The Silence of the Quacks [ 3i1/4 / 7 ] [ NZ ]

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

jeanne napisał:
Shee czy Ty spełniasz marzenia?

Shee będzie spełniać marzenia, jak doda więcej. albo w ogóle jak napisze książkę!

Shee - zakładam Twój fanclub. Twój i Twojego ficka!



_________________
Wiolka i maria lucie = Holmes i jego dr Watson = Kojot i Struś Pędziwiatr = szpieki!
Magda - druga połówka mojego mózgu
-o, słońce wyszło. -ten twój huraoptymizm potrafi być naprawdę irytujący!

PostWysłany: Sob 11:49, 14 Sie 2010
maria lucie
Torakochirurg
Torakochirurg



Dołączył: 09 Paź 2009
Pochwał: 5

Posty: 3722

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Wiolka dostaje lizaka.


Krótki słownik, co to się przyda w czasie czytania:
piguła - lekarz
planeta - dziewczyna
wydrynić banię - wypić wódkę
przyżenić kosałkę - wsadzić nóż pod żebro
cwel - mężczyzna zmuszany do kontaktów homoseksualnych, ale także w innym znaczeniu donosiciel
jara - teściowa
gad - strażnik więzienny
papuga - adwokat
kopać glinę - odbywać stosunek homoseksualny

Jeśli chcecie zrozumieć cokolwiek z rozmowy Scarfy z Hernandezem, to radzę skorzystać Wink





ROZDZIAŁ 2


How about we just pretend
That your cellphone didn't even ring
And that I wasn't on the other side of the door
Listening to everything, tell me another lie

I don't wanna know what I know to be true
What I need you to do, tell me another lie



