Pink Revolution
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Wiadomość Autor

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Pink Revolution

Oto fick. Zwykle nie zawracam sobie głowy takowymi, bo wolę pisać rzeczy, które tworzę od początku do końca, ale dla House'a postanowiłam zrobić wyjątek. Akcję trudno jednoznacznie usytuować, ale pozostałam przy "starszych Kaczuszkach". Zapewniam, że prędzej, czy później opowiadanko nabierze odrobinę erotycznej pikanterii. Czytajcie i cieszcie się - po to są ficki, czyż nie?




1. Różowe przedpołudnie

Zdjął ciemne okulary, gdy zaparkował motocykl pod kliniką. Było ciepło. Wiosenna świeżość wypełniła powietrze niczym delikatna woń perfum. Wilgotna, soczysta trawa olśniewała kolorem - tak perfekcyjnie zielona, zapraszająca by położyć się na niej, by cały dzień przeleżeć w parku ze słuchawkami na uszach, przy kawałkach The Who, albo Rolling Stones gapiąc się raz to w niebo, raz to na przechodniów, dla zabawy w myślach analizując ich zachowania. Niestety nie mógł. Był poniedziałek - dzień, którego nienawidził i który stanowczo nie powinien istnieć. Zwłaszcza, gdy od rana noga dawała o sobie znać i dopiero po końskiej dawce Vicodinu House zdolny był do czegokolwiek poza zwijaniem się z bólu na kanapie. Nie można mieć wszystkiego, przemknęło mu przez myśl. Rozpiął kurtkę, wziął laskę, niedbałym ruchem ramienia poprawił plecak i ruszył w stronę drzwi do szpitala.
W pierwszej kolejności skierował się do recepcji, bynajmniej w celu zajęcia się pacjentami z przychodni. Po prostu wziął bezczelnie całą garść lizaków z kubełka na blacie.
- Doktorze House - odezwała się pielęgniarka patrząc z oburzeniem jak chowa lizaki do kieszeni, po czym bierze następnego.
Nowa, pomyślał zrywając z wprawą folię zębami. Gdyby mnie znała, nie gapiłaby się z oburzeniem jak głupia, inne wiedzą, że notorycznie to robię. Dużo o mnie słyszała, niewiele widziała.
Oczy aż błysnęły mu z uciechy.
- Musi pan...
- Wybacz... Peggy - natychmiast dopasował do niej imię. Była drobna, po trzydziestce, z zadartym małym nosem i starannie ułożonymi, krótkimi włosami. Po prostu Peggy. - Ale nie jesteś w moim typie. Nie znoszę pretensjonalności - odparł i odwrócił się na pięcie, by udać się do windy.
- Na imię mam Julie. Proszę zaczekać, musi pan...
- Nie.
- Ale...
- Nie.
- Musi pan..
- Nie-e - zaprzeczył po raz kolejny, tym razem z naciskiem, odwracając się znów do niej. - Czy masz problem ze zrozumieniem tego słowa? To wyjaśniałoby czemu siedzisz w recepcji; do niczego innego się nie nadajesz.
Usta dziewczyny zadrgały z gniewu, nijakie, niebieskawe oczy zrobiły się jeszcze bardziej oburzone. House po prostu poszedł w stronę wind.
- House, zaczekaj! - usłyszał za sobą znajomy głos. Przewrócił oczami zniecierpliwiony. Odwrócił się. Cameron świdrowała go karcącym spojrzeniem.
- Jaki zimny ton! Nie za chłodno jak na siostrę miłosierdzia i opiekunkę uciśnionych, poszkodowanych, kalek...
- Przestań House, musisz natychmiast iść do gabinetu Cuddy - powiedziała tonem wskazującym na to, że sprawa jest poważna. Problem polegał na tym, że to, co Cameron zwykła uważać za priorytetowe House'a w większości przypadków co najmniej nie interesowało.
- Chyba jestem zbyt zajęty w przychodni - zaczął z szyderczym uśmiechem - Sama rozumiesz, ci wszyscy CHORZY LUDZIE, KTÓRZY MNIE NIE OBCHODZĄ! - postarał się by wszyscy pacjenci w poczekalni usłyszeli ostatnią część zdania. Odwrócił się chcąc odejść.
- House, proszę - Cameron chwyciła go za rękę. Cofnął dłoń szybko. Nie lubił, gdy dotykiem i słodkim, ale pełnym determinacji spojrzeniem próbowała skłonić go do czegokolwiek. - Idź do gabinetu Cuddy. To ważne, bardzo ważne.
- Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o jej tyłek - nie przestawał się drażnić - Czasami może chodzić też o pieniądze, ale... Nie, to nie to. - zaprzeczył tonem znawcy.
Po wyrazie twarzy dziewczyny wiedział jednak, że coś jest nie tak. Mógł z niej czytać jak z otwartej książki.

***

Nie bez zaciekawienia otworzył pierwsze drzwi. Teraz wstawiono tam małe biurko i krzesło, na którym siedział młody, dość mizerny i chudy elegancik w ciemnym garniturze, z krawatem i nienagannie wyprasowaną koszulą. W przedsionku było bądź co bądź mało miejsca na biurko i krzesło, więc całość prezentowała się dość żałośnie.
Całkiem jej odbiło, pomyślał House patrząc zdumiony jak elegancik poprawił okulary w grubej oprawce, otaksował go wzrokiem i zaczął wertować jedną z teczek na biurku. O dziwo żaluzje w szybach drzwi do gabinetu Cuddy były zaciągnięte. Ona rzadko ich używała.
- Pan to pewnie Gregory House - odezwał się chłopak patrząc zniesmaczony na pogniecioną, niebieską koszulę Grega
- Nie, Mick Jagger - odparł House bezczelnie i zignorował chłopaka bez pukania wpadając do gabinetu Cuddy. Już chciał powiedzieć kilka słów złośliwej krytyki, gdy zdał sobie sprawę, że coś tu nie gra. Gabinet był inny - inne meble, inny wystrój, nawet wykładzina, ale nie to najbardziej zadziwiało. Za biurkiem z jasnego bukowego drewna nie siedziała Cuddy. House szybko przywołał myśli do porządku. Vicodin nie mógł spowodować czegoś takiego. Naprawdę za biurkiem siedziała wielkooka blondynka w jasno różowym żakiecie. Strój nie był tak wyzywający i prowokujący jak u Cuddy, ale piersi napinające żakiet tak, że wyglądało to jakby jeden z guzików miał zaraz się urwać i tak robiły wrażenie. Złotowłosa odgarnęła z twarzy falisty kosmyk. Jej włosy były długie, imponująco gęste.
- Gdzie jest Cuddy? - zapytał House usiłując zamaskować zaskoczenie. Spojrzenie jej orzechowych oczu nie podobało mu się ani trochę - patrzyła nań jak wygłodniała lwica.
- A, pan to pewnie doktor House. Słyszałam już o panu co nieco.
- Autografy tylko w czwartki, propozycje matrymonialne od siedemnastej.
- Nie nosi pan fartucha - kobieta zignorowała jego prowokacyjną odpowiedź.
- W niebieskim bardziej mi do twarzy - uśmiechnął się dyplomatycznie nie spuszczając wzroku z jej biustu - Gdzie jest Lisa Cuddy? Co się tu do cholery dzieje?! - zmienił ton widząc, że blondynka wciąż nie zamierza odpowiedzieć na zadane wcześniej pytanie.
- Doktor Cuddy nie czuje się na siłach by sprawować władzę nad sprawami szpitala i... rozwydrzonym nastolatkiem - tu wymownie spojrzała na House'a - Jestem Samantha Gale, nowa administratorka szpitala. Jako, że pańska arogancja i niewłaściwe podejście do pacjentów są już legendarne może od razu zapoznam pana z nowymi zasadami.
- To może być nawet zabawne - House położył się na kiczowatej kanapie w kwiaty, która stała teraz pod ścianą, demonstracyjnie wyjął Vicodin i połknął dwie tabletki. - Zamieniam się w słuch.
- Po pierwsze fartuch, w moim szpitalu nie ma wyjątków. Po drugie codzienna praca w przychodni. Jeśli nie ma nagłego przypadku nie będzie marnował pan czasu oglądając kablówkę. Czas to pieniądz. Za każdy donos, że jest pan arogancki i niemiły dla pacjentów poniesie pan adekwatną karę.
- Chyba czeka na mnie interesują... tfu, ważny pacjent. W trosce o jego zdrowie muszę nalegać, abyśmy dokończyli tę rozmowę później. Może jak już wróci Cuddy? - zadrwił House wstając z kanapy.
- I ostrzegam - powiedziała Gale jadowitym tonem - Zwolnię pana jeśli to będzie konieczne. Zwłaszcza, jeśli spróbuje pan podjąc jakiekolwiek ryzyko bez mojej zgody.
- Jak na przykład sikanie do umywalki? - uśmiechnął się paskudnie kierując się w stronę drzwi.
- Pracę zaczyna pan o dziewiątej.
- Wstaję o dziewiątej, doktor Gale.
- Już nie. I proszę przekazać doktor Cuddy, że jeżeli jutro nie zjawi się w pracy może pakować swoje rzeczy.

