[House] Zew wolności, więzy krwi [3/3] [Z]

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Inne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Zew wolności, więzy krwi [3/3] [Z]

Pierwsza dłuższa rzecz w tym dziale. Przerwa od "Świata...". Mam nadzieję, że się spodoba, bo dość niekonwencjonlane.
Części będą trzy. Chyba.






"Zew wolności, więzy krwi"

Co ja tu właściwie robię?, zastanawia się, siadając na wskazanym miejscu. Szybkim ruchem wygładza spódniczkę na kolanach. Z irytacją wpatruje się w nieposłuszną fałdkę.
Przenosi wzrok na obdrapany stół, cały w wyrytych napisach. Jej wzrok pada na kilka nieprzyzwoitych napisów i w jej umyśle znów rodzi się myśl, że robi coś niewyobrażalnie głupiego. Wodzi wzrokiem po szarych ścianach, odpadającym tynku, stalowych kratach w oknie, na widok których do głębi przenika ją chłód.

Kiedy przygląda się płaczącej kobiecie przy stoliku pod ścianą i jej mężowi odciąganemu przez strażników myśli, że może kraty są nie tylko po to, żeby nikt nie mógł wyjść, ale też po to, żeby nikt nie był w stanie wejść. Dałaby sobie rękę uciąć, że niejedna matka byłaby gotowa spać na podłodze celi, żeby tylko towarzyszyć niewinnemu synkowi. Niejedna żona wolałaby, żeby kilkudziesięciu facetów – dla których jedyną formą seksu jest gwałt, w końcu te wszystkie lata życia tylko z innymi mężczyznami, w zamknięciu, pełne poniżania, żalu i niezmierzonej goryczy przepełniającej każdy centymetr sześcienny tego miejsca – wolałaby, żeby się z nią zabawiali każdego dnia, ale na noc mogłaby być przy mężu, niż spędzać te wszystkie lata na wolności bez niego, pozbawiona jakiejś ważnej części, która definiuje – już nie – fragment jej tożsamości.

Oddycha trochę głębiej i od razu tego żałuje. To miejsce cuchnie. Cuchnie, tak mocno, przeraźliwie mocno. Mimo, że wie, że to pomieszczenie jest regularnie czyszczone, że nie ma prawa czuć tych wszystkich rzecz – to czuje, swąd niemytego ciała, odór szczyn dochodzący z rogów pomieszczenia, zapach krwi i głodu, a przede wszystkim czuje cierpienie, wszechobecne cierpienie i tę przemożoną chęć zostawienia tego wszystkiego, cew wolności, przenikający każdego więźnia. Ta potrzeba, by w końcu – raz, choć na chwilę – odetchnąć powietrzem nieobjętym murami, powietrzem, czystym od żalu, goryczy i upokorzenia…
Upokorzenie. Tak, to jest to słowo. To wszystko… To wszystko jest największym upodleniem człowieka. I… zastanawia się, czy oni wszyscy naprawdę na to zasłużyli?

Przypomina sobie tych wszystkich mężczyzn, o których mówiono w telewizji – rozbój z bronią w reku, dwoje ludzi nie żyje; seria brutalnych morderstw nieznanego sprawcy; młode dziewczyny znikają z domów w niewyjaśnionych okolicznościach – i wie, że tak, że wielu z nich zasługuje na coś znacznie gorszego. Ale czy oni… czy oni wszyscy, na pewno, czy są wystarczające dowody, by upodlić ich tak, by przestali być ludźmi?
Przez jej uszy jeszcze raz przenika wibrujący – nieludzki, tak nieludzki – krzyk, który usłyszała przekraczając bramę. Zdaje się jej, że znów do niej dociera, że przenika ściany, że rozchodzi się wciąż i wciąż, dając świadectwo kompletnemu zezwierzęceniu.

Ponownie wygładza fałdkę na spódniczce. Czuje jak żołądek podchodzi jej do gardła i chce tylko zerwać się na nogi i wyjść. Nie może. Nie zdąża.