- Papieeeeery, papieeeery…
Tak, właśnie tak. Mam głupi zwyczaj podśpiewywać pod nosem głupie słowa na dowolną melodię. Zazwyczaj związane z tym, co akurat robię.
Akurat wypełniałam jakieś niecne dokumenty i jednocześnie dokańczałam raport z rozmowy z administratorką. Zbliżał się wieczór, czyli według normalnego człowieka późna noc – wskazówki zegarka spoglądały na mnie z oburzeniem, niesfornym tykaniem dając do zrozumienia, że północ to najwyższa pora na pójście na spoczynek. Na ich nieszczęście sztukę ignorowania miałam opanowaną do perfekcji.
Z westchnieniem odłożyłam pióro, obtarłam chusteczką jak zwykle uciapaną tuszem dłoń i zrobiłam to, co zrobiłby każdy, siedząc na obrotowym krześle – z nieprzytomnym uśmiechem na pyszczku okręciłam się wkoło z nogami w powietrzu.
I jeszcze raz.
I jeszcze.
I kiedy okręcałam się czwarty raz, do gabinetu wparadował House.
Dosłownie wparadował. Krokiem defiladowym, unosząc regularnie rękę z pękatą butelką, nosem niemalże zahaczając o sufit. Zatrzymałam się w obrocie i pomyślałam, że jesteśmy siebie warci – dwójka dorosłych zachowujących się jak dzieci.
- Wciąż nie mogę dojść, jakim sposobem wymyka się pan ze swojego gabinetu – odezwałam się z zaciekawieniem.
House zatrzymał się, opuścił rękę, stanął na baczność, ułożył sobie laskę na ramieniu niczym broń, skinął energicznie głową, po czym rozluźnił się, dokuśtykał do biurka i zwalił się ciężko na fotel, dokładnie naprzeciwko mnie.
- Fascynujący akcent – rzucił mimochodem, udając, że niezwykle zainteresował go dyplom wiszący na przeciwległej ścianie. – Europejski, ale nietypowy.
- Fascynująca spostrzegawczość – odparłam natychmiast. – I niebywale dobrze wykorzystana.
Opuścił głowę, uśmiechnął się krzywo i zdecydowanym ruchem postawił butelkę między nami. Należy dodać, że to była niezwykle pełna butelka, nawet dość zachęcająca, sądząc po kolorze płynu. Niemniej jednak głupotą byłoby spożywać coś, co się dostało od podejrzanego. On z pewnością o tym wiedział.
Ja jednak nie wiedziałam – jeszcze - że House lubi udowadniać swoje teorie niemal z przesadą. Mógł po prostu zaproponować mi coś do picia, mógł spytać wprost o to, co chciał wiedzieć, ale nie, on musiał być dosłowny i przynieść butelkę, żeby inscenizacji i klasyce stała się zadość.
- Whiskey? – spytałam, powstrzymując uśmiech.
Drgnął.
- Na litość boską, królowo! Czy ośmieliłbym się nalać damie whiskey? To czysty spirytus.
Nie mogłam się nie roześmiać.
- Blisko! Na tyle blisko, że jestem pod wrażeniem, na tyle daleko, że czuję się urażona – sprecyzowałam, krzyżując ręce na piersi.
House klasnął w dłonie.
- Och, och, och, zgadywanka! Uwielbiam zgadywanki. Ojczyzna małego Soso odpada – machnął dłonią w powietrzu, jakby wykreślał punkt z listy – zostało tylko czterdzieści pięć państw.
- Więc co teraz? Zaprosisz mnie na bal?
- Żartujesz sobie? Nie wyglądasz mi na… Kopciuszka. Zaproszę Wilsona. On jest tą częścią wszechświata, co wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło… - Zamyślił się. – Chyba coś pomieszałem. Nieważne. Dobrze się pani bawi?
- Szybka zmiana. Przed chwilą było na "ty", teraz już "pani".
- Ty-kanie prowokuje przedstawienie, a przedstawienie sprawi, że poznam pani nazwisko. A wtedy koniec zgadywanki.
- Scarfy. Nikomu nie przedstawiam się z nazwiska, bo nikt by go nie wymówił.
- Kobieto małej wiary.
- Mężczyzno małego… nieważne.
- Ależ ważne!
- Nieważne!
- Skądże!
- Od jak dawna kocha się pan w Lisie Cuddy?
- Odkąd wpuściłem jej żabę do stanika. I kto teraz podaje szybką piłkę?
Jeden do zera dla niego. Bez skrępowania wstał i otworzył jakąś szafkę, wyjął ze środka niewielką szklaneczkę – jedną! – i podrzucając ją nierozważnie, wrócił na miejsce. Doświadczonym ruchem otworzył butelkę i nalał sobie solidnie.
Przez moment milczeliśmy, a wkoło unosiła się przyjemna, zwyczajna cisza. W końcu z powrotem zabrałam się za wypełnianie dokumentów i przez moment słychać było tylko skrobanie mojego pióra i brzęk jego szklaneczki. Zastanawiałam się, czy ma zamiar sam wypić całą butelkę i czy dam radę sama doturlać go z powrotem do jego gabinetu, ale na szczęście nie przesadzał.
- Dlaczego o to spytałaś? – rzucił niespodziewanie. Podniosłam głowę.
- Dlaczego nie?
- Wiem, że wybadałaś pielęgniarki. Ale plotek jest sporo, niektóre tak pikantne, że nawet ja bym ich nie wymyślił. Jest taka jedna o mnie i o Wilsonie…
- Miałeś halucynacje o seksie z Wilsonem? W takim razie to jest coś, o czym nie wiem – odparłam sucho.
Zamilkł i zacisnął lekko palce na szklance.
- Halucynacje z definicji nijak się mają do rzeczywistości – mruknął w końcu.
- Ale z jakiegoś powodu twój umysł wybrał właśnie ją – nie ustępowałam.
- A kto by nie wybrał? – House przewrócił oczami. – Jesteś kobietą, rozumiem, ale widziałaś jej cycki?
- Nie – roześmiałam się. – Ale z pytania wnioskuję, że ty tak.
Jeden do jednego.
- Spytałaś o to, bo znalazłaś jakieś potwierdzenie w rzeczywistości – zaczął jeszcze raz z kwaśną miną. – U niej. To znaczy, że rozmawiałaś z Cuddy o mnie. To znaczy, że musiała czymś się zdradzić.
- Wprost przeciwnie – odparłam zdecydowanie. – Kontrolowała się aż za bardzo. Kontroluje się tylko silne emocje.
- Nienawiść – podsunął usłużnie.
- Naprawdę myślisz, że ona cię nienawidzi?