***

Wilson zajęty wynikami badań jednej z pacjentek zatracił się w swojej pracy zapominając na chwilę o rzeczywistości. Wyniki po chemioterapii były skandaliczne. Kobieta umierała, a on nic nie mógł zrobić, poza powiedzeniem dwójce jej dzieci i mężowi, że został jej w najlepszym wypadku miesiąc. Rzeczywistość jednak zadziwiająco szybko przypomniała o swoim istnieniu wpadając do gabinetu jak huragan. Rzeczywistość chodzi o lasce, ma błękitne oczy, skórzaną kurtkę i garść Vicodinu w kieszeni... Nie, to tylko House. Ale czy jedno mimo wszystko nie równa się drugiemu?
House bez słowa osunął się ciężko na kanapę wlepiając w Wilsona dogłębnie pytające spojrzenie.
- Już wiesz - stwierdził smutno Wilson.
House przez chwilę siedział wpatrując się melancholijnie w podłogę. Znów podniósł wzrok na Wilsona.
- Nie, do jasnej cholery nic nie wiem! Co tu jest grane, co się stało z Cuddy? Ktoś zorganizował w jej gabinecie wystawę pod tytułem "Skrajne Patologie Głupoty".
- Nie mogę się z nią skontaktować - odparł Wilson, wziął stojący obok niebieski kubek z kawą i pociągnął łyk - Nie odbiera telefonów, dzisiaj też nie przyszła. Mam nadzieję, że...
- Chwila! - przerwał mu House - O ile dobrze pamiętam, gdy wychodziłem do domu w piątek ciesząc się perspektywą wolnej soboty wszystko było w porządku. No może tylko widziałem białego królika w kapeluszu - dodał ironicznie.
- W piątek tak, w sobotę już nie. Dzwoniłem do ciebie z dziesięć razy, co się z tobą działo?
- Bolało mnie, wziąłem dużo Vicodinu. Byłem na wpół przytomny, potem powyłączałem telefony... A wiesz, nie, wpadłem do pubu, w którym świętowały cheerleaderki, a potem...
- Jesteś szalony - przerwał mu Wilson - w dodatku twój organizm domaga się coraz większych dawek...
- Tak, tak, już to przerabialiśmy. Potem zajmiesz się wnikliwą analizą mojego nałogu, później weźmiesz się za moje monumentalne ego. A teraz powiedz co tu się w ogóle działo?
- Wiem tyle co ty. Teraz administratorem jest doktor Gale. Byłem u Cuddy, ale nie było jej w domu, albo nie chciała nikogo widzieć...
House wstał ruszył do drzwi.
- Hej, dokąd idziesz?
- Zajmij się moim zespołem. Przeanalizujcie moje ego - rzucił wychodząc - Aha - wychylił się jeszcze z korytarza - i nie ruszaj moich markerów.
Wilson westchnął zrezygnowany.

***

House wsiadając na motocykl domyślał się, że jeżeli wyda się jego nieobecność, nowa administratorka pewnie zechce mu pokazać kto tu rządzi. Cuddy potrafiła odpłacić mu za różne wybryki, grozić przychodnią, ale nigdy nie zrobiłaby tego w taki płytki i głupi sposób. Na domiar złego Samantha Gale zdawała się być osobą, która gotowa jest zaryzykować czyjeś zdrowie i życie aby tylko postawić na swoim i robić karierę. House z przyczyn oczywistych wolał żeby ryzykowała zdrowie i życie kogoś innego niż on sam.
Silnik zaryczał głośno, House ruszył z piskiem opon, aż smród palonej gumy uniósł się w powietrzu. Może i Cuddy bywała czasem nieznośna, ale ona mogła powiedzieć to samo o nim. W dodatku ona jedna wiedziała co tak naprawdę się stało.

***

Zabębnił po raz piąty pięścią w gładką powierzchnię drzwi wkładając w to coraz więcej frustracji. Zaowocowało to tylko bólem w nadgarstku.
- Cuddy! Otwórz, to ja! - krzyknął z irytacją,
- Idź stąd House! - odezwał się nagle łamiący się głos.
- Nie bądź głupia, otwórz te cholerne drzwi! Nie możesz siedzieć tam w nieskończoność.
Cisza. Westchnął chcąc wracać. Skoro twierdzi, że go nie potrzebuje, to niech Wilson się o nią martwi.
Wtedy szczęknął zamek w drzwiach. Cuddy spojrzała na niego niemiło. Płakała, zostały jeszcze ślady wytartych prędko łez, spojówki były zaczerwienione, a oczy wilgotne, błyszczące jak krople rosy.
- Nie mam ci nic do powiedzenia - rzuciła wściekłym tonem chcąc zamknąć mu drzwi przed nosem. Przytrzymał je jednak, wsunął laskę tak by nie mogła ich domknąć.
- Powiedz mi o co chodzi i już sobie idę, tylko po to tu jestem.
- Twój absurdalny pomysł robienia ostatniemu pacjentowi biopsji mózgu...
- Na którą sama się zgodziłaś.
- Bo myślałam, że masz rację, prawie zawsze masz.
- To tylko dowodzi jak kiepskim jesteś lekarzem, pozwalasz by inni decydowali, bo nie jesteś pewna. Dlatego zrobiłem bezsensowną biopsję...
- Przestań ze mną pogrywać! - krzyknęła tonem, jakiego jeszcze u niej nie słyszał. Przez chwilę House pomyślał, że choć raz nie powinien się odzywać. - Pacjent doznał zaburzeń równowagi, ktoś doniósł mu, że te badanie było bezsensowne, że niczego nie dowiodło. Załatwił prawnika, który był za wszelką cenę gotów odebrać ci licencję, więc powiedziałam, że to ja zdecydowałam o biopsji, wytłumaczyłam, że gdyby to było to co podejrzewaliśmy wcześniej uratowałoby mu to życie. Ty jesteś na lekach, mieliby haka na ciebie. Ja nie stracę licencji, ale przez twoją nadgorliwość nie jestem już dyrektorką szpitala. Zadowolony?
- Nie mógł dostać takich zaburzeń dopiero teraz.
- Tak, ale ojciec pacjenta jest wpływowy i nie lubi lekarzy, ciebie zwłaszcza. Na czas rzekomego śledztwa zdegradowali mnie do roli podwładnej Gale. Nie obchodzi ich, że nie biopsja była przyczyną.
- Coś innego powoduje te symptomy - wydedukował House - Coś, co wcześniej błędnie zdiagnozowaliśmy, lub coś zupełnie nowego. Jeśli znajdę...
- Zapomnij House - przerwała mu Cuddy - Masz zakaz zbliżania się do pacjenta, ja też. Wszystko przez to, że... Nieważne, odejdź, masz co chciałeś - powiedziała odwracając się i idąc w stronę kuchni.
House chciał zamknąć drzwi i odejść, coś jednak mówiło mu, że nie może, że nie powinien jej takiej zostawiać. Wszedł za nią.
- Cuddy, nie zachowuj się jak dziecko, musisz się pozbierać iść jutro do pracy, w przeciwnym razie...
- Ty możesz się zachowywać jak dziecko, ja nie - przerwała mu znów - ty nigdy się do końca nie pozbierałeś po tym co przeszedłeś, ale ja muszę - teraz już rozszlochała się zupełnie. House nigdy nie widział tej silnej kobiety w takim stanie. Nie miał pojęcia co ma robić. Wszedł za nią do kuchni i oniemiał zupełnie. W suficie ziała wielka dziura, ściany zawilgotniały, obsypywały się płaty tynku, a wszystko wyglądało jak po wojnie. Stanowczo za dużo na raz jak dla jednej kobiety. House zaklął szpetnie. Jakby instynktownie, podszedł do niej z tyłu, objął mocno jej szczupłe ramiona, przytulił ją. Poruszyła się w pierwszej chwili tak, jakby chciała go odepchnąć, ale tylko odwróciła się w jego stronę, oparła głowę o jego lewy obojczyk, przylgnęła do niego. Milczeli przez moment, ale House wiedział, że coś powinien powiedzieć, cokolwiek miłego.

- Cholera, ja nie umiem być aż tak miły!

- Nie możesz tu zostać sama. Bierz swoje rzeczy...
- Nie - odsunęła się teraz - Dam sobie radę. Po prostu stąd wyjdź, House - powiedziała z naciskiem. Tym razem usłuchał.



Autor postu otrzymał pochwałę.

PostWysłany: Sob 1:38, 28 Lut 2009
Miss Spookines
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 35

Miasto: Jawor
Powrót do góry




Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Podoba mi się wykrzyknik!
Mam tylko nadzieję, że kolejne częście będziesz wstawiać szybko, albo jeszcze szybciej, bo cierpliwość nie należy do moich zalet Wink
Dobrze się czyta, przejrzyście i wciąga - więc pisz, pisz, pisz Very Happy



_________________




Codziennie budzę się piękniejsza, ale dziś to już chyba
przesadziłam...

PostWysłany: Sob 9:33, 28 Lut 2009
lizbona
Diabetolog
Diabetolog



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 8

Posty: 1682

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

O borzesz ty mój! To jest genialne! *wpatruje się z błogim zadowoleniem w monitor* KoHam miłością bezgraniczną Twojego wredno/egoistyczno/chamsko/słodkiego Hałsa <3 Cudownie to wszystko opisałaś. Ludzie, wydarzenia, wszystko aż przemawia do czytelnika. I niecierpliwie czekam na dalej Very Happy



_________________

PostWysłany: Sob 10:22, 28 Lut 2009
jeanne
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 50

Posty: 11087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Ja również przyłączam się do tych zasłużonych zachwytów Smile Pisz, pisz, pisz i jeszcze raz pisz, mam nadzieję, że "coś" się zacznie dziać Mr. Green



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Sob 12:33, 28 Lut 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Radujcie się forumowicze. Wasze prośby zostały właśnie wysłuchane. Wyrazy uznania dla komentujących - moje ego was lubi, bura dla tych, którzy tego nie robią - moje ego za wami nie przepada, ale da się ugłaskać dodaniem komentarza Wink . Oto jest mojego ficka rozdział drugi.