Drzwi otwierają się i wchodzi przez nie starszy człowiek, prowadzony przez dwóch strażników. Mężczyzna idzie utykając, patrzy w ziemię, ale ona i tak może dostrzec mignięcie jego niebieskich oczu. Twarz pokrywa lekki zarost, na czubku głowy pojawiła się łysinka. Skóra zdaje się wisieć na wychudłym ciele, być tylko warstwą materiału, jak niebieska koszula i granatowe spodnie.

Strażnicy sadzają go na krześle naprzeciwko niej, a ona… Ona nie może się ruszyć, odezwać, nie może zrobić nic. Patrzy tylko na niego, w skupieniu, z uwagą kontemplując każdy szczegół jego twarzy, starając się zapamiętać jak najwięcej.

– Macie pół godziny – mówi sucho strażnik i odstępuje do tyłu.

Kobieta bierze głębszy oddech i chrząka znacząco, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Mężczyzna powoli odnosi głowę i przygląda się jej uważnie.

– Nie znam cię – mówi chłodno, obojętnym tonem. Dziewczyna drga na jego dźwięk. Nigdy wcześniej go nie słyszała… – Ale skoro zgodzili się na wizytę musisz być kimś z rodziny.

– Ja… – zaczyna, ale urywa od razu. Nie wie co właściwie powinna powiedzieć, zrobić. Jednego jest pewna – nie powinna była tu przychodzić.

– Kuzynka? Siostra? – Prawy kącik ust unosi się w krzywym uśmiechu. – Nie rozmawiałem z nikim z zewnątrz od dziesięciu lat i nie dostałem żadnego listu. Nie mam pojęcia kim jesteś. Nie wiem nawet kim ja jestem.

Drży. Czuje, że drży i stara się to jakoś opanować. Składa ręce razem i kładzie na kolanach. Wygładza fałdkę na spódniczce. Tak długo czekała na ten moment, a teraz… Teraz wolałaby uciec i zaszyć się w domu, schować pod kołdrą i jak wtedy, gdy była jeszcze mała, poprosić mamę, żeby przyszła do niej i opowiedziała bajkę. Ale nie może tego zrobić.
Bierze głęboki oddech.

– Nazywam się Bailey House. Jestem twoją córką – mówi i od razu sama wie, jak śmiesznie to brzmi.

Przez chwilę patrzy na nią beznamiętnie.

– Kłamiesz – stwierdza, bez cienia emocji w głosie.

Bailey otwiera szerzej oczy. Co takiego?

– Możesz nie wierzyć, ale to prawda. Moją matką jest Lisa Cuddy. Kiedy trafiłeś… tutaj… mama była w drugim miesiącu ciąży. Wszystko się zgadza, mam dziewiętnaście lat, i…

– Kłamiesz – przerywa jej z wystudiowanym chłodem. – A raczej po prostu się mylisz. Twoim ojcem jest Lucas Douglas, nie ja.

Dziewczyna mruży oczy. Jak on… jak on śmie?! Jak śmie jej wmawiać, że nie jest jej ojcem? Przecież ona… mama… Przecież ona wie!

– Nie mylę się – odpowiada z mocą. – Jestem twoją córką.

Patrzą sobie prosto w oczy, niebieski kontra niebieski. Twarz jej… ojca… przybiera nieokreślony wraz.

– W porządku. Jesteś moją córką. Po co tu przyszłaś?

Zatyka ją. Po raz kolejny podczas tej rozmowy nie wie co powiedzieć.

– Chciałam cię poznać, dowiedzieć się jaki jesteś…

– Więc już wiesz. Możesz iść – przerywa jej beznamiętnie i wbija wzrok w jeden z napisów na stole.

Kieruje wzrok tam gdzie on i… – cóż, za ironia!, „twoja córka to k**wa” nigdy tak bardzo nie rzucała się w oczy – wybucha śmiechem. Śmieje się wdzięcznie, śmieje się… śmieje się cały czas, głośno, donośnie, aż oczy wszystkich zwracają się na nią.