- Myślę, że ma ochotę mnie przelecieć – odpowiedział z miną niewiniątka. – Założę się, że nie wiesz, jak silne emocje to wywołuje. Ale, koniec rozmowy o mnie. Poplotkujmy trochę o tobie!
- Chyba już czas na powrót do gabinetu, doktorze House. – Uśmiechnęłam się kpiąco.
- Masz podkrążone powieki, czyli sypiasz góra po pięć godzin dziennie. Blada cera, stresująca praca, za dużo kawy… niedobór niektórych makroelementów. Albo... albo i nie. Nie mam racji?
- Dobranoc.
- Ignorowanie mnie nie sprawi, że przestaniesz poszukiwać prawdziwej odpowiedzi na zadane pytanie.
- Skąd wiesz, że już jej nie znalazłam?
Drzwi otworzyły się i do środka wtargnął nieco skonfundowany agent służb specjalnych, zapewne z zamiarem zawiadomienia, że nieoczekiwanie zaginął mu jeden delikwent i za cholerę nie może go znaleźć. Na widok House'a rozłożonego wygodnie w fotelu odetchnął z ulgą, pokręcił przepraszająco głową i podjął desperacką próbę skłonienia uciekiniera do dobrowolnego powrotu do tymczasowego więzienia.
Z westchnieniem uprzątnęłam wszystkie papiery i już miałam zamiar wstać, kiedy spostrzegłam, że agent wciąż znajduje się w gabinecie. House tymczasem przechadzał się po korytarzu, pogwizdując pod nosem i co jakiś czas zerkając do środka. Uniosłam brwi w pytającym geście.
- Hernandez się obudził – wymamrotał cicho agent, spoglądając na mnie sugestywnie.
Westchnęłam.
- Wygląda na to, że chyba powinnam się z nim przywitać, czyż nie? – odparłam ironicznie.
- Och, nie! – House z powrotem wparadował do gabinetu, tym razem jednak bardziej metaforycznie niż dosłownie. – Nie ma mowy, nie będzie mi pani irytować pacjenta. Czuję się w obowiązku dotrzymać pani towarzystwa i nie uronić ani jednego słowa z rozmowy.
Agent nieco zbaraniał. Ja stosownie chrząknęłam, próbując zamaskować chichot, po czym odpowiedziałam równie poważnym tonem:
- I tak bym pana zabrała, ktoś w końcu musi go wstępnie przebadać, czy co tam zwykle robicie. – Wstałam i skinęłam głową agentowi. Ten z ulgą odetchnął i czym prędzej wyszedł. House natomiast miał rozanieloną minę. Pokręciłam głową. – Ciekawość zabiła kota. Proszę za mną.
- Nie szkodzi. Zostało mi jeszcze całkiem sporo żyć.
Chrząknęłam.
- Że niby nie?
- Przeglądałam pana akta. Te dziewięć żyć to pan już wykorzystał dawno temu.
Przy sali Hernandeza spotkaliśmy dwóch strażników i mojego przyjaciela. Na widok towarzyszącego mi House'a uniósł znacząco brwi, ale rzuciłam mu uspokajające spojrzenie. Wzruszył lekko ramionami i bez słowa wpuścił nas do środka.
Hernandez miał wciąż taką samą uroczą mordkę jak gdy go spotkałam parę lat temu – tylko nieco bardziej posiniaczoną. Krążył bezładnie spojrzeniem po całej sali, najwyraźniej nie do końca wiedząc, co się wokół niego dzieje. House natychmiast do niego doskoczył i zaczął świecić mu oczy latarenką, wyzywać od idiotów i pukać w różne części ciała. Najwyraźniej pacjent reagował całkiem dobrze, bo już po chwili na twarzy House'a wykwitł uśmiech pełen satysfakcji.
- Zdolny do rozmowy.
- Wszystko z nim w porządku? – spytałam mimochodem.
- Przeszedł udar, więc to oczywiste, że nie, nie jest z nim w porządku – parsknął House. – Paraliż jeszcze nie minął, ale może mówić i wygląda na to, że mózg ma sprawny… jak na kompletnego idiotę. Będzie żył. W każdym razie przez najbliższe piętnaście minut.
Tak dla waszej informacji – Hernandez to podła szumowina, ale na swój sposób… lubię go. To całkiem sympatyczny gangster z zasadami. Żaden tam psychotyczny nieodgadniony i nieprzenikniony złoczyńca, którego następnego ruchu nie przewidzisz, choćbyś jajko zniósł. Poznałam go, kiedy trzeci raz siedział w więzieniu, już nawet nie pamiętam za co. Lądował tam co jakiś czas, zazwyczaj z błahych powodów. Od zawsze mieliśmy z nim problem, ponieważ… każdy głupi wiedział, że Hernandez pracuje dla mafii. Tylko nikt nigdy nie mógł mu tego udowodnić. Dlatego oskarżaliśmy go zawsze o najdrobniejsze głupoty, byle tylko mieć go pod kontrolą. Zresztą, sam Hernandez regularnie dostarczał nam powodów do zapuszkowania go – i w ten sposób obie strony były zadowolone.
- Harry, miło mi cię widzieć. – Wyszczerzyłam zęby w krzywym uśmiechu. Hernandez zamrugał parę razy, aż w końcu zaświeciły mu się oczy – rozpoznał mnie.
- Cześć, Szaliczku, kruszyno, aleś ty wyrosła! – zarechotał. – Czymże to sobie zasłużyłem na twoją wizytę? Stęskniłaś się?
- Jak cholera. Powiedz mi, proszę, Harry, czy ty wiesz, kto z naszych za tobą łaził ostatnimi czasy?
- Flame – odparł od razu bez zdziwienia. – Tę jego facjatę rozpoznałbym wszędzie.
- Flame nie żyje.
Hernandez wybuchnął śmiechem.
- Flame odkorkował! Myślałby kto… - Rzucił pospieszne spojrzenie w stronę House'a. – Ej, a ta piguła może tu sterczeć?
- Obowiązuje go tajemnica.
- Flame odkorkował… czyli to nie on za mną łaził.
- On, on. Zginął tutaj, w szpitalu. Masz mi coś do powiedzenia?
Hernandez zamilkł nagle. Z jego twarzy zniknęła cała wesołość i dokładnie wiedziałam, co się teraz dzieje w jego głowie – analizował fakty, zastanawiając się, co może ujawnić, a czego nie.
- Jak zginął? – spytał ostrożnie. – To nie byłem ja, cholera, spałem…!
- Masz wielu znajomych, którzy niechętnie na nas patrzą – odparłam sucho. – O nic cię nie oskarżamy. Chcemy tylko…