2. Na niepewność umiera się powoli.

Za kryształowo czystą szybą okna piękny dzień spochmurniał szybko. Zerwał się wiatr wróżąc deszcz.
- Nie powiedział ci dokąd poszedł? - Chase spojrzał pytająco na Wilsona, który miał wyraźnie zakłopotaną minę.
- Czy to ważne? - Foreman wzruszył ramionami - Nie powinien opuszczać pracy, nie wyjdzie mu na dobre narażanie się Gale.
- Czy to nie jasne, że poszedł wyciągnąć coś z Cuddy? - odezwała się Cameron. - Znasz go, jak dręczy go jakieś pytanie musi mieć na nie odpowiedź.
- Może zajmijmy się pacjentem, którego przydzieliła nam Gale - Wilson spróbował skupić myśli całej trójki na nowym przypadku. - Kobieta, lat dwadzieścia, wymiotuje krwią, ma zawroty głowy, zapalenie płuc, zemdlała na stacji benzynowej.
- Zatrucie propanem - wtrącił Chase.
- To może być infekcja - odparł Wilson.
- Zrób badania na obecność raka, to podobno twoja specjalność - rozległ się znajomy głos - Pozwolę ci ją później pocieszyć, że cholernie bolesna śmierć to nic złego.
House stanął w drzwiach z zagadkową miną, przy której nawet sławny uśmiech Mony Lisy zdawał się blady i nic nie znaczący. Mina mówiąca "Wiem, ale nie powiem. I kto tu jest teraz królem?" - Zbliża się ocalenie moje aniołki - powiedział tonem tak słodkim, jakby rozdawał truciznę pod postacią cukierków. Rzucił na stół teczkę, podszedł do tablicy i wypisał wielkimi literami "ZABURZENIA RÓWNOWAGI, PODWYŻSZONY POZIOM Na, WYMIOTY, DRĘTWIENIE KOŃCZYN"
- Przecież właśnie dostaliśmy nowy przypadek. - zdumiał się Foreman.
- Gdzie ty byłeś? Wiesz co z Cuddy? - zaczęła wypytywać Cameron.
- Tak. - odparł promiennie. - Diagnozujemy pacjenta, którego ojciec wytoczył proces Cuddy. Gość ma wpływy dlatego Barbie przejęła stanowisko administratorki. Problem polega na tym, że nie mam prawa zbliżać się do synalka. Dyskrecja przede wszystkim. Gość uroił sobie, że problemy z równowagą spowodowała niedawna biopsja. Jak znajdę lekarza, który to wymyślił będzie potrzebował przeszczepu twarzy.
- Chciałeś powiedzieć niepotrzebna biopsja - odezwał się Wilson.
- Milcz, człowieku małej wiary! - wykrzyknął House tonem natchnionego kaznodziei. - Na czym to ja... Ach, tak. Dzieciak jest chory, a my nie wiemy na co, w dodatku nikt nie może wiedzieć, że ja za tym stoję. Zaraz powiecie mi, że to nie jest toczeń, więc was wyręczę - to nie jest toczeń.
- Skąd wziąłeś tą teczkę, skoro ty nie możesz się zbliżyć do pacjenta? - Wilson nie dawał za wygraną.
- Kupiłem na e-Bay'u.
- Jak mamy badać pacjenta, który nie jest nasz? - Foreman spojrzał wyczekująco splatając przedramiona.
- Dla niepoznaki przebierz się za wielką, czarną małpę. Wiesz czemu? Bo jesteś wielki i czarny - rzekł House sącząc złośliwość w każde słowo.
- Może przebierzesz się za uzależnionego kalekę - odciął się Foreman. - Pewnie wolałbyś maratończyka, ale chyba nie będziesz zbyt wiarygodny.
- Dobrą alternatywą dla małpy byłby złodziej samochodów, nie sądzisz?
- Jeśli nie przestaniecie zachowywać się jak dzieci, to do niczego nie dojdziemy. - przerwała im Cameron.
- On zabrał mi piłkę! - wyjęczał House niczym skrzywdzony sześciolatek. Cameron zmierzyła go swym słynnym umoralniającym wzrokiem.
- Ustalmy może jakąś strategię - rzucił zniecierpliwiony Chase.
- Składam to w twoje ręce, Bonaparte - oznajmił Greg dramatycznym tonem - A teraz propozycje.
- Addison - powiedział Foreman.
- Nie pasują zaburzenia równowagi - odparła Cameron - Podwyższony sód może wskazywać na układ krążenia.
- Neurosarkoidoza - zaproponował Chase - Jeśli ziarniniaki są w miejscach niewidocznych na tomografie. Mogłyby powodować tego typu zaburzenia.
- Przecież dlatego ostatnio robiono mu biopsję - zaprotestowała Cameron - Przecież szukaliśmy glejaków.
- Wtedy ich nie było, teraz pewnie już są. MR mózgowia i wszystko, czego potrzebujemy. Jak to zrobicie to już wasz problem - zdecydował House i wyszedł.
Wilson wybiegł za nim.
- House, zaczekaj!
House zwolnił nieco pozwalając, by Wilson zrównał się z nim. - Naprawdę sądzisz, że to sarkoidoza?
- Przez myśl mi nawet nie przeszło - House uśmiechnął się zawadiacko - Sądzę, że to Addison.
- To dlaczego... - Wilson przystanął na kilka sekund w zamyśleniu - Ty stary manipulancie! Sarkoidoza łapie się pod moją specjalizację, to o mnie chodzi.
- Dokładnie. Pogadasz niby po przyjacielsku, z Turnerem, on prowadzi ten przypadek. Delikatnie zasugerujesz, że to może być sarkoidoza, pójdziecie z tym do Barbie, a ty do robienia badań wyznaczysz mój zespół. Ona się zgodzi, bo to frajda odebrać mi zespół, żebym spokorniał.
- Nie spokorniałbyś nawet gdyby grożono ci obdarciem ze skóry.
- Tak, ale ona o tym nie wie. Zrobicie badania na co się da, w tym na Addisona i wracacie z tym do mnie.
- Czego miałbym to zrobić? To szaleństwo.
- Chcesz, żeby Cuddy wróciła tak samo jak ja, jesteś moim przyjacielem i zrobisz to, bo mam rację.
Wilson westchnął. Argumentacja była bądź, co bądź właściwa. Po chwili jednak jego twarz nabrała zagadkowego wyrazu. House wiedział, że nieuchronna, apokaliptyczna analiza psychologiczna; wzniosła i żałosna pędzi w jego kierunku niczym biblijny koniec świata.
- Chcesz, żeby wróciła Cuddy, bo masz wyrzuty sumienia, bo nie chcesz żeby była nieszczęśliwa, bo ty jednak coś do niej czujesz...
- Tak, niechęć. Każdy chce żeby wróciła, bo nie jest nienormalną blond zdzirą, ma ładniejszy tyłek, nie każe mi nosić fartucha i łatwiej manipulować kimś, kogo się zna na wskroś. Chcę, żeby wróciła, bo to dla mnie lepsze i daje większą autonomię działania.
- Robisz wszystko, żeby przywrócić Cuddy na stanowisko, jesteś skupiony, poddenerwowany, wredny bardziej niż zwykle, to o czymś świadczy - Wilson najwidoczniej nie zamierzał przestać. House chciał uciec. Mógł tylko chcieć.
- Tak, świadczy o tym, że cholernie boli mnie noga! - warknął wściekle - Tylko nie mów mi, że znów tęsknię za Stacy - doszedł do windy i wsiadł zamykając drzwi Wilsonowi przed nosem.
Nie, pomyślał Wilson wracając do swojego gabinetu. Ty tęsknisz za Cuddy, idioto.

***

Pochmurna aura działała usypiająco. Piękny dzień przeszedł w szaro bezbarwne popołudnie z chmurami ciężkimi niczym sztaby ołowiu, sunącymi po oceanie nieba, który wyraźnie wzburzył się i pociemniał. Wszystko zwiastowało, że będzie padać.
House czuł jak ciężkie powieki opadają nieprzyjemnie, zupełnie jakby ważyły tonę. Pozwolił im zasłonić oczy, ułożył się wygodniej na leżance. Spojrzał jeszcze raz przez okno na ciemniejące niebo i odpłynął, pozwolił by wiecznie pracujące tryby umysłu ostygły nieco. Zwłaszcza dzisiaj tego potrzebował. Nawet nie drgnął, gdy nowy egzemplarz Playboy'a zsunął się na podłogę z donośnym szelestem.