Czuje na sobie jego zdezorientowany wzrok, ale nie może przestać. Przecież tu nie ma nic śmiesznego, cała ta sytuacja jest raczej żałosna, raczej…

Ale ona się śmieje, wciąż i wciąż, głośniej… A przecież z nich dwojga to nie ona spędziła dwadzieścia lat w więzieniu stanowym, nie ona powoli traciła zmysły i wszelką chęć do życia, do jakiejkolwiek egzystencji. Nie ona.

Wreszcie przestaje się śmiać i napotyka jego nieprzenikniony wzrok. Żadne z nich nic nie mówi przez dłuższą chwilę. Nagle jego usta wyginają się w krzywym półuśmiechu. Odpowiada tym samym.

– Kiedy możesz przyjść znów? – pyta pozornie obojętnym tonem.

– Za miesiąc – odpowiada spokojnie.

Kiwa głową. Ona też.

Przygładza fałdkę na spódnicy i wstaje. Kiwa głową do strażników i kieruje się do wyjścia.

House jeszcze przez chwilę siedzi na krześle, dopóki nie zostaje zabrany. Patrzy znów na wulgaryzm na stole i myśli, że to może być interesujące.

Po raz pierwszy od dawna ma na co czekać.


Ostatnio zmieniony przez scribo dnia Wto 20:07, 01 Cze 2010, w całości zmieniany 2 razy



_________________
"Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć."

W. Wharton "Ptasiek"

PostWysłany: Pią 19:45, 14 Maj 2010
scribo
Kochanka klawiatury
Kochanka klawiatury



Dołączył: 25 Lut 2009
Pochwał: 12

Posty: 748

Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Inspirowane trochę "Skazanymi na Shawshank", trochę Edith Piaf, a trochę własnymi przemyśleniami i szalejącym Wenem. Ogólnie całość, nie tylko ta część.




Bailey znowu siedzi w tym samym miejscu, przy tym samym stoliku, a w drzwiach stoi ten sam strażnik. Przychodzi jej na myśl, że ta powtarzalność jest w pewnym sensie potworna – to symbol tego, że tu życie stoi w miejscu, nie rusza się, po prostu trwa w kompletnym bezruchu, jakby przekonane, że najmniejsze drgnięcie może być tragiczne skutkach. Zamraża ludzi, wypełnia ich chłodem od wewnątrz, wyniszcza, tworzy puste skorupy. Przeżera uczucia jak kwas wpuszczony do opakowania. Zamurowuje skrzydła wolności, na których kiedyś się unosili – latali, wysoko, wyżej, do chmur, do słońca, aż wreszcie doścignęli Ikara i spadli – a Bailey myśli, że może to i dobrze. Przecież nie ma nic gorszego, niż ptak zamknięty w klatce.

Potem myśli też, że z drugiej strony ten bezruch jest dobry. Może dzięki niemu niektórym udaje się nie zwariować, zachować przytomność umysłu. Pewien schemat, rutyna, to coś, czego można się uczepić i trzymać, trzymać – jak tonący na pełnym morzu choćby brzytwy się łapie, jak chce dryfować, choćby bezwolnie, ale pozostać na powierzchni, byle dłużej, nawet kilka sekund, pragnąc chwili, jednej, kolejnej – i nie puszczać.

Tylko, że świat na zewnątrz nie stoi w miejscu. I nie jest dostosowany do skorup, które zostają z tych ludzi. Ani do zwierząt, którymi stają się niektórzy z nich.

Bailey zastanawia się do których zalicza się jej ojciec. Czy zwariował – nie jest pewna, nie może być, przecież mama zawsze mówiła, że on był specyficzny, inny, unikatowy, że nikt nie mógł go całkowicie zrozumieć i że może zawsze był trochę, odrobinę szalony, na swój własny, urokliwy sposób – czy też stał się tą skorupą. Tą, zamrożoną w bezruchu, z ukamienowanymi skrzydłami. A wtedy przypomina sobie jego oczy i wie – wie – że nie może nie być. Że nie można być bardziej, niż on, być bardziej żywym do głębi, do wnętrza i wewnętrza, do siebie samego, nie można bardziej.