- Szlajał się za mną szmat czasu – przerwał mi Hernandez. – Odstraszał wszystkie planety, nawet buzałę było strach wydrynić… Dlaczego moi mieliby go przyskrzynić tutaj? Mieliby wiele okazji, o wiele lepszych… - Rozkaszlał się z wrażenia. House poruszył się niespokojnie, ale Hernandez zaraz się uspokoił. – Powiem ci coś, laleczko, jakby to byli moi, to by przyżenili kosałkę w byle zaułku i tyle.
- Powiedz mi, proszę, że on nie majaczy – odezwał się cicho House.
- Nie majaczy – warknęłam i odwróciłam się z powrotem. – Widziałeś go tutaj, w szpitalu? Rozmawiałeś z nim?
- Nie.
- Masz jakiekolwiek pojęcie, dlaczego ktoś chciałby go sprzątnąć?
Hernandez znowu się zawahał. Cholera, wiedziałam, że on coś wie, ale z jakichś powodów nie mówi. Pewnie przez te swoje głupie zasady, ech.
- Był taki jeden cwel… - zaczął niepewnie. – Posadzili go niedaleko, niby za to, że zaszlachtował jarę, ale i tak wszyscy wiedzieli… - Rozejrzał się niespokojnie, jakby obawiając się, że z ukrytego kąta zaraz wyskoczy na niego ktoś z siekierą. – Po prostu miał za dobre kontakty z gadami, rozumiesz? Przychodziła czasem do niego taka dobra papuga, całkiem niezła, żaden z nas nie mógłby sobie na taką pozwolić… Wiesz jak to jest, u nas się takich nie lubi. – Pozwolił sobie na lekki uśmieszek.
- Cwelem był od początku, czy stał się dopiero później? – spytałam mimochodem.
- Pytasz, czy kopał glinę? – Hernandez rozrechotał się na dobre. – Nie, nie kopał… cwel w tym drugim znaczeniu.
- Oszczędź mi szczegółów – skrzywiłam się.
- Niech ci będzie, Szaliczku, zresztą, nie o to się tu rozchodzi… Na moje oko… a i to nawet nie na oko, nie tędy droga, skarbeńku.
- Tętno wzrasta – rzucił niespodziewanie House. – Wystarczy.
Doskonale wiedziałam, że powiedział to tylko dlatego, bo jego irytacja sięgnęła zenitu – miał nadzieję coś wywęszyć podczas naszej rozmowy, a dostał figę z makiem. Ale tętno rzeczywiście nieco wzrosło, nie jakoś przesadnie, ale trochę, więc stwierdziłam, że rzeczywiście odpuszczę. Hernandez ewidentnie nie kłamał, prędzej zatajał jakieś fakty i wiedziałam, że póki nie będę miała dobrej karty przetargowej, nic więcej nie powie.
Chwilę później oboje wyszliśmy. Natychmiast podszedł do nas mój przyjaciel. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, odezwał się House:
- Facet musi być stale monitorowany. Potrzebuję kogoś tutaj.
- Ach tak? – mruknął mój przyjaciel z przekąsem.
- Ach tak – powtórzył dosadnie House.
- A będzie pan siedział spokojnie i grzecznie w swoim gabinecie?
- To jest wasz warunek? Zero wycieczek? Niech będzie.
- Kogo pan tu oddeleguje? – spytałam szybko. House zerknął na mnie z zainteresowaniem.
- Doktora Chase'a – odparł spokojnie. – Może to powstrzyma jego niemal-byłą-żonę przed rozszarpaniem go na strzępy.
Zamieniłam kilka szybkich słów z moim przyjacielem i razem z jeszcze jednym agentem odprowadziłam doktora House'a do jego gabinetu. Agent porwał doktora Chase'a – biedaczek, chyba rzeczywiście odetchnął z ulgą, że się wyrwał z tamtego pomieszczenia – a ja zostałam. Rozejrzałam się dyskretnie po wnętrzu, obrzuciłam szybkim spojrzeniem grupę siedzącą w pomieszczeniu obok – oni obrzucili mnie nieco dłuższym – uśmiechnęłam się do doktora Wilsona – odwzajemnił uśmiech, ha! – po czym zwróciłam się znowu do House'a.
- Dlaczego doktor Chase rozstał się z żoną?
- Bo ma wszystkie kończyny na miejscu i choć trudno w to uwierzyć, wyrósł na człowieka radzącego sobie w życiu. Ach, no i nie ma nowotworu.
House rozsiadł się w swoim fotelu i wskazał mi miejsce naprzeciwko. Skorzystałam.
- A tak na poważnie?
- To było na poważnie. Jest jeszcze coś, o co chciałaby pani spytać?
Szybka piłka.
- Jest. Stacy Warner.
Przestał udawać, że zajmuje się czymś konkretnym. Nie wyglądał jednak, jakbym uderzyła w czuły punkt, nie, raczej był zaskoczony. Ale jeśli chciałam go poznać – a chciałam – musiałam zacząć od początku. A na początku była Stacy.
A przynajmniej tak wtedy myślałam.
- Stacy to ktoś, nie coś – odparł sucho.
- Jak to jest? – Pochyliłam się nieco w jego stronę. – Uwielbia pan wtrącać się w życie innych, ale kiedy ktoś wtrąca się w pańskie, już jest coś nie tak.
- Czemu dla odmiany nie poobrabiamy trochę pani? Albo chociaż Wilsona?
- Jak to było ze Stacy?
- Nijak. Było, skończyło się. Stare dzieje.
- Wróciła tutaj…
- To nie ma żadnego związku ze sprawą. Bawi się pani we mnie – wtyka nos w nie swoje sprawy dla własnej przyjemności. Więc jeśli to już wszystko, to proszę się ode mnie odpieprzyć i zająć się dla odmiany morderstwem.
Pomyślałam sobie, że rzeczywiście posunęłam się trochę za daleko, więc z miną zbitego psa wymknęłam się z gabinetu bez słowa. Na zakręcie rzuciłam ostatnie spojrzenie na pomieszczenie – zamiast rozgniewanego, rozdrażnionego faceta ujrzałam zblazowanego, nieco znudzonego doktorka, kiwającego głową w takt muzyki. Czyli kolejny raz poza, wcale nie poczuł się dotknięty moimi słowami, chciał tylko…
Tylko co? Sprawdzić mnie? Traktował w ten sposób każdego. Czyli albo życie z tym człowiekiem to wieczny test, albo sama nie wiedziałam co.
Już miałam wrócić do siebie, kiedy nagle coś przykuło moją uwagę.
Po przeciwnej stronie, na niemal samym końcu korytarza, stała Lisa Cuddy i z lekko zbolałą miną spoglądała z oddali na diagnostę. Była blada i wyraźnie wymęczona, dłonie miała lekko zaciśnięte. Coś w jej spojrzeniu – żal, tęsknota? – sprawiło, że dreszcz przeszedł mi po plecach. Nagle administratorka obróciła się i dostrzegła mnie. Zmrużyła oczy. Odeszła.