***

- House - wyszeptał mu ktoś do ucha słodkim, lukrowanym wręcz głosem. Podświadomie czuł słodkawe, damskie perfumy. Śnię, przemknęło mu przez myśl - śnię, ale zaraz się obudzę. Nagle policzek zapiekł jakby ktoś rozlał nań gorący wosk. House zerwał się rozcierając lewą stronę twarzy. Gale stała nad nim z mściwą satysfakcją wypisaną na twarzy, dopiero co opuściła dłoń.
- Podejrzewałem, że Barbie to straszne zdziry, ale ty się w tym gronie wyróżniasz - powiedział patrząc na nią wrogo - Na przyszłość jak chcesz mnie obudzić nie machaj rękami jakbyś miała Huntingtona. Jak przesuniesz je odpowiednio niżej...
- Pacjent przyszedł do mnie ze skargą - oznajmiła podnosząc z podłogi gazetę i wyrzucając ją do kosza.
- Nie po to mnie szukasz - odparł House tonem znawcy, kładąc się z powrotem i splatając dłonie za głową. - Wiedziałem, że do ciebie pójdzie, sprowokowałem go.
- Jeśli będziesz spał i urywał się w godzinach pracy nie zawaham się wylać cię stąd w trybie natychmiastowym.
- Proszę bardzo pani administrator - odparł House ignorując groźbę.
- Swoją drogą ciekawe po co wymknąłeś się na godzinkę...
- Chyba nie zaspokoję twojej ciekawości. W ogóle nie zamierzam cię w żaden sposób zaspakajać.
Jej nieszczery uśmiech zbladł momentalnie, twarz nabrała nieładnego wyrazu. Podeszła bliżej i zacisnęła bezlitośnie dłoń na jego prawej nodze. House jęknął z bólu, który poczuł aż pod czaszką. Wpił paznokcie w jej smukłą, choć silną rękę. Ależ bolało.
- Wystarczająco nisko? - zapytała nie puszczając - Nie wymykałbyś się cichcem, gdybyś miał gdzieś, że cię zwolnię, może nawet zwolniłbyś się sam dla własnej wygody. Zależy ci na tym, żeby tu być - puściła wreszcie. House rozcierał udo z zaciśniętymi zębami. - To z jakiegoś powodu chcesz tu zostać i zrobisz co chcę żeby tak pozostało. Pracuj jak należy i załóż fartuch - powiedziała kierując się do wyjścia. Niewiele potrzebowała by go rozgryźć. Nie była idiotką, to utrudniało sprawę.
- Zabieram ci twój zespół, teraz pracują z doktorem Wilsonem i doktorem Turnerem, a ty siedzisz grzecznie w przychodni i zaglądasz pacjentom w tyłki.
Wyszła zadowolona z siebie.
House wyjął Vicodin, połknął dwie tabletki. Jednak jest idiotką, pomyślał. Wszystko szło wedle planu.

***

Krople rzęsistego deszczu grały rytmicznie, rozbijały się na gładkiej płaszczyźnie szyby. Lało okropnie. House starał się nie skupiać na niczym innym poza telewizją. Nie potrafił.

- Widocznie sobie radzi, nie będę jej przecież niańczył
- Ale przecież nie powinna być sama, bardzo to przeżywa, jeszcze ta awaria rur. Teraz ma tam potop.
- Same z nią kłopoty, co ja sobie w ogóle wyobrażałem
- Chcę żeby wróciła tylko dlatego, że to jest dla mnie wygodniejsze. Jest przecież taka irytująca.
- Płakała... Po części przeze mnie. Co ja narobiłem? Który to już raz potraktowałem ją zbyt podle nawet jak na mnie.
- No, ale czy naprawdę musiała się tak mazać? Płacz niczego nie zmieni.


Pukanie do drzwi przerwało wrzące myśli. House spodziewał się, że Wilson nie odpuści z umoralnianiem, ale żeby z powodu unieszkodliwionych skutecznie obu telefonów nachodzić go w taką ulewę. Zwymyślać, zgasić i zamknąć drzwi przed nosem. To była dobra strategia.
Jakież było jego zdziwienie, gdy otworzył drzwi.
- Wcześniejsza propozycja nadal aktualna? Mój dom się sypie - powiedziała bardzo zmoknięta Cuddy.

***

- Wypij, rozgrzejesz się - podał jej kubek herbaty z rumem, cukrem i cytryną. Herbata okazała się właśnie chyba jedyną przydatną rzeczą wynikającą z dawnego pobytu Wilsona. Usiadł ciężko na kanapie obok niej. Cuddy otuliła się jego kocem, chętnie wypiła rozgrzewający napój, odstawiła kubek. - Jak się tu dostałaś? - zapytał House czując się jeszcze bardziej podle z powodu, że nie spróbował zabrać jej stamtąd po pracy. Normalnie nie miałby żadnych wyrzutów z tego powodu - przecież nie chciała. Mimo wszystko wyrzuty były i to niemałe.

- Co ja najlepszego wyprawiam?

- Autobusem. Jutro spróbuję znaleźć sobie coś zastępczego, zanim nie uporam się z remontem.
- Jutro idziesz do pracy, bo ta suka gotowa cię zwolnić i wystawić parszywą opinię. Z tego co widzę masz już wystarczająco kłopotów. Na razie nie przejmuj się mieszkaniem.

- Co ty gadasz bałwanie!? Nie wytrzymasz ze znerwicowaną Cuddy pod jednym dachem.
- Cholera, przecież nie mogę jej tak zostawić. Dlaczego nie poszła do Wilsona tylko do mnie? Wilson to bezpieczniejsza opcja w takim wypadku. A może ona... NIE!


- House... Dziękuję - powiedziała zaskoczona, patrząc mu prosto w oczy. Zmiękł całkowicie.
- Nie ma sprawy, zawsze chciałem mieć prywatny pokaz z pokojówką. Trzeba ci tylko znaleźć kostium - uśmiechnął się żartobliwie. Odpowiedziała uśmiechem, pomyślała, że naprawdę trudno nie darzyć sympatią tego bezczelnego drania.
- Moje Kaczątka robią testy - rzekł House dziwnie omijając jej spojrzenie, wzrokiem szukając czegoś na podłodze jakby był... Niemożliwe, pomyślała Lisa. Zakłopotany?
- Przecież tobie nie pozwolili prowadzić przypadku.
- Nie, ale teraz oficjalnie to są aniołki Wilsona. Właściwie Wilson's & Turner's company - główny sztab działający przeciw różowej rewolucji. Zgadnij, kto to wymyślił - mrugnął łobuzersko.
- I Gale dała się na to nabrać? - Cuddy uśmiechnęła się mimowolnie.
- Widzisz, jest za głupia na administratora. Zwolnią ją jak tylko udowodnię, że ten dzieciak ma Addisona.
Cuddy posmutniała nagle.
- Wiesz, ta praca to było pół mojego życia.
- Wiem - powiedział tonem tak miękkim, jakiego jeszcze nie słyszała. Inaczej niż zwykle.
Przysunął się bliżej niej, miała łzy w oczach. Objął ją. Teraz wtuliła się w jego ramię. Mocno, wręcz kurczowo.
- Dlaczego ty zawsze jesteś taki pewny swego? Dlaczego nigdy nie cofniesz się przed kompletnym szaleństwem? - spojrzała w te jego piękne, niesamowicie niebieskie oczy.
- Bo niepewność to idiotyczna choroba. W dodatku umiera się powoli - znów niski, miękki głos. Mogłaby go słuchać godzinami.

- Jakie on ma piękne oczy...

Ich wargi spotkały się tak nagle, ale z wyczuciem. Najpierw delikatnie, zmysłowo. Chwila niepewności. Cofnie się, pomyślał House. Oddała. Dotyk jego warg, smak, ciepło języka, teraz już kipiąc od namiętności. Dotknęła jego twarzy, zbłądziła dłońmi na kark, tuż przy lini włosów. Utonęła w pocałunku. Ekscytacja jakiej nigdy nie czuła. Dreszcz ją przeszedł, gdy zdecydowanym ruchem zmusił ją by się położyła. Odrywając się od niej na chwilę, by znów spróbować jej ust, potem rozkoszować się jedwabistą skórą na szyi. Czując jej dłonie błądzące po karku i ramionach, wsuwające się za koszulę. Westchnął aż przymykając oczy, każdym calem skóry chcąc zatrzymać to uczucie na dłużej.

- Głupia, co robisz?! Właśnie całujesz się i obściskujesz z Gregorym Housem! Jednak zwariowałaś. Potrzebny ci psychiatra - myśli Cuddy galopowały szaleńczo niczym spłoszony koń.

Znów pocałunek - długi i namiętny, głęboki. Jego dłoń zbłądziła na jej piersi, do guzików obcisłej bluzki.

- W co ty się pakujesz ośle? Przestań myśleć przyrodzeniem, a zacznij głową. Cholera, zawsze chciałem powtórzyć tamtą noc, ale co będzie jeśli... A z resztą, chrzanić to!

Sama wepchnęła sobie jego dłoń pod bluzkę. Znów przeszedł ją dreszcz podniecenia, gdy poczuła jego usta na dekolcie. Jego dotyk sprawiał, że czas stawał w miejscu, chciała, żeby to trwało bez końca. Teraz i tak wszystko inne jest bez znaczenia...

- A co jeśli nie? To się źle skończy, naprawdę źle. Seks z Housem na poprawę nastroju? Katastrofa! - Cuddy opamiętała się nagle

- House, nie - zaprotestowała. Wyswobodziła się z jego objęć. Odsunął się, jakby pomyślał o tym, co ona w tej samej chwili. Popatrzył na nią tak chłodno, tak dziwnie. Jakby czuł, że to był błąd.
- Idę pod prysznic - oznajmił sucho, bez podtekstu i emocji. Ten ton ją otrzeźwił. Byłam zdnerwowana, pomyślała. Nigdy więcej tego nie zrobię. Jutro się stąd wyniosę. Byłam... Cholera, czyli pomogło? Tak, ale kosztem setek problemów wynikających z tego co się właśnie wydarzyło. Dobrze, że nie posunęliśmy się dalej.