I myśli jeszcze, że może – ale tylko może, jeżeli naprawdę się postara – uda jej się przedrzeć przez to bardziej, przez cały ten mur, wzniesiony wokół niego, przez klatkę. Że pozna ten ogień rozpalający jego oczy.

Ogień zrobiony z lodu, płonący w oczach każdego, zaszczutego dzikiego zwierzęcia.

Bailey nie wie czemu właściwi okłamała swoją mamę. Przecież ona zawsze – każdego dnia, każdej sekundy, niezależnie od tego co właściwie zrobiła – była przy niej i wszystko wybaczała. Bailey myśli, że to może troszkę ze względu na ojca. Wujek Lucas opowiadał jej o nim – częściej niż mama, bo potem, kiedy podrosła, nawet nie próbowała jej pytać, widząc ból w jej oczach, ten błysk szaleństwa, innego szaleństwa, szaleństwa pełnego samotności pomimo obecności, pełnego pustki, mimo jej wypełnienie, pełnego nienawiści, pomimo miłości i wie, że nie może jej więcej o to pytać, o niego, nie może, w końcu to jej mama, nie może jej znowu na to narażać – i mówił wiele rzeczy, że był inny niż wszyscy, że był unikatowy, ale to wiedziała od mamy, bo to były rzeczy, które mama mogła mówić. Ale wujek Lucas opowiadał też, że bywał okrutny, bezlitosny i arogancji, że był nieszczęśliwym mizantropem, niezrozumianym geniuszem, postacią tragiczną. I że – nie, tego nie mówił, ale ona wiedziała, czuła to w podsłowaich i w podzdaniach, w nadsymbolach i nadznaczeniach – że był zły, że to zło wciąż w nim siedziało, głęboko, kiełkowało wciąż i wciąż i że dobrze właściwie się stało, że nigdy go nie poznała, bo nie mógł zasiać tego ziarenka i w niej.

Ale coś z niego zawsze w niej było, czuła to i czuje nadal, jest jak zadra na duszy, wciąż tkwi. I ona musi to zrozumieć, to poznać.

Dlatego, kiedy mama pyta ją gdzie była, kłamie. A raczej nie mówi całej prawdy, bo czuje, że musi poznać tę część siebie, zawsze tłumioną, starannie spychaną na bok – żeby nie krzywdzić mamy, żeby nie ranić jej jeszcze bardziej, żeby nie przypominać go ani przez moment i nawet nie wie, jak często jej to nie wychodzi, ale czuje, że mama czasami, ale tylko czasami, aż wzdryga się w jej obecności, gdy nieświadomie staje się nim. I wtedy mama jej nienawidzi i nienawidzi przez to siebie. Więc odsuwa się od mamy, żeby nie ranić jej jeszcze bardziej, niż to konieczne. Nie patrzy jej w oczy, za to śmieje się, śmieje się często, bo śmieje się jak mama, ale od jakiegoś czasu, naet wie od jakiego, od całego miesiąca, śmieje się inaczej, i mama się jej boi, wie o tym, ale to nie jej wina, w końcu on cały czas jest w niej, mimo, że mama tego nie chce. Więc bezpieczniej jest kłamać, lepiej, żeby mama nie wiedziała, że pozwala mu częściej wychodzić z ukrycia.

Stalowe drzwi zgrzytają. Paskudny dźwięk niesie się po całej sali odwiedzin, a oczy wszystkich wbijają się w drzwi. Prowadzą go ku niej – nie jest pewna czy się zmienił. Chyba nie, bo przecież jest zamrożony, a jego skrzydła zamurowane.

Siada naprzeciw niej i patrzy na nią tylko. Żadne z nich nic nie mówi. Przygląda się jego zapadniętym policzkom i myśli, że może lepiej by było dla niego, gdyby nie przychodziła, w końcu robi to tylko dla siebie, a on przez jest wybijany z rytmu, a ogień w jego oczach płonie jaśniej. Dzikie zwierze w nim zaczyna się szarpać, skrzydła znowu chcą latać i wznieść się ku wolności. Ale nie mogą.