_________________

In 30 years, kids as young as 6 or 7 will be sitting in classrooms hearing that women didn’t always have the rights to their own bodies and how boys couldn’t marry boys and girls couldn’t marry girls and they’re going to be as confused and disturbed as when we first learned about slavery and Black Codes.

PostWysłany: Pon 21:48, 16 Sie 2010
Shitzune
Katalizator Zbereźności



Dołączył: 07 Kwi 2009
Pochwał: 47

Posty: 10576

Miasto: Graffignano
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Nie no genialne! Morderstwo, agenci FBI i cała nasza ekipa. Teraz to się dopiero zacznie. Świetny pomysł i ciekawa jestem jak się to dalej potoczy.

Shitzune napisał:
Tylko co? Sprawdzić mnie? Traktował w ten sposób każdego. Czyli albo życie z tym człowiekiem to wieczny test, albo sama nie wiedziałam co.

Chyba będzie musiała nad tym trochę popracować. Razz



PostWysłany: Wto 19:16, 17 Sie 2010
basiag95
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 01 Lut 2010

Posty: 97

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

A już miałam się dopominać o kolejną część. Mr. Green No więc tak... Bardzo fajne. W 1. momencie zabił mnie słownik, ale później rzeczywiście okazał się pomocny. Wink

Shitzune napisał:

- Papieeeeery, papieeeery…
Tak, właśnie tak. Mam głupi zwyczaj podśpiewywać pod nosem głupie słowa na dowolną melodię. Zazwyczaj związane z tym, co akurat robię.

Nie wiem dlaczego, ale czytając ten frgm stanęła mi przed oczami Shee przybijająca pieczątki w przychodni. hahaha


Shitzune napisał:
- Scarfy. Nikomu nie przedstawiam się z nazwiska, bo nikt by go nie wymówił.
- Kobieto małej wiary.
- Mężczyzno małego… nieważne.
- Ależ ważne!
- Nieważne!
- Skądże!

Ten frgm przyprawił mnie o promienny uśmiech. Mr. Green

A tak na koniec tego mojego posta, to naprawdę bardzo dobrze się Ciebie czyta. Czekam na więcej. Smile



_________________

wiolka&maria lucie -> Holmes&Watson <Szpieki> Guśka - siostra, która sypia z krową ~ Nutt - siostrzenica

PostWysłany: Wto 20:56, 17 Sie 2010
wiolka17
Designer Miesiąca
Designer Miesiąca



Dołączył: 10 Mar 2010
Pochwał: 14

Posty: 2928

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jedynym trafnym komentarzem było by wstawienie tej emotki zakochany bo nic bardziej nie wyraża moich emocji w stosunku do tego fika. <3

Jest GENIALNY, o.