***

Ciepła woda pieściła delikatnie twarz, by spłynąć po ciele szybkimi strumieniami. Jestem idiotą, pomyślał odkręcając mocniej kurek z ciepłą wodą. Nie trzeba było tego zaczynać. Mogę tylko bardziej ją skrzywdzić w ten sposób. Co z tego, że niczego głębszego do niej nie czuję. Zraniona nie będzie potrafiła się pozbierać, już nie potrafi. Będzie bezużyteczna. Ale przecież ja nie chcę, żeby była nieszczęśliwa, chcę... Nie! Koniec! To był jeden raz. Nic nas nie łączy, czasem tylko wydaje mi się, że coś połączyć nas może. Głupie złudzenia. Jestem idiotą. Obrzydliwie banalny łańcuch przyczynowo skutkowy - ona płacze, ja mięknę i ją przytulam, ona przykleja się do mnie, ja znów mięknę i ją całuję. Wielkie tryby wielkiej machiny śliskiej od intymnego nawilżacza, sygnowanego znakiem wielkiej dupy bogini płodności czczonej tysiące lat temu - pożądanie. Wniosek jest jeden - jakkolwiek cywilizacja nie posunęła się do przodu Ziemia ciągle kręci się wokół wielkiej dupy.

***

Siedziała na kanapie, znów owinęła się kocem, który przesycony był jego zapachem.

- Trzeba było pójść do Cameron. Nie cierpię tej dziewuchy, ale przynajmniej nic by się nie stało. Mogłam iść nawet do Wilsona, on przynajmniej nie ma w sobie tego czegoś, co ma House. Czegoś, co sprawia, że każda kobieta w promieniu stu metrów ma się ochotę na niego rzucić. Ja znalazłam się stanowczo za blisko. Ale przecież tyle lat nie obchodził mnie, przynajmniej nie aż tak... Nigdy więcej użalania się nad sobą, to się źle kończy. Był miły, bo potrzebuje mnie w klinice i tyle. Nie wolno ufać House'owi.

***

Siedział przy stole w kuchni, słuchał jak idzie do łazienki, jak bierze prysznic, potem wychodzi do pokoju. Cisza.
Na stole rozsypał Vicodin i zamyślony układał z tabletek różne kształty. Wszystko zmieniło się w ciągu jednego dnia. Nagle miał na głowie nową, nieusptępliwą szefową w pracy i Cuddy u siebie w domu. Nawet jak dla genialnego diagnosty i dupka to było zbyt wiele. Oparł się na łokciu, grzebietem dłoni przetarł zmęczone oczy. Wyprostował się, pozbierał Vicodin i wstał. Krok w przód i nagły bolesny skurcz prawej nogi brutalnie posadził go na podłodze. Przymknął oczy próbując rozmasować obolałe mięśnie, czy raczej to co z nich zostało. Zaklął cicho przez zaciśnięte do granic zęby. Poczekał chwilę aż okropne uczucie zelżało, wypuścił głośno powietrze z płuc. Wstał łapiąc się blatu stołu - ostrożnie, starając się jak najmniej obciążać prawą nogę. Spojrzał w stronę kanapy. Cuddy spała tak mocno, że nawet nie zdołał jej zbudzić hałas, gdy House runął na podłogę. Koc zsunął się z niej, leżał obok kanapy, więc skuliła się we śnie z zimna. Czerwona koszulka z satyny i obcisłe damskie bokserki uwidaczniały miłe oku krągłości. Greg chciał po prostu jak najszybciej znaleźć się w sypialni, położyć się, zasnąć. Zatrzymał się w pół drogi. Przecież nie może pozwolić jej przemarznąć. Wrócił. Schylił się i podniósł koc, przykrył ją delikatnie, tak, żeby nie obudzić.

- To by była katastrofa. Ja troszczący się o kogokolwiek. Chyba napisaliby o tym w The Times.

Poruszyła się przez sen rozchylając lekko wargi. Wyglądała nieziemsko. Gdyby uosobić fiolkę Vicodinu, to wyglądałaby właśnie tak, pomyślał zapominając na chwilę o bólu.

- Dosyć! Cholera! Żeby nie móc się opanować tylko z powodu śpiącej Cuddy. Garść Vicodinu i sen, tego mi trzeba.



PostWysłany: Sob 20:00, 28 Lut 2009
Miss Spookines
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 35

Miasto: Jawor
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

*zaśliniła się na śmierć*
Guru ty moje! Jeanne bardzo się raduje i oznajmia, że koHa Twojego wena i błaga o dalej.
Cała ta sytuacja, ohhhh. Nieziemska. Teksty Housa boskie, intryga cudowna, a potem to z Cuddy buja w obłokach Gdybym miała cytować to, co mi się podobało, to musiałabym 3/4 tekstu przepisać. Przez całą część mamrotałam pod nosem "O borze, o borze" podnieconym głosem. Co Twój fik robi z nienormalnym człowiekiem!
BŁAGAM o dalej.
spragniona dalszej części:
J.



_________________

PostWysłany: Sob 21:33, 28 Lut 2009
jeanne
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 50

Posty: 11087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Jak mogłaś przerwać w takim momencie? Przecież to niehumanitarne! No i Cuddy pewnie boi się sama spać... Wink



PostWysłany: Sob 21:34, 28 Lut 2009
rocket queen
Pumbiasta Burleska



Dołączył: 19 Gru 2008
Pochwał: 57

Posty: 3122

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

mnie też sie podoba.

Troche intryguje mnie tytuł. Revolution chyba już się zaczęla, ale dlaczego pink? Mam nadzieję, ze dalej sie dowiem.

Na początku nawet pomyslałam, że dr Gele będzie godnym przeciwnikiem dla House, ale jak sie dała wkręcic to sie wycofałam z tego pomysłu. No chyba, ze ona wie, ze została wkręcona i sie nie przyznaje, bo ma w tym ukryty cel.

Rozumiem, ze Huddy się dopiero rozkręca.

Czytało sie dobrze, więc pisz!



_________________
ikonka od woźnego rocket queen

FUS - Frakcja Uaktywnionych Seksoholików

PostWysłany: Nie 0:51, 01 Mar 2009
Lupus
Kot Domowy



Dołączył: 23 Gru 2008
Pochwał: 5

Posty: 3179

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Bardzo mi się podoba.

Przeczytałam dwie części i powiem, że mnie to intryguje.
Samo opowiadanie, jak i również tytuł.
Czekam na więcej.
Pozdrawiam :*



_________________
Marilyn
"Jeśli reguł moralności nie nosisz w sercu, nie znajdziesz ich w książkach..."
"... miłość po prostu jest. Bez definicji. Kochaj i nie żądaj zbyt wiele. Po prostu kochaj.."-
Paulo Coelho
"Miłość prawdziwa zaczyna się wtedy, gdy niczego w zamian nie oczekujesz..."-Antoine de Saint-Exupéry

PostWysłany: Nie 11:23, 01 Mar 2009
minnie
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 24 Gru 2008

Posty: 62

Miasto: Szczecin
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

Trzeci rozdział. Pewnie powinnam teraz skromnie poużalać się nad tym, że to beznadzieja, ale nie mam w zwyczaju tego robić, toteż nie będę. I nic mnie nie obchodzi, że istnieje moda na chorobliwą skromność autorską. Dzisiaj dedykacja - dla Jeanne.


Izabella napisał:
Revolution chyba już się zaczęla, ale dlaczego pink? Mam nadzieję, ze dalej sie dowiem.


Trochę domyślności! Gale to blondyna w różu, House nazywa ją Barbie. Z jakim kolorem może kojarzyć się Barbie?



3. Nevermore

- Gregory! Do mnie! Marsz! - huknął nieprzyjemny głos.
Greg wszedł do salonu z tak demonstracyjną opieszałością i lekceważeniem na jakie tylko było go stać. Znowu bezsensowna kara, która i tak niczego nie zmieni. Kiedy ten idiota to pojmie? Ojciec zwykle nie patrzył nawet na niego, gdy z nim rozmawiał, teraz świdrował go zimnym spojrzeniem. Teraz mnie zabije, pomyślał House.
- Ty bezczelny, chamowaty gówniarzu! - standardowa odzywka przy skrajnej furii
- Też się cieszę, że cię widzę - odparł ironicznie.
- Zamknij się! - ojciec podniósł się z fotela - Co masz na swoje wytłumaczenie? Wiesz jaki wstyd przynosisz mi takim zachowaniem? Mój syn powinien dawać przykład, przynosić dumę, a ty palisz w toalecie i obrażasz nauczycielkę. Znów wezwano mnie do szkoły. Masz szlaban, na wszystko.
- A toaleta i oddychanie? Tlen bywa potrzebny, wiesz.
- Wynocha na górę! Zejdź mi z oczu!
- Jesteś taki naiwny... tato - ostatnie słowo wypluł jakby było gorzkie. Ten głupiec nie wiedział, że on to robi specjalnie, bo nic innego nie zwracało uwagi House'a seniora. - w wojsku piorą mózg, trudno.
Siarczysty trzask i piekący ból z lewej strony twarzy. Greg wzruszył ramionami, wyszedł. Stłumił łzy cisnące się do oczu. Nie dlatego, że ojciec uderzył, bo często to robił. Po prostu z gniewu. Bolało, ale teraz gdzieś indziej, niżej. Noga? Prawa. Ale dlaczego...