– Jesteś moja – mówi nagle, lekko schrypniętym głosem, w którym dźwięczy stal.

Drga.

– Nie jestem – przeczy po chwili namysłu.

Unosi brwi.

– Ależ tak. Jeszcze się przekonasz.

Kręci głową.

– Tym razem się mylisz – stwierdza z mocą.

Śmieje się nagle i krótko.

– Nigdy się nie mylę.

Nie mieli racji, kiedy mówili, że jest arogancki i nazbyt pewny siebie. Nie jest. Nie jest też świadomy własnej wartości, nie jest nieskromny, skromny też nie. Po prostu jest inny, z innego świata, innej rzeczywistości. I czasami nie zauważa, kiedy te rzeczywistości się przenikają, a on po prostu przenosi niezbite fakty ze swojej własnej rzeczywistości na tę wspólną, należącą do wszystkich ludzi.

Milczą przez chwilę, każde myśli nad czymś innym.

– Myślisz, że już mnie poznałaś? – pyta po chwili, ale w pytaniu nie ma ciekawości, jest ledwie słyszalna prowokacja, skryta pod płaszczem obojętności.

– Nie – odpowiada Bailey i uśmiecha się delikatnie. – Nie sądzę.

– Więc pytaj – mówi i już uśmiecha się, unosząc kącik ust do góry, już szykuje te pokrętne, pełne kpiny odpowiedzi. – Zadaj to banalne pytanie: kim jesteś?

Bailey kręci przecząco głową.

– Wiem kim jesteś. Nie wiem jaki jesteś. Chcę wiedzieć czy bardziej tęsknisz za zieloną trawą czy błękitnym niebem. Chcę wiedzieć, czy twoje skrzydła pamiętają jeszcze jak latać, a język pamięta smak wolności.

Uśmiech znika z jego twarzy.

– Mnie już nie ma – mówi cicho po chwili milczenia. – Nie wolę trawy, nie wolę nieba, nie wolę życia. Ja nie istnieję, nie w tym miejscu, a nigdy go nie opuszczę.

– Czemu tu jesteś?

Uśmiecha się kpiąco.

– Matka ci nie powiedziała?

– Nie – szepcze, bo nie wie co to znaczy, nie rozumie, nie chce rozumieć i może nawet nie chce wcale wiedzieć.

– Zabiłem. – Patrzy na nią przez chwilę, oceniająco. – Żeby poznać smak wolności i zapach krwi. I żeby zgubić na chwilę siebie – milczy chwilę i dodaje – i już się nie odnalazłem.

Bailey bez słowa wstaje i daje znak strażnikom.

– Nie jestem twoja. Ja jestem tobą – mówi na odchodne i zostawia go z mętlikiem w głowie: i swojej i jego.



_________________
"Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć."

W. Wharton "Ptasiek"

PostWysłany: Sro 20:08, 19 Maj 2010
scribo
Kochanka klawiatury
Kochanka klawiatury



Dołączył: 25 Lut 2009
Pochwał: 12

Posty: 748

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Naprawdę mi się podoba.
Sam pomysł nie jest wybitnie genialny, ale nadrabia styl ficka. Opisy są wprost świetne! Smile Domyślam się, jak ciężko jest pisać w czasie teraźniejszym tak więc wielki ukłon w twoją stronę.

Cytat:
– Nie jestem twoja. Ja jestem tobą – mówi na odchodne i zostawia go z mętlikiem w głowie: i swojej i jego.

No i takim sposobem zostawiłaś i mnie z mętlikiem w głowie.


Cieszę się, że pierwsze opowiadanie, jakie komentuje na tym forum jest tak dobre. A jeszcze bardziej się cieszę, że przy wielu fickach w dziale "inne", w kolumnie "autor" pisze: scribo Very Happy

Tak więc z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy i wena życzę!

