika.

Coś Ci wytknę, acz nie złośliwie, tylko dlatego, że fajnie wyszło - z powodu błędu:

Cytat:
delikatnie pokroił głową

Strasznie chciałabym to zobaczyć Very Happy



PostWysłany: Pon 17:12, 13 Kwi 2009
Sarusia
Patomorfolog
Patomorfolog



Dołączył: 08 Kwi 2009
Pochwał: 14

Posty: 846

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

O jacie Mr. Green Świetny tekst, ślub - zawsze można pomarzyć... Ale te sny rzeczywiście zaczynają robić się coraz ciekawsze Very Happy Ciekawe jaki będzie następny sen? Może narodziny dziecka? Laughing



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Pon 17:40, 13 Kwi 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

OMG wykrzyknik świetny pomysł z tymi "magicznymi snami" hehe gratki SmileSmileSmile



_________________


Znalazłam siostrę- sylrich my sis forever :*

"When the land slides and when the planet dies, that's when I come back to you"

PostWysłany: Wto 14:00, 14 Kwi 2009
kasia2820
Reumatolog
Reumatolog



Dołączył: 21 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 1087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

A oto i przedostatnia część, która wlaściwie nic nie wyjaśnia, ale za to jest długa...
Zaneta, przejżałaś mnie Very Happy Faktycznie, narodziny dziecka. ALe nie tylko xDD.
Zapraszam na kolejny odcinek ^^.

Odc. 4

Drzwi otworzyły się z tak wielkim rozmachem, że aż uderzyły w ścianę. House podniósł głowę znad swojej tablicy. Jego oczom ukazał się dość niecodzienny widok: Wilson, w pomiętej koszuli, bez krawata, z włosami w najmniejszym stopniu nie przypominającymi wymodelowanych.
– Zostawiłeś u mnie pager! – wykrzyknął James.
House patrzyła na niego dłuższą chwilę.
– Więc…?
– Dostałeś wiadomość! – W jego głosie pobrzmiewała panika.
– Więc…? – powtórzył House. Przypominał oazę spokoju. W przeciwieństwie do przyjaciela.
– Lisa rodzi!
Minęło kilka sekund zanim do Grega dotarła informacja.
– Ty idioto! I dopiero teraz mi mówisz? – wrzasnął głosem, do złudzenia przypominającym histeryczny. A nie, zaraz. On faktycznie był histeryczny.
House złapał laskę i prawie w biegu minął przyjaciela. Razem z Wilsonem dotarli na ginekologię w rekordowo krótkim czasie. Wchodząc na oddział prawie zderzyli się w drzwiach z pielęgniarką.
– O, doktor House! – zwołała młoda dziewczyna. – Pana żona chyba właśnie rodzi – zauważyła.
– W której sali? – spytał zestresowany Greg.
– W piątce.
Minęli ją i wpadli przez drzwi oznaczone numerem pięć.
Dopadli do łóżka.
– HOUSE! – wydarła się Lisa. – Gdzieś ty był?!
Chyba była trochę zła. Cóż, trudno się dziwić. Odrobinę ją bolało…
– Proszę przeć! – radośnie zakrzyknęła pielęgniarka.
Lisa zamknęła oczy, nie patrząc na mężczyzna stojących obok. Robiła co mogła.
Greg – gdyby nie głęboko zakorzeniona troska o własną reputację – miał ochotę zacząć obgryzać paznokcie. Złapał Lisę za rękę.
– Wszystko będzie dobrze kochanie – powiedział szybko. Czuł, że wpada w panikę. Jak to było z tymi spokojnymi oddechami?
– Jeszcze trochę doktor House – mówiła pielęgniarka. – Już prawie… No, jeszcze raz!
Lisa zdobyła się na olbrzymi wysiłek i…
– Udało się!
Pielęgniarka położyła jej na ręce małą istotkę. Patrzyła na nią jak zaczarowana. Jej dziecko. Jej własne dziecko. Po tylu latach… Latach marzeń i niespełnionych nadziei, wreszcie miała własne dziecko, które będzie mogła kochać, wychowywać, opiekować się do końca życia.
Greg wpatrywał się w Lisę trzymającą ich dziecko. Zawsze uważał, że będzie świetną matką. Nawet gdy mówił coś innego. Teraz nie miał wątpliwości. Będzie cudowna. Dla niego, dla ich dziecka, dla siebie. Zawsze.
– Gratuluję, to dziewczynka – powiedziała radośnie pielęgniarka.
House obrzucił ją zirytowanym spojrzeniem. Nigdy jej nie lubił. W tym momencie jednak był w stanie wybaczyć jej niezdrową radość z życia. No bo czemu nie? W końcu to wielki dzień.
Obrócił się lekko do Wilsona stojącego w drzwiach.
– Zostałem ojcem – oznajmił z dumą.
– Nie zauważyłem – prychnął Wilson.
House już go nie słuchał. Bo jego córka otworzyła własnie swoje duże niebieskie oczka i rozejrzała się dookoła. Lisa wbijała w nią zachwycone spojrzenie. Uniosła wzrok na diagnostę.
– Sophie – powiedziała.
– Sophie House. Podoba mi się – zgodził się.
Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Ten dzień zdecydowanie zapisał się jako jeden z najlepszych w jej życiu. A właściwie… W ich życiu.