***

Przenikliwe, mechaniczne wycie gdzieś w jego głowie, szum wody. Boli.
Obudził się nagle podnosząc natychmiast na łóżku. Szum wody w kranie, potem suszarka.
No tak, pomyślał, jakbym znów mieszkał z Wilsonem. Spojrzał na zegarek. Psia krew, jest za pięć siódma! Zabiję ją!

***

Cuddy wyszła z łazienki roztaczając wokół ciężką, kadzidlaną woń perfum. Od wewnętrznego rozpromienienia wciąż dzieliły ją setki mil bezdroży przez ponure zakamarki umysłu, ale odległość była mniejsza niż wczoraj.

- Zasługa kilku porządnych godzin snu, braku rozpadającej się kuchni, herbaty z rumem i... Mniejsza o zasługi innych.

Zastała House'a w kuchni. Zaspanego, z na wpół przymkniętymi oczami, z głową złożoną na przedramionach opartych o stół, zaabsorbowanego wielkim kubkiem kawy. Wyglądał jakby nic innego nie było w stanie w tej chwili zwrócić jego uwagi.
- O, już wstałeś - rzuciła tonem niewiniątka. - Dobrze ci się spało?
Greg posłał jej mordercze spojrzenie znad niebieskiego kubka.
- Znakomicie - odparł biorąc mały łyk - gdzieś tak do za pięć siódma. Stanowczo za krótko, nie sądzisz?
- Och, biedactwo - Cuddy zmartwiła się teatralnie, iście po aktorsku unosząc dłoń do czoła jakby robiło jej się słabo. - Gdybym tylko wiedziała... Wcale nie zostawiłabym otwartych drzwi.
Gdyby House miał moc zabijania spojrzeniem, Cuddy już dwa razy miałaby okazję zostać uśmiercona. Lisa uśmiechnęła się niewinnie. - A wczoraj tak się martwiłeś, żebym poszła do pracy.
- To było przed, czy po tym jak wygniatałaś swoim wielkim tyłkiem, odzianym w czerwoną satynę, dziurę w mojej kanapie?
- Na długo przed twoim żałosnym mruczeniem przez sen i ślinieniem się w poduszkę. Widać twoje usta nie mają w zwyczaju zamykać się kiedykolwiek.
- Tak jak twój zadek nie wypinać - zripostował House - W tej czerwonej satynie robiłby furorę w komunistycznej Rosji. Brakuje tylko sierpa i młota.
- Twój nie zrobi kariery nigdzie, a już na pewno nie na pokazach Chippendales'ów. Możesz zazdrościć - odparła podchodząc do lodówki i otwierając drzwiczki. Otaksowała wzrokiem świecące pustkami półki. - Rany, House, czy ty żywisz się czymś jeszcze poza lizakami z recepcji, bajglami i kawą?
- Tak, Vicodinem i tym, co zabiorę Wilsonowi. Muszę niedługo wprosić się do niego na kolację. Te naleśniki... żałuj, że nie próbowałaś - zamyślił się z błogością wymalowaną na twarzy.
- Jajka, szynka... eh, chyba nic więcej nie uda mi się wymyślić.
- Świetnie. Zrób mi też - powiedział House, wstał i wyszedł nim zdążyła zaprotestować.

***

Z ciemnych czeluści szafy, na której dno nie zaglądał odkąd się tu wprowadził House wyciągnął swoją kurtkę. Spojrzał na Cuddy, która w pośpiechu zasuwała torbę ze swoimi rzeczami. Wygrzebała z małej czerwonej torebki swój telefon. House domyślił się, że chce zamówić taksówkę. Podszedł, wyjął jej telefon z ręki i przerwał połączenie.
- Co ty robisz? Oddaj!
- Po prostu ubierz pasujące do reszty spodnie, bo ta ołówkowa spódnica raczej nie pozwala na odpowiedni rozkrok...
- Lepiej żebyś miał na myśli coś, co nie każe mi cię udusić - przerwała Cuddy wściekle, zabierając mu telefon.
- Cuddy, świntucho, jak mogłaś pomyśleć, że proponuję ci coś niemoralnego? Zraniłaś moje wrażliwe uczucia - powiedział z wyrzutem, robiąc minę zbitego szczeniaka - Właściwie to chciałem, żebyś pojechała ze mną motorem. Będzie szybciej i nie zapłacisz taksówkarzowi.
- Od kiedy to interesuje cię zawartość mojego portfela, House?
- Liczyłem, że postawisz mi lunch. Możesz też oddać w naturze jeśli chcesz - uśmiechnął się lubieżnie.
- Nie jadę z tobą na motocyklu, wybij to sobie z głowy! - odparła stanowczo.
- No to może jałmużna? Lunch, czy druga opcja?

- Cały House - zachowuje się jakby wczoraj nic się nie wydarzyło. Dupek!

- Wczoraj wciskała sobie moje dłonie pod bluzkę, a dziś boi się, że będzie musiała mnie objąć podczas jazdy. Cała Cuddy - każdej prowokacji towarzyszy dystans.

- A założymy się, że pojedziesz?

***

Wściekła na niego i na siebie mocniej objęła go w pasie, przycisnęła się jakby od tego zależało jej życie. Powód był prosty - chwilami miała wrażenie, że zależy.
- Cholera, House zwolnij! Mówiłeś, że nie będziesz jechał za szybko - syknęła mu do ucha.
- Kłamałem - odparł nie zwalniając.
Po tym jak przez telefon w bardzo dosadny sposób odwołał jej taksówkę by pojechała z nim, wojenne nastroje miały rozkwitnąć z siłą upierdliwych chwastów w przydomowym ogródku. Cuddy wiedziała, że chwasty najlepiej wytępić pestycydem, tyle, że od pestycydu szlag mógł trafić cały ogródek.

***

Wilson w zamyśleniu przerzucił papiery na biurku, po czym ułożył je w pedantycznie równy stosik. Wszystko na biurku stało wedle ustalonego porządku. Wszystko było takie zdyscyplinowane, takie... Wilsonowe. Nadeszła okropna rzeczywistość. Tym razem dla odmiany od strony balkonu. Przeciąg towarzyszący otwieraniu drzwi zrzucił papiery z biurka. Wilson nawet ich nie pozbierał. Błysk w oku i mina jego przyjaciela wskazywała na to, że należy spodziewać się wszystkiego. Dosłownie wszystkiego.
- Podałeś hydrokortyzon? - zapytał siadając na kanapie.
- Tak, miałeś rację, to Addison.
- Ojcu możesz przepisać zimny okład na głowę, amfetamina też nie byłaby złym pomysłem.
- I sądzisz, że teraz uda nam się pozbyć Gale.
House nie skomentował, wyjął tylko z kieszeni kurtki małe zawiniątko. Starannie zapakowane coś, w białym papierze śniadaniowym w zielone wzorki. Mam taki papier, pomyślał Wilson.
- House, czy to moja kanapka? - zapytał wściekły, nie potrzebując odpowiedzi. Ser, szynka, sałata, majonez. Tak, nie mogło być inaczej.
- Już nie - mruknął House przeżuwając - Możesz czuć się solidarny z głodującymi dziećmi w Afryce - wstał i skierował się w stronę wyjścia.
- Cały szpital huczy od plotek, ponoć przyjechałeś z Cuddy do pracy - nie wytrzymał wreszcie Wilson.
- Spała u mnie - odrzekł niewyraźnie, przeżuwając kolejny kęs.
- Co!!? - oczy Wilsona momentalnie zrobiły się wielkie jak spodki. Opanował się jednak szybko. - House, nareszcie. Cieszę się, że w końcu zachowałeś się jak człowiek.
- Nie puszczaj wodzy fantazji, bo gotowa cię ponieść, Jimmy - odparł House - Spała u mnie, nie ze mną. Nie zamierzam z nią spać.
- Zamierzasz, tylko nie dopuszczasz do siebie faktu, że mógłbyś stracić dla niej głowę, bo ci to niewygodne. Podaj mi chociaż racjonalny powód, dla którego Cuddy miałaby spać u ciebie nie śpiąc z tobą.
- Może dlatego, że w wyniku awarii rur w kuchni jej dom zaczął się rozsypywać od nadmiaru wilgoci - House zrobił zniecierpliwioną minę.
- Tylko czemu miałaby pójść akurat do CIEBIE?
- Bo lubi się zwierzać i wypłakiwać komuś, kto jest ostatnim dupkiem i sukinsynem?
- Bo jesteście ze sobą bliżej niż zdajecie sobie z tego sprawę.
- To ona do mnie przyszła, nie ja do niej - powiedział House przewracając oczami.
- Jest zbyt rozsądna, żeby włazić ci na noc do mieszkania bez zaproszenia. Jesteś przerażony, bo raz zrobiłeś to, co było trzeba, to co powinno się zrobić w takiej chwili. Dlatego byłeś taki wściekły, gdy stamtąd wróciłeś.
- Jesteś idiotą Jimmy. Podświadomie Cuddy ci się podoba, nie możesz przeboleć, że ja spałem z nią pod jednym dachem, ale nie w jednym łóżku.
- Ty się boisz zaangażowania House.
- A ty zachowujesz się jakbyś poczuł samicę w rui.
- Dupek! - warknął zdenerwowany Wilson
- Idiota - zripostował spokojnie House.
- Palant!
- Matoł.
- Jak już przestaniecie ubliżać sobie jak dwoje rozkosznych ośmiolatków - powiedziała Cameron stając w drzwiach - to rozważcie fakt, że pacjent z Addisonem ma żółte zabarwienie białek ocznych.
House i Wilson umilkli spoglądając na siebie pytająco.