PS: Iiip! Masz świetny avatar! Dżony... buja w obłokach



PostWysłany: Sob 11:33, 22 Maj 2010
ShowEmotion
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 21 Lis 2009

Posty: 6

Miasto: Konin
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

podoba mi się! czekam na 3 część Smile



_________________

cudo zwane banerkiem od sinaj Smile

PostWysłany: Sob 22:12, 22 Maj 2010
zoś
Rezydent
Rezydent



Dołączył: 09 Lut 2010
Pochwał: 4

Posty: 218

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Dziękuję wam za komentarze: ShowEmotion i zoś.

Ostatnia częśc, chyba najgorsza z całości, zachwaine proporcje opisów do dialogów, lekko zmieniony styl. Na poczatku koncepcja byała inna, a wyszło jak wyszło - czyli jak zawsze.






Bailey wbija wzrok w ciężkie drzwi, czekając na przyprowadzenie ojca. Wie już, że to chwilę potrwa, tak jak przy poprzednich wizytach. Nie irytuje się przeciąganiem sprawy, po prostu siedzi i myśli. Bailey zastanawia się, czym właściwie jest wolność.

Kiedy była mała dziewczynką, sądziła, że wolność to możliwość pójścia gdziekolwiek się chce, kiedykolwiek się zapragnie, możliwość nie pytania o pozwolenie, wracania o dwojonej porze, podróżowania po całym świecie, poznawania najróżniejszych ludzi.

Kiedy trochę podrosła i dowiedziała się co się stało z jej ojcem – że jest w więzieniu, ale to nic, bo przecież ma mamę, ma wujka Lucasa i są szczęśliwi, zawsze, nie zawsze, w (nie)rzeczywistości – pomyślała, że wolność to bycie nieograniczonym. Nie pójście gdziekolwiek, ale pójście w ogóle, bo przecież powszechnie wiadomo, że w więzieniu nawet o wyjście do toalety trzeba się pytać.

Kiedy pierwszy raz skarcono ją za wyrażenie własnej opinii, sprzecznej z przyjętymi przez ogół, pomyślała, że wolność to prawo do mówienia tego, co się chce powiedzieć, bez względu na konsekwencje i wszystko inne.

Kiedy odwiedzała swojego przyjaciela na odwyku, doszła do wniosku, że wolność, to bycie niezależnym. Niezależnym od różnych środków psychotropowych, leków, alkoholu; ale przecież znała ludzi chorych, którzy pomimo przywiązania do łóżkowej aparatury zdawali się być… wolni.

Bailey myśli o tym, jak wujek Lucas mówił, że jej ojciec zawsze był wolny, że kochał wolność bardziej, niż cokolwiek innego, a przecież był tak zależny od wielu rzeczy… Może i mówił co chciał, ale przecież też czasami musiał się powstrzymywać. Więc co właściwie czyniło go tak wolnym?

Bailey przypomina sobie jego oczy, jego wzrok, to spojrzenie, przywodzące na myśl nieskończoność nieba, wszechobecność, ogrom. I myśli sobie, że już wie, że już rozumie ten fenomen – że nie jest on tym, co sądził wujek Lucas, jakoby to samotność czyniła go wolnym, ma świadomość, że to nie o to chodzi – że to w pewnym sensie myśl i pogląd, obecność i jej brak, że to wszystko nie kwestia prawdy i fałszu, ale postrzegania.

To fakt, że House nigdy się nie ograniczał, że zawsze był tak mocno, że zawsze miał poglądy niebanalne, nie włożone w sztywne ramy zdania reszty świata, całkowicie jego, nie skopiowane, nie zaczerpnięte, że myślał po swojemu, mówił po swojemu, był po swojemu. Nie przejmował się normami społecznymi – cóż, nie on jeden, ale on do tego całkowicie się odcinał od innych, po prostu był, on jeden, jedyny, nieprzewidywalny, inny niż wszyscy, wyjęty z niczego i z wszystkiego jednocześnie. Czuł, że może, że chce i tylko to miało znaczenie.