Cytat:
. Zbliżał się wieczór, czyli według normalnego człowieka późna noc

Kolejna osoba, dla której to dopiero wieczór? Mr. Green
Cytat:
- Och, nie! – House z powrotem wparadował do gabinetu, tym razem jednak bardziej metaforycznie niż dosłownie. – Nie ma mowy, nie będzie mi pani irytować pacjenta.

Dramatyczne podejście Housa w Twojej wersji, zasługuje na miano "Dramatu wszech czasów" XD
Cytat:
- Scarfy. Nikomu nie przedstawiam się z nazwiska, bo nikt by go nie wymówił.
- Kobieto małej wiary.
- Mężczyzno małego… nieważne.
- Ależ ważne!
- Nieważne!
- Skądże!

Domyślam sie, ze to nazwisko brzmi "Brzęczyszczykiewicz" hahaha Dialog 1 klasa! Chociaż niezmiernie ciekawi mnie, co House ma małego, jest tyle propozycji ^^

Shee, gdybym potrafiła pisać tak jak Ty, z całą pewnością napisałabym tutaj wiersz pochwalny, no ale niestety nie umiem, więc musi Ci wystarczyć zapewnienie, że bardzo, bardzo, bardzo mi sie podoba! <3 Wiecej!



_________________

PostWysłany: Sro 11:05, 18 Sie 2010
jeanne
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 50

Posty: 11087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ten fik jest super . ! Czekam na kolejne części . ; *



_________________
Image and video hosting by TinyPic


Make a better place < 33


;*

PostWysłany: Czw 19:40, 19 Sie 2010
Amu
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 22 Lip 2010

Posty: 3

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Więc jest MEEGA <3.
Jest to gatunek ficku ( na początku napisałam filmu hahaha ), który najchętniej czytam. Jest w nim intryga, miłość (Tak?), przestępstwo, niewyjaśniona sprawa zakochany Po prostu to wszystko co ubóstwiam.
Czytam każdą część, jak nową książkę Cobena czy Christie serducho.
House- Dupkiem był i dupkiem zostanie. Rozmowy z Scarfy po prostu znów mega. Choć tak kobieta jest dziwna tak samo jak Win hmmm, ale to nie ważne.
Wilson- Jak zwykle zakochuję w sobie zÓe, chłodne kobiety. Ten facet ma jakiś magnes czy co? :O.
Cuddy- Nie wiem co o niej sądzić, Czekam na dalszy ciąg.

Shitzune napisał:
- Na litość boską, królowo! Czy ośmieliłbym się nalać damie whiskey? To czysty spirytus.

Padłam hahaha House i polskie korzenie hahaha ?

Shitzune napisał:
Mężczyzno małego… nieważne.
- Ależ ważne!
- Nieważne!
- Skądże!

hahaha Mogę się z nią pokłócić, no ! Very Happy

Shitzune napisał:
Od jak dawna kocha się pan w Lisie Cuddy?
- Odkąd wpuściłem jej żabę do stanika.

hahaha *wdech, wydech, wdech* nie no nie mogę hahaha


CUDO. KRYMINAŁ Z ZAJEBISTYM HUMOREM serducho. Czekam na więcej :*



_________________

„Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to co, już masz w sobie.”

PostWysłany: Pon 14:31, 23 Sie 2010
Guśka_
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 16 Kwi 2010
Pochwał: 42

Posty: 6652

Miasto: Mrągowo
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

To bardziej kwit z pralni niż rozdział, ale na razie musi wystarczyć.