***

Jeden z gabinetów w przychodni drażnił oczy swoją pospolitością, brakiem wygodnego fotela, w którym można pozwolić odpocząć myślom i płonącej bólem nodze. Usiadł rozcierając prawe udo. Ciało ogarnęło zmęczenie i słabość, umysł ogarnęła jedna myśl - Vicodin, Burbon, sen. Niekoniecznie w tej kolejności. Wyjął fiolkę z kieszeni, wziął dwie tabletki. Rano nie bolało aż tak bardzo, bolało trochę mocniej niż zwykle, teraz zaczynał się jeden z tych niewesołych momentów, gdy ból doprowadzał do innego stanu świadomości. Gdy całe ciało i umysł potrafiły tylko czuć ból, analizować go jak analizuje się problem badawczy. Nie liczyło się wtedy nic, co nie mogło przynieść ulgi, inne myśli niczym kiepsko przyklejony znaczek pocztowy przepadały gdzieś bez wieści, nie utrzymywały się, tonęły w ogromie bólu. Gorszy był już tylko ból przy odstawieniu leków, gdy jedyną ulgę mógł przynieść inny rodzaj bólu. Zdawało się, że do wieczora zdoła osiągnąć próg, po przekroczeniu którego musiałby zacząć zadawać sobie rany. Jedyną pociechą było to, że z taką ilością Vicodinu nie uda się przejść przez tą granicę. Ból przeplatał się z uciążliwym, bo nie prowadzącym póki co donikąd ciągiem myślowym.

- Zaburzenia równowagi, wysoki poziom Na, wymioty, drętwienie kończyn, niewydolność wątroby... Boli mnie, do cholery! Dlaczego to, co powinno być chorobą Addisona wcale nią nie jest? Wątroba nie pasuje do reszty. Nie, jeśli wykluczyłem pozostałe możliwości... Jak zaraz nie przestanie boleć będę musiał zeżreć całą fiolkę. Wtedy nie będę w stanie zdiagnozować niczego. Nie będę nawet w stanie siedzieć w tej cholernej przychodni.

Drzwi uchyliły się nagle, a dźwięk ten sprawił, że House miał wrażenie jak coś w nim warczy niczym wściekły pies. I nie był to dźwięk opustoszałego żołądka, który domagał się kolejnej porcji Wilsonowego jedzenia.
Bardzo elegancko ubrana kobieta z około ośmioletnim chłopcem spojrzała na House'a wyczekująco
- Czy...
- Nie, nie można - warknął opryskliwie. Był pewien, że oburzonej kobiecie instynkt macierzyński karze biec co sił do administratora i użalać się nad losem jej biednego dziecka.
- Ależ doktorze! - wykrzyknęła, a dość żabie oczy stały się jeszcze bardziej wyłupiaste.
- Żaby i pasożyty to nie tutaj. Przychodnia weterynaryjna znajduje się kilka ulic dalej - powiedział wstając i mijając niedoszłego pacjenta i jego matkę w drzwiach. To, że kobieta nie uderzyła go w twarz tłumaczyło tylko jej bezgraniczne zszokowanie. Teraz, gdy przedmiotowo potraktowałem ją i jej dzieciaka, pomyślał, będzie żalić się Gale dobre pół godziny. Niech sobie posłucha, ja jej niczego nie ułatwię.

***

Nie spodziewał się absolutnie tego, co zastał w gabinecie. Swoim gabinecie. W środku Gale, tym razem w dużo bardziej różowym, kłującym w oczy stroju, rozmawiała z Cuddy. Jego imię i nazwisko na drzwiach zaklejono prowizorycznie taśmą z nadrukiem "Lisa Cuddy M.D."
- Podobno polecił pan pacjentce weterynarza - zaczęła Gale na powitanie - Myślę, że możemy zaradzić tego typu nieporozumieniom - uśmiechnęła się mściwie.
- Myślę, że pierwszym krokiem powinno być oddanie mi gabinetu, drugim krokiem byłoby wyrzucenie was dwóch z MOJEGO gabinetu.
- House, proszę - westchnęła poirytowana Cuddy.
- Gdzie moje rzeczy? - zapytał widząc biurko i bibeloty ewidentnie należące do Cuddy. Zaczął gorączkowo rozglądać się za swoją piłką.
- W magazynie - wyjaśniła Gale - Od teraz jest to gabinet doktor Cuddy. Ona jedna potrafi utrzymać pana w ryzach dlatego powierzam jej zaszczytną rolę pańskiego szefa. W końcu macie w tym wprawę. Za jakiekolwiek wybryki ona wyciągnie wobec pana konsekwencje, ale też je poniesie, jeżeli w porę pana nie opanuje.
House zgrzytnął zębami. Teraz naprawdę był wściekły.
- I nalegam, aby zajął się pan tą pacjentką z zatruciem propanem.
Stukot jej obcasów, różowych obcasów, jeszcze przez chwilę drażnił uszy, gdy odchodziła.
House spojrzał teraz na Cuddy.
- Przykro mi House, ale chyba nie mamy wyboru - powiedziała sadowiąc się na krześle za biurkiem.
- Przykro ci?! - wykrzyknął House - Niby gdzie ja mam się teraz podziać?
- Nie histeryzuj! Chyba pozostał ci pokój lekarski - wskazała pomieszczenie za szklanymi drzwiami.
- Chce wojny, będzie miała - skwitował chcąc wyjść.
- House, co ty chcesz zrobić?
- Stłumić pieprzoną, różową rewolucję.
- Nigdzie nie idziesz. Musimy zająć się naszą pacjentką. Teraz.
- Zatrucie propanem to nuda, zabawne są tylko objawy. Ach, te niekończące się wymioty - szydził udając nabożny zachwyt - Ale w końcu czego się nie robi dla kogoś, kto swoim wielkim zadkiem zapycha mój gabinet.
- Przestań wyżywać się na mnie tylko dlatego, że Gale zabrała ci twoją świętą piłkę - odparła Cuddy wściekle - Oddział psychiatrii dziecięcej jest na drugim piętrze, tam cię wysłuchają.
- Tak, cichy, uszczelniony pokój bez klamki i cudowna moc psychotropów sprawią, że nareszcie poczuję się jak na urlopie.
- Wsadź łeb po zimną wodę House, spadnie ci gorączka. Jesteś przerażony tym, że tracisz grunt pod nogami, tym że znalazł się ktoś, kto manipuluje, kłamie, sabotuje i mści się nie gorzej od ciebie, może nawet lepiej.
- Ty zajmiesz się włażeniem w tyłek Gale, ja zajmę się rewolucją. Nie zapomnij wazeliny - powiedział i wyszedł.
Nie wybiegła za nim. Nie zamierzała dać się mu sprowokować, rozzłościć. Przecież tego właśnie chciał. Upokorzyć kogoś, żeby wyładować złość spowodowaną tym, że stracił kontrolę. To i tak było bez sensu, bo teraz miał obsesję na punkcie objawów pacjenta, przez którego wydarzyło się to wszystko. Wcześniej obchodziło go tylko pozbycie się Gale, teraz dostał jeszcze ukochaną medyczną zagadkę. Na początku skłonna była uwierzyć, że choć trochę chodzi o to, żeby wróciła, żeby miała swoją pracę, że House robi to także dla niej. Teraz wiedziała, że dla tego aroganckiego osła to nie ma znaczenia. W innej sytuacji po prostu stwierdziłaby, że dupek zawsze pozostanie dupkiem, że nie ma czym się przejmować. Teraz jednak wspomniawszy wczorajszy wieczór, gdy zaopiekował się nią, przytulił, gdy poniosło ich na moment, zrobiło się jej przykro. Tak źle, jak nie powinno. Kryształowa kropla łzy spłynęła po policzku niosąc drobiny cienia do powiek. Tak bardzo chciałaby potrafić go nienawidzić.

- Nigdy więcej...

***

Usiadł na kanapie. Wilsona nie było w gabinecie, więc postanowił zaczekać tu na niego. Grzbietem dłoni potarł skroń przymykając oczy, zaciskając zęby z bólu. Zbyt dobrze wiedział, że nie powinien mówić tego, co powiedział. To był jeden z niewielu momentów w życiu, w którym powinien się zamknąć, nie zrobił tego, a teraz cholernie żałował.

- Dlaczego z nią nic, k**wa, nie jest proste?