Kiedy drzwi się otwierają i prowadzą go ku niej, Bailey myśli, że nawet więzienie nie umiało tego w nim zabić, tej wolności niepodzielnie panującej w jego duszy. I dochodzi do wniosku, że to właśnie ten niepowstrzymany zew wolności sprawia, że część jego ciągle tkwi w niej, głęboko zakorzeniona, niezaprzeczalna, trochę szalona.

House siada i czeka, aż strażnicy się oddalą. Wbija w nią świdrujące spojrzenie, a Bailey uśmiecha się półgębkiem. Myśli, że chyba się stęskniła, ale nie ma zamiaru mu o tym mówić.

– Jednak przyszłaś – odzywa się wreszcie, z pewnym ociąganiem i niechęcią.

Unosi brwi.

– Czemu miałabym nie przyjść?

Uśmiecha się ironicznie – trochę gorzko? – i odpowiada:

– Większość ludzi traci chęć do nawiązywania bliższych kontaktów, kiedy dowiaduje się, że rozmawia z mordercą.

– Powiedzmy, że chwilowo ciekawość przewyższa obrzydzenie, awersję, moralność, cokolwiek – śmieje się krótko.

Powoli kiwa głową.

– W końcu jesteś moją córką, czyż nie?

Bailey uśmiecha się chłodno. Jest.

– Opowiedz mi.

Przymyka na chwilę powieki i odchyla się na krześle. Kości policzkowe stają się jeszcze bardziej widoczne, a skóra zdaje się nabierać sinego zabarwienia. Wygląda upiornie, tak martwo, w pewnym sensie, tak chorobliwie, że Bailey zastanawia się, czy za parę lat w ogóle coś z niego zostanie, bo już teraz jest – ale jakby go nie było i chyba zaczyna rozumieć, co miał na myśli mówiąc, że już go nie ma, że to już.

– Czemu chcesz to wiedzieć? To, że ja to zrobiłem, nie oznacza, że ty tez jesteś do tego zdolna.

Mruży oczy.

– Ciekawość.

– Kłamiesz.

– Nie. Nie mówię całej prawdy.

Śmieje się. Krótko.

– Oczywiście – milknie na chwilę. – Znasz nazwisko James Wilson?

Bailey marszy brwi. Na pewno kiedyś je słyszała, i to parokrotnie, ale…

– Nie. Nieszczególnie.

– Był moim najlepszym przyjacielem. – Nie mówi nic więcej, jakby to wszystko wyjaśniało.

– Próbowałeś go… chronić? Ratować? To dlatego…? – zgadywała.

Przerywa jej zimny śmiech.

– Och nie. Zabiłem go.

Patrzy na niego, prosto w oczy – już nie jak niebo, jak lód, jak arktyczny lód, ciągnący się bez końca, gruby, nieprzenikniony, twardy, zimny, lodowaty – i nie wie co ma myśleć, nie wie, o co pytać, nie wie, czego chce, czego nie chce.

Patrzy na nią oceniająco, jakby się nad czymś jeszcze zastanawiał.

– Nie, nie żałuję. Nie jestem dobrym człowiekiem. Nigdy nie byłem.

– Ale on… mówiłeś że był twoim najlepszym przyjacielem, więc dlaczego…?

House odchyla głowę mocniej w tył. Śmieje się cicho, śmieje się – nie wie, czy z niej, czy z siebie, czy z Wilsona, czy z tych wszystkich ludzi, którzy zawsze w niego wierzyli – i śmieje się wciąż, cicho, cichutko, cichuteńko.

– Widzisz, od początku chodziło o to, że kiedy jego nie ma – mnie też nie. Więc jestem wolny, całkiem wolny, jestem sam.

Bailey przełyka ślinę.

– Samotność nie oznacza wolności. Więzienie też nie.

House pochyla się do przodu, żeby szybko wypowiedzieć ostatnie słowa, zanim zabiorą go strażnicy.

– Nie. Ale morderstwo oznacza władzę. A wolność zawsze jest okupiona krwią.