*
House otworzył oczy. Jego dyżur w klinice właśnie się skończył, o czym poinformował go alarm w zegarku. Teraz mógł spokojnie wyjść ze schowka. Nie chciał. Nie miał ochoty się stamtąd ruszać. Jedyne o czym marzył, to położyć się i oddać światu snów. Chciał jeszcze raz zobaczyć swoje dziecko…
To było dla niego coś niespodziewanego. Z każdą chwilą coraz bardziej czekał na moment, w którym będzie mógł zasnąć, wcielić się w rolę męża Cuddy i ojca Sophie. Czerpał z tego niezwykłą radość. Cieszył się każdą chwila snu.
Działo się z nim coś dziwnego. Zdecydowanie dziwnego…

*
Cuddy powoli uniosła powieki. Stwierdziła, że grupka mężczyzn i kobiet wpatruje się w nią z rozbawieniem. Och. Zasnęła na spotkaniu ze wszystkimi sponsorami. Teraz chyba powinna przeprosić, wymówić się zmęczeniem i brakiem snu i wrócić do przerwanego wątku. I była pewna, że za moment własnie to uczyni. Mimo to, w tamtej chwili chciała tylko posłać ich wszystkich do diabła i znów oddać się w objęcia Morfeusza. Oczyma wyobraźni dalej widziała tamtą małą istotkę, której matką została. I House’a patrzącego na dziecko z taką niespodziewaną czułością i dumą.
Sama przed sobą jeszcze nie przyznała się, że to było to, czego zawsze pragnęła. Chciała urodzić dziecko, ale… To miało być dziecko House’a. To musiało być dziecko House’a. Nagle zrozumiała, że nie mogło być inaczej.
Działo się z nią coś dziwnego. Zdecydowanie dziwnego…

*
Czekoladowy potwór powoli zbliżał się do swojej ofiary. Krok za kroczkiem… Ee… Raczek za raczkiem? Cóż, czekoladowy potwór raczkował w kierunku swej ofiary. Ofiary, która tak nawiasem mówiąc zupełnie niczego się nie spodziewała… Potwór zatrzymał się za biedną zwierzyną łowną i zbliżył główkę do główki ofiary.
– AAAUUUUU! – wrzasnęła ofiara. Każdy by wrzasnął, gdyby z pięknego snu wyrwało go ugryzienie w nos.
Greg House (vel ofiara) otworzył oczy. Nad sobą ujrzał własną córkę, całą wysmarowaną czekoladą. Nie pominęła najdrobniejszego szczegółu, nawet powiek czy skrzydełek nosa. Wewnątrz.
Parsknął śmiechem. Widok wart uwiecznienia. Jaka szkoda, że pod ręką nie miał aparatu. Wstał z podłogi, obserwowany przez parę błękitnych ślepi potwora. Jedynej części twarzy wolnej od brązowej mazi.
– A gdzie mama? – zainteresował się. O ile się nie mylił to Lisa jej pilnowała.
Dziewczynka wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: a skąd ja mam to wiedzieć?
Podniósł wzrok na nie do końca jeszcze zjedzoną – lub zużytą w charakterze makijażu – tabliczkę czekolady. Dokuśtykał do niej i położył na szafce, dostatecznie wysoko, żeby mała nie mogła tego dosięgnąć. Obrócił się do niej. Wyglądała na oburzoną co natychmiast wyraziła jednym słowem: „EEEEEEEEEEJ!”
Wzruszył ramionami.
– Trzeba było mnie nie gryźć – oświadczył.
Dziewczynka przekrzywiła głowę, po czym poraczkowała do szafki. Przyglądał się z zainteresowaniem, jak wyciąga w górę rączkę. Wobec zdecydowanych braków sukcesów podniosła na niego bezradny wzrok, wyginając usta w podkówkę.
– O nie, nic z tego – zaprzeczył.
Broda zaczęła niebezpiecznie drgać.
– Idź poszukaj mamy Sophie – zaproponował.
Rzuciła mu wściekłe spojrzenie i obrażona gwałtownie obróciła głowę. Parsknął śmiechem. Była niezwykłą aktorką.
Obrócił się o niej tyłem i rozejrzał się w poszukiwaniu laski. Zauważył ją, po czym chwycił z miną zwycięzcy. Kiedy na powrót obrócił się w stronę córki doznał małego szoku.
Dziewczynka stała przy szafce i trzymała w rączce czekoladę. Uśmiechnęła się do niego swoim najpiękniejszym u śmiechem – odziedziczonym po mamie.
Przeszłą dwa kroki w jego kierunku, wyciągając ku niemu słodycz, jakby pytała czy chce.
W tym momencie do pokoju weszła Lisa.
– Greg! Ona… chodzi! – wykrzyknęła zaskoczona.
House patrzył na nią w dalszym ciągu zaszokowany. Jego córka po raz pierwszy w życiu zrobiła kilka kroków. W jego kierunku. No coś takiego!