1/4 ROZDZIAŁU 4


Powietrze! Słońce! Wolność, życie, radość!
I ponura jak egipski grobowiec Lisa Cuddy smętnie popijająca swoje latte w kubku z logo Starbucks.
Mój Boże, trup wykazywałby więcej entuzjazmu.
No dobra, niech będzie – uprzedziłam się. A Cuddy naprawdę miała dużo powodów do niepokoju. Ale oczekiwałam choć odrobiny wdzięczności za to, że wyciągnęłam ją na kawę – prawdziwą, przepyszną kawę, nie taką z automatu – że wyciągnęłam ją na świeże powietrze. A zamiast tego otrzymałam kwaśny grymas i pomruk nie do zidentyfikowana.
Po latte trochę się rozchmurzyła, ale nie do końca.
Ja natomiast ze szczerym uśmiechem od ucha do ucha starłam słodką piankę od caramel macchiatto z nosa, oparłam się wygodniej o niewysoki murek odgradzający park od ulicy i czekałam na rozwój wydarzeń.
Dookoła nas spokojnie toczyło się życie. Uliczkami spacerowały matki z dziećmi, sędziwe pary i młodzi zakochani – od nadmiaru słodkości można było się aż rozchorować. Trawa była nieznośnie zielona i nieznośnie miękka; kusząco zapraszająca do zdjęcia butów i przechadzania się po niej. Powietrze pachniało świeżością i hot-dogami. Ot, zwyczajny dzień w New Jersey. Romantyczna sielanka. Normalnie wykpiłabym każdy możliwy jej element, ale wtedy…
Kiedy za dużo czasu spędzam wśród morderstw i psychopatów, moja biedna, skołatana dusza wręcz skamle o odrobinę cukierkowatości. Zostaję wtedy w domu, siedzę cały dzień w piżamie, nie myję włosów, oglądam bzdurny film albo czytam bzdurną książkę, odżywiam się lodami i coca-colą… No i obiecuję sobie, że rzucę moją pracę, zatrudnię się jako sekretarka w wielkiej firmie, wdam się w namiętny biurowy romans, wyjdę za mąż i będę miała fafnaście dzieci. A potem mi przechodzi.
Ale czasem melancholia i zmęczenie dopadają mnie w środku jakiejś wielkiej akcji. Powodują, że robię się rozdrażniona, że umykają mi fakty i nie zwracam uwagi na ważne szczegóły. Dlatego musiałam na chwilę uciec. Nie do końca rozumiałam jednak swoje motywy, które kazały mi zabrać ze sobą Lisę Cuddy… ale niech już będzie.
Jakby nie patrzeć, administratorka nieźle na tym skorzystała. Po jakichś piętnastu minutach wyglądała na uspokojoną. Po dwudziestu rozpogodziło jej się czoło. Po pół godzinie zaczęłam poważnie rozważać od-nielubienie jej!
A potem zaczęła wyglądać tak jakby chciała coś powiedzieć. Rzuciła mi kilka niepewnych spojrzeń, wzięła kilka przygotowawczych oddechów, ale za każdym razem, kiedy już otwierała usta, zmieniała zdanie i zajmowała się swoją kawą.
Prawda uderzyła we mnie jak grom z jasnego nieba: ona się mnie po prostu bała. A ten strach sprawiał, że czuła się tak niepewnie, że musiała trzy razy pomyśleć nad każdym słowem. Ha! Bawiłam się tą myślą przez chwilę, po czym odłożyłam ją na półkę faktów interesujących-ale-do-wykorzystania-na-potem.
- No dobrze – rzuciłam wreszcie, bo zrobiło mi się jej żal. – Pora wracać.
Cuddy zmieszała się.
- Myślałam… - urwała. Ha, przez cały czas myślała, że zabrałam ją ze sobą na spytki! Niedoczekanie twoje, o nie, to jest znacznie bardziej złożony proces psychologiczny, pani administrator, to pani jest tu główną bohaterką, nie ja… - To wszystko?
- Myślę, że powoli zaczynają się obawiać, czy nie zabiła mnie pani gdzieś w ciemnym zaułku i nie uciekła do Ameryki Południowej. – Udawałam, że jej nie zrozumiałam. O rany, ale zabawa! Cuddy odwróciła się, ale nie zdołała ukryć rumieńca. Wyrzuciła pusty już kubek po kawie i odruchowo wygładziła żakiet. Powoli ruszyłyśmy w stronę szpitala.
- Wiem, że to niezbyt komfortowe, ale jeśli pani czy pani pracownicy potrzebujecie czegoś z domów, proszę przekazać nam listę, zajmiemy się tym.
- Dziękuję – odparła sztywno, nawet nie patrząc w moją stronę.
Nie odezwałam się już więcej. Dałam jej wystarczająco dużo swobody do wypowiedzenia tego, co jej leżało na wątrobie. Mogła teraz bez większego skrępowania zarzucić jakiś, obojętnie jaki, temat.
Nie zarzuciła.
Przez całą drogę milczała tak zawzięcie, że zawstydziłaby nawet mumię egipską. A ja powoli zaczęłam wątpić w samą siebie. Miałam olbrzymią nadzieję, że mój przyjaciel zdobył nieco więcej informacji, bo póki co miałam wielkie nic.
Niespodziewanie tuż przy wejściu, już za policyjną taśmą, Cuddy odwróciła się z determinacją na twarzy i rzuciła prosto z mostu:
- Pani naprawdę myśli, że to zrobił ktoś z moich ludzi?
Zamrugałam szybko.
- Pyta pani o moje zdanie czy o zdanie FBI? – spytałam przytomnie.
Zawahała się.
- Pytam o pani zdanie.
Spojrzałam jej w oczy. Powróciła poprzednia nerwowość i niepewność; znów wyglądała na wymęczoną, przerażoną kobietę. I wciąż nie chciała mi powiedzieć czegoś bardzo ważnego.
- Nie, nie myślę tak – odparłam szczerze. Cuddy nieco się rozluźniła. – Ale moje przeczucia… - urwałam.
Albowiem w tym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że Cuddy wcale nie troszczyła się o swoich podwładnych. Nie była zmartwiona tym, że spoczywają na nich podejrzenia policji. Ona była przekonana, że ktoś z jej ludzi rzeczywiście był winny! I teraz chciała ode mnie potwierdzenia, że tylko sobie to wszystko wyobraziła, że tak naprawdę…
Ale dlaczego ode mnie? Co ja mogłam wiedzieć, po paru nędznych rozmowach?
Na dodatek – cóż, nie trzeba było być geniuszem, żeby wywnioskować, że administratorka podejrzewała House'a. Może miała jakieś powody, a może po prostu doszła do tego samego wniosku, co ja: że szalony doktorek mógłby to zrobić, gdyby tylko miał dobre uzasadnienie. Ja jednak tego uzasadnienia nie dostrzegałam… póki co.
- Pani go znała? Louisa Flame'a? – Z rozmyślań wyrwał mnie drżący głos Cuddy. Machinalnie skinęłam głową.
- Pracowaliśmy razem przy paru sprawach, tak.
- Czy… miał jakąś rodzinę?
- Dlaczego pani pyta?
- Czy zawsze odpowiada pani pytaniem na pytanie? – rzuciła z rozdrażnieniem. Uśmiechnęłam się.
- Tak. Miał żonę i, zdaje się, dwie dorosłe córki – dodałam po chwili. – Czy to ma jakieś znaczenie?
Pokręciła z zamyśleniem głową. Nie byłam pewna, czy mnie aby usłyszała.
- Louis kontaktował się z kimś przed śmiercią – rzuciła niespodziewanie… i zupełnie niejasno. Spojrzałam na nią z niezrozumieniem. – Nie wiem, czy znalazł coś w rzeczach Hernandeza, czy wpadł na jakiś trop, czy cokolwiek innego… ale kontaktował się z kimś… od przemytu.
- Mafia? – podchwyciłam szybko.
- Nie wiem. – Cuddy była już zupełnie blada jak ściana. – Nie znam szczegółów. Jeśli ten Hernandez jest powiązany z mafią, to zakładam, że tak, bo to było coś związanego z nim…
- Sprawdzaliśmy bilingi, nie znaleźliśmy nic szczególnego.
- Dzwonił z mojego telefonu.
Spojrzałam na nią z ukosa. No ładnie! Niegrzeczna dziewczynka!
- Dlaczego nie powiedziała nam pani tego wcześniej?
- Ponieważ… ponieważ nie tylko ja o tym wiedziałam. I myślałam… myślałam, że on sam wam powie – wyjąkała, nieudolnie próbując utrzymać opanowanie na twarzy.
Zaklęłam w duchu.
- On?
- H-House – wyjąkała wreszcie. – Podsłuchiwał nas. Nie powiedział o tym? Pani albo pani partnerowi?
Nie odpowiedziałam. Ruchem ręki dałam znać stojącemu przy drzwiach agentowi, żeby odeskortował panią administrator do jej gabinetu. Cuddy rzuciła mi ostatnie rozpaczliwe spojrzenie – jakby chciała mi przekazać, że teraz wszystko w moich rękach.
W tym jednym jedynym momencie poczułam do niej mimowolny podziw. To milczące poświęcenie, trwanie po jego stronie aż do końca, chronienie go… Zaimponowała mi.
Ale tylko na moment.