Wyprowadzają go, a ona myśli, że wolność to straszna broń, że wolność wyniszcza, że wolność nie jest dla ludzi, tak jak ludzie nie są dla wolności. Wolność umie opętać, bo wolność to brak ograniczeń. Wolność to też odpowiedzialność, a tej ludziom wciąż brak.

A potem uśmiecha się z przekąsem i myśli, że wolność to mit.

KONIEC



_________________
"Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak, jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć."

W. Wharton "Ptasiek"

PostWysłany: Wto 19:51, 01 Cze 2010
scribo
Kochanka klawiatury
Kochanka klawiatury



Dołączył: 25 Lut 2009
Pochwał: 12

Posty: 748

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Zaczęłam czytać to opowiadanie...
Najpierw rzucił mi się w oczy ciekawy, niecodzienny pomysł na scenariusz. House jest trochę OOC, no ale po iluśtam latach spędzonych w więzieniu jest to naturalne. Pierwsze dwie części mnie nie porwały. Były dobre, na tyle dobre, że czekałam na ostatnią, ale nie porywały...
...za to ostatnia...
...szczerze mówiąc jeszcze się zbieram, nadal próbuję otrząsnąć...

Po pierwsze chodzi o to, że czytając to czułam niemal jakbym czytała o sobie, o swoim własnym dzieciństwie.

scribo napisał:
Bailey zastanawia się, czym właściwie jest wolność.

Kiedy była mała dziewczynką, sądziła, że wolność to możliwość pójścia gdziekolwiek się chce, kiedykolwiek się zapragnie, możliwość nie pytania o pozwolenie, wracania o dwojonej porze, podróżowania po całym świecie, poznawania najróżniejszych ludzi.
Kiedy byłam mała (nie wiem dokładnie, gdzieś ~8 lat pewnie) definiowałam kilka ważnych dla siebie pojęć. Kiedyś myślałam, że to normalne, że wszyscy tak robią, później okazało się, że wcale nie. Że wielu dorastających, a nawet dorosłych ludzi, nie zastanawia się nad znaczeniem pewnych słów i wartości. Ale wracając do tematu. Dwie najważniejsze dla mnie, zdefiniowane wtedy wartości ukształtowały mnie na resztę mojego życia: wolność i szacunek. Wolność jest zdefiniować cholernie trudno. Dla każdego ma inne znaczenie i inną wartość (dla wielu nie ma żadnej). Dla jednych wolność to niepodległość ojczyzny (którą to niepodległość też nie zawsze potrafią zdefiniować), dla innych wolność to niezależność finansowa, dla jeszcze innych wolność to podróże, wiatr we włosach i promienie słońce na policzku...
dla mnie (zgodnie z tym co zdefiniowałam sobie jako dziecko i czego trzymam się do dziś) Wolność to branie odpowiedzialności za siebie i możliwość samodzielnego ponoszenia konsekwencji własnych czynów.

Kiedy przeczytałam:
scribo napisał:
Wolność to też odpowiedzialność, a tej ludziom wciąż brak.

A potem uśmiecha się z przekąsem i myśli, że wolność to mit.

to po prostu opadła mi szczęka.

Nie potrafię wyrazić jak głęboko dotknęło mnie to opowiadanie, ale fakt, że poczułam pragnienie podzielenia się ważnym fragmentem mojego dzieciństwa o czymś tu chyba świadczy.

Oby takich opowiadań więcej. Oby ludzie nie chłonęli ich bezmyślnie, ale dostrzegali ich głębię i zaczynali rozmyślać nad zawartym w nich przesłaniem.

scribo: Dziękuję. I wielki szacun dla Ciebie. proszę



_________________
"To change the world, start with one step
however small, first step is hardest of all"
strony internetowe

PostWysłany: Sro 6:28, 02 Cze 2010
orco
Tłumacz



Dołączył: 17 Wrz 2009
Pochwał: 28

Posty: 638

Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Inne Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.12599 sekund, Zapytań SQL: 14