Nie chciał, by wyszło na jaw, że chce żeby wróciła, bo bez niej jako administratorki nic nie jest takie jak być powinno, że mu jej brakuje. Nie przyznawał się do tego przed samym sobą. Nie chciał by jakakolwiek cząstka jego poharatanych, poranionych uczuć wypełzła z głębi umysłu i zwróciła się w jej stronę. Bał się, że prócz tego, że zrani ją, przez własną głupotę i naiwność pozwoli zranić siebie.
Wilson zjawił się niebawem. House wiedział jakie będzie pierwsze pytanie.
- Dlaczego Cuddy siedzi w twoim gabinecie?
- Dlatego, że to nie jest mój gabinet? - odbił pytanie.
Nie zdążyli kontynuować rozmowy, gdy pojawił się cały zespół.
- Zamieniam się w słuch - powiedział House nim Cameron zdołała otworzyć usta, jak sądził bezcelowo. Gdzie Wilson zauważy, że Cuddy ma nowy gabinet, tam Allison dostrzeże, że ktoś zepsuł jej humor i bezsens zdaniowy gotów lada chwila.
- Pacjent ma marskość wątroby - Cameron nie dała się uciszyć. - Co się stało z z tobą i z C...
- Jego stan stopniowo się pogarsza - wtrącił Chase przerywając Cameron - zrobiliśmy raz jeszcze toksykologię, biopsję.
- Nie tłumaczy tego nic, prócz sarkoidozy - powiedział Foreman opierając się o biurko.
- Albo inny rodzaj nowotworu - dokończył za niego Wilson.
House zmierzył całą czwórkę przeszywającym, niemal rentgenowskim spojrzeniem.
- Obaj jesteście idiotami. Foreman dlatego, że hipoteza zakładająca sarkoidozę od początku była błędna, a Wilson dlatego, że dopasowuje objawy pod swoją specjalizację.
- Nowotwór tłumaczy wszystko. Zróbmy właściwe badania! - zirytował się Wilson.
- Nie bądź baranem - mruknął House niecierpliwie. - Gdyby to był rak wykrylibyśmy go już dawno, chyba, że sądzicie, że mógł wyrosnąć przez noc. Nie? Super, może będą z was ludzie. Powiedzcie mi na co wskazuje zwyczajna, wesoła marskość wątroby z przedmieścia.
- Na alkohol - odrzekli jednogłośnie.
- Otóż to. To może być przyczyna. Addison nie wiąże się z marskością. Przynajmniej nie bezpośrednio, dlatego trzeba przepytać młodego alkoholika, który prawdopodobnie ma objawy odstawienia. Choćby wymioty.
- On nie pije - oznajmiła Cameron, Wilson przytaknął.
- Bo jego tatuś tak twierdzi? Tatuś tego nie wie, a on kłamie. Wszyscy kłamią, jeżeli jeszcze nie pojęliście! - wykrzyknął zdenerwowany Greg wstając i przechadzając się energicznie po pokoju.
- Wszędzie widzisz uzależnionych, bo sam nim jesteś - powiedział Wilson siadając za swoim biurkiem.
- Tak, z pewnością szukam kolegów na Gey Party.
- A szukasz? - zadrwił Chase.
- A chcesz przyjść?
- Dlaczego miałby pić? - zapytał Foreman.
- Bo ma apodyktycznego ojca, którego ma dosyć?
- Bo ty masz apodyktycznego ojca, którego masz dosyć?
- Nie pije, bo ty nie masz apodyktycznego ojca, który cię wkurza? Zaraz, zaraz! Zdaje się, że jednak wkurza, bo nie odwiedzasz go od lat - odrzekł Greg z wrednym uśmiechem wyrażającym absolutną pewność swych racji - Pijesz, Foreman?
- Alkohol to mało prawdopodobne rozwiązanie w tej kwestii - powiedziała Cameron opierając się plecami o ścianę.
- Foremana, czy gówniarza? - House utkwił w niej niemiłe spojrzenie - Nieważne. Ważne jest to, że bardziej niż mój ojciec wkurza mnie tekst "mało prawdopodobne" w takich sytuacjach.
Podszedł do drzwi balkonowych, obdarzył chwilowym zainteresowaniem coś po ich drugiej stronie, po czym odwrócił się i zmierzył wzrokiem całą czwórkę. - Chase i... Foreman - zdecydował - Włamiecie się do domu pacjenta i przyniesiecie mi dowód. Poza tym szukajcie wszystkiego, co może mieć jakikolwiek związek z objawami.
- Jakbyś zapomniał - Foreman skrzyżował przedramiona, jak często miewał w zwyczaju - teraz Wilson wydaje nam tego typu polecenia. Nigdzie się stąd nie ruszę.
- Stracimy tylko czas - zgodził się Chase.
- Teraz tracicie mój - powiedział House odruchowo sięgając po pomarańczową fiolkę - Póki Wilson w moim imieniu nie powie wam, że macie przestać i ruszyć tyłki. Prawda, Jimmy? - zapytał kierując proszący wyraz oczu na przyjaciela. Wilson zaczął udawać, iż niezmiernie interesuje go jakiś punkt na suficie. - Och, daj spokój Jimmy! Wiesz, że mam rację.
Sufit wciąż absorbował całą uwagę Wilsona niczym gąbka wodę.
- Przez dwa dni nie będę zabierał ci lunchu, obiecuję - zaproponował House.
- Przez co najmniej pięć - Wilson włączył się w końcu do negocjacji.
- Trzy?
- Pięć.
- Cztery?
- Pięć, House!
- No dobra, ale nie dotyczy naleśników z orzechami.
- Zgoda. Chase i Foreman. Róbcie, co kazał! Cameron, ty zajmij się tym, gdzie mogliśmy coś przeoczyć, dołączę do ciebie.
Trzy Kaczuszki, z czego dwie w wyjątkowo podłym nastroju pośpiesznie opuściły gabinet. House uśmiechnął się triumfalnie. Wilson wstał i wyciągnął dłoń spoglądając wymownie na kieszeń kurtki Grega. House przewrócił oczyma i z miną pełną niesmaku wyciągnął kolejne zawiniątko w biało zielonym papierze. Oddał Wilsonowi.
- Nie sądzisz, że jeśli chodzi o Cuddy...
Drzwi trzasnęły nim Wilson dokończył zdanie.

***

House przemierzył pół korytarza, gdy wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni i z samozadowoleniem wyciągnął jeszcze jeden pakunek w biało zielonym papierze.



PostWysłany: Nie 15:14, 01 Mar 2009
Miss Spookines
Student medycyny
Student medycyny



Dołączył: 31 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 35

Miasto: Jawor
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

*kwiiiik*
Czy to już boże narodzenie? Bo dostajemy takie wspaniałe części <3 Mam wrażenie, że lepiej nadawałabyś się na scenarzystkę House M.D. niż niektórzy obsadzeni tam ludzie krzywy Czy wspominałam już o zaślinianiu podłogi pod wpływem Twojego opowiadania i o tym, że, cytując mojego brata "taka rozmarzona siedzę przed tym komputerem, jakbym oglądała dobrego pornola" ?Very Happy Ekhem, dyrektor Gale jest genialna w swych złych podstępach, które zdecydowanie nie wpasowują się w moją listę zachowań, które mi się podobają, oo! I biedna Cuddy za to cierpi przytul A ta zagadka medyczna ogromnie mnie zaciekawiła. Gooosz! Ubóstwiam Cię normalnie za stworzenie czegoś takiego Very Happy I bardzo, bardzo mocno dziękuję za dedykację :*
Czekam na daleej :*



_________________

PostWysłany: Nie 16:25, 01 Mar 2009
jeanne
Dziekan Medycyny
Dziekan Medycyny



Dołączył: 21 Gru 2008
Pochwał: 50

Posty: 11087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

ooooo az mnie zatkało.
*szuka szczęki na podłodze*
To jest wspaniałe i uczucia tak dobrze opisane normalnie aż brak mi słów
po prostu wklejaj szybciutko kolejną część
pozdrawiam i ściskam mocno Wink ;*



PostWysłany: Nie 16:47, 01 Mar 2009
martusia14
Lekarz rodzinny
Lekarz rodzinny



Dołączył: 17 Sty 2009

Posty: 314

Miasto: Toruń
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

jeanne, jak mój brat widzi, co czytam, to zaraz wychodzi Mr. Green Wielkie dzięki Miss Spookines, jest przynajmniej co czytać Very Happy



_________________

Następny sezon będzie nasz! Nawet "Marian" nam nie przeszkodzi! Mr. Green
Gusia - moja Bratnia Dusza Wink Danielek18 - mój młodszy, zÓy i ironiczny brat Mr. Green

PostWysłany: Nie 16:59, 01 Mar 2009
zaneta94
Grzanka
Grzanka



Dołączył: 16 Lut 2009
Pochwał: 30

Posty: 11695

Miasto: Dziura zabita dechami :P
Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

super fick :*
czekam na kolejną część Smile



_________________


Znalazłam siostrę- sylrich my sis forever :*

"When the land slides and when the planet dies, that's when I come back to you"

PostWysłany: Nie 20:12, 01 Mar 2009
kasia2820
Reumatolog
Reumatolog



Dołączył: 21 Sty 2009
Pochwał: 3

Posty: 1087

Powrót do góry

Zacytuj zaznaczone Odpowiedz z cytatem

genialn fik serducho
niecierpliwię wypatruję dalszego ciągu Very Happy



_________________


Moje siostrzyczki Nemezis i Sevir i nasza mamuta Maagda
Mój prywatny, jedyny i niezastąpiony kaloryferek Alan
Moja prywatna pisarka zÓych dobranocek, po których nikt nie zaśnie - Guśka

PostWysłany: Nie 23:45, 01 Mar 2009
nimfka
Nietoperek
Nietoperek



Dołączył: 13 Sty 2009
Pochwał: 30

Posty: 11393

Miasto: HouseLand
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Strona Główna -> Huddy Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
Strona 1 z 3

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Mapa użytkowników | Mapa tematów
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Czas generowania strony 0.16975 sekund, Zapytań SQL: 14