Autor postu otrzymał pochwałę.

_________________

In 30 years, kids as young as 6 or 7 will be sitting in classrooms hearing that women didn’t always have the rights to their own bodies and how boys couldn’t marry boys and girls couldn’t marry girls and they’re going to be as confused and disturbed as when we first learned about slavery and Black Codes.

PostWysłany: Czw 15:19, 21 Kwi 2011
Shitzune
Katalizator Zbereźności



Dołączył: 07 Kwi 2009
Pochwał: 47

Posty: 10576

Miasto: Graffignano
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

*podskakuje i wykonuję swój taniec*
Są nowe części <3 !
Taką opowieść to chętnie przeczytałabym w wersji książkowej. Ciągle wracałabym do niej i uśmiechała się, jak głupia. Jest tu wszystko co cenie w literaturze, czyli : Zagadka, morderstwo, intryga, agenci FBI, podejrzani, humor, Zakochani (shippuję H/C i W/S) oraz ogólnie akcję w USA. Very Happy
Oczywiście jest tu House'owatość.

Nie wiem, ale bardzo, ale to bardzo polubiłam Scrafy. XD

Życzę weny i czasu, którego będziesz miała coraz więcej, bo Twoje kochane studia dadzą ci ulgę i swobodę w pisaniu.



_________________

„Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to co, już masz w sobie.”

PostWysłany: Czw 18:12, 21 Kwi 2011
Guśka_
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 16 Kwi 2010
Pochwał: 42

Posty: 6652

Miasto: Mrągowo
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.08794 sekund, Zapytań SQL: 14