*
– A ten jest żółty – poinformowała swoją córeczkę.
Sophie spojrzała na nią dużymi niebieskimi oczami. Nie wyglądała na zainteresowaną nauką kolorów. Za to bardzo zajmowało ją ciągniecie mamusi za włosy.
– Sophie… – zaczęła, ale brutalnie jej przerwano. Konkretnie przerwał jej mokry buziak dziewczynki, złożony na jej policzku. Automatycznie się uśmiechnęła.
Mała patrzyła zafascynowana na kosmyk włosów trzymany w rączce. Oglądała go ze wszystkich stron i kiedy jego właścicielka niczego się nie spodziewała… Szarpnęła.
– AAAUUU! – wykrzyknęła Lisa. Skąd ta mała miała taką siłę?
Zadowolona z siebie Sophie szczerzyła się do kilku ciemnych włosów, trzymanych w łapce. Tym razem bez kontaktu z głową uprzedniej właścicielki.
– Kogo maltretujesz potworze? – zainteresował się Greg, wsuwając głowę do pokoju.
Mała nie odpowiedziała. Spojrzała na to na tatę, potem na mamę, potem na kosmyk włosów. Potem wskazała na siebie paluszkiem i poinformowała ich radosnym głosem:
– Moje!
Taak… To było pierwsze i zarazem ulubione słowo Sophie. Używała go na określenie wszystkiego. Nawet włosów własnej matki. I piłeczki ojca, która sobie, krótko mówiąc przywłaszczyła. Nie żeby on miał coś przeciwko. Za to Lisa ogłosiła veto przeciwko kradzieży włosów. Na co House zaproponował jej, żeby nosiła kask.
Na co Sophie głośno i wyraźnie ogłosiła: „mój!”
Na co oboje zaczęli się śmiać.

*
– Tato…
– Nie.
– Ale tato!
– Nie.
– Powiem mamie o Burbonie schowanym pod moim łóżkiem, za koszykiem z klockami.
– Dobra, rób co chcesz.
– Dziękuję! – wykrzyknęła Sophie. Właśnie uzyskała zgodę na nocowanie u koleżanki.

*
– Mamo…
– Co?
– Mogę iść z tatą na monster trucki?
– Nie.
– Dlaczego? – oburzyła się.
– Bo jesteś za mała.
– Mam cztery lata!
– No własnie!
– No to ja powiem tacie o twoich zapach wina schowanych za moją komodą.
– Ee… Słoneczko, a może chciałabyś zabrać na monster trucki jeszcze wujka Jimmy’ego?

*
Państwo House spacerowali po własnym ogrodzie. Spacerowali w konkretnym kierunku. Konkretnie w kierunku swoich dzieci. Mieszanka genów sprawiła, że owe maleństwa okazały się być… Jakby to ująć… Cóż, bardzo podobne do rodziców w każdym razie.
Manipulatory, złodzieje jedzenia, szantażyści, mini – geniusze, perfekcjoniści i szaleńcy. Tako określano całą rodzinę w szpitalu.
Jak się okazuje nic nie było przesadzone.
Lisa i Greg zbliżyli się do dwójki dzieci pochylonych nad kamiennym stolikiem. Wyglądało to dość tajemniczo. I groźnie.
– Co robicie? – zapytała Cuddy.
Obrócili się jednocześnie, przybierając miny niewiniątek. Może i nawet uwierzyliby w to nieme zapewnienie o grzeczności, gdyby nie nóż – ze śladami krwi – trzymany przez ich córkę.
– Nic – oświadczyła Sophie.
– Nic – w tym samym momencie powiedział Junior.
– Więc nie będziecie mieli nic przeciwko, żebym spojrzał na stół?
– Nie! Nie możesz. Bo to… Niespodzianka!
– Ach tak…
– Tak!
– Jeśli chcieliście mi zrobić prezent nie musieliście od razu zabijać Maurice’a.
Maurice był nowym prezesem rady nadzorczej. I zarówno Greg jak i Lisa go nie cierpieli. Z wzajemnością zresztą.
Dzieci parsknęły cichym śmiechem. Pół życia spędzały w szpitalu i były doskonale rozeznane w tym co się tam działo. Sophie miała już dziewięć lat, kilka pierwszych miejsc w konkursach pianistycznych i talent do medycyny. Samodzielnie zdiagnozowała kilku pacjentów ojca. Greg House Junior miał tylko cztery lata, za to olbrzymi talent do zarządzania i manipulacji. Potrafił podporządkować sobie każdego wszystko zorganizować… Matka często używała go jako osoby rozplanowującej grafik. Radził sobie znakomicie. Oprócz tego zaczynał własnie brać lekcje gry na gitarze oraz karate.
Ich największa wadą, a może zaleta była nadmierna ciekawość. Jako zgrany zespół, który nigdy nie pokazuje się osobno, rozpracowywali wszystkich napotkanych ludzi, poznawali ich sekrety, igrali z nimi. Czuli ogromy głód wiedzy, musieli mieć jakieś pojęcie o wszystkim.
Tak więc trudno się dziwić ich rodzicom, że byli trochę zaniepokojeni.
– Dlaczego od razu zabijać? – spytał Junior, zawzięcie mrugając oczami.
– Do tego zwykle służy zakrwawiony nóż…
– Greg, ja używam zakrwawionego noża do krojenia surowego mięsa… Czasami – mruknęła Lisa.
– Zrobiliście obiad? – zainteresował się House.
– Ee… Nie – przyznała Sophie.
– Więc?
Dziewczynka niechętnie odsunęła się na bok. Na kamiennym stole leżał szczur z rozciętym brzuchem. House zaczynał bać się własnych genów.
– Czy to Steve? – zainteresował się Lisa.
– Nie – zaprzeczył szybko Junior. – Znaleźliśmy go martwego w piwnicy. Chyba zjadł trutkę.
– Robiliśmy sekcję – wyjaśniła Sophie.
Greg wzniósł oczy do nieba. Będzie musiał wyjaśnić Chase’owi, że pokazywanie jego dzieciom gdzie trzyma się noże chirurgiczne nie jest dobrym pomysłem. Teraz już chyba nic go nie zaskoczy.
– Ustaliliśmy, że to była ona. I że była w ciąży. Zrobiliśmy cesarskie cięcie, ale szczurka nie udało się już odratować – dodał Junior.
House zmienił zdanie. Jego dzieci były w stanie zaskoczyć go zawsze.


*
House otworzył oczy, porządnie spanikowany. Sen pełen migawek z życie jego, Lisy i dzieci. Koszmar? A może i nie? Cóż, wyglądało to bardzo ciekawie…
Przyszło mu do głowy, że nie miałby nic przeciwko temu, żeby to wszystko wydarzyło się naprawdę.

*
Lisa obudziła się na swojej kanapie. Ależ miała przyjemny sen… Chociaż musiała przyznać, że te dzieci ją trochę przerażały. Mimo to najbardziej na świecie chciała, by to okazało się prawdą…
W każdym razie, mogłoby być ciekawie.

cdn.



_________________
"Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć."

W. Wharton "Ptasiek"

PostWysłany: Sro 18:28, 15 Kwi 2009
scribo
Kochanka klawiatury
Kochanka klawiatury



Dołączył: 25 Lut 2009
Pochwał: 12

Posty: 748

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Moje serce należy od dzisiaj do tego fika. zakochany
Jak uroczo!! Kurcze, żeby House naprawdę miał taki sen...

Dzieci House'ów też mnie przerażają Laughing

Ale treść niezmiennie wciągająca i świetnie napisana, dobre dialogi... ogólnie jestem zachwycona! Smile



PostWysłany: Sro 18:51, 15 Kwi 2009
Sarusia
Patomorfolog
Patomorfolog



Dołączył: 08 Kwi 2009
Pochwał: 14

Posty: 846

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Super fick. Smile przyjemnie się czyta Smile
Czekam na cd. SmileSmileSmile



_________________


Znalazłam siostrę- sylrich my sis forever :*

"When the land slides and when the planet dies, that's when I come back to you"

PostWysłany: Czw 6:55, 16 Kwi 2009
kasia2820
Reumatolog
Reumatolog



Dołączył: 21 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 1087

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.24202 sekund, Zapytań SQL: 14